Jednym z największych mitów liberalnego Zachodu, w który uwierzył też nasz polski elektorat progresywny, jest wiara, że „ciężką pracą ludzie się bogacą”.

Tymczasem, wzbogacenie się za sprawą nauki i ciężkiej pracy, to raczej wyjątek niż reguła. Jest to szczególnie widoczne w krajach biednych, gdzie można całe życie bardzo ciężko harować za przysłowiową kromkę chleba… W takich krajach wzbogacić się można nieomal wyłącznie na gangsterce, korupcji i bezwzględnej eksploatacji najsłabszych…

Ideał „Bildung”, czyli mozolnego „budowania się od podstaw” powstał w bardzo szczególnym momencie historycznym, czyli w Prusach po zdobyciu Śląska przez wojska Fryderyka Wielkiego, który slusznie rozpoznał, że wykorzystanie potencjału gospodarczego tego regionu będzie wymagać znacznego zaplecza kadr inżynierskich i średniego personelu technicznego, o którego znaczeniu przekonał się dobitnie podczas swoich licznych kampanii wojennych. Pruskie „Bildung” było zatem cywilnym odpowiednikiem tzw. drylu wojskowego, zaprowadzonego z sukcesem w armii pruskiej przez feldmarszałka Leopolda von Anhalt-Dessau w latach 1720-1730.

System ten w pełni rozpowszechnił się w Prusach po wojnach napoleońskich i walnie przyczynił się do sukcesu Niemiec w wieku XIX, umożliwiając wielki awans cywilizacyjny tego kraju dzięki pełnemu wykorzystaniu potencjału systemu kapitalistycznego na początku rewolucji przemysłowej.

„Bildung”, wyrażony w pruskim systemie edukacji publicznej nastawionej na zdyscyplinowaną merytokrację, którego szczytowym osiągnięciem był Uniwersytet Humboldta w Berlinie, stał się też zwornikiem kulturowym, poprzez który Prusy były w stanie doprowadzić za Bismarcka do zjednoczenia Niemiec i osiągnięcia statusu potegi militarnej i przemysłowej w Europie.

To właśnie sukces Prus doprowadził do upowszechnienia się tego modelu w innych krajach Zachodu, zwłaszcza w USA i Japonii, w których stał się podstawą modernizacji.

Proces te doprowadził do wykształcenia się tzw. „Bildungsbürgertum”, czyli nowoczesnej inteligencji, której wysoki status społeczny zbliżał ją do klasy posiadaczy a szybki rozwój gospodarczy napędzany odkryciami naukowymi pozwolił wielu jej przedstawicielom dorobić się olbrzymiego majątku. Powstałe wówczas fortuny przemysłowe ukształtowały nasz współczesny świat a wraz z nim utrwalił się kompleks wyobrażeń i ideałów towarzyszących pojęciu „sukcesu”. Ideałów bliskich szczególnie inteligencji właśnie.

Nieskuteczne próby powtórzenia sukcesu Niemiec w realiach kraju kolonialnego, jakim była XIX-wieczna Polska leżą u źródeł dzisiejszych frustracji tej formacji i jej charakterystycznej ojkofobii, jak też pewnego, ledwie skrywanego sentymentu dla „osiągnięć PRL”.

Formacja ta z zadowoleniem przyjęła real-socjalistyczny wariant „Buildung”, czyli zaprowadzony w PRL system egalitarnej edukacji publicznej i szybko zagospodarowała wytworzoną w ten sposób niszę merytytokracji, niezależnie od tego, że w realiach komunizmu bardzo szybko okazało się, że sukces ten prowadzi jedynie do samo-zamknięcia się klasy inteligenckiej w akademickiej wieży z kości słoniowej, bez żadnego przełożenia na sytuację kraju.

Okres transformacji po 1989 r., to dla tej formacji okres upadku ekonomicznego. Szybko okazało się, że post-kolonialna gospodarka transformującej się Polski nie znajduje pożytku z potencjału Akademii zadowalając się pospiesznym nadrabianiem 150 lat zaległości metodą copy-paste zachodnich rozwiązań.

W efekcie, frustracja klasy inteligenckiej tylko urosła. Kto nie wyjechał z kraju, od lat kisi w sobie urazę wobec „durnych Polaczków”, którzy nie potrafią docenić mądrości produkowanych w murach naszych wiecznie niedofinansowanych Uniwersytetów a ideał bogatych Niemiec i ich systemu organizacji państwa urósł tam do skali epickiej.

Dziś właśnie formacja inteligencka jest największym wrogiem suwerenności państwa polskiego, nienawidzi specyficznie polskiego przywiązania do katolicyzmu, widząc w nim praźródła cywilizacyjnego zacofania i uporczywie wypiera inne możliwości jego przyczyn na ziemiach polskich. Imaginarium polskiego inteligenta jest przepełnione pogardą dla własnego kraju i jakoby „wrodzonej” regresywności Polaków, którzy jedynie raz za razem marnują kolejne okazje do stania się „tacy jak Niemcy”.

Charakterystyczne, że właśnie teraz, kiedy przed Polską otworzyła się kolejna szansa rozwojowa a obaj nasi potężni sąsiedzi przechodzą widoczny kryzys, to właśnie polska inteligencja akademicka skupia największą grupę oporu wobec rzekomo nieuzasadnionego i szkodliwego „rozpychania się” Polski w Europie i jej „pretensji” wobec zachodnioeuropejskich mocarstw.

To właśnie formacja inteligencji akademickiej stoi murem za projektem europejskiej federalizacji, której oczywistym skutkiem będzie utrwalenie peryferyjnego charakteru ziem polskich w ramach niemieckiej koncepcji „Mitteleuropa”.

Dlaczego tak? Ano dlatego, że formacja ta stała się już do imentu kosmopolityczna, wyzuta z etosu narodowego i jest przekonana, że nic gorszego nie może jej w życiu spotkać niż „amoralne rządy kołtuna polskiego”.

Polski akademik, zwłaszcza humanista wychowany w duchu marksistowskiej interpretacji dziejów, dyszy nienawiścią do „małej i zacofanej” kulturu swojego kraju a jego cały wysiłek koncentruje się na egzegezie widma „polskiego projektu imperialnego”, który chociaż załamał się i upadł w XVIII w., to w przedziwny sposób, za sprawą Kościoła właśnie, wciąż kształtuje wyobraźnię naszego narodu i stwarza dla Europy zagrożenie nie mniejsze niż putinowska Rosja, a być może nawet większe, gdyż ta ostatnia jednak liznęła Oświecenia w czasach Piotra Pierwszego a w Polsce od wieków tylko reakcja i reakcja… To właśnie ów nie dość umarły polski projekt imperialny jest w narracji naszej inteligencji powodem, dla którego najnowszych dziejów Polski nie można interpretować w kategoriach kolonialnych. Nie, gdyż Polacy, choć podbici, w głębi ducha wciąż podtrzymywali i podtrzymują kolonialny właśnie stosunek wobec Ukraińców i innych ludów „kresowych” a w okresie międzywojennym sami marzyli o własnych koloniach, chociażby na Madagaskarze. Gdzież nam zatem do statusu „prawdziwych” ofiar? W dodatku ten nasz „zapiekły”, „wyssany z mlekiem matki” antysemityzm i zbrodnia Berezy Kartuskiej… Polacy w ramach tej narracji jedynie podszywają się pod status ofiar a tak naprawdę żyją widmem własnego imperium „polskich panów”. To właśnie takie rojenia stały u podstaw wszystkich naszych powstań narodowo-wyzwoleńczych i przyczyniały się do upadku mozolnie wprowadzanych tu przez mocarstwa zaborcze projektów modernizacyjnych. Gdyby nie Rosjanie, to pewno wciąż tkwilibyśmy w pańszczyznie a Polska była jednym wielkim folwarkiem Potockich, Radziwiłłów i hierarchów Kościoła… Gdyby nie Prusy, to do dziś przeciętny Polak byłby ciemnym analfabetą tłukącym bezrozumnie paciorki… A na pewno byłoby tak, gdyby nie PRL i sukcesy socjalizmu!

Nic dziwnego, że najgłośniejsze publikacje polskiej Akademii po upadku komunizmu, to rozliczenia z polskim „faszyzmem” i „antysemityzmem”, doskonale wpisujące się w dwustuletnią propagandę zaborców o rzekomo integralnym polskim zacofaniu wymagającym koniecznie „oświecenia” płynącego jak nie Moskwy, to z Berlina a obecnie z Brukseli.

W takim świetle nasze dążenia niepodległościowe, wzmocnienie militarne Polski czy wreszcie budowa własnego zaplecza przemysłowego, niezależnego od kapitału zagranicznego urastają do rangi groźnich symboli „pobrzękiwania szabelką” przez odradzający się „sarmatyzm”.

Akademiccy Besserwisserzy czują się wręcz zobowiązani do torpedowania tych niebezpiecznych symptomów odradzającego się nacjonalizmu a zapewne wręcz „faszyzmu”. Krnąbne „polactwo” należy zdusić w zarodku i nie dopuścić, aby Polska urwała się ze smyczy postępu!