„Teraz i w godzinę śmierci naszej” obejrzałem w niedzielę, jak Pan Bóg przykazał. Jednak musiałem wybrać się do galerii handlowej, co bardzo ortodoksyjne w dniu świętym nie jest. Żartuję, ale sprawa jest bardzo poważna, bo zrodziła we mnie pesymistyczne refleksje. Bo wyobraźcie sobie: oto monstrualna świątynia handlu i rozrywki, a gdzieś w labiryncie hal, sklepów, korytarzy, placów zabaw, kiosków-kafejek itd. maleńka witryna ze znaczącym napisem „KINO MIKRO” i faktycznie mikrosalka, choć gustownie i nowocześnie urządzona, z bardzo wygodnymi fotelami i atmosferą pełnej swobody.

Nie wiem, ile tam mogło być miejsc dla prawdziwych kinomanów, ale nie więcej niż 30. Z czego 2/3 puste. Ekran jak trochę większy telewizor. A teraz dla kontrastu wypowiem to zdanie: w tym maleńkim pomieszczeniu wypełnionym garstką ludzi obejrzałem WIELKI film, o globalnym rozmachu i uniwersalnej wymowie, prawdziwy obraz naszego współczesnego świata, polityczną symultanę z metafizyczną podbudową, jakiej próżno dziś szukać w hollywoodzkich megaprodukcjach, a nawet ambitnym kinie autorskim, z definicji artystycznym. A przecież obejrzałem tylko dokument, religijny „święty obrazek” z Matką Boską Różańcową, coś co można sprzedawać w sklepach z dewocjonaliami.

A jednak to jedno z ważniejszych dzieł, które dane mi było zobaczyć w życiu, nie przesadzam. Zanim opiszę to w sposób bardziej racjonalny, przywołam kryterium emocjonalne. W wielu momentach mnie dorosłemu mężczyźnie zbierało się na płacz, po czym za chwilę chciało mi się tańczyć z radości. Uczucie niemal ekstatycznego szczęścia przeplatało się z momentami prawdziwego przygnębienia. Pozwalam sobie na takie trochę infantylne zwierzenia, bo chciałbym tu podkreślić, że dzieło Mariusza Pilisa i Dariusza Walusiaka wywoływało we mnie takie pierwotne reakcje, a przecież – wybaczcie brak skromności – nie jestem jakimś nowicjuszem. Trochę już filmów obejrzałem. (Łącznie z dziełami Davida Lyncha, których pokaz nastąpił w kinie Mikro zaraz po seansie „Teraz i w godzinę śmierci”.)

Oczywiście możecie powiedzieć, że piszę jak jakiś nawiedzony dewot. I będziecie mieli pewnie dużo racji, bo jestem wychowany w głębokiej wierze katolickiej i nawet jeśli dzisiaj zdarza mi się zabłądzić daleko w regiony wielkiej herezji, to i tak ten pierwotny religijny płomień we mnie pełga, niczym wieczne światełko. Jednak dzieło Pilisa i Walusiaka, mimo lejtmotywu Różańca, nie jest przeznaczone wyłącznie dla człowieka metafizycznego. Raczej można z tego filmu wywieść inny wniosek, że w każdym z nas, bez względu na stosunek do wiary, tkwi homo metaphysicus, homo religiosus i tylko jakiś bodziec powoduje, że  to nasze prawdziwe „ja” odzyskuje swobodę, wychodzi na światło z więzienia naszej duszy. Oto historia amerykańskiego protestanta, który stracił wiarę, bo prosił Boga, by coś się nie stało, a to się stało. Trafił do Czyśćca na Ziemi, by przybyć do Medjugorie i przeżyć sakramentalny cud Komunii świętej. Oto dla kontrastu: amerykański żołnierz, który dzięki swojej oddanej Panu Bogu babci nie rozstaje się z Różańcem, i podczas wojny w Afganistanie trafiony pociskiem w brzuch, ze świętymi koralikami z krzyżykiem w dłoni i swoimi wnętrznościami w drugiej potrafił podbiec do helikoptera i uratować życie, a po powrocie do ojczyzny wiarę nagle stracić.

Jednak film Pilisa i Walusiaka przez ten pryzmat prywatnych historii ukazuje przede wszystkim globalne procesy, polityczne przemiany, rewolucje geopolityczne, metamorfozy państw i sojuszy… pod wpływem fatimskiej modlitwy. Krucjata różańcowa jako walka… bez walki, wielka batalia za pomocą drobnych koralików, bitwa bez użycia jednego naboju, bo do zwycięstwa wystarczy jednoczesny szept tysięcy ust. Zamiast wielkiego zbrojnego poruszenia na wojennych poligonach, delikatnie poruszające się bezbronne  wargi. A jednak wiktoria! Mimo wszystko triumf! Na przekór niedowiarkom. Przyjazny gest w kierunku wrogów potrafi ich pokonać! Cóż mamy przeciwko nieprzyjaciołom? Modlitwę „teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”! I nagle staje się cud spełnienia.

Sowieci bez powodu opuszczają Austrię, nie wiedzieć dlaczego przestają okupować kraj. Filipiński dyktator Marcos nagle traci władzę, usuwa mu się polityczny grunt spod stóp. Czy to samo stanie się na Ukrainie? Czy rewolucja Majdanu pod wpływem świętej Panienki zostanie dokończona i kraj tak srodze doświadczony przez historię odzyska w końcu zasłużony pokój. Nie, nie raj na ziemi. Tego tu nigdy nie będzie, aż do skończenia świata. Jednak walka ze Złem wciąż się toczy, więc dobrze jest być po stronie Dobra, a dobry na wszystko jest Różaniec. Utkwił mi w głowie jak mój własny sen obraz z widzenia biskupa w Nigerii. Czarnoskóry, dojrzały mężczyzna o pięknych białych zębach, uśmiecha się szeroko, kiedy opisuje do kamery tę iluminację, właściwie teofanię, bo ukazał mu się sam Bóg z wielkim mieczem. Katolickość tej wizji ujawniła się w porównaniu, bo afrykański hierarcha skojarzył obraz Stwórcy z papieskim gwardzistą szwajcarskim. Prawdziwy cud nastąpił, kiedy Bóg wręczył biskupowi tę broń i nagle miecz zmienił się w Różaniec. To dla mnie najważniejsza scena w filmie, podstawowa metafora, choć ja -człowiek wierzący- nie traktuję jej wyłącznie jako przenośni.

Różaniec związany jest w tradycji chrześcijańskiej z postacią św. Dominika, któremu Bóg przekazał tradycję tej modlitwy, aby mógł skutecznie walczyć z gnostycką herezją albigensów. Gnoza jednak trwa do dziś. To zło pleni się na całym globie. Czarne demony islamskiej sekty Boko Haram atakujące chrześcijan w Nigerii, porywające miejscowe kobiety, mordujące mężczyzn, to jeden z przykładów. Na filmie sceny tej wojny wyglądają jak starcie Dobra i Zła na religijnych obrazach. Przepiękne czarnoskóre niewiasty w kolorowych strojach, wyglądające jak anioły, a z drugiej strony muzułmańscy terroryści w czarnych jak smoła szatach, infernalnych uniformach. To jak współczesna Biblia Pauperum, treść dociera do nas w wyrazistych kadrach, czasami słowa są zbędne, choć monologi chrześcijańskich męczennic są jak żywa afrykańska Apokalipsa. Terroryzm zyskał kolejnych religijnych pogromców… rodem  z Polski. To dwaj franciszkańscy męczennicy, błogosławieni ojcowie Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski, którzy zginęli w Peru z rąk marksistowskich oprawców. Jednak oddawszy życie tu na ziemi, pokonują zło na pokojowy różańcowy sposób. Przejmujące są sceny, kiedy franciszkanin z Polski wyjechał z Różańcem z relikwiami Braci do Brukseli tuż po przerażającym zamachu w porcie lotniczym. Podchodzi do miejsca hołdu składanego ofiarom zbrodniczego ataku i obserwuje stos kwiatów, maskotek i innych prozaicznych rzeczy i żadnego tam nie ma znaku Boga. Pustka. Pustynia zachodnioeuropejskiego ateizmu. To przed nim ostrzegał we wcześniejszych sekwencjach afrykański biskup. Sekularyzm jest gorszy niż terroryzm – ocenił mądry kapłan, człowiek z odległego a tak duchowo nam bliskiego Czarnego Lądu. Franciszkanin podchodzi do ściany, na której słynnymi już kolorowymi kredami nakreślono naiwne napisy, stereotypowe pacyfistyczne zaklęcia. Polski zakonnik pisze inne wyrazy, inne choć niby tak podobne: PAX ET BONUM. Pokój i dobro. Franciszkańska maksyma nie ma nic wspólnego ze świeckim pacyfizmem. My chrześcijanie nie jesteśmy działaczami pokojowymi, bo jesteśmy bardzo dobrze uzbrojeni. Mamy miecz. To Różaniec.

Autor: Bogdan Zalewski
Dziennikarz RMF FM, bloger i poeta; autor książki „13 załączników” poświęconej Zagadce Smoleńskiej. Czytaj więcej na RMF FM.