Św. Barbara powiedziała wreszcie STOP. Przez długie miesiące pilnowała, aby brać górnicza bez żadnych zawirowań mogła fedrować, aż w końcu stało się nieuniknione.

Jak wyglądało zabezpieczenie przed pandemią na kopalniach? Jak przebiegała kwarantanna? Na te podstawowe pytania trudno znaleźć rzetelną odpowiedź zarówno w mediach prawicowych, jak i tych oPOzycyjnych.

HD: – Jesteś zdziwiony nagłym wybuchem pandemii wśród górników?

WW: – Ile ja się nasłuchałem teorii…. No, może z wyjątkiem połączonego naświetlania z 5G plus chemtrails… Najbardziej urzekła mnie jedna – zły rząd w porozumieniu z zarządami spółek górniczych sztucznie wywołał stan zagrożenia po to, by uniemożliwić strajk górników w Warszawie. Co prawda potencjalny organizator, niejaki Tanajno, nie miał i nie ma nic wspólnego z górnictwem, ale to już szczegół. Druga teoria, mniej nośna, ale też znajdująca posłuch – rząd chce oddać kopalnie Niemcom, więc po to stoją, by była mniejsza wartość.

– A konkretnie?

– Moim zdaniem nie ma, nie było i nie będzie możliwości uniknięcia epidemii w tak dużych zakładach jak kopalnia. Przede wszystkim to organizacja pracy, wymagająca nawet w przypadku chwilowego zaprzestania fedrunku obecności pewnej części załogi. Czy ty sobie wyobrażasz, jak wygląda choćby droga do miejsca pracy?

– Do kopalni?

– Do kopalni to autobusem, prywatnym samochodem a czasem tylko 5 minut pieszo. Pytam konkretnie o przodek. No tam, gdzie faktycznie odbywa się wydobycie?

– …

–  No więc naprzód zjeżdżasz na dół, ja konkretnie 600 metrów, stłoczony w szoli [winda osobowa – HD]. W związku z pandemią wprowadzono nakaz stawania twarzą do ściany. I ponoć są tacy, którzy tego przestrzegają. Ale to nie koniec. Z podszybia na przodek czasem masz i dwa, trzy kilometry. Jakbyś chciał iść pieszo, wraz z całym wyposażeniem, to pół dniówki stracisz na spacery. Dlatego pod ziemią kursują pociągi. Taka osobówka to stalowy szkielet z małymi otwartymi przedziałami, do których wsiada 4 górników. Nogami się stykamy, twarze od siebie oddalone nie więcej, jak o 50-70 cm. Jak kichnie facet w pierwszym wagonie, to cały skład zarazi.

– Ale przecież wydali wam środki ochronne?

– Tak, maski przeciwpyłowe. Tyle tylko, że nawet najsilniejsze zatrzymują pył o rozmiarach 100-200 razy większych od wirusa.

– Maska ma chronić innych.

– Czy ja mówię, że jest inaczej? Ale sam przyznaj, że widok pracowników powierzchniowych, np. pań w księgowości w maskach stosowanych na przodku jest dość groteskowy. 😉 Moim zdaniem jeśli wirus miał się gdzie szerzyć, to raczej nie w tych miejscach.

– A gdzie?

– W łaźni. Ciepło, mokro, ludzi sporo.

– A inne zabezpieczenia?

– Fakt, byłbym zapomniał. Na bramie zamontowali czujniki temperatury. Powinny się uruchomić, gdy temperatura ciała przekroczy 38 stopni. Tyle, że to akurat nie wystarczy.

– Nie wystarczy? Przecież wszędzie czytam, że jednym z objawów jest gorączka powyżej 38 stopni.

– Okazuje się, że nie zawsze. Ja trafiłem na kwarantannę, kiedy sam rozpoznałem pierwsze objawy. Kaszel oraz temperatura ciut ponad 37,5 stopnia.

– I jak to wyglądało?

– Zaraz wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala w G., gdzie odbywały się badania dla mojej części województwa. Tam zrobiono mi wymaz i poinformowano, że jestem poddany kwarantannie. I ze mam grzecznie wrócić do domu, a potem nie wychylać nosa za drzwi. 😉  No i musiałem zainstalować w telefonie specjalną aplikację.

– OK. Ale żeby siedzieć w domu musiałeś mieć zaspakajane potrzeby bytowe.

– Teoretycznie było to zagwarantowane. Niestety, w praktyce poza wyrzucaniem śmieci całą resztę organizowałem sobie sam. Albo z pomocą przyjaciół, albo też robiąc zakupy przez Internet.

– Wrażenia?

– Najgorsze, czego nikomu nie życzę. Miałem rozpoznanego wirusa, było to odnotowane… Myślałem, że przynajmniej ktoś co jakiś czas zadzwoni i zapyta – jak się Pan czuje? Tymczasem jedyne, co zostało mi zapewnione, to pilnowanie, bym przypadkiem nie zszedł do osiedlowego sklepiku (50m). Zupełnie tak, jakby ktoś ci mówił: zdechnij sobie, tylko nie rób nam kłopotów.

– A Policja?

– Dwa razy w ciągu dnia podjeżdżali pod okno. Musiałem wtedy stawać i machać. 😉

– No, a gdybyś nie mógł? No, powiedzmy, zatrzymałyby Cię w łazience jakieś sprawy fizjologiczne? Albo też, zwyczajnie, zmorzył sen podczas oglądania kolejny raz jakiegoś odcinka „Świata wg Kiepskich”?

– Nie zastanawiałem się nad tym. Tylko w to zaspanie nie wierzę. Przez cały czas miałem takie ciśnienie, że nawet o sen w nocy nie było łatwo.

– Choroba?

– K…., człowieku. Spróbuj dobrowolnie zamknąć się w domu nie wiedząc zupełnie, jak długo to potrwa.

Przecież czas kwarantanny jest określony.

– Mówię o praktyce, nie o teorii! Mnie np. zrobiono drugi wymaz dopiero wtedy, jak zadzwoniłem z awanturą. Przy okazji wyszło, że pani w Sanepidzie stwierdziła, że… nie figuruję w ich rejestrze! Tylko jakoś dziwnym trafem Policja wiedziała, że ma mnie sprawdzać.

– W całej Polsce poleciało sporo dyrektorów Sanepidu.

– Mam wrażenie, że to były kozły, czy raczej kozy ofiarne. System latami funkcjonował bez jakichkolwiek wyzwań. Pochodzę z rodziny, której spora część trudniła się działalnością na własny rachunek. Stąd mam wdrukowaną niechęć do całej tej instytucji. Niemniej uważam,  że nagle zostali rzuceni na front. To zupełnie tak, jakby przeciwnik przedarł się cichcem przez linię frontu i zaatakował od tyłu. Wtedy na pierwszej linii stanęliby kucharze, pisarze, radiotelegrafiści i cała reszta tych, którzy wojnę znają głównie z meldunków radiowych.

– Co należałoby zmienić?

– Przede wszystkim aplikację. Wyobraź sobie, że gdzieś koło 12 dnia kwarantanny nagle otrzymałem wiadomość, że mam zgłosić się w najbliższym punkcie na wymaz. Nie wiem, ile osób w kraju się do tego zastosowało. Ja naprzód zadzwoniłem. Usłyszałem, że to błąd programu, że takie info jest przeznaczone dla osób będących na kwarantannie ze względu na powrót z zagranicy.

– Coś jeszcze?

– Już mówiłem. Nie może tak być, że całą aktywność Państwa wobec osoby będącej na kwarantannie ogranicza się do pilnowania, żeby się nie szwendał po ulicy. Patrz, ile jest osób samotnych, ile osób nie potrafi obsługiwać komputera. Takie siedzenie w domu i obserwowanie życia za oknem jest wyjątkowo stresujące. Może, gdybym faktycznie był chory. Ale ja prócz jednodniowej gorączki i kaszlu przez kilka dni nie miałem innych objawów. Powiem szczerze – gdyby nie panika żony, to bym się sam nie zgłosił, więc nie byłoby kwarantanny, do pracy pewnie bym chodził. Co najwyżej zarażałbym innych. I nie ze złej woli, ale po prostu z braku świadomości.

– Wróćmy raz jeszcze do twojej obecności na liście osób objętych kwarantanną.

– Kilka razy próbowałem się dodzwonić, ale zawsze sygnał był zajęty, natomiast dzwonienie na komórkę też nic nie dawało, bo poczta była zapełniona. W końcu jakoś udało mi się dodzwonić. I wtedy szok – pani poinformowała mnie, że niepotrzebnie siedziałem w domu, bo mnie na żadnej liście nie ma. Jak nie ma, skoro Policja pilnuje, żebym był w domu, a na dodatek aplikacja przysyła mi różne wezwania. Odezwała się drugi raz dopiero po tym, jak dodzwoniłem się do dyrekcji i złożyłem skargę. A wtedy prędziutko jeden wymaz, drugi. W piątek wieczorem dostałem informację, że mogę już w sobotę iść do pracy.

– Jak się domyślam, to nie koniec kłopotów?

– Ależ oczywiście. To, że mnie poinformował system oraz, niezależnie, jakaś sympatyczna panienka, to wcale nie oznacza, że Policja również otrzymała informację. Prawdopodobnie otrzyma ją dopiero we wtorek.

– I na koniec – co cię wkurzało?

– Ta nieznośna lekkość informowania innych o mojej chorobie. Nawet kierownik w pracy żony został poinformowany, ze jest na kwarantannie z powodu COVID-19! Poza tym sama procedura wymazu w domu. Przyjeżdżają do ciebie jacyś „kosmici” (plastikowe ubrania ochronne, maseczki, przyłbice, kaptury, gumowe buciory, rękawice itp.) w biały dzień, sąsiedzi wszystko widzą, boją się… Na całe szczęście było chłodno, ale przecież maj mógłby być upalny. I wtedy musiałbym otwierać okna. Czyli, teoretycznie, „moje” wirusy mogłyby zakazić pół osiedla (bagatela, „tylko” 12 tysięcy mieszkańców). Konieczne jest także udrożnienie linii telefonicznych. Nie może tak być, że człowiek potrzebuje 4-6 godzin, żeby się dodzwonić. Po prostu na czas pandemii powinny być udostępniane numery dostępne tylko osobom zmuszonym siedzieć w domu. Żeby ukrócić niepotrzebne gadulstwo wprowadzić limit – np. dwie minuty rozmowy za darmo, kolejna płatna komercyjnie. Chyba, że coś się dzieje, wtedy dalej za darmo. O tym decyduje konsultant.

– Coś chcesz przekazać innym?

– Nie próbujcie dochodzić, kto was zaraził. To po prostu jest nierealne. A poza tym wpędza w paranoję.  I pamiętajcie, że kwarantanna kiedyś się kończy. I że będziecie musieli znowu wyjść na zewnątrz, pójść do pracy. Dlatego trzeba się ruszać. Dlatego trzeba się myć, golić i ubierać. Oczywiście można było dwa tygodnie siedzieć w piżamie. Ja jednak nie potrafiłbym przestawić się na normalne funkcjonowanie w jeden dzień.

WW  pracuje w górnictwie od dwóch dziesięcioleci. Aktualnie jest sztygarem, i to na dość sporej kopalni, niezagrożonej zwolnieniami czy też jakąś formą wygaszenia. Ze względów oczywistych prosił o utajnienie danych pozwalających na jego identyfikację.

2.06 2020