Po słowach ministra Macierewicza Kreml zareagował nerwowo, a razem z nim niektórzy nasi politycy. Od czasu wywiadu w tygodniku „wSieci” nie wypowiadam się na temat Smoleńska, lecz teraz zadam parę pytań Rosjanom i nie tylko. Powtórzę również, iż nie znam się na fizyce, materiałach wybuchowych, chemii, aeronautyce. Nie wiem dlaczego samolot lata i niezbyt mnie to interesuje. Nie wchodzę w takie dyskusje, bo jestem laikiem.

Znam się trochę na pracy operacyjnej, administracji państwowej oraz polityce i dlatego rozpatruję zamach, jako bardzo prawdopodobną przyczynę tej tragedii. Może również dlatego, że koncentruję się na tym co było przed i po, a nie tylko w trakcie. Dodam jeszcze to, co spowodowało ogromny atak na mnie prawej strony, w tym publicystów tygodnika, który wywiad wydrukował oraz rożnych blogerów, uważających się za „sumienie” narodu i ich fanek: jeśli planujemy i przeprowadzamy taką operację, to swoje źródła musimy mieć również po stronie zaatakowanej.

Mówiąc prosto: agentury należy szukać nie tylko po stronie przeciwników, ale także i po stronie pozornych zwolenników. Inaczej operacja może nie udać się lub być niemożliwa do przeprowadzenia. Należy także zastanowić się, czy tylko jednej stronie zależało na śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Z tego też powodu ogromnie żałuję, że zgodziłem się na ten wywiad. Nie ze względu na koszty osobiste, bo te przewidywałem, ale ze względu na to, iż udowodniłem, przynajmniej sobie, że mam rację. Nie wycofuję się z żadnego słowa. Nadal uważam, że zamach można przeprowadzić poprzez odpowiednie, sekwencyjne naruszenie ciągu procedur administracyjnych, które doprowadzą do pożądanego przez autorów operacji skutku. Rozpatrywanie takiej hipotezy jest łatwiejsze, gdyż wszystko mamy na miejscu, w Polsce.

Łatwo jest krytykować ministra Macierewicza, a w niektórych kręgach jest to swoistą modą od wielu lat. A co będzie, jeśli minister ma rację? Nad tym nikt z krytyków nie zastanawia się w ogóle, a reakcja wyłącznie na osobę, nie na treść, świadczy o całkowitym braku chęci – nawet strachu przed – do wyjaśnienia problemu. Dlaczego? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Na razie. Aha, dla prawicowych dziennikarzy oraz „jedynych sprawiedliwych”. Napisałem to, bo tak myślę, a nie z powodu jakichś niecnych celów. Jak pewnie, Państwo zauważyliście, minister Macierewicz nie zostawił na mnie suchej nitki i nie zostawi, jeśli ten tekst przeczyta. Wcale mu się nie dziwię, ale to już inna historia. Nie oznacza to jednak. że nie ma racji w sprawie Smoleńska i że nie zgadzam się z jego słowami, a moje „siniaki” i tak się wygoją. Zresztą, też jestem uparty.

Tak więc, moi drodzy PT Rosjanie, zanim zaczniecie nerwowo atakować polskiego ministra, odpowiedzcie konkretnie:

1. Kiedy oddacie wrak?
2. Kiedy oddacie oryginalne czarne skrzynki wraz z ich zawartością?
3. Kiedy umożliwicie polskim prokuratorom i specjalistom przesłuchanie kontrolerów lotu i wszystkie osoby obecne w baraku kontroli lotów na lotnisku w trakcie tego tragicznego lotu?
4. Kiedy ujawnicie wymianę informacji pomiędzy lotniskiem, a dowództwem lub centralą przed i po tej tragedii?

Odpowiedzcie konkretnie, jeśli mamy w ogóle rozmawiać na ten temat. Typowe, rosyjskie „święte oburzenie” jest, po prostu, śmieszne oraz powoduje zupełnie przeciwny efekt.

I tyle na ten temat. Teraz czekam na gromy wszechwiedzących dziennikarzy i nawiedzonych blogerów. „Once a whore, always a whore”, napisał jeden z nich, komentując mój wywiad. Mam nadzieję, że nie spojrzał przedtem w lustro.

Ps. Namówiony, umieściłem powyższy wpis o Smoleńsku na „Salonie 24” i stało się tak, jak przypuszczałem. Niektóre komentarze udowadniają moją tezę z wywiadu w tygodniku „wSieci”, a także z pewnej analizy, która zakończyła moją karierę w służbach na zawsze. Jeśli brak jest argumentów należy zaatakować osobę, a nie treść. Deprecjacja mówiącego osłabi możliwość, iż ktoś uwierzy w jego słowa. Tak się dzieje i teraz. W przypadku smoleńskiej tragedii dochodzi obrzydliwa deprecjacja ofiar, szczególnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie będę tego powtarzał. I tak znacie ten element gry.

Jeden z komentatorów Salonu zadał ciekawe pytanie, którego nie sformułowałem tak wyraźnie. Komu przeszkadzałby prezydent Kaczyński w latach 2010 – 2015? Właśnie. Przesądzanie, że ś.p. Lech Kaczyński przegrałby wybory jest tym samym, co przekonanie, że Bronisław Komorowski z 70% poparciem jeszcze w lutym ubiegłego roku, na pewno wygra drugą kadencję. Nie będę się w tym poście rozwodził nad przyczynami katastrofy, bo nie jest to temat mojego tekstu. Chodzi mi o to, że znów odzywa się system, który ma zneutralizować działania zmierzające do wyjaśnienia smoleńskiej tragedii. Samo słowo „Smoleńsk” staje się deliktem głównym i wymawiającego je stawia w gronie „oszołomów”. Och, jak dobrze się do nich zaliczać! Przy czym, obecnie „oszołomstwo” nie wiąże się obecnie z konkretną opcją polityczną, bo podział zaczyna przebiegać zupełnie inaczej.

OK. Na „Salonie” znów pojawili się miłośnicy wieszania na latarniach tylko za PESEL, ale trudno. I tak się nie zatrzymam. Nie zależy mi na telewizyjnych światłach i nie obchodzi mnie, czy jakaś telewizja, lewicowa, prawicowa, kulinarna, zabrania wymieniać nawet moje nazwisko, czy nie. Mam to gdzieś. Pewnie niedługo napisze jeszcze o Smoleńsku i to wbrew jakiejś idiotce, która chce błyszczeć w cieniu sławy jednego blogera. Może w końcu wszyscy usiądziemy i pogadamy. na złość i wbrew intencjom naszych wrogów.