Niedawno, po pożarze katedry Notre Dame Prezydent Polski zamieścił wpis na Twitterze, w który mówił o potrzebie odbudowy zabytku kultury judeo-chrześcijańskiej. No i się zaczęło..

W odpowiedzi posypały się tysiące komentarzy z których najłagodniejsze brzmiały „nie judeo”, a te w połowie tylko nieprzyzwoite zawierały tyle inwektyw, że są już nie do powtarzania publicznego.  Czy jednak w tym społecznym oburzeniu nie ma racji?

Po pierwsze mowa tutaj jest o świątyni katolickiej. Nie mówimy więc o wielokulturowych korzeniach europejskich, lecz o czymś co było miejscem kultu zasadniczo jednej religii. Problem należy więc doprecyzować: Czy można mówić o tym, że nasza religia jest judeo-chrześcijańska? I czy chodzi tutaj o „judeo-chrześcijaństwo” czy może „judeochrześcijaństwo”?

Zauważmy, że papieże i księża wielokrotnie używali określenia „judeo-chrześcijański” (również bez myślnika). Np. Papież Franciszek używa tego określenia w 15 rozdziale swojej encykliki „Pochwalony bądź” a Jan Paweł II w dokumencie „Kościół w Europie” w rozdziale 16. Nie jest to też określenie które pojawiło się ostatnio. Używali je w książkach np. ks. Karl Pieper (1929), Tadeusz Zieliński (1921, 1939), Ignacy Radliński (1898), katolickie czasopismo „Światło” (1897) itp. itd. Określenie to, czy też mowa o źródłach, padały wielokrotnie, na przestrzeni dziejów – mówiło się o nich już w pierwszych wiekach „naszej ery”.

Określenie to może mieć trzy znaczenia: W początkach naszej wiary chodziło o odróżnieniu Chrześcijan „żydowskich” od „pogańskich” (bez myślnika). Można też było analizować związki obu kultur (bez myślnika). Mówiło się też o elementach wspólnych dla obu kultur – np. o apokryfach Starego Testamentu (z myślnikiem).

Tak samo jak nie możemy negować wpływów greckich, rzymskich czy nawet arabskich i afrykańskich tak samo nie możemy negować wpływów kręgu żydowskiego.  Jak jednak pogodzić to z wyraźnym odcinaniem się Kościoła na przestrzeni dziejów od religii żydowskiej, a nawet z bardzo mocnym krytykowaniu czy wskazywaniu win? Czy Kościół w tych przypadkach błądził? Czy może błądzi teraz, a co za tym idzie i Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej? Czy nasza religia jest oparta na Chrystusie – czy jeszcze na czymś? Na kimś? Na Kimś?

Potrzeba tu wyjaśnić coś z dawnych dziejów naszej religii, coś o czym się nie pamięta, nie myśli, często nie wie. Nie traktuje tego jako istotne nawet wielu księży, a jednak fakt ten miał ogromny, kardynalny wręcz wpływ na dzieje świata i naszej religii.

Mowa jest tutaj o dwóch tradycjach, które rozwinęły się wśród potomków, spadkobierców Mojżesza i jego brata Aarona. Przy okazji poznawania tej historii, wielu dowie się też ze zdziwieniem, że Stary Testament … nie jest nam znany w pierwotnej wersji.

Niewątpliwie wydarzenia zapisane w Starym Testamencie, a więc nie będące zjawiskami po Chrystusie ukształtowały wiele elementów naszej kultury – tej która wydarzyła się już po Chrystusie. Historie Edenu, Adama i Ewy, Potopu, Sodomy i Gomory, różnych Proroków, królów, pasterzy, stanowiły podstawę późniejszych poezji, malarstwa, a także filozofii i różnych ruchów. Powstawało nawet wiele chrześcijańskich sekt nawiązujących do tych wydarzeń – np. chodzący nago w Średniowieczu Adamici, którzy uważali, że tylko życie na wzór rajski pozwoli pozbyć się skłonności do grzechu. Widać tu więc niewątpliwie wpływ tej kultury na naszą świadomość. Nie możemy tego lekceważyć. Ten wpływ to jednak nie wszystko.

Jednym z najważniejszych wydarzeń Starego Testamentu jest historia Mojżesza i otrzymania przez niego „tablic”.  Aaron, uznawany za pierwszego kapłana, był bratem Mojżesza, a jednocześnie kimś, kto tłumaczył wizje i przesłania, przedstawiał je i realizował w postaci praw i zasad. To co było powiedziane ogólnie, można nawet powiedzieć „poetycko”, znajdowało dzięki Aaronowi wyjaśnienie w codziennym życiu. Kochając swojego brata służył mu jako wsparcie, można by powiedzieć, administracyjno-urzędnicze. Tę tradycję kontynuowali jego potomkowie, w miarę jednak upływu wieków, coraz bardziej przypisując jedynie sobie prawo do interpretacji słów Jahwe. Coraz bardziej krytykowali bardziej „artystycznych”, lecz w ich mniemaniu nieporządnych i byle jak wierzących ludzi z  innych rodów i  „z gminu” – „prostaczków”.

Kluczowym momentem dla radykalizacji tych postaw była Niewola Babilońska. Izraelczycy zostali przeniesieni do Babilonu na kilka pokoleń. Wielkie to miasto i bogata kraina, były odpowiednikiem dzisiejszego lewackiego świata „zachodu”, pełnego pozornej dowolności, braku moralności, cwaniactwa i bogactw. Naród wybrany szybko zaczął przyjmować ten styl życia asymilując się do tego stopnia, że zaczęli nawet piastować wysokie stanowiska. Gdy Babilończycy mieli ich w końcu dość i „zaproponowali” im  wyprowadzkę, był to już naród mocno zlaicyzowany. Wzięli go więc w swoje ręce kapłani – ci z tradycji Aarona. Ustanowili niezwykle surowe przepisy, wygnali nawet żony z innych plemion i „oczyścili pulę genetyczną”. Wtedy też dochodzi do zebrania starych pism czy przekazów, przepisania ich, przetłumaczenia, skodyfikowania. Wtedy to powstaje znana nam dzisiaj wersja Tory (prawie w ostatecznej wersji) – pierwszych ksiąg Starego Testamentu. Zostaje spisana Księga Powtórzonego Prawa – najbardziej radykalna w swojej przepisowości. Do pisania wyznacza się specjalnie szkolonych soferów (pisarzy) i ustanawia się całą strukturą pism tłumaczących Torę i zasady jej czytania.

Problem polega jednak na tym, że cała ta rewolucja traktowała wszystkie przepisy w niezwykle ziemski sposób. Nie zmieniono pierwotnych słów lecz ich wydźwięk.  Nastąpiło odejście od ducha, a punkt ciężkości został położony na naturalistyczną niezwykle radykalną interpretację przepisów. „Świętym” było się dlatego, że spełniało się przepisy a nie dlatego, że było się dobrym dla innych. W pewnym momencie w języku nie istniały nawet żeńskie odpowiedniki takich słów jak „święty”, gdyż było to zarezerwowane tylko dla wąskiej grupy. W praktyce kult bardziej przypominał zasady dzisiejszego Islamu niż wiary katolickiej. Dochodziło do takich absurdów jak w przypadku zasad odwiedzania świętego Przybytku – miejsca spotkania Boga w centrum Świątyni Jerozolimskiej. Mógł tam wchodzić tylko raz na jakiś czas jeden wybrany kapłan. Wierzono jednak, że gdyby Bóg chciał się wtedy spotkać z tym kapłanem Jego wielkość poraziła by człowieka, który padł by trupem. Problem był jak go stamtąd wydobyć zachowując przepisy o niewchodzeniu przez innych. Z tej przyczyny kapłana przywiązywano sznurkiem, aby go w razie potrzeby wyciągnąć.

W czasach Jezusa dominacja tej radykalnej formy był ogromna. To oni ustalali kto jest a kto nie jest Żydem, kto jest wierny a kto nie, jaki jest Bóg a jaki nie jest. Odeszli jednak od ducha mojżeszowego a więc od Objawienia. Bóg nie mógł być bliski a w szczególności nie mógł być człowiekiem. Duch religii mojżeszowej był przechowywany wśród ludu. Szczególnie w potomkach rodu Dawida. To właśnie dlatego obie znane genealogie Jezusa (zapewne wybrani przodkowie Maryi i Józefa) wyprowadzają jego pochodzenia właśnie od tego króla.

Ewangelie pełne są przykładów w których Jezus krytykuje postawę faryzeuszy i uczonych w Piśmie a jednak mówi, że nie przyszedł Prawa łamać lecz je wypełniać, mówi że ani jedna litera w Prawie nie może zostać zmieniona. Ta pozorna sprzeczność może być wyjaśniona tylko jeśli się przyjmie właśnie istnienie tych dwóch nurtów – jednego duchowego i drugiego kapłańskiego. Oba używały tych samych zasad – jednak jeden przyjmował ducha tych zasad, a drugi po ludzku literalnie rozumiane słowa. W jednym starano się pomagać swoim rodakom i każdemu, w drugim nie brano wody z rąk Samarytanki. W jednym powstrzymywno się od zbyt dużych prac w Szabat, w drugim po przejściu „drogi szabatowej” stawano i nocowano aby nie złamać zapisu. W jednym dbano o świeżość łatwo psujących się produktów, w drugim produkty łatwo psujące się były „niekoszerne”. W pierwszym grzech cudzołożnicy przyjmowano jako bardzo mocny (śmiertelny), w drugim za grzech ten kamienowano bez przebaczenia.

Najbardziej dramatyczny obrót i ostateczną różnicę tych dwóch nurtów widać w śmierci Jezusa na Krzyżu – czyli nierozpoznaniu własnego Boga i zabiciu Go. Pomimo tego, że Jezus „nie miał winy”, nie przekroczył Prawa, została skazany i zabity, bo nie mieścił się w ziemskiej interpretacji.

Tak więc w czasach Jezusa wielu było ludzi przepisowych, służbistów, radykalistów, religijnych urzędników, oraz w drugiej grupie ludzi żyjących prawdziwym duchem. Można się domyślać że to właśnie ci drudzy  w większości podążali za Jezusem, słuchali Go, stawali się Jego uczniami, apostołami. Wielu bogatych „odchodziło jednak strapionych” bo trudno im było przejść przez „Ucho igielne” z bagażem ziemskich interpretacji. Znaczna część „duchowych” Izraelitów przyjęła Chrześcijaństwo. Część, została w swojej religii pielęgnując tego pierwotnego ducha.

Chrystus nie przyszedł z czymś nowym, jest wypełnieniem proroctw, dopełnieniem Objawienia, rozpoczętego dawno przed wiekami. Całość Bożego Słowa do ludzi była wypowiadana długo i zawiera historie, które pomagają nam rozumieć ostateczne Objawienie. To dlatego w liturgii pierwsze czytania pochodzą ze Starego Testamentu. To dlatego Jezus sam spotkał się z Mojżeszem i Eliaszem na Górze Tabor itd.

Mamy więc dwie tradycje judaistyczne – duchową i słowną, istniejące w czasach już przed Jezusem, z których jedna jest częścią naszej katolickiej tradycji, a druga przyczyniła się swoją ziemską postawą do Wypełnienia najsmutniejszej części misji Boga-Człowieka. Dlatego mamy prawo a nawet obowiązek odnosić się naszą religię katolicką do tej tradycji nurtu duchowego. To część naszej wiary, dziejów Objawienia. Mamy prawo mówić o „judaistycznych” korzeniach religii chrześcijańskiej.

Tradycja duchowa w samym judaizmie była i jest dalej obecna do dzisiaj, choć mało kto w ten sposób analizuje dzieje świata. Ponosiła ona wiele dramatycznych ofiar na przestrzeni dziejów. Często była niszczona i to nawet przez swoich teoretycznych współwyznawców. To właśnie żydzi żyjący duchem najczęściej asymilowali się z polską kulturą, stawali się patriotami, obrońcami Ojczyzny, ponosili ofiary nawet życia, byli zsyłani za walkę z bronią w ręku na Syberię – np. Henryk Wohl, młody bankier, uczeń szkoły rabinicznej, zwolennik pełnej asymilacji był Dyrektorem Skarbu w czasie Powstania Styczniowego, za co został zesłany na 10 lat na Syberię, a Mojżesz Berger, opiekun powstańców we Lwowie, późniejszy ukochany radny Lwowa, wychowywał po chrześcijańsku syna powieszonego przez Moskali Leszka Wiśniewskiego a jemu samemu postawił pomnik na Łyczakowie. Bronili też Polski na forach międzynarodowych. Np. Henryk Nusbaum w 1919 wraz z innymi Żydami, protestował przeciwko narzucaniu Polsce krzywdzących dla niej  ustaleń na Kongresie Wersalskim.

Tradycja radykalnych przepisów nienawidziła swoich „duchowych” braci. Traktowała ich nieraz gorzej niż Chrześcijan, chcąc całkowicie „wyplenić”, podobnie jak dzieje się to z nienawiścią wobec katolików w niektórych sektach protestanckich. Są nawet tacy, którzy w tym kontekście analizują fakt udziału wielu tysięcy Żydów w formacjach hitlerowskich, które przecież prowadziły do śmierci również samych Żydów. Być może to jednak zbyt daleko posunięta interpretacja historii.

Wracając więc do pierwszego pytania – czy nasza religia i tradycja katolicka są „judeo” czy też nie są, musimy odpowiedzieć twierdząco. Mamy prawo a wręcz obowiązek uznawać tę przedChrystusową część historii. Nie możemy odrywać części bożego Objawienia. Z drugiej jednak strony powinniśmy się radykalnie odcinać od zbyt ziemskiej jego interpretacji. Niestety tan podszept wydarzał się wiele razy w dziejach już późniejszych. To samo stało się w czasach reformacji, gdy zaczęto interpretować Biblię zbyt dosłownie (np. zakaz czci dla samych obrazów uznano za zakaz sporządzania obrazów osób świętych). Dzieje się też i na naszych oczach, gdy niektóre „ultratradycjonalistyczne” ruchy w Kościele próbują negować ustalenia ducha soboru, ducha Kościoła, podważać autorytet papieży i opluwać ich działania. Tą drogą podążają one dokładnie do tego samego punktu, który doprowadził do ukrzyżowania nierozpoznanego Boga.

Mają więc swoją rację osoby mówiące o odcięciu się, ale mają też ci, którzy mówią o judeo-chrześcijańskich korzeniach kultury. (Zaznaczyć tutaj należy, że w artykule w ogóle  został pominięty wątek udziału samego judaizmu, tego nowożytnego, w dziejach Europy – to zupełnie inny temat).

Nadanie Przykazań wydarzyło się w 50 dni po Wyjściu z Egiptu – stało się podstawą Tradycji Księgi. Duch Święty został zesłany w 50 dni po Zmartwychwstaniu stając się podstawą nowego Kościoła. Mamy więc tradycję nową – chrześcijańską ale nawiązującą kulturowo do ducha istniejącego już wcześniej choć nie znanego w pełni aż do najważniejszego wydarzenia w dziejach – czyli Zmartwychwstania Jezusa. Tak samo jak uznajemy historię wydarzającą się później, tak samo mamy obowiązek uznawać historię wcześniejszą bo to część naszej tradycji.

 

PS Bardzo proszę o to aby nie zamieszczać komentarzy typu „to jest filosemityzm” albo „poddaństwo żydowskie”, bo dowodzą tego, że autor komentarza w ogóle nie przeczytał artykułu i nie zrozumiał jego treści. Proszę też nie mieszać tego jak obecnie wyglądają podziały judaizmu i co sami żydzi uważają za „tradycyjne”. Późniejsza historia judaizmu nie jest tematem tego artykułu.