Nie ma znaczenia, co myślę debacie w PE i wystąpieniu PMM, dlatego podzielę się kilkoma refleksjami, jak zawsze w punktach.

1. Debaty w PE są bez znaczenia, bo PE jest zasadniczo bez znaczenia. Teatr do odegrania gry pozorów, który interesuje niemal wyłącznie samych aktorów (posłów do PE) – część z nich to sprawni cynicy (Guy Verhofstadt, Manfred Weber), część to idealiści walczący o większą sprawę (choćby Ska Keller na lewicy i Ryszard Legutko na prawicy”, a pozostała większość (zdecydowana) to polityczni emeryci, którzy trafili tam z przypadku za polityczne zasługi w swoich krajach, nie mają większego pojęcia, co tam się dzieje, i symulują pracę, żeby nie było, że dostają ciężki hajs za „nicnierobienie”. Część z nich nawet wierzy, że ta praca jest potrzebna – ci najmocniej stracili kontakt z bazą. There are few guys&girls, którzy mają jakieś znaczenie, ale to głównie starzy wyjadacze, którzy są w nieformalnych sieciach z Komisją i lobbystami. Generalnie cała ta instytucja to targ próżności, głównie dla dziadersów, który kosztuje Unię miliony monet, a jeszcze raz w miesiącu musimy ten cyrk przewozić z Brukseli do Strasburga i z powrotem.

2. Nikt normalny w Europie się nie interesuje tym, co się dzieje w PE. Istotne jest to, co napiszą europejskie media o tym, co się tam dzieje, a dokładnie, jaką dadzą narrację do tego teatrzyku. W gruncie rzeczy o to głównie chodzi. Pomysł PMM, żeby wystąpić w tej debacie, będzie mieć sens tylko wtedy, kiedy uda mu się sprzedać opowieść, która może się sprzedać w europejskich mediach. Zresztą to, co odbyło się dziś w PE, to żadna debata – każdy wypowiada swoje rytualne przemowy, nikt z tuzów PE komentujących przemówienie PMM nie odniósł się do jego słow choćby w 1%. Ale to bez znaczenia – wiadomo, co powiedzą. Ważniejsze jest to, kto się lepiej sprzeda w mediach.

3. W tym kontekście taktycznie przemówienie PMM było bardzo dobre. Uciekł z linii ognia, koncentrując się na wymiarze europejskim, wiedząc, że i tak w pytaniach dostanie zestaw standardowy K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A. Chyba mu się to udało, bo faktycznie część posłów poszła tym europejskim, a nie polskim tropem, co słusznie imho zauważył Tomasz Bielecki.

4. Duża, wstępna częśc przemówienia PMM dotyczyła drastycznych podwyżek cen gazu na europejskich rynkach, za co PMM odpowiedzalnością obarczył Niemcy, która uzależniając UE od rosyjskiego gazu dały Kremlowi pretekst do szantażu. Imho to bardzo efektowny soundbite – przeciętny Europejczyk ma w nosie rule of law, a już drastyczne podwyżki cen gazu go bardzo obchodzą. I to jest temat, który może (ale nie musi) się w mediach sprzedać – to Niemcy złamali zasady europejskie, teraz musimy za to wszyscy płacić, a dodatkowo UE zamiast się tym zająć i ulżyć zwykłym ludziom, zajmuje się jakimiś pierdołami. Jeśli w najbliższych dniach zobaczymy w Financial Timesach, Figarach, Weltach, ElPaisach, LeSoirach i LaStampach echa takiego soundbite’u, to saldo występu PMM będzie na plus. Trzeba dodać, że dotychczasowa narracja, że teraz zabiorą nam, a potem innym państwo peryferyjnym (Południe), choć słuszna, niespecjalnie działa. Co prawda PMM wrzucił kilka zdań w tym duchu, ale to nie żre.

5. Czasem w UE państwa idą na rympał i łamią europejskie zasady. Tak zroblili Niemcy z budową NS1 i NS2, tak zrobili Francuzi i Włosi z Paktem Stabilności i Wzrostu. Ale już Grekom na to samo nie pozwolono, o czym boleśnie przekonał się Warufakis, próbując przelamać tę unijną grę pozorów. W swojej książce „Porozmawiajmy jak dorośli” (gorąco polecam!) świetnie pokazał, jak ta gra wygląda od środka.

6. PiS wierząc, że możemy przelamać te zasady, nie odrobił greckiej lekcji. Gdyby jeszcze to zrobił w naprawdę ważnej dla Polski i jej potencjału sprawie, to bym rozumiał. Ale pójście na wojnę o reformę wymiaru sprawiedliwości było kompletnie bez sensu. Jeśli PMM uda się sprzedać w Europie opowieść o niemieckiej winie za szalejące ceny gazu, to pewnie trochę obniżymy koszty tej awantury, bo Niemcy będą zmuszone, żeby ją wyciszyć.

7. I na sam koniec – zasadniczo merytorycznie wystąpienie PMM było naprawdę niezłe. Gdyby w UE i takich debatach chodziło o rację, PMM miałby duże szansę, aby zaorać swoich sparingpartnerów. Ale w polityce, podobnie jak w małżeństwie, nie chodzi o rację:)

A dlaczego PMM merytorycznie miał rację? Tu odsyłam Was do genialnego tekstu Jana Rokity o ewolucji UE i idei państwa mandatowego (link).

Appendix do wczorajszego wpisu po dyskusji w komentarzach. Niezależnie od materii naszego sporu z Brukselą – tu niezmiennie pozostaje na stanowisku, że dramatycznie potrzebujemy reformy wymiaru sprawiedliwości i zmierzenia się ze środowiskiem prawniczym, w tym zwłaszcza sędziowskim, ale PiS tę reforę koncertowo zepsuł i teraz już nie da się jej zrobić, bo nikt nie odważy się podnieść ręki na tę wyjątkową kastę:)) – myślę sobie, że nasz problem z UE ma głęboko historycznie zakorzenioną przyczynę.

Jakkolwiek nie wierzę w teorie, które wszystko wyjaśniają, i ta taką nie jest, ale wydaje mi się, że jakimś tropem wyjaśniającym część naszych problemów jest kwestia pochodzenia elit. Ostrzegam – to bardziej luźna opowieść niż teoria naukowa:) Europejskie elity to potomkowie burżuazji, która z kolei jest potomkiem arystokracji. Arystokracja umiała brutalnie realizować swoje interesy w perukach – dla nas ci Walezjusze biegający w rajtuzach zawsze byli jacyś smieszni i niepoważni (Francuziki), a jednocześnie nie potrafiliśmy zrozumieć, jakim cudem tym Francuzikom udało się zbudować imperialne państwo. Innymi słowy – mamy cały teatr gry pozorów, za którym skrywamy nasze realne intencje. Jednocześnie bardzo silny jest model insider-outsider, ktory opisywał wspomniany wczoraj Warufakis: możesz robić brudne rzeczy jako insider, i dopóki nikomu nie mówisz, że inni insiderzy robią brudne rzeczy i pozostajesz insiderem, wszystko jest OK. Ale jeśli jako insider zaczniesz wchodzić w rolę outsidera-sygnalisty, to insiderzy cię zniszczą. To jest strasznie arystokratyczne, i taka jest imho dziś UE.

Polska jest chłopska. Nie było tu nigdy burżuazji z prawdziwego zdarzenia, bo i nie było arystokracji. Nawet nasze elity były chlopskie – szlachta, a póżniej ziemiaństwo, niespecjalnie różniło się od chłopstwa w zakresie mindsetu. A chłopstwo (używam tego w sensie niepejoratywnym) nie umie grać w pozory – jest do bólu realistyczne. Na dodatek za sprawą historycznego dziedzictwa jesteśmy w tym realizmie mocno zakorzenieni, a te zachodnie pozory do nas nie przemawiają. Mamy bowiem w pamięci choćby 3 września 1939. I dlatego kompletnie nie potrafimy grać w tę grę – czujemy się w niej nieswojo, zakładamy czasem te peruki jak PMM grający arystokratycznego eurokratę, ale w końcu je ściągamy, tak jak wczoraj ściągnął PMM w PE. Powiedział tym arystokratom jak prawdziwy chłop prosto w oczy prawdę o NS2 czy rajach podatkowych. Tylko że oni o tym nie mówią nie dlatego, że o tym nie wiedzą, tylko dlatego, że są insiderami i wiedzą, że niemówienie o tym jest zasadą uprawniającą ich do robienia podobnych rzeczy. W tym sensie PMM zagrał rolę outsidera. I dlatego w debacie wśród europejskich elit jest skazany na rozjechanie. Bo choć ma rację, to jednak ukradł kilka jabłek z pańskiego ogrodu. Arystokraci też kradną, ale im się tego nie wypomina. Kiedy jednak wchodzisz w rolę chłopa, to niestety musisz mieć świadomosć, że nikt z arystokratów się nie będzie krygować.

Kluczowe pytanie brzmi – czy zachodnioeuropejski demos, który także jest wiejski podobnie jak nasze elity, wymusi na swoich elitach zmianę, czy uzna, że własna arystokracja, nawet jeśli ich kantuje, to wciąż lepiej zadba o ich chłopskie interesy.

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.