Do tego, że nasze pisma kierowane do urzędów czasem mogą być traktowane w sposób niewyobrażalny dla autora zdążyliśmy przywyknąć. W końcu o rodzaju pisma nie decyduje jego tytuł, ale treść. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że sprawa dotyczy wyłącznie petentów, ciągle niesłusznie zwanych stronami postępowania…

Praktyka urzędnicza, która wg pewnej nieżyjącej już sędzi Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach jest ważniejsza od przepisów, notuje takie przypadki. Szczególnie na styku największej machiny biurokratycznej Zjednoczonej Europy, jaką jest… polski Zakład Ubezpieczeń Społecznych z obywatelem.

Niezbyt często, jednak na tyle, że problem ten był już rozpoznawalny przez administracyjne sądy, dochodzi do paradoksalnej sytuacji – urzędnik wydaje faktycznie decyzję, ale formalnie jest ona ukryta pod postacią pisma informującego o prawach i obowiązkach strony.

Skoro urząd informuje, to 97. na 100. petentów, zwanych stronami, nawet przez myśl nie przejdzie, że można by się odwołać.

Zaskarżyć. Kto wie, czy pogrążając się jakiejś iście demokratycznej upierdliwości nawet zaskarżyć decyzję do sądu – administracyjnego bądź powszechnego w zależności od rodzaju sprawy.

A to oznacza, że urzędnik będzie wiódł boje z upierdliwym Kowalskim przez najbliższe lata.

Urzędnik Nowak odkrył jednak sposób na upierdliwość Kowalskiego.

Niby rozstrzyga sprawę co do istoty, ale czyni to tak, by uniknąć jakiejkolwiek kontroli.

Rozwiązanie starsze od przynajmniej części czytających te słowa czytelników.

Już 7 lipca 1981 roku ówczesny Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku SA 1163/81 (OSPiKA 1982, Nr 9–10, poz. 169) stwierdził:

„Pisma zawierające rozstrzygnięcie w sprawie załatwianej w drodze decyzji są decyzjami, pomimo nieposiadania w pełni formy przewidzianej w art. 107 § 1 KPA, jeśli tylko zawierają minimum elementów niezbędnych dla zakwalifikowania ich jako decyzji. Do takich elementów należy zaliczyć: oznaczenie organu administracji państwowej wydającego akt, wskazanie adresata aktu, rozstrzygnięcie o istocie sprawy oraz podpis osoby reprezentującej organ administracji”.

Kiedy możemy się o tym dowiedzieć?

Jedynie wówczas, gdy albo sami korzystamy z pomocy prawnika, albo też sami nim jesteśmy.

Jednak akurat nasze przekonanie, choćby podparte analizą wyroków sądów administracyjnych z ostatniego półwiecza, wcale nie musi przekonać sądu.

Pamiętajmy o tym.

W praktyce sposób na rozpoznanie ogniem przeciwnika, by użyć starego terminu wojskowego, najłatwiej skutkuje wobec naszego największego, bo jedynego, Organu rentowego.

Coraz częstszą bowiem praktyką tego molocha jest bowiem wysyłanie do obywatela żądającego np. wydania decyzji długich pism opowiadających o tym, że jego wniosek jest bezpodstawny. Bo przecież ZUS już 7 lat temu rozstrzygnął powstałą dzisiaj sprawę, więc czego chcesz, obywatelu, skoro tamta decyzja jest od 6 lat prawomocna?

Praktycznie do tej pory na takie dictum odpowiedzią było jedynie zaciśnięcie pięści w kieszeni i pogodzenie się z losem.

Aleć to już Jan Kochanowski zauważył, że nic wiecznego na świecie (Pieśń IX).

Ludkowie, do tej pory zginający kornie głowy przed Molochem, wpadli na pomysł. Skoro wnieśli o wydanie decyzji, a tenże Moloch zamiast jej przysyła pismo informujące, czemu decyzji wydać nie może, należy ZUS skarżyć.

O niewydanie decyzji.

Po jakimś czasie, w zależności od okręgu sądowego, sprawa zostaje rozstrzygnięta. Oczywiście oddaleniem odwołania, bowiem zdaniem sądu

Pisma zawierające rozstrzygnięcie w sprawie załatwianej w drodze decyzji są decyzjami, pomimo nieposiadania w pełni formy przewidzianej w art. 107 § 1 KPA, jeśli tylko zawierają minimum elementów niezbędnych dla zakwalifikowania ich jako decyzji.

W tych konkretnych przypadkach pisma informujące o niemożności wydania decyzji tak naprawdę są decyzjami odmawiającymi wydania decyzji.

Wiem, jak to brzmi.

Ale akurat w postępowaniu przed Molochem postanowień kończących postępowanie nie ma. Musi więc być decyzja.

Co więcej, zgodnie z art. 112 KPA brak pouczenia co do trybu wniesienia odwołania od takiej „ukrytej decyzji” ma ten skutek, że odwołanie może być wniesione… w każdym czasie.

Dokładnie.

Ktoś może jednak zapytać, po co ten cyrk?

Przecież urząd, a już szczególnie ZUS, zawsze ma rację.

A jeśli racji nie ma, to patrz wyżej. 😉

Tymczasem prawda jest o wiele bardziej skomplikowana. Najprościej – gdyby nie przekonanie o powszechnej omnipotencji urzędów te nie byłyby omnipotentne.

Wyobraźcie sobie taką sytuację – urząd w G. wydaje 100 nieprawidłowych decyzji. Jednak 97 podatników/płatników (niepotrzebne skreślić) uważa, że z urzędem nikt nie wygrał, i nie rusza palcem, by choć próbować zmienić krzywdzącą rzeczywistość.

Z pozostałych trzech jeden z różnych przyczyn przegapia termin na wniesienie odwołania i jest upupiony na własne życzenie.

Pozostałych dwóch występuje w terminie i wygrywa.

Co to oznacza w praktyce?

Ano to, że urząd w G. należy do przodujących w kraju, gdyż w 98% ma rację!

,

I właśnie po to, by uniknąć takiego działania administracji, które niszczy kraj gorzej, niż najbardziej przewlekła pandemia, świadomy obywatel nie może obawiać się trybu odwoławczego.

Trzeba wierzyć, że sądowa kontrola aktów administracyjnych, szczególnie tak ułomnych jak „ukryta decyzja”, z czasem przywróci poszanowanie prawa w organach administracji publicznej.

Kto zaczął prowadzić działalność gospodarczą przed 1990-tym wie dobrze, o czym piszę.

Rozpasane urzędy skarbowe robiły co chciały, a jedyną obroną podatnika okazywała się w końcu… szara strefa.

Lepiej bowiem było raz na rok, czasem nawet i trzy lata, stracić towar wyłożony na łóżku czy tym podobnej ladzie, niż narazić się na kontrolę z ostatnich 5 lat, podczas której potrafiono wymierzyć karę nawet za błędy ortograficzne w wystawionej fakturze!

Przypadek znany mi osobiście – przedsiębiorca sprzedawał ołówki, a że był dyslektykiem (i to stwierdzonym orzeczeniem komisji lekarskiej) raz pisał przez ó, raz przez u, a nawet trafiało się, że było g i f. W sumie kara wyniosła ok. 10 tys. zł w 1996 roku! Coś po 50 zł od każdej faktury z błędem.

Oczywiście ówczesna Izba oddaliła odwołanie podatnika. NSA natomiast wysłał fiskusa do diabła, ale dopiero po trzech latach.

Na szczęście do czasu rozpoznania sprawy wstrzymał wykonalność decyzji.

A potem poszła lawina. Ludzie skarżyli wszystko; nawet opryskliwość urzędnika była skarżona.

Dzisiaj fiskus w kategoriach przestrzegania prawa byłby na pierwszym miejscu.

Pamiętajmy o tym. Urząd nie jest poza naszym zasięgiem. By z nim wygrać czasem potrzebna jest tylko cierpliwość.

11.01 2021