Do grona „antyszczepów”, „foliarzy”, „płaskoziemców”, „zaplutych karłów reakcji” oficjalnie dołączył w ostatnich dniach uchodzący za najlepszego obecnie tenisistę świata i jednego z najlepszych graczy w dziejach tenisa, Serb Novak Djoković. Przyznaję, że czuję się zaszczycony. Szczególnie, że sam kiedyś nieco w tenisa grywałem i choć w ostatnich latach trochę się w tym zakresie opuściłem, to wciąż zamierzam kiedyś do gry wrócić.

Wracając jednak do sedna. Djokovicowi, jak wiadomo, australijskie władze nie chcą zezwolić na wzięcie udziału w jednym z najważniejszych, najbardziej prestiżowych turniejów tenisowych – z serii wielkiego szlema – Australian Open. A nawet więcej – ponieważ będąc niezaszprycowanym – ośmielił się postawić stopę na australijskiej ziemi, władze tego kraju postanowiły potraktować go z odpowiednią surowością, izolując przykładnie w dalekich od komfortu warunkach. A co?! Niech będzie przykład dla innych zuchwalców, którym podobne pomysły chodziłyby po głowie! Wywrotowców, antysystemowców.

Zresztą trudno się władzom australijskim dziwić. Władzom kraju, który jest w zdecydowanej czołówce światowej, gdy idzie o zamordyzm około-pseudo-pandemiczny. Kraju – jak się do niedawna wydawało – wolnego, demokratycznego, z gruntu kulturowo „zachodniego”. Okazało się jednak, że pod pretekstem rzekomej pandemii, podniosły w nim głowę najgorsze totalitarne demony. I oto uderzył w Australijczyków jeden z „najtwardszych” w świecie „lockdownów”, a wszelkie przejawy oporu tępione są przez władze z całą surowością. Społeczeństwo zostało zmuszone do siedzenia całymi tygodniami w areszcie domowym, milicja brutalnie rozpędzała demonstracje i goniła wolnych ludzi po parkach i ulicach, dla niezaszprycowanych uruchomiono specjalne obozy odosobnienia. Obrazki jakie dochodzą do nas z tego kraju, przywodzą na myśl bardzo niedobre historyczne skojarzenia.

Tak więc władze australijskie nie mogą pozwolić sobie na to, aby w ich czołowej imprezie sportowej brał udział – i to grając w absolutnej czołówce, a może i zdobywając ostatecznie puchar zwycięzcy – zawodnik niezaszprycowany! Byłoby to bardzo podobne do słynnych ostatnich przedwojennych igrzysk olimpijskich, jakie rozegrały się w roku 1936, w Berlinie. Wtedy to Hitler i nazistowscy oficjele musieli patrzeć jak odnoszą sportowe sukcesy i zdobywają medale Żydzi i Murzyni. Nie powinniśmy się dziwić władzom australijskim, że nie chcą znaleźć się w podobnej, żenującej sytuacji…

I jeszcze jedna przy okazji uwaga, dla uzyskania pełniejszego obrazu świata lat trzydziestych XX w., a może i wkrótce naszego, współcześnego. Ponoć gdy czarnoskórzy, amerykańscy olimpijczycy, na czele z najlepszym Jesse Owensem – lekkoatletą, czterokrotnym medalistą z Berlina – wrócili do ojczyzny, ówczesny prezydent USA, nota bene przedstawiciel Partii Demokratycznej, Franklin Delano Roosevelt – nie zaprosił ich do Białego Domu. Cóż. Takie czasy… Sam Owens miał na to powiedzieć mniej więcej takie słowa: „Wróciłem do mojego rodzinnego kraju i nie mogłem jeździć z przodu autobusu… Musiałem iść do tylnych drzwi. Nie mogłem mieszkać tam, gdzie chciałam… Nie zostałem też zaproszony do Białego Domu na uścisk dłoni z prezydentem”, a także „Hitler nie zlekceważył mnie – to nasz prezydent mnie zlekceważył… Prezydent nawet nie wysłał mi telegramu”. Później olimpijski mistrz został działaczem na rzecz równouprawnienia czarnoskórej ludności Stanów Zjednoczonych. Może przed Djokovicem podobna przyszłość. Choć oczywiście miejsce zajmowane ongiś przez Czarnych zajmą w coraz wyraźniej materializującym się „nowym porządku świata” nowi obywatele drugiej kategorii. Anty… no – wiadomo kto.