A więc piąta fala. Trudno było oczekiwać, aby po rekordowych danych o nowych zachorowaniach z Europy Zachodniej nas to ominęło. Na alfę „czekaliśmy” 3 miesiące od startu w UK, na deltę też 3 miesiące. Omikron przyszedł po miesiącu. Nie będę podawać liczb – je możecie znaleźć czy to na stronach czy to ICM UW, czy grupy MOCOS z Wrocławia (ostatnio sporo publikowali ci drudzy).

Co z tych prognoz wynika? Ano że szczyt realnych zachorowań osiągniemy na początku trzeciej dekady stycznia (to już za niecałe dwa tygodnie!) przy, uwaga, 2,25 mln nowych zachorowań dziennie. Oczywiście w testach tego nie zobaczymy, bo nasz potencjał testowania to 150 tys., a poza tym ludzie nie będą się testować. A nie będą, bo:

1) omikron to dla większości katarek i bół głowy, więc nic takiego

2) test to kwarantanna i ryzyko izolacji oraz kwarantanny dla rodziny i znajomych

3) izolacja/kwarantanna to utrata 20% dochodów (w wersji optymistycznej…) albo całości (jak masz pecha i prowadzisz małą firmę)

To jednak oznacza, że w miesiąc COVID przechoruje jakieś 10 mln ludzi. Czyli więcej niż w każdej poprzedniej fali. I to przy poziomie immunizacji 90%. Dlaczego? Bo alfa, beta, gamma i delta to byli bracia/siostry wirusa z Wuhan. A omikron to taki kuzyn. Podobny, ale jednak nieco inny. Dlatego wcześniejsze przechorowanie niewiele daje. Nieco lepiej szczepionki, ale tu trzeba mieć 3 dawkę, a ją przyjęło w Polsce nieco ponad 16% populacji. Czyli zdecydowanie ze mało. A i trzecia dawka daje tylko częściową gwarancję.

Zważywszy na to wszystko, trzeba się spodziewać, że 5 fala pójdzie śladem 2, czyli realnie pierwszej, z jesieni 2020. Od Podkarpacia/Małopolski. Co prawda liderem wzrostu jest Kraków, ale to wynika tylko z faktu, że jest tam większy potencjał testowania i zarazem większa skłonność do testowania się.

Nasuwa się pytanie – so what? Czy skoro przebieg omikronu jest łagodniejszy, to jest sens się przejmować? No trochę jest. Mamy w szpitalach jakieś 18 tys. zajętych łóżek. Omikron mimo wszystko w niektorych przypadkach powoduje konieczność hospitalizacji. Tym razem istotnie wyższe odsetki hospitalizowanych dotyczą dzieci i młodzieży. Jeśli w trzy tygodnie zachoruje 10 mln ludzi, i załóżmy hospitalizacji będzie potrzebować nie 3%, ale 0,5%, to i tak daje nam to 50 tys. (te 0,5% to mniej niż przy grypie – piszę o hospitalizacji, nie śmiertelności). Może nawet będzie to mniej niż 50 tys. Ale jeśli tempo będzie takie szybkie, do szpitali może nam dobić co najmniej kilkanaście tysięcy nowych chorych.

Czy będze ich gdzie położyć? Tak. Czy będzie miał ich kto leczyć? Tu już gorzej. Podobnie źle wygląda kwestia opieki personelu pozalekarskiego. Analitycy z MOCOC prognozują, że w najbliższym miesiącu musimy się liczyć z kolejnymi kilkunastoma tysiącami zgonów, dokładając do tych 200 tys. nadmiarowych zgonów za 2020-21 (przy okazji po raz pierwszy od II WŚ przekroczyliśmy w dwulatce milion zgonów).

Inna sprawa, że na moje oko to my nie mamy tyle łóżek. Po dwóch latach pandemii powiedziałbym raczej, że każde przekroczenie 10 tys. powoduje lokalne zapaści systemu ochrony zdrowia. Czyli brak profilaktyki, brak należytej opieki dla innych chorych, niepotrzebne zgony przy zawałach/udarach etc. To oznacza, że te 18 tys. dziś jest grubo poza tą granicą. A ilekroć przekraczamy 10 tys., statystyki zgonów przyśpieszają (pomijam tu dług zdrowotny, którego efekty zobaczymy w przyszłości).

No dobrze. Co zatem można zrobić? Szczepienie 3 dawką nas nie uratuje – za mało czasu (nawet gdybyśmy wprowadzili przymus). Totalny lockdown? No to mogłoby nieco spowolnić falę (bo jej nie zatrzyma, trzeba sobie to uczciwie powiedzieć), i umożliwić rozłożenie tej fali w czasie, co ma znaczenie dla ochrony zdrowia. Ale nie ma dziś opcji na lockdown. To przynajmniej zamknięcie szkół/uczelni? To też by coś dało, ale znów – nie wydarzy się. Co tam minister Czarnek, skoro nie udało się przekonać nawet władz mojej macierzystej uczelni… A, jest jeszcze DDM, ale maseczki i dystans to w Polsce fikcja.

Czyli wspolnotowo zostało nam czekać na wyrok. Rozumiem, że jesteśmy gotowi na to poświęcenie. W końcu każdy musi na coś umrzeć, prędzej czy później, prawda?

Dlatego mogę jedynie dać wskazówki indywidualne. Jeśli mieszkasz z osobą starszą niezaszczepioną 3 dawką, i masz taką możliwość, nie wychodź z domu do końca stycznia (a jak musisz, to w drakońskim reżimie sanitarnym). Jeśli mieszkasz z dzieckiem/dziećmi, które nie są w placówkach, i masz taką możliwość, patrz jak wyżej. Jeśli masz dzieci w placówkach, a masz taką możliwość, to do ferii zostaw je w domu. Zresztą za chwilę szkoły i uczelnie i tak realnie przestaną funkcjonować z powodu izolacji/kwarantann.

Jeśli nie masz takiej możliwości, to jeśli masz trzecią dawkę, unikaj kontaktu z niezaszczepionymi trzecią dawką osobami starszymi/dziećmi. Jeśli nie masz, to zachowuj drakoński reżim sanitarny. Chyba ze chcesz przechorować i nie masz problemu z zarażeniem innych.

I ostatni akapit – omikron jest z nami od 2 miesięcy, a tak realnie to od 6 tygodni. Wiemy, że poprzednie warianty powodowały u niektórych long COVID. Zresztą do dziś problem rehabilitacji pocovidowej to ogromny temat. Nie wiemy, czy omikron skutkuje podobnymi efektami. Może nie. Ale pewności nie ma. Oczywiście ktoś powie, że życie jest niebezpieczne, i to zasadniczo prawda. Ale jeśli prawdopodobieństwo zachorowania przez najbliższej 3 tygodnie jest tak ogromne, to jeśli się da, po co ryzykować?

A co potem? Powiedziałbym bailando od marca. Chyba że pojawi się kolejny kuzyn. Ale chyba nie ma co tego zakładać. Trzeba żyć nadzieją, że omikron to ostatnia prosta. Choć z drugiej strony trzeba mieć świadomośc, że jednocześnie omikron wzmocni społeczne przekonanie, że COVID nie jest taki groźny. Własny katarek nie robi bowiem takiego wrażenia jak zgony nieznajomych, którzy zawsze umierali. A to, czy umrze 8 czy 12 tys osób tygodniowo dla większości z nas jest kompletnie niezauważlne.

EDIT: Wg danych ECDC Trzecią dawkę przyjęło już 20,7% – wzrosło o 4 p.p. w ciągu kilku dni, więc widać spory popyt na trzecią dawkę (4 % to jakieś 1,5 mln ludzi zaszczepionych w niecały tydzień).

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.