– Czego życzyć Panom na niedzielę? – zapytała Justyna Pochanke, zawieszając głos. – Zwycięstwa – odpowiedział z entuzjazmem Andrzej Duda. Życzę panom pięknej niedzieli -dokończyła dziennikarka.

Debata odbiegała od poprzedniej. Choćby kolorem krawatów: krwistoczerwony u Komorowskiego i stonowany bordowy u Dudy. Ten ostatni nie był już grzecznym uczniem jowialnego profesora wygrażającego palcem (zaciśniętą pięść Komorowskiego zauważyło wielu). W ostatecznym podsumowaniu Komorowski przyznał się, że odebrał sygnał od Polaków, zwłaszcza młodych. O wyborach powiedział jednak, że to nie będzie „randka w ciemno”, to będzie decyzja, kto będzie sternikiem Polski.  Andrzej Duda na koniec przemówił do narodu jak mąż stanu, jak przyszły prezydent, który słuchał Polaków w każdym zakątku kraju i usłyszał, co naród chce mu powiedzieć.

Bronisław Komorowski przerywał jak w poprzedniej debacie. Wtrącał się do wystąpienia przedmówcy, krytykował i szydził z posła Dudy. Tym razem Andrzej Duda nie powiedział ani razu do swego rywala: panie prezydencie. Raz nawet zdobył się na zdecydowane słowa: To ja mam być prezydentem i będę odpowiadał przed Polakami.  Andrzej Duda kilkakrotnie powtórzył, że za 8. letnią destabilizację kraju odpowiada rząd PO i prezydent Komorowski.

Komorowskiemu dostało się za porażkę dyplomacji, nieudacznictwo, wygrażanie pięścią narodowi, zmianę poglądów, nieuczciwość, zniszczenie obrony terytorialnej, rozpad armii, podpisywanie ustaw podnoszących podatki, szczególnie za podpisanie konwencji przeciw przemocy, która niszczy rodzinę, zwalcza tradycję.

Odpowiedzią, która przeważyła szalę na rzecz Dudy było pytanie Justyny Pochanke o decyzję w sprawie 300 rodzin chrześcijan z Syrii. Komorowski nie zajął zdecydowanego stanowiska w sprawie ratowania życia zagrożonych. Andrzej Duda odpowiedział jednoznacznie: tak.