Najgroźniejsze nie jest to, że młody człowiek ma problemy. Najgroźniejsze jest to, że zaczyna wierzyć, iż rozwiązaniem tych problemów może być działanie nieproporcjonalne do ich rzeczywistej skali.

Od szkolnego osiłka do szkolnego zagrożenia

Kończąc poprzednią część „Edukacyjnego węzła gordyjskiego”, napisałem, żebyśmy nie mieli pretensji do dzieci, że tak dobrze przystosowały się do chaosu, który sami im urządziliśmy. One po prostu odrobiły lekcję zadaną przez dorosłych, a jeżeli nie podoba nam się odpowiedź, powinniśmy zacząć od sprawdzenia treści zadania. Nie przypuszczałem wówczas, że tak szybko przyjdzie mi powrócić do tych słów. Bo oto docierają do nas wiadomości o młodych ludziach, których zachowania budzą już nie tylko zdumienie czy oburzenie, ale zwyczajny strach. Strach rodziców posyłających dzieci do szkoły, nauczycieli stających przed kolejną klasą i samych uczniów, którzy nie zawsze wiedzą, czego spodziewać się po własnych kolegach. I nie chodzi jedynie o najbardziej dramatyczne zdarzenia. Niepokojące jest również to, jak łatwo groźba, zastraszanie czy demonstracja agresji mogą stać się sposobem zwrócenia na siebie uwagi.

Oczywiście przemoc wśród młodzieży nie narodziła się wraz ze smartfonem, TikTokiem ani kolejną reformą oświaty. Kto pamięta dawne szkoły, ten zapewne pamięta również klasowych osiłków, którzy na przerwach wymuszali drobne, odbierali słabszym kanapki albo rozdawali kuksańce według własnego uznania. Zdarzały się bójki, szkolne porachunki, upokarzanie młodszych i zwyczajna podłość, której dorośli nieraz woleli nie zauważać. Nie ma więc powodu, żebyśmy własną młodość malowali wyłącznie w pastelowych kolorach. Bywało brutalnie, a część dawnych metod przywoływania uczniów do porządku sama była formą przemocy. Nie zamierzam zatem ogłaszać, że współczesna młodzież stała się bardziej brutalna niż wcześniejsze pokolenia. Do takiego wniosku potrzebowalibyśmy rzetelnych danych, a nie tylko nagłówków gazet. Interesuje mnie natomiast szczególny rodzaj zachowań, w których możliwe konsekwencje wydają się zupełnie niewspółmierne do przyczyn. Groźba użycia niebezpiecznego narzędzia, demonstracyjna agresja czy desperacki czyn mogą w jednej chwili uruchomić wydarzenia, których nie sposób już cofnąć.

Nie zamierzam również tworzyć kroniki szkolnych tragedii ani roztrząsać życiorysów ich młodocianych sprawców. Od tego są śledczy, sądy i specjaliści, którzy mają dostęp do okoliczności konkretnych zdarzeń. Mnie interesuje coś innego. Jak dochodzi do sytuacji, w której młody człowiek uznaje, że problem, z którym nie potrafi sobie poradzić, wymaga działania mogącego zniszczyć życie jemu albo komuś innemu? Dlaczego niekiedy przestaje dostrzegać proporcję między doznaną krzywdą, własną reakcją i jej możliwymi konsekwencjami? Czy zabrakło mu kogoś, kto pomógłby zrozumieć sytuację, czy też nauczył się od otoczenia, że najszybszą drogą do rozwiązania konfliktu jest demonstracja siły?

Nie chcę z góry rozstrzygać odpowiedzi ani zdejmować z kogokolwiek odpowiedzialności za własne czyny. Chciałbym natomiast zastanowić się, dlaczego niektórzy młodzi ludzie zaczynają postrzegać agresję jako rozwiązanie skuteczniejsze od rozmowy, a wywołanie strachu jako sposób zdobycia znaczenia. I czy rzeczywiście wystarczy powiedzieć, że zabrakło im wychowania, dyscypliny i autorytetów. Bo jeśli w poprzednich częściach zastanawialiśmy się nad tym, czego szkoła nie jest już w stanie nauczyć bez wsparcia dorosłego społeczeństwa, to teraz wypada zapytać, czego młodzi ludzie uczą się od tego społeczeństwa mimochodem — patrząc na nasze zachowania, konflikty, lęki i sposoby rozwiązywania problemów.

Dziecko w świecie permanentnego alarmu

Spróbujmy przez chwilę spojrzeć na współczesny świat oczami kilkunastolatka. Nie człowieka, który ma już za sobą kilkadziesiąt lat doświadczeń, przeżył kilka gospodarczych kryzysów, politycznych przewrotów, zmian ustrojowych i zapewnień, że oto właśnie nadchodzi koniec znanego nam świata. Spójrzmy oczami kogoś, kto dopiero próbuje zrozumieć, na czym polega życie, jakie obowiązują w nim zasady i czego może oczekiwać od przyszłości. Tymczasem zanim zdąży się porządnie obudzić, już dowiaduje się, że świat ma poważne kłopoty. Za wschodnią granicą trwa wojna, gdzie indziej grozi kolejna, gospodarka może się załamać, klimat nieuchronnie zmierza ku katastrofie, sztuczna inteligencja odbierze ludziom pracę, a politycy zgodnie zapewniają, że ojczyzna stoi nad przepaścią. Różnią się właściwie tylko w ocenie, kto ją tam doprowadził i kto powinien zostać do niej wrzucony jako pierwszy. A jeśli przypadkiem zabraknie jakiejś katastrofy, internetowy algorytm z pewnością znajdzie następną, odpowiednio dramatyczną, żeby młody człowiek nie pomyślał sobie, że może jednak warto spokojnie zjeść śniadanie.

Oczywiście zagrożenia nie są wymyślone. Wojny zabijają ludzi, kryzysy niszczą rodzinne budżety, zmiany klimatu niosą realne konsekwencje, a rozwój nowych technologii rzeczywiście zmienia rynek pracy. Problem nie polega więc na tym, że ktoś informuje młodzież o niebezpieczeństwach, lecz na sposobie, w jaki te informacje do niej docierają. Dawniej wiadomości miały swój czas i miejsce. Była gazeta, radiowy dziennik, wieczorne wiadomości telewizyjne. Dzisiaj nie ma ani początku, ani końca informacyjnego dnia. Powiadomienia przychodzą podczas lekcji, przy obiedzie, w autobusie i przed zaśnięciem. Co więcej, internetowe mechanizmy rekomendacji mogą wzmacniać widoczność treści budzących silne emocje, ponieważ skutecznie przyciągają one uwagę. W rezultacie świat oglądany przez ekran może wydawać się znacznie bardziej niebezpieczny i chaotyczny niż ten, którego młody człowiek doświadcza bezpośrednio. A nastolatek dopiero zdobywa doświadczenie potrzebne do odróżniania samej możliwości wystąpienia zagrożenia od prawdopodobieństwa, że rzeczywiście go ono dotknie.

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Współczesne dzieci korzystają z osiągnięć medycyny, techniki i infrastruktury, o których wcześniejsze pokolenia mogły jedynie marzyć. Mają dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, możliwości komunikowania się i rozwijania zainteresowań. Nie wszystkie jednak i nie w jednakowym stopniu. Jednak nawet poprawa materialnych warunków życia nie musi przekładać się na większe poczucie bezpieczeństwa. Można mieszkać w wygodnym domu, mieć pełną lodówkę, własny pokój i telefon dający dostęp do całego świata, a jednocześnie odczuwać nieustanny niepokój o przyszłość. Bo człowiek nie żyje wyłącznie w świecie rzeczywistych zagrożeń. Żyje również w świecie zagrożeń, o których istnieniu jest przekonany. A ten drugi świat potrafi być znacznie bardziej przerażający od pierwszego.

Nie znaczy to oczywiście, że nasze pokolenie dorastało w świecie wolnym od strachu. Pamiętamy zimną wojnę, wyścig zbrojeń, groźbę atomowej zagłady, gospodarcze kryzysy, puste półki i niepewność jutra. Mamy jednak doświadczenie, że świat potrafi przetrwać niejedną zapowiadaną katastrofę, a człowiek poradzić sobie z niejednym życiowym zakrętem. Tylko kto ma o tym opowiedzieć młodym? Nastolatek, pochłonięty elektronicznymi gadżetami, niekoniecznie ma ochotę wysłuchiwać kolejnych bajań dziadersów, zwłaszcza gdy zaczynają się od sakramentalnego „za moich czasów”. A dziaders, zmęczony gonitwą za pieniędzmi, rachunkami i codziennymi obowiązkami, niekiedy z ulgą przyjmuje, że młody siedzi cicho, nie zawraca głowy i czymś tam zajmuje się w swoim pokoju. Nie zawsze jest to obojętność. Czasami zwyczajne zmęczenie, a czasami nieumiejętność znalezienia wspólnego języka. Dziecko ma więc święty spokój od dorosłych, dorośli mają święty spokój od dziecka, a między nimi wyrasta cisza, której żaden smartfon nie potrafi zagłuszyć.

I właśnie w tej ciszy może dojrzewać coś znacznie bardziej niepokojącego niż chwilowy strach przed kolejną katastrofą. Młody człowiek, który nie ma z kim skonfrontować swoich obaw, może zacząć traktować medialne wizje przyszłości jak nieuchronny wyrok. Nie oznacza to, że wszyscy nastolatkowie reagują w ten sposób. Wielu młodych ludzi znajduje w sobie ciekawość, ambicję i odwagę mierzenia się z przyszłością. Ale warto zapytać, czy nie wychowujemy części młodego pokolenia w świecie, który daje mu coraz większe możliwości, a jednocześnie odbiera przekonanie, że warto z nich korzystać. Bo kiedy przyszłość zaczyna kojarzyć się przede wszystkim z zagrożeniem, niepewność może przerodzić się w lęk, a poczucie bezsilności w frustrację, której młody człowiek nie zawsze potrafi nadać właściwy kierunek.

Niepewność, lęk i frustracja — trzy różne stany

Niepewność, lęk i frustracja. Trzy słowa, których często używamy zamiennie, choć nie oznaczają tego samego. Niepewność pojawia się wtedy, kiedy nie potrafimy przewidzieć, co przyniesie przyszłość. Lęk wiąże się z postrzeganym zagrożeniem, nawet jeżeli nie potrafimy dokładnie wskazać jego źródła. Frustracja natomiast pojawia się między innymi wówczas, gdy coś staje nam na drodze do osiągnięcia celu, zaspokojenia ważnej potrzeby albo odzyskania poczucia kontroli. Stany te mogą się wzajemnie wzmacniać, ale nie tworzą obowiązkowej kolejności, którą każdy musi przejść. Człowiek może być sfrustrowany bez odczuwania lęku, bać się bez popadania w agresję i żyć w niepewności, zachowując ciekawość świata. Trudności mogą narastać wtedy, gdy kilka obciążeń pojawia się równocześnie, a młody człowiek nie znajduje skutecznego sposobu radzenia sobie z nimi.

Wyobraźmy sobie nastolatka, który słyszy w domu rozmowy o problemach finansowych rodziców, w szkole nie radzi sobie z nauką, wśród kolegów czuje się pomijany, a w internecie ogląda ludzi niewiele starszych od siebie, którzy już podobno osiągnęli życiowy sukces. Nie musi wydarzyć się nic nadzwyczajnego. Wystarczy codzienne gromadzenie się niepowodzeń, rozczarowań i niepokojów. Każde z osobna może wydawać się dorosłemu niewielkim problemem, ale razem tworzą coraz trudniejszy do zniesienia obraz własnego życia. Co gorsza, obserwowane w sieci sukcesy innych często nie są tym, czym się wydają. Starannie wyreżyserowana codzienność internetowego idola zostaje zestawiona z rzeczywistymi problemami nastolatka, który zaczyna się zastanawiać, dlaczego wszystkim wokół się udaje, a jemu nie. Najbardziej dotkliwe nie musi być samo niepowodzenie, lecz przekonanie, że cokolwiek zrobię, i tak niczego nie zmienię.

Nie oznacza to jednak, że człowiek przestraszony, rozczarowany czy sfrustrowany staje się automatycznie agresorem. Przeciwnie, podobne doświadczenia mogą prowadzić do zupełnie różnych reakcji. Jeden młody człowiek zamknie się w pokoju i ograniczy kontakty z otoczeniem, drugi zacznie szukać pomocy, trzeci spróbuje odreagować napięcie przez sport, muzykę albo inne zainteresowania. Ktoś inny może popaść w przygnębienie czy zachowania szkodliwe dla samego siebie. Dopiero u części młodych ludzi narastające napięcie może przyjąć postać agresji skierowanej na zewnątrz. Znaczenie mogą mieć wtedy doświadczenia upokorzenia, odrzucenia, niesprawiedliwości, utrwalonej wrogości oraz trudności z regulowaniem emocji. Nie ma prostego równania, według którego określona dawka lęku daje określoną dawkę przemocy. Lęk nie jest przemocą, frustracja nie jest przemocą, a poczucie krzywdy nie daje jeszcze nikomu prawa do krzywdzenia innych.

Pozostaje pytanie, dlaczego niektórzy zamiast szukać pomocy, próbują odzyskać poczucie wpływu przez podporządkowanie sobie innych. Człowiek, który nie potrafi zmienić własnej sytuacji, może odkryć, że łatwiej zmusić kogoś do ustąpienia, przestraszyć słabszego, upokorzyć kolegę albo wywołać awanturę, niż cierpliwie rozwiązywać problem. W ten sposób agresja może stać się dla niego pozornym dowodem sprawczości. Przez chwilę czuje, że coś od niego zależy, że inni muszą się z nim liczyć, że przestał być bezradny. Tyle że jest to sprawczość oparta na cudzym strachu i krzywdzie, a jej skutki mogą jeszcze bardziej pogłębić pierwotne problemy. Nie każdy sprawca przechodzi taki proces. Agresja może wynikać również z chęci dominacji, zdobycia uznania albo innych motywacji. Ale sam mechanizm zasługuje na uwagę: kiedy człowiek traci poczucie kontroli nad własnym życiem, może próbować odzyskać je przez kontrolowanie życia innych.

Dorośli również nie są mistrzami panowania nad własnymi emocjami. Potrafią reagować na trudności wybuchami złości, wzajemnymi oskarżeniami i demonstracyjną wrogością, a jednocześnie oczekują od młodzieży spokoju, cierpliwości i rozsądku. Uczą dzieci, że konflikt należy rozwiązywać rozmową, a później pokazują im w telewizji, internecie i codziennym życiu, jak skutecznie można tę rozmowę zastąpić awanturą. Młody człowiek dostaje więc sprzeczne lekcje: jedną podczas szkolnej godziny wychowawczej, drugą od społeczeństwa, które samo nie zawsze potrafi poradzić sobie z własnymi frustracjami. A przecież nastolatek dopiero doskonali umiejętność panowania nad silnymi emocjami i przewidywania długofalowych skutków swoich działań. Zanim więc uznamy młodego człowieka za istotę pozbawioną rozsądku, przyjrzyjmy się, dlaczego czasami emocje wciskają gaz do podłogi, zanim rozum zdąży nacisnąć hamulec.

Gaz w podłodze, hamulce dopiero na dotarciu

Przecież nawet kilkunastoletnie dziecko powinno wiedzieć, że nie wolno bić kolegi, grozić nauczycielowi, niszczyć cudzej własności czy narażać innych na niebezpieczeństwo. I najczęściej rzeczywiście o tym wie. Potrafi nawet całkiem rozsądnie wyjaśnić, dlaczego tak postępować nie należy. Problem pojawia się jednak w chwili, gdy do głosu dochodzą silne emocje, poczucie upokorzenia, strach, gniew albo potrzeba zaimponowania rówieśnikom. Wtedy wiedza o konsekwencjach nie zawsze przekłada się na zachowanie. Można to porównać do samochodu, w którym silnik potrafi już rozwinąć imponującą moc, ale układ kierowniczy i hamulce są jeszcze na etapie doskonalenia. Gaz bywa wciśnięty do podłogi, zanim kierowca zdąży pomyśleć, że za zakrętem może być przepaść. I nie chodzi tu wyłącznie o brak doświadczenia życiowego, lecz również o biologiczne uwarunkowania dojrzewania.

Mózg nastolatka nie jest po prostu pomniejszoną wersją mózgu człowieka dorosłego. W okresie dorastania nadal doskonalą się połączenia między obszarami uczestniczącymi w przetwarzaniu emocji, odczuwaniu nagrody, podejmowaniu decyzji i kontrolowaniu zachowania. Szczególnie interesująca jest różnica między rozwojem układów związanych z poszukiwaniem silnych wrażeń i społecznego uznania a stopniowym doskonaleniem mechanizmów odpowiedzialnych za samokontrolę i przewidywanie konsekwencji. Ważną rolę odgrywa tutaj kora przedczołowa, uczestnicząca między innymi w planowaniu, ocenie ryzyka i powstrzymywaniu impulsów. Nie oznacza to jednak, że mózg osiąga pełną dojrzałość dokładnie w dniu dwudziestych piątych urodzin, jak można niekiedy przeczytać w popularnych opracowaniach. Rozwój przebiega stopniowo, różni się między ludźmi i nie kończy się jednocześnie we wszystkich obszarach. Co więcej, nastolatki potrafią myśleć racjonalnie, planować i podejmować odpowiedzialne decyzje. Trudność może ujawniać się szczególnie wtedy, gdy spokojną ocenę sytuacji zakłócają silne emocje albo presja otoczenia.

Spróbujmy przyjrzeć się temu na prostym przykładzie. Czternastolatek doskonale wie, że skakanie z wysokiego muru może skończyć się złamaniem nogi. Gdy stoi przed nim sam, prawdopodobnie dwa razy się zastanowi, zanim podejmie decyzję. Ale wystarczy, że obok pojawi się grupa kolegów, ktoś rzuci wyzwanie, inny zacznie nagrywać telefonem, a kolejny zakpi, że przecież nie będzie się bał. Nagle zmienia się nie wysokość muru ani twardość ziemi, lecz społeczna wartość ryzyka. Możliwość zdobycia uznania, uniknięcia ośmieszenia czy przeżycia chwili ekscytacji zaczyna konkurować z wiedzą o zagrożeniu. Badacze rozwoju młodzieży, między innymi Laurence Steinberg, zwracają uwagę, że obecność rówieśników może zwiększać atrakcyjność natychmiastowej nagrody, a tym samym skłonność do podejmowania ryzykownych decyzji. Nie dotyczy to każdego nastolatka w jednakowym stopniu. Pokazuje jednak, dlaczego człowiek może rozumieć niebezpieczeństwo, a mimo to w określonych okolicznościach zachować się tak, jakby przestało ono mieć znaczenie.

Jest jednak w tej niedojrzałości również druga strona medalu. Ta sama wrażliwość na nowe doświadczenia, silne emocje i uznanie otoczenia może sprzyjać odwadze, odkrywaniu zainteresowań, rozwijaniu talentów i angażowaniu się w działania wymagające wysiłku. Bez młodzieńczej skłonności do podejmowania ryzyka trudno byłoby wyobrazić sobie wielu sportowców, odkrywców, społeczników czy ludzi gotowych przeciwstawiać się niesprawiedliwości. Nie chodzi więc o to, aby wychować człowieka, który będzie bał się własnego cienia. Chodzi o nauczenie go odróżniania ryzyka, które warto podjąć, od ryzyka, które może zniszczyć życie. Skoro młody człowiek dopiero doskonali mechanizmy samokontroli, tym większe znaczenie mają jasne granice, przewidywalne konsekwencje, rozsądnie stawiane wymagania i obecność dorosłych, którzy potrafią zatrzymać niebezpieczne zachowanie, zanim wymknie się ono spod kontroli. Nie po to, żeby nieustannie trzymać młodzież na hamulcu, lecz żeby nauczyć ją, kiedy i dlaczego należy z niego korzystać.

Wiedza o rozwoju mózgu nie może jednak stać się kolejnym wygodnym usprawiedliwieniem każdego wybryku. Nie możemy powiedzieć człowiekowi, który wyrządził komuś krzywdę, że właściwie nic się nie stało, bo jego kora przedczołowa jeszcze dojrzewa. Rozumienie mechanizmu nie oznacza zwolnienia z odpowiedzialności, podobnie jak znajomość zasad działania silnika nie zwalnia kierowcy z obowiązku bezpiecznej jazdy. Musimy jednak pamiętać, że przewidywanie konsekwencji i panowanie nad emocjami doskonalą się również poprzez doświadczenie, ćwiczenie samokontroli i uczenie się na błędach. A do tego potrzebne są sytuacje, w których można popełnić błąd bez nieodwracalnej katastrofy, otrzymać zrozumiałą informację o jego skutkach i nauczyć się postępować inaczej. Bo prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, kiedy młody człowiek, próbując rozwiązać problem, który w jego oczach urósł do rozmiarów katastrofy, wybiera działanie, którego rzeczywiste skutki mogą okazać się od tej wyobrażonej katastrofy znacznie gorsze.

Kiedy problem staje się katastrofą

Jest coś szczególnie niepokojącego w sytuacjach, kiedy przyczyna dramatycznego zachowania wydaje się zupełnie niewspółmierna do jego skutków. Rodzinny konflikt, szkolna sprzeczka, zawód miłosny, poczucie odrzucenia albo przekonanie, że zostało się potraktowanym niesprawiedliwie, mogą w oczach młodego człowieka urosnąć do rozmiarów życiowej katastrofy. Dorosły, wyposażony w doświadczenie wcześniejszych niepowodzeń, często potrafi dostrzec, że nawet bardzo bolesna sytuacja nie musi oznaczać końca świata. Nastolatek nie zawsze dysponuje takim punktem odniesienia. Dla niego pierwsza miłość może być tą jedyną, pierwsze poważne upokorzenie czymś nie do zniesienia, a gwałtowna kłótnia z rodzicami dowodem, że nikt go nie rozumie i nigdy już nie zrozumie. Nie oznacza to, że młody człowiek świadomie wyolbrzymia problem ani że jego cierpienie jest mniej rzeczywiste od cierpienia dorosłego. Problem zaczyna się wówczas, kiedy subiektywna wielkość przeżywanej krzywdy całkowicie przesłania ocenę rzeczywistych skutków działania, które ma tę krzywdę usunąć.

Spróbujmy wyobrazić sobie nastolatka, który po gwałtownym konflikcie dochodzi do wniosku, że nie może już dłużej pozostać w domu. Nie chce rozmawiać, nie zamierza czekać do rana ani wysłuchiwać kolejnych argumentów. Pragnie jednego: natychmiast znaleźć się jak najdalej od miejsca, które w danej chwili kojarzy mu się z upokorzeniem, niesprawiedliwością albo niezrozumieniem. Nie zastanawia się dostatecznie nad tym, dokąd pójdzie, gdzie spędzi noc, co zrobi następnego dnia i jakie zagrożenia może napotkać. Najważniejszy staje się sam akt ucieczki, ponieważ daje poczucie odzyskania kontroli nad sytuacją. Podobnie może być z młodym człowiekiem, który po publicznym ośmieszeniu postanawia za wszelką cenę odegrać się na sprawcy upokorzenia. Nie rozważa, czy jutro konflikt będzie miał jeszcze takie samo znaczenie. Chce natychmiastowej odpowiedzi. W obu przypadkach działanie, które w zamierzeniu ma zakończyć problem, może stać się początkiem problemu nieporównanie większego.

I tu dochodzimy do zasadniczej kwestii: proporcji między przyczyną, reakcją a konsekwencjami. Dorosły człowiek również potrafi stracić nad sobą panowanie. Wystarczy przypomnieć awantury drogowe, rodzinne konflikty czy bójki wywołane drobnymi nieporozumieniami. Jeżeli młody człowiek nie nauczył się znosić rozczarowań, odkładać reakcji, szukać pomocy i rozwiązywać sporów bez agresji, chwilowe emocje mogą zdominować jego sposób myślenia. Wtedy między rzeczywistym problemem a wybraną odpowiedzią powstaje niebezpieczna przepaść. Ktoś chce tylko nastraszyć kolegę, ale sięga po przedmiot, którym można odebrać życie. Ktoś zamierza jedynie zademonstrować swoją niezależność, ale podejmuje działanie zagrażające bezpieczeństwu innych. Ktoś chce odzyskać utracony szacunek, a w rezultacie niszczy własną przyszłość. Przyczyna może być przemijająca, reakcja gwałtowna, a konsekwencje nieodwracalne.

Oczywiście nie każda niebezpieczna decyzja rodzi się pod wpływem chwilowego impulsu. Niektóre działania są przemyślane i przygotowywane, a ich sprawcy przez dłuższy czas utwierdzają się we własnych przekonaniach. Nie wolno więc sprowadzać całej przemocy do niedojrzałości emocjonalnej ani zakładać, że każdy dramat można byłoby powstrzymać zwykłą rozmową. To jednak nie zmienia zasadniczego problemu: człowiek może uznać, że doznana krzywda uprawnia go do reakcji, której rozmiarów nie potrafi albo nie chce już właściwie ocenić. A wtedy zamiast szukać rozwiązania konfliktu, zaczyna szukać sposobu ukarania świata za to, co go spotkało.

Najbardziej tragiczne jest to, że konsekwencje takich działań mogą dotknąć ludzi, którzy nie mieli żadnego związku z pierwotnym problemem. Przypadkowy przechodzień, kolega, nauczyciel, uczestnik ruchu drogowego albo członek rodziny może ponieść skutki decyzji, która w wyobrażeniu sprawcy miała być jedynie sposobem odreagowania własnych emocji. Możemy próbować zrozumieć przyczynę zachowania, ale nie możemy pomijać odpowiedzialności za jego następstwa. Jednocześnie nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że powinien był przewidzieć skutki. Trzeba go wcześniej nauczyć, jak je przewidywać, jak oceniać proporcjonalność własnej reakcji i jak powstrzymać działanie, które pod wpływem emocji wydaje się jedynym wyjściem. Bo dojrzałość nie polega na tym, że człowiek przestaje odczuwać gniew, strach czy upokorzenie. Polega również na tym, że potrafi nie zamieniać przejściowego problemu w nieodwracalną katastrofę. A jeżeli sam jeszcze tego nie potrafi, powinien mieć obok siebie kogoś, kto pomoże mu zatrzymać się przed przekroczeniem tej granicy.

Gdzie jest człowiek, który potrafi powiedzieć: „Poczekaj”?

Między pojawieniem się problemu a podjęciem niebezpiecznego działania istnieje jeszcze przestrzeń, w której można coś zmienić. Czasami wystarczy rozmowa, chwila zastanowienia, możliwość wypowiedzenia własnych pretensji albo zwyczajne ludzkie zainteresowanie. Nie zawsze, rzecz jasna. Bywają sytuacje wymagające natychmiastowej interwencji specjalistów, a niekiedy również policji. Jednak wiele codziennych konfliktów, które z czasem urastają do rozmiarów osobistej katastrofy, zaczyna się od emocji, z którymi młody człowiek nie potrafi sobie poradzić. I wtedy pojawia się pytanie: czy ma obok siebie kogoś, kto potrafi powiedzieć „poczekaj”, zanim usłyszy od niego „już za późno”? Nie chodzi o człowieka, który wygłosi kolejne kazanie, wyrecytuje regulamin albo zagrozi karą. Chodzi o kogoś, kto potrafi dostrzec problem, wysłuchać i pomóc przywrócić właściwe proporcje między tym, co się wydarzyło, a tym, co młody człowiek zamierza zrobić.

Wspominaliśmy już o rodzinie, w której dziecko i rodzice, pochłonięci własnymi sprawami, żyją pod jednym dachem, ale niekoniecznie razem. Nie trzeba jednak całkowitego zerwania kontaktów, aby stopniowo stracić możliwość prawdziwego porozumienia. Wystarczy, że codzienne pytanie „jak było w szkole?” kończy się niezmiennym „dobrze”, a obie strony przyzwyczajają się, że na tym rozmowa właściwie się kończy. Dorosły zakłada, że skoro dziecko nie zgłasza problemów, wszystko jest w porządku. Dziecko natomiast może uznawać, że o pewnych sprawach nie warto opowiadać, bo i tak nie zostanie zrozumiane. Nie zawsze wynika to z braku miłości czy zainteresowania. Czasami ze zmęczenia, czasami z nieumiejętności rozmowy, a czasami z przekonania, że każdy powinien sam radzić sobie z własnymi kłopotami. I tak można codziennie widywać najbliższego człowieka, wiedząc coraz mniej o tym, co naprawdę dzieje się w jego głowie.

Jest jednak jeszcze inny problem. Nie każda rozmowa z dorosłym przynosi ulgę. Wyobraźmy sobie nastolatka, który próbuje opowiedzieć o konflikcie z kolegami, szkolnym upokorzeniu albo zawodzie miłosnym. W odpowiedzi słyszy, że to głupoty, że nie ma czym się przejmować, że za kilka lat będzie się z tego śmiał albo że starsi mieli znacznie gorsze problemy i jakoś przeżyli. Być może dorosły ma rację, oceniając rzeczywistą skalę zdarzenia. Ale cóż z tej racji, skoro młody człowiek odbiera ją jako informację, że jego cierpienie nikogo nie interesuje? Nie potrzebuje przecież potwierdzenia, że spotkała go największa niesprawiedliwość w dziejach ludzkości. Potrzebuje pomocy w zrozumieniu, że nawet dotkliwa krzywda nie musi oznaczać końca świata. Nie można skutecznie tłumaczyć człowiekowi, że jego problem jest niewielki, dopóki nie zrozumie się, dlaczego dla niego jest tak ogromny. Dopiero wtedy można spokojnie rozmawiać o rozwiązaniach, granicach i możliwych konsekwencjach.

Tym zaufanym człowiekiem nie zawsze musi być rodzic. W okresie dorastania pojawia się naturalna potrzeba samodzielności, zachowania prywatności i szukania własnego miejsca poza rodziną. Czasami łatwiej porozmawiać z nauczycielem, trenerem, instruktorem młodzieżowej drużyny pożarniczej, starszym krewnym albo innym dorosłym, który potrafi słuchać bez natychmiastowego wydawania wyroków. Nie potrzebujemy przecież sytuacji, w której każdy problem nastolatka będzie od razu trafiał na biurko kolejnego specjalisty. Potrzebujemy również zwyczajnych, godnych zaufania relacji. A kiedy trudności przekraczają możliwości takiego dorosłego, jego odpowiedzialność polega na tym, żeby pomóc znaleźć właściwą specjalistyczną pomoc. Czasami dziecko potrzebuje po prostu człowieka, dla którego nie będzie kolejnym przypadkiem do załatwienia, lecz kimś wartym wysłuchania.

Wróćmy zatem do naszej samochodowej metafory. Wychowanie powinno wyposażyć młodego człowieka w trzy rodzaje hamulców. Pierwszym jest świadomość zewnętrznych konsekwencji: wiem, że pewnych rzeczy robić nie wolno, a naruszenie zasad spotka się z przewidywalną reakcją. Drugim jest wewnętrzna samokontrola: potrafię powstrzymać się od działania nie tylko dlatego, że boję się kary, ale również dlatego, że rozumiem jego skutki i nie chcę krzywdzić innych. Trzecim natomiast jest obecność człowieka, który w chwili kryzysu potrafi pomóc mi odzyskać rozsądek, kiedy moje własne mechanizmy zawodzą. Nie chodzi o dorosłego nieustannie kontrolującego każdy krok dziecka ani o wychowawcę zastępującego samodzielne myślenie kolejnymi nakazami. Przeciwnie, jego zadaniem jest stopniowo stawać się coraz mniej potrzebnym, ponieważ młody człowiek uczy się korzystać z własnych doświadczeń i podejmować odpowiedzialne decyzje. Dobre wychowanie nie polega przecież na tym, żeby przez całe życie ktoś trzymał człowieka za rękę, ale żeby nauczyć go zatrzymywać się przed przepaścią również wtedy, gdy nikogo obok nie ma.

I tu powracamy do problemu autorytetu, który przewijał się przez poprzednie części „Edukacyjnego węzła gordyjskiego”. Autorytet nie rodzi się wyłącznie z wieku, stanowiska, uprawnień czy możliwości wymierzenia kary. Trzeba go budować poprzez uczciwość, konsekwencję, sprawiedliwość i zaufanie. Młody człowiek może podporządkować się dorosłemu ze strachu, ale nie oznacza to jeszcze, że zwróci się do niego po pomoc, gdy znajdzie się w naprawdę trudnej sytuacji. Z drugiej strony sama życzliwość bez umiejętności wyznaczania granic również nie wystarczy. Potrzebny jest ktoś, kto potrafi jednocześnie powiedzieć: „Rozumiem, że jesteś wściekły” oraz „Nie pozwolę ci nikogo skrzywdzić”. Kto nie pomyli zrozumienia z usprawiedliwieniem i nie będzie uważał stanowczości za przeciwieństwo empatii. Bo być może największym wychowawczym dramatem nie jest to, że młody człowiek nie chce słuchać dorosłych, lecz to, że w chwili prawdziwego kryzysu nie wie już, którego z nich warto posłuchać.

Wieża Babel zbudowana z emoji

Nawet jeśli młody człowiek znajdzie dorosłego, któremu ufa, pozostaje jeszcze jeden problem: czy obaj będą potrafili się porozumieć? Bo przecież rozmowa wymaga nie tylko chęci słuchania, lecz również umiejętności wyrażania własnych myśli. Współczesny nastolatek dysponuje narzędziami komunikowania się, o których nasze pokolenie nawet nie marzyło. W kieszeni nosi urządzenie pozwalające w jednej chwili dotrzeć do człowieka na drugim końcu świata, przesłać mu tekst, zdjęcie, film, nagranie głosowe albo jeden z tysięcy obrazków przedstawiających niemal dowolny stan emocjonalny. Można więc powiedzieć, że nigdy wcześniej ludzie nie mieli tak wielkich możliwości porozumiewania się. Tylko czy większa liczba sposobów przekazywania wiadomości oznacza automatycznie większą umiejętność rozmawiania? Bo czym innym jest przecież wysłać komuś sto komunikatów, a czym innym sprawić, żeby choć jeden został właściwie zrozumiany.

Popatrzmy na język współczesnej komunikacji internetowej. Emoji, memy, skróty, reakcje, filmiki, naklejki i rozmaite młodzieżowe powiedzonka tworzą cały system znaków, z którego korzystają miliony ludzi. Dla kogoś spoza tego świata niektóre rozmowy mogą wyglądać jak korespondencja prowadzona przez mieszkańców kilku odległych galaktyk, którzy przypadkiem trafili na ten sam komunikator. Człowiek pyta, o co chodzi, a w odpowiedzi dostaje trzy czaszki, płaczącą ze śmiechu buźkę i tajemnicze „XD”. I bądź tu mądry, dziadersie! Tyle że nie powinniśmy od razu ogłaszać upadku polszczyzny. Każde pokolenie tworzyło własny slang, skróty i sposoby porozumiewania się, których starsi nie rozumieli albo nie chcieli rozumieć. Sam obrazek może znakomicie wyrażać żart, ironię czy sympatię. Rzeczywisty problem pojawiałby się dopiero wtedy, gdyby człowiekowi zaczynało brakować umiejętności rozwinięcia własnej myśli, przedstawienia argumentu albo opisania bardziej złożonego przeżycia. Nie chodzi więc o to, że emoji zastąpiły słowa, lecz o pytanie, czy niektórym młodym ludziom nie zaczyna brakować słów właśnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebują.

A umiejętność nazywania emocji nie jest przecież wyłącznie sprawą językowej elegancji. Istnieje zasadnicza różnica między stwierdzeniem „Jestem wściekły” a próbą zrozumienia, czy za tą wściekłością kryje się rozczarowanie, zazdrość, poczucie odrzucenia, upokorzenie, strach czy przekonanie o doznanej niesprawiedliwości. Każdy z tych stanów może wymagać innej odpowiedzi i prowadzić do innego rozwiązania. Jeżeli młody człowiek nie potrafi rozpoznać, co właściwie przeżywa, trudniej mu również powiedzieć drugiej osobie, czego od niej oczekuje. Jeszcze trudniej zrozumieć, że ktoś inny może tę samą sytuację odczuwać zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie szkolny konflikt, w którym jeden uczeń uważa zachowanie kolegi za niewinny żart, a drugi przeżywa je jako publiczne upokorzenie. Dopóki potrafią o tym rozmawiać, istnieje szansa na wyjaśnienie nieporozumienia. Jeżeli jednak jedyną odpowiedzią stają się wzajemne obelgi, szyderstwa i demonstracja siły, konflikt może zacząć narastać. Czasami człowiekowi brakuje nie dobrej woli, lecz słów pozwalających wyjaśnić, dlaczego jest mu źle. Nie oznacza to oczywiście, że każdy agresor jest językowo bezradny. Przemoc może być również świadomym wyborem człowieka doskonale potrafiącego wyrażać własne myśli.

Rozmowa jest bowiem pewnego rodzaju rzemiosłem. Trzeba nauczyć się słuchać, cierpliwie przedstawiać argumenty, przyjmować krytykę, zadawać pytania i godzić się z tym, że nie zawsze nasza racja zostanie uznana. Trzeba również umieć przeprosić, ustąpić albo powiedzieć „Nie zgadzam się”, nie zamieniając tego natychmiast w osobistą wojnę. Wszystkie te umiejętności wymagają czasu i praktyki. Tymczasem współczesny świat coraz częściej przyzwyczaja nas do natychmiastowych rezultatów. Klikasz i masz. Zamawiasz i dostajesz. Pytasz wyszukiwarkę albo sztuczną inteligencję i po chwili otrzymujesz odpowiedź, której samodzielne znalezienie mogłoby zająć znacznie więcej czasu. Nie znaczy to, że technologia odbiera człowiekowi cierpliwość, ale może sprzyjać oczekiwaniu, że także ludzkie problemy powinny dać się rozwiązać równie szybko. A przecież kompromisu nie zamawia się jednym kliknięciem, zaufania nie pobiera z internetu, zaś pojednanie nie zawsze następuje zaraz po wysłaniu wiadomości. Rozmowa wymaga cierpliwości, natomiast agresja potrafi dać natychmiastowy rezultat. Ktoś ustąpi, zamilknie, przestraszy się albo zacznie płakać. Tyle że szybkość uzyskania efektu nie oznacza jeszcze rozwiązania problemu.

Nie byłoby jednak uczciwe obciążać odpowiedzialnością za ten stan wyłącznie młodzieży i jej elektronicznych gadżetów. Wystarczy zajrzeć do internetowych dyskusji prowadzonych przez ludzi dorosłych, żeby przekonać się, że umiejętność posługiwania się pełnymi zdaniami wcale nie gwarantuje kultury rozmowy. Niejeden człowiek z dyplomem, imponującym życiorysem i siwizną na skroniach potrafi sprowadzić dyskusję do kilku obelg, przypisania rozmówcy najgorszych intencji i triumfalnego ogłoszenia własnego zwycięstwa. Politycy, publicyści, celebryci i internetowi komentatorzy dostarczają młodym ludziom przykładów, jak zastąpić argument etykietą, a rozmowę publicznym poniżeniem przeciwnika. I znów wracamy do naszego podstawowego problemu: czego właściwie uczymy dzieci, jeżeli każemy im rozwiązywać konflikty spokojnie, a sami demonstrujemy, że najłatwiej wygrać spór, przekrzykując lub ośmieszając drugiego człowieka? Nie możemy mieć pretensji, że młodzi uczą się języka pogardy, jeżeli to właśnie ten język tak często słyszą od dorosłych. Zanim więc zaczniemy narzekać na młodzieżowe „XD”, sprawdźmy, ile warte są nasze własne słowa.

Bo być może problem nie polega na tym, że dorastające pokolenie tworzy nowy język, lecz na tym, że nie zawsze potrafimy wykorzystywać jakikolwiek język do rzeczywistego porozumienia. Można przecież znać tysiące słów i nie umieć powiedzieć drugiemu człowiekowi, że nas zranił. Można mieć setki internetowych znajomych i nie potrafić poprosić żadnego z nich o pomoc. Można wreszcie doskonale opanować sztukę publicznego wyśmiewania innych, a zupełnie nie radzić sobie z własnym upokorzeniem. I właśnie wtedy pojawia się niebezpieczna pokusa, by własnej godności bronić nie argumentem, lecz demonstracją siły. Bo czasami człowiek nie przegrywa rozmowy dlatego, że zabrakło mu racji, ale dlatego, że nie potrafił znaleźć dla niej słów.

cdn

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

Edukacyjny węzeł gordyjski – spis odcinków eseju.

  1. Część I: Kij i tarcza
  2. Część II: Kujony, robole i mistrz
  3. Część III: Jak szkoła straciła zaplecze
  4. Część IV: Węzeł, którego nie przetnie żadna ustawa
  5. Część V, odc. 1: Między lękiem a utratą rozsądku
  6. Część V, odc. 2: Kiedy krzywda staje się usprawiedliwieniem
  7. Część V, odc. 3: Odpowiedzialność za świat, który zostawiamy dzieciom