Kiedy utrata twarzy staje się ważniejsza od kary
Bywa jednak i tak, że słów nikomu nie brakuje. Młody człowiek doskonale rozumie sytuację, wie, jak mógłby zakończyć spór, a nawet zdaje sobie sprawę z konsekwencji agresji. Tyle że nie chce ustąpić. Dlaczego? Bo obok stoją koledzy. Ktoś rzucił obraźliwą uwagę, ktoś inny parsknął śmiechem, kolejny już wyciągnął telefon i czeka na rozwój wydarzeń. Nagle zwyczajna sprzeczka przestaje być sprawą dwóch osób. Staje się publicznym widowiskiem, w którym najważniejsze nie jest już ustalenie, kto ma rację, lecz kto wyjdzie z niego zwycięsko. Dla dorosłego wycofanie się z takiego konfliktu może być przejawem rozsądku. Dla nastolatka, którego pozycja w grupie dopiero się kształtuje, może wyglądać jak publiczne przyznanie się do słabości. I wtedy zwycięstwo nad własnymi emocjami zaczyna przypominać porażkę w oczach innych.
Potrzeba akceptacji i uznania rówieśników nie jest oczywiście niczym nowym. Kto z nas nie pamięta szkolnych popisów, głupich zakładów, bójek o honor klasy czy prób imponowania kolegom odwagą, której po latach trudno nie nazwać zwyczajną głupotą? Młodość od zawsze miała swoje hierarchie, liderów, outsiderów i niepisane kodeksy postępowania. Zmieniły się jednak warunki, w których dochodzi do publicznego upokorzenia. Dzisiaj sprzeczka na szkolnym korytarzu może mieć dodatkową widownię, ponieważ niemal każdy jej uczestnik nosi przy sobie telefon. Sama świadomość, że ktoś nagrywa zajście, potrafi zwiększyć presję. Ktoś, kto przed chwilą gotów był ustąpić, może teraz obawiać się, że jego wycofanie zostanie pokazane innym jako dowód tchórzostwa. Nie chodzi już o to, co naprawdę wydarzyło się między dwiema osobami, lecz także o obraz zdarzenia, jaki zobaczą pozostali. Czasami młody człowiek bardziej obawia się tego, jak zostanie zapamiętany, niż tego, co naprawdę się z nim stanie.
Spróbujmy spojrzeć na sytuację oczami chłopaka, który właśnie został publicznie ośmieszony. Może dobrze wiedzieć, że uderzenie kolegi skończy się wezwaniem rodziców, rozmową z dyrektorem, a być może także interwencją policji. Jednak te konsekwencje należą do przyszłości. Tymczasem śmiech otaczających go rówieśników rozlega się tu i teraz. W jego wyobrażeniu powstaje dramatyczny wybór: albo ustąpi i pozwoli, żeby uznano go za tchórza, albo odpowie w sposób, który przywróci mu utraconą pozycję. Niektórzy młodzi ludzie mogą w takiej sytuacji sięgnąć po agresję nie dlatego, że nie znają zasad, lecz dlatego, że chwilowo ważniejsze staje się dla nich uniknięcie upokorzenia niż przestrzeganie tych zasad. Nie każda reakcja przemocowa wyrasta z potrzeby obrony honoru. Zdarza się również agresja służąca dominacji, zastraszaniu i czerpaniu satysfakcji z cudzej bezradności. Ale w przypadku konfliktów o pozycję w grupie strach przed śmiechem kolegów może okazać się silniejszy niż strach przed karą, która nadejdzie dopiero jutro, za tydzień albo za kilka miesięcy.
Istotne jest również to, jakie zachowania grupa nagradza uznaniem. Jeżeli za odwagę uchodzi opanowanie i umiejętność obrony słabszego, młody człowiek może zyskiwać pozycję dzięki odpowiedzialności. Jeżeli natomiast podziw budzi ten, kto najskuteczniej poniży przeciwnika albo zastraszy kolegę, presja działa w zupełnie innym kierunku. W takim środowisku agresja może stawać się swoistą walutą prestiżu. Nie zawsze trzeba kogoś uderzyć, aby pokazać władzę nad nim. Czasami wystarczy groźba, publiczne ośmieszenie, demonstracyjne wykluczenie z grupy albo przekonanie, że jednym słowem można zmusić innych do milczenia. Najbardziej niebezpieczna staje się sytuacja, w której szacunek zostaje pomylony ze strachem, a zdolność krzywdzenia innych zaczyna uchodzić za dowód siły.
I tutaj musimy postawić pytanie także dorosłym. Czy rzeczywiście uczymy młodych ludzi, jak wycofać się z konfliktu bez poczucia upokorzenia? Czy potrafimy pokazać, że ustąpienie nie musi oznaczać kapitulacji, przeprosiny nie są poniżeniem, a rezygnacja z odwetu może wymagać większej odwagi niż sam odwet? Wystarczy popatrzeć na publiczne spory ludzi dorosłych, aby zobaczyć, jak często przyznanie racji przeciwnikowi traktowane jest niemal jak polityczna śmierć, zaś przeprosiny jako oznaka słabości. Niejeden dorosły gotów jest brnąć w najbardziej absurdalną awanturę, byle nie wypowiedzieć prostego „Pomyliłem się”. A później oczekuje od nastolatka, że ten bez trudu zrobi to, czego sam nie potrafi. Młody człowiek uczy się przecież nie tylko tego, co dorośli mówią o szacunku, ale również tego, jak sami walczą o własny.
Jeżeli chcemy ograniczać przemoc wynikającą z poczucia upokorzenia, nie wystarczy nakazywać uczniom, żeby byli rozsądni. Trzeba również tworzyć warunki, w których mogą zakończyć konflikt bez kolejnego poniżenia. Publiczne strofowanie, zmuszanie do przeprosin na oczach rozbawionej klasy albo demonstracyjne ustawianie winnego pod pręgierzem może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Nie oznacza to rezygnacji z odpowiedzialności ani ukrywania przewinień. Chodzi o to, by konsekwencje były stanowcze, sprawiedliwe i zrozumiałe, ale nie służyły produkowaniu kolejnej porcji upokorzenia. Bo godności nie odzyskuje się przez odbieranie jej komuś innemu. A kiedy młody człowiek zaczyna wierzyć, że doznana krzywda daje mu prawo do wymierzenia własnej sprawiedliwości, przestajemy już mówić wyłącznie o obronie twarzy. Wkraczamy w świat odwetu, w którym agresja zaczyna uchodzić za moralnie uzasadnioną odpowiedź na cierpienie.
Przemoc jako język odwetu
Poczucie krzywdy, rzeczywistej albo wyobrażonej, może przestać być tylko bolesnym doświadczeniem i stopniowo przekształcić się w przekonanie o prawie do odwetu. Najpierw pojawia się myśl: „Potraktowano mnie niesprawiedliwie”. Potem: „Ktoś musi za to odpowiedzieć”. Wreszcie: „Skoro nikt nie chce wymierzyć sprawiedliwości, zrobię to sam”. I właśnie w tym miejscu dochodzi do szczególnie niebezpiecznego pomieszania pojęć. Młody człowiek nie postrzega już własnego działania jako agresji, lecz jako przywracanie naruszonego porządku. Może nawet uważać, że nie miał innego wyjścia, ponieważ został do tego zmuszony zachowaniem innych. Z człowieka przekonanego, że doznał krzywdy, zaczyna we własnym wyobrażeniu przeistaczać się w sędziego, oskarżyciela i wykonawcę wyroku. A kiedy wszystkie te role skupiają się w jednej osobie, trudno jeszcze mówić o sprawiedliwości.
Mechanizm ten nie jest wynalazkiem współczesnej młodzieży. Historia ludzkości pełna jest rodowych zemst, pojedynków, honorowych porachunków i konfliktów, w których jedna krzywda rodziła następną, a pamięć o pierwotnej przyczynie ginęła gdzieś pomiędzy kolejnymi aktami odwetu. Wystarczy wspomnieć dawne szkolne bójki, podczas których ktoś musiał pomścić kolegę, brata albo honor własnej klasy. Jednak odwet nie zawsze jest gwałtownym wybuchem emocji. Człowiek może przez dłuższy czas rozpamiętywać doznaną krzywdę, powracać myślami do upokorzenia i stopniowo utwierdzać się w przekonaniu, że ktoś powinien za nie zapłacić. Niektóre działania agresywne są przygotowywane, a ich sprawcy rozważają różne możliwości, zanim zdecydują się na czyn. Nie oznacza to, że każda długo pielęgnowana uraza prowadzi do przemocy. Jednak krzywda rozpamiętywana przez dłuższy czas może przestać być jedynie wspomnieniem zdarzenia, a stać się sposobem postrzegania całego świata. W takim przypadku nie wystarczy już wyjaśniać agresji chwilową utratą panowania nad sobą.
W tym miejscu warto odwołać się do mechanizmu opisywanego przez psychologa Alberta Bandurę, określanego mianem moralnego odłączenia. Człowiek posiada przecież pewne zasady, które powinny powstrzymywać go przed krzywdzeniem innych. Potrafi jednak tak interpretować własne postępowanie, żeby nie odczuwać sprzeczności między tymi zasadami a działaniem, które zamierza podjąć. Może uznać, że ofiara sama sprowokowała agresję, że wyrządzona jej krzywda jest niewielka w porównaniu z wcześniejszą niesprawiedliwością albo że brutalne zachowanie służy przywróceniu naruszonego porządku. Może również przerzucić odpowiedzialność na innych, przekonując samego siebie, że to oni nie pozostawili mu wyboru. Nie musi przy tym świadomie kłamać. Może autentycznie wierzyć we własne usprawiedliwienia. Najgroźniejsze jest bowiem nie tylko to, że człowiek decyduje się zrobić coś złego, ale również to, że potrafi przekonać samego siebie, iż postępuje słusznie.
W takich sytuacjach znaczenie ma również reakcja otoczenia. Sygnały ostrzegawcze bywają różne: narastające groźby, obsesyjne powracanie do tematu zemsty, wypowiedzi usprawiedliwiające krzywdzenie innych czy konkretne zapowiedzi niebezpiecznego działania. Nie należy jednak traktować każdego przygnębionego nastolatka, gwałtownej wypowiedzi czy szkolnego konfliktu jako zapowiedzi tragedii. Byłoby to niesprawiedliwe i mogłoby prowadzić do niepotrzebnego stygmatyzowania młodych ludzi przeżywających trudności. Z drugiej strony poważnych gróźb nie można zbywać stwierdzeniem, że młodzież zawsze mówiła różne głupstwa. Nie każde niepokojące zachowanie oznacza nadchodzącą przemoc, ale niektóre wymagają sprawdzenia, rozmowy, a w razie rzeczywistego zagrożenia odpowiedniej interwencji. Między podejrzewaniem wszystkich a lekceważeniem wszystkiego istnieje przecież miejsce na zwyczajną odpowiedzialność i rozsądek.
Pojawia się przy tym pułapka, w którą łatwo wpaść również nam, dorosłym. Kiedy próbujemy zrozumieć brutalne zachowanie młodego człowieka, zaczynamy szukać wcześniejszych doświadczeń, rodzinnych konfliktów, szkolnego odrzucenia, upokorzeń albo zaniedbań wychowawczych. I słusznie, ponieważ bez poznania przyczyn trudno skutecznie przeciwdziałać podobnym zdarzeniom. Ale wyjaśnianie może niepostrzeżenie zamieniać się w usprawiedliwianie. Pojawiają się opowieści o trudnym dzieciństwie, niezrozumieniu, krzywdzących rówieśnikach czy obojętnych dorosłych, a gdzieś na dalszy plan schodzi człowiek, któremu sprawca wyrządził rzeczywistą krzywdę. Tymczasem można równocześnie uznać, że ktoś cierpiał, i stanowczo stwierdzić, że nie miał prawa przenosić tego cierpienia na innych. Zrozumieć, dlaczego ktoś sięgnął po kamień, nie znaczy powiedzieć, że miał prawo nim rzucić. Można przytulić człowieka i jednocześnie zabrać mu kamień z ręki. Bez tego drugiego gestu empatia przestaje chronić zarówno potencjalne ofiary, jak i samego człowieka, który potrzebuje pomocy.
Warto na koniec zauważyć, że człowiek nie zawsze potrzebuje osobistego doświadczenia krzywdy, aby nauczyć się usprawiedliwiać agresję. Wystarczy niekiedy obserwować sposób, w jaki otoczenie mówi o swoich przeciwnikach. Jeżeli słyszy, że określonych ludzi należy upokorzyć, zniszczyć albo pozbawić prawa do zwyczajnego traktowania, ponieważ reprezentują złą sprawę, może przyswajać przekonanie, że wobec niektórych osób ogólne zasady przyzwoitości przestają obowiązywać. Nie znaczy to, że ostra polemika prowadzi automatycznie do przemocy. Jednak warto dostrzegać sposób rozumowania, w którym słuszność własnej racji zaczyna usprawiedliwiać stosowane środki. Bo człowiek, który przyzna sobie prawo do krzywdzenia innych w imię sprawiedliwości, może z czasem przestać dostrzegać granicę między sprawiedliwością a zemstą.
Internet, który nie pozwala zakończyć konfliktu
Dawniej szkolne konflikty miały przynajmniej pewne naturalne ograniczenia. Kiedy rozlegał się ostatni dzwonek, uczniowie rozchodzili się do domów, a nawet najbardziej zaciekła sprzeczka często musiała poczekać do następnego dnia. Oczywiście nie zawsze. Bywało, że szkolne porachunki przenosiły się na podwórka, boiska czy osiedlowe zaułki, a niektóre urazy ciągnęły się latami. Ale istniała przynajmniej szansa, że człowiek na kilka godzin uwolni się od obecności przeciwnika, odetchnie, ochłonie i spojrzy na sprawę z nieco większego dystansu. Dzisiaj ten naturalny bezpiecznik często nie działa. Szkolny konflikt potrafi wrócić z uczniem do domu, usiąść obok niego przy kolacji, położyć się razem z nim do łóżka i obudzić go w środku nocy. Wystarczy, że telefon zawibruje kolejnym powiadomieniem.
Wyobraźmy sobie zwyczajną szkolną sprzeczkę, zakończoną przykrym słowem, ośmieszeniem albo gwałtowną wymianą zdań. Dawniej jej świadkami byli przede wszystkim ludzie obecni na miejscu. Dzisiaj wystarczy kilkanaście sekund nagrania, aby wydarzenie rozpoczęło zupełnie nowe życie. Ktoś publikuje film, ktoś dopisuje złośliwy komentarz, inny wycina najbardziej kompromitujący fragment, a jeszcze ktoś przerabia całość na mem. Po kilku godzinach o konflikcie wiedzą ludzie z innych klas, szkół, miejscowości, a czasami również zupełnie obcy internauci. Internetowa publiczność nie musi znać przyczyny zdarzenia ani jego rzeczywistego przebiegu. Widzi jedynie wybrany fragment, który może zostać przedstawiony w sposób zmieniający sens całej sytuacji. Zwykła sprzeczka, która mogłaby zakończyć się przeprosinami, zaczyna funkcjonować jako osobne widowisko, nad którym jej uczestnicy tracą kontrolę. Nawet pojednanie nie gwarantuje, że ktoś przestanie rozpowszechniać kompromitujący materiał.
Jest w tym coś szczególnie okrutnego. Człowiek może pogodzić się z własnym błędem, przeprosić, naprawić wyrządzoną krzywdę i próbować żyć dalej, ale internet nie ma obowiązku wybaczania ani zapominania. Raz opublikowane nagranie może zostać skopiowane, zapisane i udostępnione ponownie, niekiedy długo po tym, jak pierwotny konflikt stracił znaczenie. Dla młodego człowieka, który dopiero buduje poczucie własnej wartości, taka sytuacja może być niezwykle obciążająca. Trudno odzyskać spokój, kiedy nie wiadomo, czy kolejnego dnia ktoś nie przypomni całej sprawy, nie pokaże nowej wersji nagrania albo nie rozpocznie następnej fali szyderstw. Nie każdy nastolatek przeżywa internetową krytykę w taki sam sposób. Jednak w niektórych przypadkach publiczne poniżenie może podtrzymywać poczucie bezradności, wstydu i narastającej urazy. Człowiek może chcieć zakończyć konflikt, ale konflikt nie zawsze chce zakończyć się wraz z nim — zwłaszcza gdy jego dalsze trwanie przynosi rozrywkę innym.
Szczególne znaczenie ma przy tym internetowa publiczność. Wystarczy jedno kliknięcie, aby uczestniczyć w rozpowszechnianiu cudzego nieszczęścia. Polubienie, udostępnienie, szyderczy komentarz czy kolejna przeróbka nagrania mogą zwiększać jego zasięg. Nie zawsze wynika to ze świadomego zamiaru wyrządzenia krzywdy. Niekiedy człowiek traktuje całą sprawę jako niewinny żart, nie zastanawiając się, że po drugiej stronie ekranu znajduje się ktoś, dla kogo nie jest to rozrywka, lecz prawdziwe upokorzenie. Mechanizmy platform internetowych mogą dodatkowo wzmacniać widoczność treści wywołujących intensywne reakcje, a przecież oburzenie, szyderstwo i konflikt skutecznie przyciągają uwagę. W rezultacie człowiek, który nigdy nie podniósłby ręki na kolegę, może uczestniczyć w jego krzywdzeniu, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo zwiększa ciężar pierwotnego zdarzenia. Nie rozstrzyga to jeszcze o odpowiedzialności poszczególnych obserwatorów. Pokazuje natomiast, że wyrządzanie krzywdy nie musi kończyć się wraz z działaniem pierwszego sprawcy.
Byłoby jednak niesprawiedliwością przedstawiać internet wyłącznie jako fabrykę agresji, samotności i wzajemnej pogardy. Dla wielu młodych ludzi jest on również miejscem budowania przyjaźni, odnajdywania osób o podobnych zainteresowaniach, rozwijania talentów i uzyskiwania pomocy, której nie potrafią znaleźć w najbliższym otoczeniu. Nastolatek nierozumiany przez rówieśników może spotkać w sieci ludzi, którzy podzielają jego pasje i akceptują jego odmienność. Ktoś przeżywający trudności może odnaleźć wartościowe informacje, organizację pomocową albo człowieka gotowego go wysłuchać. Problem nie polega więc na samym istnieniu cyfrowych wspólnot, lecz na tym, jakie zasady zaczynają w nich obowiązywać. Jeżeli uznanie zdobywa się dzięki wiedzy, talentowi, poczuciu humoru czy pomocy innym, internet potrafi być znakomitym narzędziem rozwoju. Jeżeli jednak najwyżej nagradzane są prowokacja, poniżanie przeciwnika i demonstracyjne przekraczanie granic, młody człowiek może zacząć traktować takie zachowania jako najprostszą drogę do społecznego znaczenia. Technologia nie musi tworzyć agresji, aby stać się narzędziem jej wzmacniania. Wystarczy, że nada jej większy zasięg, dłuższe życie i bardziej zainteresowaną publiczność.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden mechanizm, który warto przynajmniej zasygnalizować. W świecie, w którym popularność mierzy się liczbą wyświetleń, polubień, komentarzy i udostępnień, łatwo pomylić zainteresowanie z uznaniem. Jeżeli tysiące ludzi obejrzało moje nagranie, to znaczy, że jestem kimś ważnym. Jeżeli wszyscy o mnie mówią, to znaczy, że odniosłem sukces. Nieważne, czy mówią z podziwem, oburzeniem czy przerażeniem. Oczywiście nie każdy młody człowiek ulega takiej pokusie. Wielu doskonale odróżnia wartościowe osiągnięcie od chwilowej sensacji. Ale część może zacząć szukać coraz bardziej prowokacyjnych sposobów zwracania na siebie uwagi. Bo jeżeli miarą sukcesu staje się liczba ludzi, którzy zareagowali na moje zachowanie, to nawet powszechne oburzenie może zostać pomylone z dowodem własnej wielkości. A co stanie się wtedy, gdy ktoś odkryje, że uwagę całego otoczenia można zdobyć nie tylko przez ośmieszenie kolegi, ale również przez wzbudzenie strachu?
Z nożem po popularność — kiedy strach staje się spektaklem
Skoro cudze upokorzenie potrafi przynieść internetową popularność, to czy podobnego rezultatu nie można osiągnąć, wzbudzając strach? Przecież wystarczy czasami jedna wiadomość, jedno zdjęcie albo kilkusekundowe nagranie, żeby wywołać zamieszanie w całej szkole. Pojawiają się zaniepokojeni rodzice, nauczyciele, policja, lokalni dziennikarze, a w internecie rozpoczyna się prawdziwe przedstawienie. Tysiące ludzi komentują zdarzenie, udostępniają informacje, domagają się wyjaśnień i próbują ustalić, kto za wszystkim stoi. I oto człowiek, którego jeszcze wczoraj nikt poza najbliższym otoczeniem nie zauważał, staje się nagle bohaterem wydarzenia absorbującego całą społeczność. Nie musi nawet zamierzać kogokolwiek zaatakować. Może wystarczyć mu samo przekonanie, że potrafi przestraszyć innych. Bo w świecie, w którym popularność mierzy się liczbą reakcji, niektórzy mogą pomylić powszechne przerażenie z dowodem własnej wielkości.
Nie jest to mechanizm całkowicie nowy. Młodzi ludzie od dawna próbowali imponować rówieśnikom niebezpiecznymi popisami, łamaniem zakazów czy demonstracyjną odwagą. Zmieniła się jednak skala potencjalnej publiczności i szybkość zdobywania rozgłosu. Dawniej szkolny zawadiaka mógł zaimponować kolegom z klasy, czasami całej szkole, a w wyjątkowych przypadkach zyskać wątpliwą sławę na osiedlu. Dzisiaj wystarczy internet, aby nawet niewielka prowokacja dotarła do tysięcy odbiorców. Co więcej, jej autor może obserwować, jakie zainteresowanie wywołały wcześniej podobne zachowania innych ludzi. Psychologia opisuje mechanizm uczenia się przez obserwację, czyli przyswajania wzorców postępowania na podstawie cudzych działań i ich następstw. Nie znaczy to, że każdy nastolatek oglądający wiadomości o przemocy zapragnie kogoś naśladować. Większość reaguje niepokojem, współczuciem albo potępieniem. Jednak część młodych ludzi może dostrzec przede wszystkim skuteczność prowokacji. Skoro jeden człowiek potrafił jednym gestem zwrócić na siebie uwagę całego kraju, to może wystarczy zrobić coś podobnego, żeby samemu przestać być anonimowym?
Właśnie dlatego szczególne znaczenie ma sposób informowania o szkolnych zagrożeniach. Każdy wiarygodny sygnał o niebezpieczeństwie wymaga sprawdzenia i odpowiedniej reakcji. Nauczyciel nie może zlekceważyć groźby tylko dlatego, że jej autor twierdzi później, iż żartował. Policja nie może zakładać, że niebezpieczny przedmiot jest jedynie rekwizytem przygotowanym na potrzeby internetowego nagrania. Nawet demonstracja, która w zamierzeniu miała wyłącznie przestraszyć otoczenie, może zakończyć się prawdziwą tragedią. Jednocześnie pojawia się trudny paradoks: im większe zamieszanie wywołuje prowokacja, tym silniej może utwierdzać jej autora w przekonaniu, że osiągnął zamierzony cel. Publiczność pamięta sensację, niekoniecznie pamięta jej finał. Nie jest to argument za przemilczaniem zagrożeń, lecz za informowaniem o nich bez niepotrzebnego eksponowania sprawców, powielania ich materiałów i nadawania im szczególnej sławy. Bo można chronić ludzi przed zagrożeniem, nie czyniąc przy okazji z jego autora bohatera pierwszych stron gazet.
Ale internet potrafi zrobić jeszcze coś innego: oderwać strach od rzeczywistego źródła zagrożenia i nadać mu samodzielne życie. Wyobraźmy sobie, że dochodzi do dramatycznego wydarzenia w jednej ze szkół. Wiadomość rozchodzi się błyskawicznie, wywołując naturalny niepokój. Wkrótce pojawiają się anonimowe wpisy, pogłoski o następnych zagrożeniach, nagrania o niejasnym pochodzeniu i ostrzeżenia przekazywane z telefonu na telefon. Ktoś usłyszał, że podobne zdarzenie ma nastąpić w innej miejscowości. Ktoś inny zapewnia, że zna osobę, która widziała niepokojący film. Jeszcze ktoś publikuje dramatyczne wezwanie do zachowania ostrożności, nie sprawdzając, skąd właściwie pochodzi informacja. I tak pojedyncze zdarzenie może zostać odebrane jako zapowiedź powszechnego zagrożenia. Rodzice zastanawiają się, czy posyłać dzieci do szkoły, uczniowie zaczynają podejrzliwie obserwować kolegów, a nauczyciele próbują uspokajać sytuację, sami nie zawsze wiedząc, które informacje są prawdziwe. Strach przestaje być wyłącznie reakcją na konkretne niebezpieczeństwo. Zaczyna żywić się kolejnymi opowieściami o niebezpieczeństwie, których prawdziwości nikt jeszcze nie ustalił.
Odpowiedzialność za takie zamieszanie nie musi spoczywać wyłącznie na anonimowych internautach. Również dorośli, media i instytucje mogą nieświadomie wzmacniać atmosferę zagrożenia, jeżeli przekazują informacje w sposób alarmistyczny, nie oddzielają potwierdzonych faktów od przypuszczeń albo opisują pojedyncze wydarzenia tak, jakby świadczyły o powszechnej epidemii przemocy. Tymczasem odpowiedzialna informacja powinna jasno wskazywać, co rzeczywiście się wydarzyło, jakie zagrożenie zostało potwierdzone, co pozostaje przedmiotem sprawdzenia i jakie działania podejmują odpowiednie służby. Szczególnie niebezpieczne jest bowiem wzajemne nakręcanie się lęku. Przerażony rodzic udostępnia wiadomość, żeby ostrzec znajomych. Znajomi przekazują ją dalej, dodając własne obawy. Kolejni odbiorcy traktują rosnącą liczbę ostrzeżeń jako dowód, że sytuacja musi być bardzo poważna. W rezultacie liczba osób mówiących o zagrożeniu zaczyna zastępować wiedzę o jego rzeczywistej skali. A w takiej atmosferze nawet kolejna, niezweryfikowana wiadomość może wywołać autentyczny strach.
Na tym jednak nie koniec. Poczucie zagrożenia może rodzić również reakcję przeciwną do ucieczki czy wycofania: potrzebę samodzielnego wymierzenia sprawiedliwości. Jeżeli część ludzi dochodzi do przekonania, że szkoła, policja lub inne instytucje nie potrafią zapewnić bezpieczeństwa, mogą pojawiać się samozwańczy obrońcy gotowi przejąć ich zadania. Rozpoczyna się nawoływanie do odwetu, poszukiwanie domniemanych sprawców, organizowanie nieformalnych patroli, a niekiedy także usprawiedliwianie agresji koniecznością ochrony dzieci i najbliższych. Nie wolno oczywiście utożsamiać odpowiedzialnej pomocy sąsiedzkiej czy społecznej czujności z samowolnym stosowaniem przemocy. Granica przebiega tam, gdzie troska o bezpieczeństwo zaczyna służyć jako uzasadnienie zastraszania, poniżania lub krzywdzenia innych. I tak strach przed przemocą może zacząć rodzić kolejną przemoc, zaś ludzie przekonani, że przywracają porządek, mogą niepostrzeżenie stawać się źródłem następnego zagrożenia. Bo kiedy przemoc staje się przedstawieniem, znaczenie ma już nie tylko zachowanie sprawcy, ale również to, co zrobi zgromadzona wokół niego publiczność.
Milczący chór, czyli odpowiedzialność świadków
Żadne przedstawienie nie istnieje bez widowni. Czasami jest nią grupa uczniów stojących na szkolnym korytarzu, innym razem koledzy zgromadzeni wokół bójki, a jeszcze kiedy indziej tysiące internautów oglądających nagranie z czyjegoś upokorzenia. Jedni reagują śmiechem, inni okrzykami zachęty, ktoś wyciąga telefon, ktoś odchodzi, a ktoś pozostaje nieruchomo, choć wyraźnie chciałby znaleźć się gdziekolwiek indziej. Bywa również, że wśród obserwatorów znajduje się człowiek, który próbuje przerwać zdarzenie, wezwać pomoc albo stanąć po stronie pokrzywdzonego. W każdym z tych przypadków zachowanie świadków może wpływać na dalszy przebieg sytuacji. Nie zawsze bezpośrednio, nie zawsze w sposób zamierzony, ale przecież agresja rozgrywająca się na oczach innych przestaje być wyłącznie sprawą sprawcy i jego ofiary. Staje się również sprawdzianem wspólnoty, która właśnie patrzy.
Łatwo byłoby teraz wygłosić surowe kazanie o obojętności, tchórzostwie i moralnym upadku młodego pokolenia. Oto ktoś jest krzywdzony, a pozostali stoją, przyglądają się i nic nie robią. Tyle że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana. W psychologii społecznej opisuje się zjawisko rozproszenia odpowiedzialności: kiedy świadków zdarzenia jest wielu, poszczególne osoby mogą zakładać, że ktoś inny podejmie działanie. Dochodzi do tego niepewność, czy rzeczywiście dzieje się coś poważnego, obawa przed ośmieszeniem, strach przed zemstą sprawcy albo zwyczajny brak wiedzy, jak postąpić. Wyobraźmy sobie drobnego ucznia, który widzi, jak kilku starszych chłopaków zastrasza jego kolegę. Czy możemy żądać, żeby rzucił się między nich, narażając własne zdrowie? Oczywiście nie. Odwaga nie polega na tym, żeby człowiek bez namysłu wystawiał własną głowę pod cudzą pięść. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy z przekonania, że nie mogę bezpiecznie interweniować osobiście, wyciągam wniosek, że nie muszę zrobić niczego.
A przecież pomiędzy fizyczną konfrontacją a całkowitą biernością istnieje wiele możliwości. Można powiadomić nauczyciela, wychowawcę, rodzica, szkolnego pedagoga albo inną osobę dorosłą. Można wezwać pomoc, a w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia zawiadomić odpowiednie służby. Można wesprzeć pokrzywdzonego po zdarzeniu, pomóc mu opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, albo po prostu dać mu do zrozumienia, że nie pozostał sam. Czasami wystarczy nie dołączyć do szyderstw, nie rozpowszechniać kompromitującego nagrania i nie nagradzać agresora zainteresowaniem, którego właśnie szuka. Nie każda z tych reakcji wymaga szczególnej odwagi, ale każda może mieć znaczenie. Nie trzeba zostać bohaterem, żeby przestać być jedynie widzem. Trzeba natomiast wiedzieć, gdzie szukać pomocy, jak ją wezwać i dlaczego zrobienie tego nie jest powodem do wstydu.
I tutaj dochodzimy do osobliwej sprzeczności wychowawczej. Z jednej strony nieustannie powtarzamy młodzieży, że nie wolno być obojętnym na cudzą krzywdę. Z drugiej strony w niektórych środowiskach nadal funkcjonuje przekonanie, że poinformowanie dorosłego o przemocy jest donosicielstwem. Uczeń, który zgłasza zastraszanie kolegi, może usłyszeć, że jest kapusiem, skarżypytą albo zdrajcą grupowej solidarności. Tymczasem istnieje zasadnicza różnica między donoszeniem na kogoś w celu wyrządzenia mu szkody a szukaniem pomocy dla człowieka, któremu dzieje się krzywda. Jeżeli młody człowiek nie rozumie tej różnicy, może uznać, że lojalność wobec grupy wymaga milczenia nawet wtedy, gdy zagrożone jest czyjeś bezpieczeństwo. Ale odpowiedzialność spoczywa również na dorosłych. Jeżeli uczeń, który zdecydował się zgłosić niebezpieczne zachowanie, zostanie publicznie wskazany jako źródło informacji, zlekceważony albo pozostawiony bez ochrony przed odwetem, trudno oczekiwać, że następnym razem ponownie zaufa szkole. Nie wystarczy powiedzieć dziecku: „Przyjdź i powiedz”. Trzeba jeszcze stworzyć takie warunki, żeby po powiedzeniu nie znalazło się w sytuacji gorszej niż przedtem.
Nie wszyscy świadkowie zachowują się jednak tak samo. Czym innym jest strach człowieka, który nie wie, jak pomóc, czym innym obojętność, a jeszcze czym innym aktywne podsycanie agresji. Śmiech, okrzyki zachęty, filmowanie czy publiczne wyszydzanie pokrzywdzonego mogą utwierdzać sprawcę w przekonaniu, że zdobywa uznanie otoczenia. Nie oznacza to, że każdy, kto przypadkiem zobaczył nagranie albo nie zareagował dostatecznie szybko, ponosi odpowiedzialność równą odpowiedzialności agresora. Nie można przecież rozdzielać winy po równo tylko dlatego, że w jednym miejscu znalazło się wiele osób. Jednak reakcja publiczności może wzmacniać albo osłabiać społeczną atrakcyjność przemocy. Nie każdy świadek przemocy jest współsprawcą, ale zachowanie świadków może decydować o tym, czy przemoc przyniesie sprawcy społeczną nagrodę, czy spotka się z odmową akceptacji.
Dlatego wychowanie do odpowiedzialności nie może kończyć się na nauce przestrzegania zakazów. Dziecko powinno wiedzieć nie tylko, czego samo robić nie wolno, lecz również jak postępować, kiedy ktoś inny przekracza granice. Powinno rozumieć, że odwaga nie zawsze wymaga fizycznej konfrontacji, solidarność nie oznacza bezwarunkowej lojalności wobec kolegów, a szukanie pomocy nie jest zdradą. Szkoła może uczyć tych zachowań przez rozmowę, ćwiczenie konkretnych sytuacji i budowanie zaufania do dorosłych, ale nie zrobi tego skutecznie, jeśli sama będzie zamiatała niewygodne sprawy pod dywan. Podobnie rodzina nie nauczy odpowiedzialności za innych, jeżeli dziecko codziennie słyszy, że najlepiej nie wtrącać się w cudze problemy, bo jeszcze człowiek będzie miał z tego nieprzyjemności. Nie chodzi o wychowywanie zastępów małoletnich bohaterów gotowych do walki z każdym zagrożeniem. Chodzi o ludzi, którzy potrafią rozpoznać krzywdę, znaleźć bezpieczny sposób pomocy i nie traktować cudzej tragedii jako darmowego widowiska. Bo wspólnota zaczyna się nie wtedy, kiedy wszyscy deklarują, że są przeciwko przemocy, lecz wtedy, kiedy człowiek zagrożony przemocą może liczyć, że nie zostanie z nią sam.
Kiedy naruszanie zasad przynosi natychmiastową nagrodę
Młody człowiek nie uczy się zasad postępowania wyłącznie od szkolnych kolegów. Obserwuje również dorosłych, wydarzenia publiczne, demonstracje, protesty, polityczne awantury, internetowe prowokacje i najrozmaitsze formy walki o społeczną uwagę. A tam może dostrzec coś, co trudno pogodzić z codziennymi wychowawczymi pouczeniami. Z jednej strony słyszy, że należy przestrzegać prawa, szanować cudzą własność, unikać przemocy i rozwiązywać konflikty w sposób odpowiedzialny. Z drugiej widzi, że człowiek, który demonstracyjnie narusza jakieś zasady, potrafi w ciągu kilku godzin zdobyć większy rozgłos niż ten, kto przez wiele lat cierpliwie pracuje dla innych. O pierwszym mówi się w telewizji, pisze w internecie i dyskutuje w mediach społecznościowych. O drugim, jeśli ma szczęście, wspomni lokalna gazeta. I oto pojawia się pytanie, czy nie uczymy młodych ludzi, że najkrótsza droga do społecznego znaczenia prowadzi czasami przez spektakularne przekroczenie granicy.
Nie oznacza to oczywiście, że każda demonstracja, blokada drogi czy forma obywatelskiego nieposłuszeństwa jest przemocą. Trzeba te pojęcia wyraźnie rozdzielić. Pokojowy protest należy do podstawowych sposobów uczestniczenia obywateli w życiu publicznym. Nieposłuszeństwo obywatelskie może polegać na świadomym i jawnym naruszeniu określonej normy prawnej w celu zwrócenia uwagi na problem uznawany za ważny społecznie, często z gotowością poniesienia konsekwencji. Czym innym jest jednak pokojowa demonstracja, czym innym bezprawne uszkodzenie zabytku czy cudzej własności, a jeszcze czym innym zastraszanie lub fizyczna agresja wobec człowieka. Różnice prawne, moralne i społeczne bywają tu zasadnicze, a ocena konkretnych działań wymaga znajomości okoliczności. Tyle że kilkunastoletni obserwator nie zawsze je dostrzega. Może zobaczyć przede wszystkim efekt. Ktoś blokuje ruch, ktoś oblewa farbą pomnik, ktoś zakłóca publiczne wydarzenie, a ktoś inny wywołuje awanturę na stadionie. Natychmiast pojawiają się kamery, komentarze, oburzenie, poparcie i zainteresowanie. Nie trzeba podzielać poglądów uczestników takiego zdarzenia, żeby zauważyć, że spektakularne naruszenie reguł może skutecznie przyciągać uwagę.
Tutaj warto przywołać jeszcze jeden mechanizm opisany w psychologii uczenia się: wzmocnienie zastępcze. Ludzie obserwują nie tylko cudze zachowania, ale również korzyści i straty, jakie te zachowania przynoszą. Jeżeli widzą, że określone postępowanie pozwala zdobyć popularność, uznanie albo wpływ na innych, mogą zacząć postrzegać je jako atrakcyjny sposób osiągania celu. Nie chodzi o bezmyślne kopiowanie wszystkiego, co zobaczymy. Znaczenie mają własne przekonania, doświadczenia i środowisko. Jednak wyobraźmy sobie nastolatka, który obserwuje, że spokojne przedstawienie argumentów wzbudza niewielkie zainteresowanie, podczas gdy demonstracyjna prowokacja natychmiast staje się tematem ogólnokrajowej dyskusji. Czy nie może dojść do wniosku, że skuteczność działania zależy przede wszystkim od tego, jak duże wywoła zamieszanie? To nie jest jeszcze zachęta do przemocy, ale może być lekcją, że rozgłos jest nagrodą samą w sobie.
Szczególnie istotna okazuje się różnica między natychmiastową nagrodą a odroczoną odpowiedzialnością. Rozgłos pojawia się niemal od razu. Nagranie krąży po internecie, uczestnicy zdarzenia udzielają wywiadów, komentatorzy spierają się o słuszność ich postępowania, a organizatorzy niekiedy ogłaszają sukces kampanii. Ewentualna odpowiedzialność prawna przychodzi znacznie później, po wyjaśnieniu okoliczności, przeprowadzeniu postępowania i rozstrzygnięciu sprawy. To nie jest zarzut wobec samego wymiaru sprawiedliwości, który musi działać według określonych procedur. Jest to jednak problem wychowawczy. Młody odbiorca widzi natychmiastowy efekt, natomiast o późniejszych konsekwencjach może już nie usłyszeć. Nagroda jest głośna i natychmiastowa, odpowiedzialność — odroczona i często znacznie mniej widowiskowa. A przecież człowiek uczy się nie tylko z tego, co mu mówimy o zasadach, lecz również z tego, jakie rezultaty przynoszą zachowania innych ludzi.
Mechanizm ten nie należy do żadnego jednego środowiska politycznego czy ideowego. Może występować wśród radykalnych działaczy społecznych, uczestników awantur stadionowych, internetowych prowokatorów, politycznych radykałów i ludzi, dla których publiczna konfrontacja jest sposobem budowania własnej pozycji. Różnią się ich cele, przekonania, motywacje i stosowane metody. Nie wszystkie zachowania są też jednakowo oceniane przez prawo czy zasady moralne. Wspólny może być natomiast sposób zdobywania uwagi: im większe zakłócenie zwyczajnego porządku, tym większa szansa, że świat zechce o nim usłyszeć. Nie jest to zarzut wobec każdej radykalnej idei ani przekonanie, że społeczeństwo powinno rezygnować z protestów. Przeciwnie, umiejętność sprzeciwiania się niesprawiedliwości należy do ważnych obywatelskich kompetencji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy sam rozgłos staje się ważniejszy od sprawy, której miał służyć, albo kiedy słuszność celu ma usprawiedliwiać dowolność środków.
Nie wystarczy zatem nauczyć młodego człowieka, że istnieją przepisy, regulaminy i zasady współżycia społecznego. Trzeba mu również pomóc zrozumieć, dlaczego obowiązują, kiedy i w jaki sposób można je kwestionować oraz czym różni się uzasadniony sprzeciw od samowolnego naruszania praw innych ludzi. Trzeba pokazać, że odwaga obywatelska nie jest równoznaczna z agresją, a gotowość poniesienia odpowiedzialności za własne przekonania różni się od oczekiwania bezkarności. Bo przecież nie każde zachowanie, które okazuje się skuteczne medialnie, jest skuteczne społecznie, a już tym bardziej moralnie uzasadnione. Najważniejsza lekcja nie powinna więc brzmieć: „Nie wychylaj się, bo poniesiesz konsekwencje”, lecz: „Nawet jeśli walczysz o coś słusznego, odpowiadasz za sposób, w jaki to robisz”.
Kiedy przemoc staje się moralnym obowiązkiem
Istnieje mechanizm jeszcze bardziej niepokojący niż zdobywanie rozgłosu przez przekraczanie granic. Oto młody człowiek zaczyna wierzyć, że robi to w imię czegoś znacznie ważniejszego. Nie chodzi mu już o imponowanie kolegom, zdobywanie internetowych polubień ani demonstrację własnej odwagi. Chodzi o uratowanie świata, obronę ojczyzny, przywrócenie sprawiedliwości, ochronę wolności, ocalenie przyrody albo realizację innego celu, który uważa za moralnie nadrzędny. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie pewien szczegół: pojawia się przekonanie, że przeszkodą na drodze do tego szlachetnego celu są konkretni ludzie, których opór trzeba za wszelką cenę przełamać. Wtedy granica między walką o dobro a przyzwoleniem na wyrządzanie zła może zacząć się zacierać. A najbardziej niebezpieczne jest to, że sam zainteresowany wcale nie musi dostrzegać zachodzącej zmiany.
Młodość często sprzyja idealizmowi. Człowiek dorastający buduje swój świat wartości, poszukuje odpowiedzi na pytania o sens życia, sprawiedliwość, wolność i własne miejsce w społeczeństwie. Chce należeć do wspólnoty, w której będzie potrzebny, szanowany i przekonany, że uczestniczy w czymś ważnym. Czasami właśnie młodzi potrafią dostrzec niesprawiedliwość, do której starsze pokolenia zdążyły się przyzwyczaić. Są gotowi poświęcać czas, energię i wygodę, aby zmieniać rzeczywistość. To ogromny kapitał społeczny, którego nie powinniśmy lekceważyć ani wyśmiewać. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy ta potrzeba działania spotyka się z przekazem, według którego świat jest podzielony na dwa nieprzejednane obozy: obrońców dobra i jego wrogów. W takim obrazie rzeczywistości nie ma już miejsca na wątpliwości, kompromis ani uczciwe rozważenie racji przeciwnika. Każdy, kto nie podziela naszych przekonań, może zostać uznany nie za człowieka o odmiennym poglądzie, lecz za przeszkodę, którą należy usunąć. A kiedy przeciwnik przestaje być człowiekiem, z którym można się spierać, znacznie łatwiej uznać, że nie trzeba wobec niego przestrzegać zwyczajnych zasad przyzwoitości.
Właśnie tutaj powraca omówiony wcześniej mechanizm moralnego odłączenia. Człowiek może uważać się za przyzwoitego, współczującego i sprawiedliwego, a jednocześnie uczestniczyć w działaniach krzywdzących innych. Wystarczy, że nada własnym czynom odpowiednio szlachetne znaczenie. Nie zastrasza człowieka, lecz walczy z wrogiem słusznej sprawy. Nie poniża przeciwnika, tylko demaskuje szkodnika. Nie wyrządza krzywdy, lecz dokonuje koniecznego poświęcenia dla przyszłego dobra. Słowa nabierają tutaj szczególnego znaczenia, ponieważ mogą zmieniać sposób, w jaki oceniamy własne czyny. To, co w zwyczajnych okolicznościach uznalibyśmy za niedopuszczalne, po odpowiednim nazwaniu zaczyna wyglądać jak obowiązek. Najgroźniejszy nie musi być człowiek, który wie, że czyni zło i próbuje je ukryć. Równie niebezpieczny może okazać się ten, który nauczył się nazywać własne okrucieństwo poświęceniem dla dobra innych.
Do tego dochodzi siła grupy. Młody człowiek, który samotnie zastanawiałby się nad moralnymi granicami działania, wśród ludzi podzielających jego przekonania może stopniowo przestać zadawać niewygodne pytania. Każde kolejne potwierdzenie słuszności wspólnej sprawy umacnia poczucie przynależności, a wyrażenie wątpliwości może zostać odebrane jako brak odwagi, zdrada albo dowód niedostatecznego zaangażowania. Nie każda grupa ideowa ulega radykalizacji, podobnie jak nie każda zdecydowana postawa prowadzi do przemocy. Jednak w niektórych środowiskach wzajemne utwierdzanie się w przekonaniach może sprzyjać przyjmowaniu coraz bardziej skrajnych ocen i usprawiedliwianiu metod, które wcześniej budziłyby sprzeciw. W takiej sytuacji nastolatek może zacząć rywalizować z innymi nie tylko gorliwością przekonań, ale również gotowością do działania. Ktoś organizuje legalny protest, ktoś inny uznaje to za niewystarczające, kolejny domaga się ostrzejszych środków, aż wreszcie może pojawić się człowiek przekonujący, że bez użycia przemocy niczego nie da się osiągnąć. I oto odwaga przestaje oznaczać gotowość do obrony własnych przekonań, a zaczyna być mierzona gotowością do przekraczania kolejnych granic.
Zauważmy przy tym, jak wielką rolę może odgrywać poczucie uczestnictwa w czymś historycznie doniosłym. Dorastający człowiek, który na co dzień mierzy się z niepewnością i poszukiwaniem własnego miejsca, otrzymuje nagle odpowiedź na wszystkie pytania. Dowiaduje się, że należy do pokolenia wybranego do wykonania niezwykłego zadania, że świat stoi przed ostatecznym rozstrzygnięciem, a przyszłość zależy od jego odwagi i poświęcenia. Nie jest już zwyczajnym nastolatkiem, który ma problemy w szkole, kłóci się z rodzicami i nie bardzo wie, co zrobić ze swoim życiem. Staje się uczestnikiem wielkiej misji. Taka wizja może dawać poczucie sensu i wspólnoty, ale również osłabiać gotowość do krytycznej oceny własnych działań, jeżeli towarzyszy jej przekonanie, że cel jest bezwzględnie nadrzędny. Wówczas cierpienie jednostki może zostać przedstawione jako niewielka cena przyszłego zwycięstwa, a sprzeciw wobec przemocy jako przejaw słabości. Szczególnie łatwo pomylić moralną wielkość celu z moralną słusznością wszystkich środków, które ktoś proponuje w jego imieniu.
Nie powinniśmy zatem wychowywać młodzieży na ludzi obojętnych, pozbawionych przekonań i niezdolnych do stanowczego sprzeciwu. Społeczeństwo potrzebuje obywateli, którzy potrafią powiedzieć „nie”, również wtedy, gdy wymaga to odwagi i naraża na niepopularność. Historia zna wiele przypadków, kiedy sprzeciw wobec niesprawiedliwego prawa czy opresyjnej władzy wymagał szczególnego poświęcenia. Nie wolno więc sprowadzać każdego radykalnego stanowiska do zapowiedzi przemocy ani utożsamiać pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego z krzywdzeniem ludzi. Rzecz w tym, aby młody człowiek potrafił nie tylko rozpoznać wartość, której chce bronić, lecz również ocenić metody proponowane w jej imieniu. Powinien umieć zapytać, czy narusza ono prawa innych, czy istnieje rozwiązanie mniej szkodliwe i kto poniesie konsekwencje działania. Najbardziej niebezpieczny moment przychodzi wtedy, gdy młody człowiek przestaje pytać: „Czy wolno mi skrzywdzić drugiego człowieka?”, a zaczyna pytać: „Czy nie jest moim moralnym obowiązkiem go skrzywdzić?”.
Cudzymi rękami, cudzym kosztem — kto korzysta z młodzieńczego idealizmu?
A co, jeśli przekonanie o konieczności przekraczania granic nie narodziło się wyłącznie w głowie młodego człowieka? Co, jeśli ktoś pomógł mu je zbudować, odpowiednio dobierając argumenty, podsycając emocje, wskazując wrogów i przekonując, że właśnie od jego odwagi zależy przyszłość świata? Młody człowiek może przecież autentycznie wierzyć, że walczy o planetę, ojczyznę, wolność, sprawiedliwość czy godność pokrzywdzonych. Może być gotów poświęcić własny czas, pieniądze, a nawet narazić się na odpowiedzialność za naruszenie prawa. Tyle że szczerość jego przekonań nie przesądza jeszcze o bezinteresowności wszystkich ludzi, którzy zachęcają go do działania. Można bowiem szczerze walczyć o cudzą sprawę, nie wiedząc nawet, że dla kogoś innego jest ona przede wszystkim dobrze prowadzonym interesem.
Nie zamierzam sugerować, że za każdym społecznym protestem stoi tajemniczy sponsor, polityczny manipulator albo człowiek liczący przyszłe zyski. Ludzie naprawdę potrafią angażować się bezinteresownie, organizować pomoc, bronić wartości i poświęcać własną wygodę dla innych. Dotyczy to również organizacji społecznych, które utrzymują się z darowizn, składek i grantów. Sam fakt otrzymywania finansowania nie oznacza nieuczciwości, podobnie jak zatrudnianie pracowników nie odbiera organizacji prawa do realizowania wartościowych celów. Naiwnością byłoby jednak zakładać, że we wszystkich przedsięwzięciach odwołujących się do szlachetnych haseł motywacje uczestników i organizatorów są identyczne. Dla jednego człowieka kampania może być walką o przyszłość jego dzieci, dla drugiego drogą do politycznej kariery, dla trzeciego sposobem budowania rozpoznawalności organizacji, a dla jeszcze innego narzędziem wpływania na decyzje gospodarcze. Te interesy mogą się uzupełniać, ale mogą również pozostawać ze sobą w sprzeczności. Warto więc czasami zapytać nie tylko, w imię czego ludzie wychodzą na ulicę, lecz również kto ich do tego zachęca, kto wyznacza cele i kto decyduje, kiedy demonstracja osiągnęła sukces.
Istnieje określenie szczególnego rodzaju takiej manipulacji: astroturfing. Nazwa pochodzi od sztucznej trawy, a oznacza działania organizowane w taki sposób, aby sprawiały wrażenie spontanicznej, oddolnej inicjatywy obywatelskiej, choć w rzeczywistości stoją za nimi podmioty ukrywające swoją rolę lub interes. Można w ten sposób tworzyć pozory masowego poparcia, organizować kampanie internetowe, zamawiać komentarze, budować fikcyjne środowiska społeczne albo przedstawiać starannie przygotowane przedsięwzięcie jako autentyczny głos zwyczajnych obywateli. Nie chodzi oczywiście o każdą kampanię prowadzoną profesjonalnie. Społecznicy mają prawo korzystać z pomocy specjalistów, zbierać środki i skutecznie przedstawiać swoje postulaty. Różnica polega na świadomym wprowadzaniu odbiorców w błąd co do rzeczywistego pochodzenia inicjatywy. A młody człowiek, który dopiero uczy się rozpoznawać mechanizmy życia publicznego, może mieć trudności z dostrzeżeniem takiej mistyfikacji. Bo łatwiej zaufać tłumowi ludzi podobnych do siebie niż rozpoznać człowieka, który ten tłum starannie wyreżyserował.
Interesującym polem do obserwowania podobnych zagrożeń są spory wokół energetyki. Produkcja energii to przecież nie tylko kwestia ochrony środowiska czy bezpieczeństwa dostaw, ale również ogromne interesy gospodarcze i geopolityczne. W debatach o wydobyciu gazu łupkowego, energetyce odnawialnej, rurociągach czy uzależnieniu Europy od importowanych surowców ścierają się argumenty ekologiczne, ekonomiczne, społeczne i strategiczne. Rosja wykorzystywała surowce energetyczne jako narzędzie wpływu na inne państwa, a jej operacje informacyjne obejmowały również sprawy energetyczne. Nie są to wyłącznie teoretyczne rozważania. W lipcu 2017 roku przedstawiciele komisji Izby Reprezentantów USA zwrócili się do Departamentu Skarbu o zbadanie zarzutów dotyczących kierowania rosyjskich pieniędzy do amerykańskich organizacji ekologicznych przeciwnych paliwom kopalnym. Natomiast w marcu 2018 roku komisja opublikowała raport o działaniach powiązanych z Rosją kont w mediach społecznościowych, które próbowały wpływać na debatę dotyczącą gazu łupkowego, rurociągów, paliw kopalnych i klimatu. I tutaj należy wyraźnie oddzielić rzeczy udokumentowane od podejrzeń. Raport o propagandzie internetowej nie stanowi dowodu, że konkretne organizacje ekologiczne otrzymywały rosyjskie finansowanie. Sam fakt, że jakaś kampania była korzystna dla interesów Rosji, również nie oznacza, że została przez nią zorganizowana. Zbieżność interesów może być ważną wskazówką do dalszego badania, ale nie jest jeszcze dowodem sprawstwa. I dobrze byłoby, gdybyśmy tej zasady uczyli młodych ludzi równie konsekwentnie, jak zachęcamy ich do zaangażowania społecznego.
Źródła do powyższego przykładu: komisja Izby Reprezentantów USA, komunikat z 7 lipca 2017 r. (zarzuty i wniosek o ich zbadanie): https://science.house.gov/2017/7/sst-committee-probes-russian-attempts-influence-us-energy-market ; raport i komunikat z 1 marca 2018 r. (operacje informacyjne): https://science.house.gov/2018/3/sst-committee-staff-report-reveals-russia-s-social-media-meddling-us-energy
Zresztą manipulowanie opinią publiczną nie musi odbywać się pod obcą flagą. Wystarczy zwyczajna walka o pieniądze, wpływy lub pozycję na rynku. Przedsiębiorstwo może być zainteresowane osłabieniem konkurenta, polityk zdobyciem nowych zwolenników, a organizacja utrzymaniem społecznej rozpoznawalności. Nie wynika z tego, że każdy prowadzący kampanię działa nieuczciwie. Takie zarzuty wymagałyby konkretnych dowodów. Warto jednak dostrzegać możliwość rozbieżności między korzyściami organizatorów a kosztami ponoszonymi przez uczestników. Kiedy dorosły działacz zachęca nastolatka do szczególnie ryzykownego działania, łatwo wygłaszać wzniosłe przemówienia o odwadze, poświęceniu i konieczności ratowania przyszłości. Trudniej odpowiedzieć na pytanie, kto zapłaci za ewentualne szkody, kto pomoże w razie problemów prawnych, kto poniesie odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczestników i czy człowiek nawołujący do przekraczania granic sam zamierza te granice przekraczać. Bo poświęcenie brzmi wyjątkowo szlachetnie, zwłaszcza wtedy, gdy poświęcać ma się ktoś inny.
Szczególnie niepokojąca byłaby sytuacja, w której młody idealista staje się jedynie wykonawcą działań przynoszących korzyści ludziom pozostającym w cieniu. On występuje przed kamerami, ryzykuje zdrowiem, konfliktem z prawem, utratą dobrego imienia czy zniszczeniem własnej przyszłości, podczas gdy inni zdobywają wpływy, rozpoznawalność, korzyści finansowe albo polityczne. Nie twierdzę, że taki podział ról występuje w każdej kampanii ani że można go bez dowodów przypisać konkretnym organizacjom. Ale sam mechanizm jest możliwy, a doświadczenia manipulacji społecznej uzasadniają ostrożność. Tym większą, im młodszy jest uczestnik i im silniej organizator odwołuje się do jego poczucia winy, moralnego obowiązku lub pragnienia przynależności. Jeżeli ktoś przekonuje nastolatka, że tylko gotowość do największego poświęcenia dowodzi prawdziwej wierności sprawie, warto zapytać, czy rzeczywiście troszczy się o tę sprawę, czy może przede wszystkim o skuteczność własnego przedsięwzięcia. Człowiek, który naprawdę szanuje młodzieńczy idealizm, nie powinien traktować młodego człowieka jak jednorazowego narzędzia do osiągania własnych celów.
I tu dochodzimy do pytania wychowawczego znacznie ważniejszego niż samo rozpoznawanie propagandy. Czy uczymy młodych ludzi samodzielnego oceniania tych, którzy proszą ich o zaangażowanie? Czy potrafią zapytać o źródła finansowania, rzeczywiste cele działania, sposób podejmowania decyzji i odpowiedzialność organizatorów? Czy rozumieją, że mogą popierać określoną ideę, a jednocześnie odmówić udziału w przedsięwzięciu, którego metody budzą ich sprzeciw? Wreszcie, czy wiedzą, że prawo do własnych przekonań obejmuje również prawo do zmiany zdania i odejścia z grupy bez poczucia zdrady? Nie chodzi przecież o wychowywanie młodzieży w atmosferze podejrzliwości wobec każdej inicjatywy społecznej. Chodzi o zdolność odróżniania autentycznej wspólnoty od instrumentalnego wykorzystywania człowieka. Bo jednym z najważniejszych sprawdzianów dojrzałości jest umiejętność powiedzenia: „Wierzę w tę sprawę, ale nie pozwolę, żeby ktoś pod jej sztandarem decydował za mnie, co wolno mi zrobić drugiemu człowiekowi”.
cdn
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Edukacyjny węzeł gordyjski – spis odcinków eseju.
- Część I: Kij i tarcza
- Część II: Kujony, robole i mistrz
- Część III: Jak szkoła straciła zaplecze
- Część IV: Węzeł, którego nie przetnie żadna ustawa
- Część V, odc. 1: Między lękiem a utratą rozsądku
- Część V, odc. 2: Kiedy krzywda staje się usprawiedliwieniem
- Część V, odc. 3: Odpowiedzialność za świat, który zostawiamy dzieciom
Zostaw komentarz