W dzisiejszej audycji pani psycholog tłumaczyła, co to jest „wypalenie pomocowe”. Bo to 'wypalenie” staje się teraz coraz częstszym problemem tych entuzjastów, którzy w pomocy Ukraińcom mierzyli siły na zamiary i okazało się, że sił nie starcza. Dramat dla pomagających i tych, którym po miesiącu pomocy się odmawia. W każdym razie dotychczasowej.

Ja wspomnę o podobnym problemie: ratowaniu dzieci z Zamojszczyzny, wywożonych w czasie okupacji do Niemiec. Na stacjach, gdzie pociągi zatrzymywały się na dlużej, kobiety nie tylko podawały wywożonym dzieciom jedzenie przez szpary w deskach, ale – z pomocą kolejrzy – zabierały do swoich domów tyle dzieci ile się dało. Też mierząc siły na zamiary. Bo wiele z tych kobiet miało własne dzieci, mężów w obozach niemieckich czy sowieckich, albo w partyzantce, albo w grobie, z najwyższym trudem zapeniały utrzymanie swojej gromadce.

Znałam osobiście chłopca, starszego ode mnie o osiem lat, który był jedynym dzieckiem zamożnych ludzi, bardzo rozpieszczonym przez rodzine, takim „oczkiem w głowie”. Kobieta która zabrała go z dworca była uboga, mieszkanie małe, żywnosci malo, wygód zadnych, zabawek brak, nie wspominajac o pieszczotach.

Chłopice marniał w tej rodzinie i kobieta – w najlepszej wierze – oddała dziecko rodzinie na wsi. Z gromadka dzieci, ale za to nie glodujacą. Tyle, ze chlopiec musiał, tak jak i dzieci gospodarzy , pracować fizycznie. Pasać gesi, zbierać klosy na polu, zamiatac podwórko. No takie zwyczajne dla wiejskich dzieci obowiazki. Dla niego całkiem nie zwyczajne.

Poznałam go jako prawie dorosłego czlowieka. takiego frustrata, tak zgorzkniałego, tak niechetnego ludziom, tak niezyczliwego, jak rzadko. Mnie – z niepojetych powodów – lubił. I kieys opowiedział własna historie. Pełen żaliu nie do losyu ale do kobiety, która go zabrała z dworca. „Bo niemieckie rodziny były lepiej sytuowane i chetnie adoptowały dzieci, traktujac je z czuloscia i miloscia”.

W jakis czas później znalazłam ksiazke „Szkoła janczarów”. jest to historia chlopca, który wywieziony w tym samym, czy kolenym transporcie znalzał w Niemczech taka własnie rodzine, o jakiej marzył moj znajomy. Potem, kiedy miał lat około siedemnastu – odnalazła go rodzona matka. Przyjechał , ale niechetnie i nastawiony byl do wszystkiego na „nie”. Do matki, do warunków, w jakich mieszkała, do Polski. Potem wszystko sie zmienilo. Ale to byl proces, nie „ol#nienie”.

Po co opisuje te odległa historie? Bo ja sama przez wieloletnie doswiadczenie uczyłam sie udzielania pomocy i dowiedziałam sie, jak trudna i jak czasem niewykonalna to sztuka. I ze trzeba kierować sie w pomaganiu w tej samej mierze rozsadkiem co emocjami. Same emocje prowadza do kleski. Emocje wygasaja. Potrzeba pomocy pozostaje.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.