IMHO konieczność finansowania partii z budżetu to coś z rodzaju przykrych konieczności. Rozwiązanie może i złe, ale wszystkiego jego alternatywy są gorsze.

Nie chodzi o to, że – upraszczając – bez dotacji politycy będą kradli i brali łapówki. Jest wielu co teraz, gdy dotacje są i tak kradną. Z kolei znam też takich, którzy są po prostu uczciwi i bez dotacji również takimi pozostaną. Problem jest inny, a żeby go zrozumieć trzeba najpierw przyswoić sobie oczywistą prawdę: we współczesnej demokracji nie da się uprawiać skutecznej polityki bez pieniędzy.

Można opowiadać bajki, że kandydat szczery, uczciwy i z dobrym programem przekona do siebie ludzi nawet nie mając żadnych pieniędzy, ale będą to właśnie bajki. Ludzie o takim kandydacie nawet nie usłyszą, bo i skąd, skoro nie będzie go stać, żeby o sobie poinformować w spotach czy na plakatach, żeby wynająć sale na spotkanie i autobus, którym będzie na te spotkania jeździł i tak dalej. To są oczywiste, niezbędne podstawy działalności politycznej.
Powtórzmy więc – i z dotacjami złodzieje kradną, i bez dotacji uczciwi będą dalej uczciwi. Ale bez dotacji złodzieje zyskają ogromną przewagę nad uczciwymi. Już teraz, dzięki brakowi skrupułów do „organizowania” dodatkowych środków, dysponują przewagą jak 3 do 1, czy 2 do 1. Bez dotacji to będzie bardziej jak 20 do 1, czy 30 do 1.

A co z dotacjami prywatnych sponsorów? Chciałoby się mieć w Polsce tradycję finansowania polityki z drobnych, dobrowolnych datków. Co by się nie chciało – takiej tradycji nie ma. Do finansowania zdecydowanie bardziej chętne są grupy interesu chcące sobie coś załatwić, tudzież wielcy oligarchowie robiący biznes na styku państwowego z prywatnym. Im bardziej politycy będą skazani na takie źródła finansowania, jako jedyne dostępne – tym większe sukcesy owe grupy interesu i oligarchowie będą święcić.

Jest również kwestia mediów. Jeżeli ktoś przespał ostatnie miesiące to uprzejmie informuję, że w kampanii prezydenckiej wiodące media po raz kolejny dobitnie pokazały bardzo określone sympatie polityczne. Kandydatów sobie niesympatycznych przemilczają lub próbują dyskredytować – kandydatów sobie miłych promują, nieraz zupełnie bezczelnie i bez żenady. Wpływ tradycyjnych mediów na opinię publiczną stopniowo maleje na rzecz Internetu, ale nadal istnieje wielomilionowy segment elektoratu, który świat polityki odbiera wyłącznie przez medialny filtr. Dysponując środkami z dotacji partie mogą nieco ten filtr obchodzić, chociażby wykupując płatny czas reklamowy – zwracać się bezpośrednio do wyborców. Bez dotacji, kogo nie zaprosi Monika Olejnik czy Tomasz Lis, ten w optyce milionów odbiorców nie będzie istniał.

Ostatnia kwestia to benefity dla opcji aktualnie sprawującej władzę. Obsadzając liczne stanowiska, kontrolując państwowe firmy i instytucje, można mniej lub bardziej oficjalnie i legalnie wykorzystywać te zasoby w swojej kampanii wyborczej. Znów, dzięki dotacjom ta przewaga nie jest aż tak istotna. Bez nich partia, która np. ma kilka tysięcy dobrze zarabiających działaczy na wysokich stanowiskach, którym można narzucić składkę na fundusz wyborczy, od razu jest o kilka długości przed partiami opozycyjnymi.

Podsumowując: można dyskutować nad szczegółowymi rozwiązaniami i mechanizmami finansowania partii z budżetu. Pewnie te obecnie obowiązujące dałoby się znacząco poprawić. Natomiast samą zasadę finansowania partii z budżetu trzeba na razie utrzymać. Dotacje trzeba traktować jako inwestycję we w miarę demokratyczny i konkurencyjny system wyborczy. Taki, w którym opozycja ma czasem szansę wygrać z władzą, nawet władzą popieraną przez media i wielki biznes.
Finansuje sie tylko takie takie partie, co przekroczyły próg 3%. Być może należałoby go jeszcze obniżyć (ale jakiś musi być – nie może być tak, że ja z kilkoma kolegami założę partię i od razu nam się należy dofinansowanie, musi być jakaś weryfikacja poparcia społecznego na poziomie wyższym niż śladowy). Jak pisałem – o szczegółach można rozmawiać i nie twierdzę, że obecne są idealne. Bronię natomiast samej zasady.