Czy w polskiej prokuraturze działa POdziemie? Czy istnieje zorganizowana grupa przeciwna Prokuratorowi Generalnemu Zbigniewowi Ziobrze? I czy na jej czele stoi żurnalistka z Czerskiej niejaka Ewa Ivanowa?

To pytania, jakie musi postawić sobie czytelnik piątkowego wydania „gazety wyborczej”. W artykule „Afera KNF. Tu nie ma przypadków” Ewa Ivanowa pisze wyraźnie:

Moi rozmówcy z prokuratury tłumaczą mi: (….).

Dostaję wiadomość od prokuratora: (….)

Podobnie piszą mi inni śledczy.

http://wyborcza.pl/7,75398,24227179,afera-knf-tu-nie-ma-przypadkow.html

 Proszę państwa, tu nie ma żartów.

Albo Ewa Ivanowa realizuje czerską politykę redakcyjną (w tekstach gw roi się od stwierdzeń typu: nasi informatorzy, politycy chcący zachować anonimowość itp.) i zwyczajnie zmyśla, chcąc uwiarygodnić się w oczach coraz mniejszej ilości czytelników, albo też istnieje grupa prokuratorów przeciwnych obecnemu rządowi, którzy w „gazecie wyborczej”, osobliwie zaś w Ewie Ivanowej, upatrują ostatnią nadzieję na powrót starego.

Dokonajmy zatem analizy faktów uzyskanych dzięki rzekomym kontaktom Ivanowej z domniemaną prokuratorską „grupą oporu”.

Publicystka prawna gw pisze:

„Moi rozmówcy z prokuratury tłumaczą mi: Proszę zwrócić uwagę nie na spektakularne zatrzymanie Marka Ch., konwojowanie go przez pół Polski, długie przesłuchanie, a potem areszt. Proszę się przyjrzeć, co się dzieje na dalszym planie. Na każdy element, który nie jest nagłaśniany albo w ogóle nie jest podawany do publicznej wiadomości.

I dodają: tylko tak można ustalić intencje służb i ocenić, czy naprawdę „rozrabiają” wszystkie wątki i ścigają na serio, czy tylko pozorują zaangażowanie. Przyjrzyjmy się więc kilku pierwszym z brzegu elementom sprawy KNF.”

Element pierwszy.

„Roman Giertych, pełnomocnik biznesmena Leszka Czarneckiego, składa w Prokuraturze Krajowej zawiadomienie 7 listopada po godz. 8 rano. W sprawie nie dzieje się nic – aż do publikacji „wyborczej” z 13 listopada. Wówczas na scenę wychodzi szeryf Zbigniew Ziobro i informuje, że polecił wszczęcie śledztwa. (….) czego nie powiedział polityk kierujący prokuraturą? Tego, dlaczego śledztwo rusza dopiero po publikacji „wyborczej”. Co się stało z pismem mecenasa Giertycha i dlaczego nie trafiło w PK do komórki ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji, ale do wydziału skarg i wniosków. Nie powiedział także, że prokurator PK został za to ukarany zesłaniem do prokuratury rejonowej. Bez orzeczenia dyscyplinarnego i bez sądu. Nie wiemy, czy faktycznie popełnił wielki błąd, czy został kozłem ofiarnym, bo wykonywał cudze polecenia.”

Element drugi

„14 listopada do siedziby KNF wchodzi CBA, ale dopiero po wyjściu Marka Ch., który spędził w Komisji parę godzin. Dlaczego śledczy Ziobry spóźnili się z decyzją o przeszukaniu? Dlaczego CBA czekało na ich decyzję?”

Element trzeci

„Kolejny zadziwiający ruch prokuratury to zarzut dla Marka Ch. Biorąc pod uwagę okoliczności, prokuratura mogła dać nie zarzut z art. 231 § 2 kodeksu karnego (przestępstwo urzędnicze), lecz z 228 § 4 kk (łapownictwo). Zagrożenie to samo, ale moc zarzutu zupełnie inna.”

Wszystkie cytaty z papierowego wydania „gazety”.

Po kolei.

Element pierwszy

Rozmowa, która stała się podstawą złożenia zawiadomienia o przestępstwie dokładnie w 101 rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej w Rosji miała miejsce… 28 marca.

Dopiero po 224 dniach Leszek Czarnecki decyduje się na jej ujawnienie.

Słynna afera Rywina została ujawniona przez „wyborczą” po 158 dniach, co było powodem licznych spekulacji dotyczących rozważaniem propozycji korupcyjnej przez Adama Michnika.

Czyżby pan bankster tyle czasu potrzebował, by uporządkować nagrania?

Tymczasem powszechnie dostępne materiały wskazują, że odpowiedzi należy szukać w… Parlamencie Unii Europejskiej.

„Między nami, no to Zdzisław (Zdzisław Sokal, prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – przyp. autora) ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwotą dwóch miliardów złotych, czyli już ten bank, który przejmie i to jest jego wizja rozwiązania sprawy. I nas atakuje za każdą decyzją, którą podejmujemy pozytywną w stosunku do banku” – takie zdanie wypowiada były szef KNF Marek Chrzanowski w nagraniach rozmowy upublicznionej we wtorek przez „Gazetę Wyborczą”.

Leszek Czarnecki wydaje się być oburzony tym faktem. Reaguje na to słowami „to jest sprzeczne z prawem”, a potem dodaje: „jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu, to jest po prostu kradzież (…) i to kradzież powiedzmy systemowa”.

Ta „kradzież systemowa”, jak nazwał ją wrocławski biznesmen, jest oficjalnie przyjętą formuła ratowania banków w Unii Europejskiej. Dziwne, że właściciel banku tego nie wie. Proceder ten wprowadziła do unijnego prawodawstwa dyrektywa o nazwie Bank Recovery and Resolution Directive – Dyrektywa działań naprawczych oraz restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji banków (BRRD). Dyrektywa ta miała być oficjalnym unijnym batem na banki, które wymagały setek miliardów euro pomocy w czasie kryzysu finansowego, jaki miał miejsce na świecie w latach 2008-13 (a w niektórych europejskich krajach tli się do dzisiaj). Pomoc finansowa pochodziła z kieszeni europejskich podatników. Dyrektywa BRRD miała na celu zmianę zasad ratowania banków. To już nie podatnicy mieli wykładać pieniądze na ich ratowanie, ale akcjonariusze, wierzyciele i deponenci.

Drugim celem wprowadzenia dyrektywy było przyspieszenie procesu likwidacji banku. „Dotychczasowa procedura likwidacyjna, czyli procedura upadłościowa, jest czasochłonna, a syndyk zarządzający masą upadłościową nastawiony jest na pozbycie się aktywów po cenie, jaką w danym momencie zaoferuje rynek. Szybciej i mniejszym kosztem można zrestrukturyzować lub zlikwidować w sposób uporządkowany bank przy zastosowaniu procedur administracyjnych” – można przeczytać we wstępie do jednego z zeszytów BRE-CASE. Jak czytamy dalej, modelowo cała procedura powinna by przeprowadzona w ciągu weekendu. Wszystko po to, aby nie wywoływać paniki wśród deponentów banku, która mogłaby potem przenieść się także na inne banki. A to mogłoby już zagrozić stabilności systemu bankowego, który jest najważniejszym elementem systemu finansowego kraju.

(…)

W strefie euro powołany został specjalny organ, która decyduje o tym, czy dany bank jest już nie do uratowania standardowymi środkami i wymaga podjęcia zdecydowanych działań naprawczych. Instytucja ta nosi nazwę Jednolitej Rady do spraw Restrukturyzacji i Uporządkowanej Likwidacji (Single Resolution Board, SRB).

W połowie ubiegłego roku przećwiczono procedurę uporządkowanej likwidacji na żywym organizmie. Sytuacja miała miejsce w Hiszpanii, gdzie „uporządkowania” wymagał szósty co do wielkości bank w Hiszpanii – Banco Popular Espanol. Za cenę jednego euro właścicielem tego banku stał się Banco Santander, właściciel polskiego Santandera, który jakiś czas temu przejął BZ WBK. Podstawą do takiego ruchu była decyzja Europejskiego Banku Centralnego, który uznał, że Banco Popular to instytucja, która „upada lub prawdopodobnie upadnie”. EBC tłumaczył, że „nie istniała żadna wiarygodna perspektywa tego, że alternatywne działania sektora prywatnego lub decyzja nadzoru mogłaby ochronić bank przed upadkiem w najbliższym czasie”.

Procedura została przeprowadzona bardzo szybko, w zasadzie w ciągu jednej nocy. Jak opisuje to Jacek Ramotowski w artykule opublikowanym w „Obserwatorze Finansowym”, 6 czerwca EBC uznał, że „Banco Popular jest „upadły lub bliski upadłości”, a 7 czerwca o 6:30 rano SRB podjęła decyzję o resolution. Banco Popular w jednej chwili zniknął, a w jego prawa i obowiązki wszedł Santander. Żaden klient nie zdążył zareagować.

Formalnie, od strony prawnej, nie ma zatem nic dziwnego w tym, że i w Polsce mogłaby być przeprowadzona tego typu operacja. Tym bardziej, że nawet Unia Europejska nie jest prekursorem tego typu rozwiązań. Znacznie większe doświadczenie w tym zakresie mają kraje, które doświadczały już wcześniej kryzysów bankowych. Wymienić tu można choćby takie kraje, jak Stany Zjednoczone, Japonię i Koreę czy Meksyk.

https://m.bankier.pl/wiadomosc/aferaKNF-Plan-Zdzislawa-wyjasniamy-co-to-jest-i-dlaczego-mogl-zaistniec-7626880.html

Tymczasem banki należące ciągle jeszcze do Leszka Czarneckiego ledwo dyszą. I to nie od marca, czy nawet roku, ale od znacznie dłuższego czasu. Polityka drenowania klientów za wszelką cenę (Getin Noble procentowo ma dwa razy więcej tzw. kredytów frankowych, niż inne banki, do tego polisolokaty, a ostatnio afera GetBack) kończy się ich giełdowym upadkiem tak, że są już warte w przybliżeniu tyle, ile jeden średni spółdzielczy bank.

Wszystko wskazuje zatem, że manewr z doniesieniem o korupcji może być próbą storpedowania prac legislacyjnych Sejmu mających wdrożyć unijną dyrektywę. Może się udać także próba uzyskania odszkodowania od polskiego rządu za doprowadzenie do upadku i przejęcia „świetnie prosperującego” prywatnego biznesu.

Przy okazji oPOzycja znalazła kolejny materiał, mogący rozpalić na nowo KODomarsze.

Element drugi

Zdaniem speców od PR, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, dr Marek Ch. najwyraźniej przechowywał w swoim gabinecie dokładne zapisy rozmowy z 28 marca jeszcze 14 listopada.

Już widzę, co prawda oczami wyobraźni, jak Marek Ch. codziennie puszcza sobie nagranie głosu Leszka Czarneckiego i upaja się nim bardziej, niż przed laty dziennikarka Jolanta Pieńkowska.

Inaczej nie da się wytłumaczyć tego fragmentu tekstu Ivanowej.

Oczywiście „czerska prawda” znajduje wzmocnienie w wywiadzie udzielonym przez byłego szefa (za PO) Centralnego Biura Antykorupcyjnego Pawła Wojtunika:

Wojtunik przypomniał, że były szef KNF po pojawieniu się podejrzenia o korupcję mógł ot tak po prostu wejść do swojego gabinetu. – Nie powinien, choć nie był zatrzymany, co też wydaje się dziwne. CBA, czekając na decyzje prokuratury, mogło choćby stać pod drzwiami gabinetu i nikogo nie wpuszczać. To przeszukanie jest nie do obrony i powinno nastąpić o wiele wcześniej – przekonywał były szef CBA.

Dodał, że podstawową konsekwencją takiego działania jest brak materiału dowodowego. – Utrata dowodów jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie się mogą wydarzyć w śledztwie. Może też stanowić przestępstwo – argumentował.

https://natemat.pl/255669,afera-knf-przeszukanie-gabinetu-chrzanowskiego-komentuje-pawel-wojtunik

Widocznie zdaniem „czerskich” żurnalistów brak materiałów w gabinecie Marka Ch. potwierdzających istnienie międzynarodowej siatki przestępczej, na czele której stoi zapewne Putin, a jednym z niewiele mniejszych szefów jest Jarosław Kaczyński, świadczy o tym, że Marek Ch. dowody te usunął.

Brak dowodów jest bowiem dowodem na to, że one istnieją, ale ktoś je usunął.

Gdyby CBA weszło prędzej do gabinetu Ch., na pewno by były. Wszak normalne jest przechowywanie materiałów obciążających jeszcze 3 kwartały po „zbrodni”. 😉

Równie normalne, jak powiadamianie o przestępstwie po takim samym upływie czasu.

Element trzeci

Prawnik (rzekomo) Ewa Ivanowa dziwi się kwalifikacji prawnej dokonanej przez prokuraturę. Jej zdaniem postawienie zarzutu z art. 231 § 2 kk nie powinno mieć miejsca. Dr Marek Ch. powinien odpowiadać z art. 228 § 4 kk. Porównajmy więc te przepisy.

Art. 231 [Nadużycie funkcji]

§ 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego,

podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej,

podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

 

Art. 228 [Sprzedajność]

(….)

§ 3. Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę za zachowanie stanowiące naruszenie przepisów prawa,

podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

 

Na jakiej podstawie żurnalistka Iwanowa twierdzi, że art. 228 kk posiada „inną moc” niż 231 kk?

A przede wszystkim na jakiej podstawie twierdzi, że czyn należy kwalifikować z art. 228 § 4 kk?

Przecież z dostępnego nagrania wynika, że chodzi nie o żądanie łapówki w zamian za wykonanie czynności służbowej, ale właśnie o zaniechanie jej dokonania.

Art. 228 § 4 jest więc wykluczony.

Myślę, że to wystarczy.

Analiza trzech elementów, na jakich opiera się tekst Ivanowej, prowadzi do następującej konkluzji:

Żurnalistka dokonuje jedynie kompilacji powszechnie dostępnych w sieci materiałów, pomijając przy tym niewygodne. Dla uwiarygodnienia zarówno siebie, jak i swojej osoby zasłania się przy tym mitycznymi „śledczymi” (prokuratorami), co jednak wyklucza „analiza prawna”, czyli oderwane od rzeczywistości stwierdzenie o „większej mocy” zarzutu z art. 228 § 4 kk niż z art. 231 § 2 kk.

Autor tekstów political fiction Wojciech Czuchnowski doczekał się następcy.

2.12 2018