Politologia to nauka o czymś z założenia niedobrym, skorumpowanym i wstrętnym, obrzydliwym. To dyscyplina, która ujawnia pokłady chamstwa, cynizmu, łajdactwa, zwyrodnienia, kłamstwa. Ci, którzy ją uczciwie uprawiają, obnażają tę rzeczywistość, ale wielu też tylko udaje politologów podczas gdy są politykami. Niemało ich niestety. Oczywiście zawsze istniała pokusa łączenia twórcy i tworzywa, jak mawiał niezapomniany Bareja. Ale niekoniecznie należy takim ludziom płacić z pieniędzy podatnika.

Nie lubię nazwy „nauki polityczne”, wolę politologię. Po pierwsze dlatego, że ta pierwsza nazwa sugeruje „ugrzecznienie” i przyzwoitość (polityczność w staropolskim oznaczałą to włąśnie). Po drugie, nie bardzo wiadomo co jest przedmiotem badań tzw. nauk politycznych. Tak spektakularne rozproszenie bynajmniej nie służy koncentracji na wybranych problemach, a raczej zwalnia z myślenia o nich i ukierunkowania się na publicystykę.

Politolodzy w polskich warunkach geograficzno-kulturowych bardzo często występują jednocześnie w dwóch rolach. Ekspertów i publicystów. Jeden mądrzejszy od drugiego, ze szkodą dla pierwszego. Istnieje już nawet zawodowa kasta „wytłumaczaczy” polityki krajowej i zagranicznej. Ci najbardziej „wybitni” znają się rzekomo na jednej i drugiej. Od biedy mogą zboczyć z tematu i wypowiedzieć się np. nt. kryzysu klimatycznego lub dzieci głodujących w Somalii czy też erupcji Etny na Sycylii. Eksperci w każdym temacie. Nie znam się, ale się wypowiem…

Problem w tym, że „gnój” naukowy dotyczy nie tylko mojego podwórka. Dotyczy prawie wszystkich bez wyjątku nauk społecznych i humanistycznych (rozdzielonych od siebie sztucznie piórem zmęczonego życiem urzędnika). Pani dr hab. Mróz-Gorgoń nie wzięła się znikąd. Nie spadła z Kosmosu. To emanacja systemu.

Tzw. systemu szkolnictwa wyższego, który osobiście wolę nazywać systemem SZKODNICTWA wyższego. Dlaczego? Dlatego, że pochłania miliardy, niewiele dając w zamian społeczeństwu, które go utrzymuje, a do tego od lat prezentuje postawę roszczeniową. Mówi się, że za mało wydaje się na nauki społeczne. Ale jest dokładnie przeciwnie. Za dużo. Być może tnę właśnie gałąź, na której siedzę, ale jestem niemalże pewien, że co najmniej 1/3 tzw. Naukowców z dziedziny nauk społecznych powinna sobie poszukać bardziej społecznie przydatnej pracy.

Na koniec odpowiedź na kluczowe pytanie. Jak to się stało? Ano tak, że polskie państwo płaciło przez dziesięciolecia tak nędznie naukowcom, że w tzw. resorcie byli w stanie głównie przetrwać tylko ci, którzy mieli rodziców/żony/kochanki utrzymujących ich przy życiu lub wariaci. Pomiędzy tymi wariantami byli ci zaradni, którzy rozumiejąc antylogikę systemu, potrafili znaleźć niszę. Znaczy nie zdechnąć z głodu, żeby czytać i pisać książki/artykuły.

Pani dr hab. Mróz-Gorgoń nie wzięła się znikąd. Nie spadła z Kosmosu. Ona przyszła po to żeby usprawiedliwić brutalne cięcia budżetowe na badania naukowe. To nie była wpadka, ani przypadek. Swoje przytuliła, innym zabrało. Taka „sprawiedliwość”.