Od tygodnia, gdy dostałem mail z #Airbnb, żyję w stanie szoku.

„Proces” Franza Kafki zaczyna się tak: „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo, ze nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”. W moim przypadku nie było tak dokładnie: wiem, kto złożył doniesienie – młoda Amerykanka o nazwisku Emma Thompson, nie zostałem aresztowany, tylko wyrzucony z Airbnb, ale podobnie jak Józef K. nic złego nie popełniłem.

Tekst będzie długi, choć mam nadzieję, że nie nudny.

We wtorek 25 lipca o godz. 2:01 w nocy przyszedł mail z Działu Pomocy Airbnb, od niejakiej Mimi (bez nazwiska, ale po co nazwisko, przecież wszyscy jesteśmy kumplami w tej fajnej firmie, nie?). Maila nie mogę zacytować, bo tylko jego początek jest widoczny, a całą treść odczytałem na swoim koncie Airbnb, do którego teraz nie mam dostępu. Mimi pisała, że ponieważ naruszyłem zasady bezpieczeństwa Airbnb, zadzwoni do mnie w godz. 17-18 mojego czasu i czy się zgadzam. Pewnie, że się zgodziłem, szczególnie, że Mimi informowała, że do wyjaśnienia sprawy moje konto w Airbnb pozostanie zawieszone, nie mogę przyjmować gości ani robić rezerwacji dla siebie. Każdy by się zgodził w takiej sytuacji.
O godz. 18 Airbnb zadzwoniło w osobie tłumaczki, którą Airbnb ściągnęło, co znaczyło, że sprawa jest poważna i na linii pojawiła się Mimi (chyba ona, cała rozmowa była przez Airbnb nagrywana, ale oczywiście stenogramu nie mam).
„Od osoby, która była u ciebie ostatnio, powiedziała Mimi, wpłynęła skarga”.
Dwa dni wcześniej, po pobycie przez weekend, wyjechała ode mnie para młodych Amerykanów, którzy wydawali się być całkiem zadowoleni z pobytu, miło się pożegnali i żadnych zastrzeżeń nie zgłaszali.
„Ona czuła, że jej prywatność mogła być naruszana, bo w drzwiach sypialni nie ma zamka” (nie, że naruszyłem, ani nawet, że czuła się zagrożona, że mógłbym naruszyć, „czuła, że tak mogłoby się zdarzyć”).
Ja (w popłochu, bo nie pamiętam regulaminu Airbnb): a czy w regulaminie Airbnb jest powiedziane, że w sypialni ma być zamek?
„Nie, nie ma takiej reguły”.
Tak, mówię, to prawda, w sypialni dla gości nie ma zamka, jest haczyk w łazience.
Pomimo szoku, że brak zamka w drzwiach, którego nie miałem obowiązku montować, jest groźnym naruszeniem bezpieczeństwa, za które lada chwila zostanę trwale usunięty z Airbnb, wyczułem, że to nie jest wystarczające wyjaśnienie mojego tajemniczego przestępstwa.
Mniej lub bardziej klarownie mówię, że:
– jestem gospodarzem na Airbnb od chyba 8 lat i przez kilka lat miałem tytuł „Superhost” dla najlepszych gospodarzy, w ubiegłym roku miałem za mało gości, więc tytuł straciłem, ale w tym roku jestem na prostej drodze, żeby go odzyskać;
– goście nie skarżyli się na brak prywatności ani nie prosili o założenie zamka w drzwiach;
– nigdy żaden z dotychczasowych moich prawie 100 gości nie złożył na mnie nigdy żadnej skargi w żadnej sprawie;
– na około 80 opinii, jakie opublikowali moi goście na Airbnb, wszystkie bez wyjątku były pozytywne, również takie, które wystawiały samotne kobiety, z różnych krajów, spędzające u mnie czasem po kilka tygodni;
– średnia ocen od moich gości to 4.9/5;
– zaledwie tydzień, wcześniej po pobycie pary młodych kobiet u mnie, Airbnb napisał mi w mailu „Alena daje Ci 5-gwiazdkową recenzję. Alena opisuje pobyt w superlatywach”;
– no i wreszcie, że musiałbym być idiotą, żeby naruszać prywatność młodej dziewczyny, która przebywa u mnie ze swoim chłopakiem, młodszym ode mnie o 40 lat i wyższym o głowę…
Sens tego był taki, że żadnej prywatności nigdy nikomu nie naruszałem, goście zawsze byli zachwyceni i że to jest jakaś kompletna bzdura.
Spytałem też, czy na przyszłość mogę nie wynajmować pokoju młodym amerykańskim dziewczynom. To pytanie na pewno było błędem, bo rozmawiałem chyba z młodą amerykańską dziewczyną…
Spytałem, co dalej i dowiedziałem się, że w ciągu 1-2 dni Mimi (?) zadzwoni do mnie i powie, jaką podjęli decyzję.
Oczywiście nie zadzwoniła.
Ale na decyzję potrzebowali zaledwie 5 godzin. O godz. 23.41 dostałem od Mimi mail. „Po pełnej sprawdzeniu dostępnych informacji ustaliliśmy, że Twoje konto powinno zostać usunięte z platformy Airbnb, ponieważ nie zastosujesz się do naszych zasad ochrony prywatności. Podjęliśmy tę decyzję, ponieważ podczas Twojej ostatniej rezerwacji znaleźliśmy naruszenie prywatności – na przykład przeszkadzając w prywatnej przestrzeni lub wchodzić do czyjejś nieruchomości bez zgody” (pisownia oryginalna). Ale „Zgodnie z rozporządzeniem UE dotyczącym działalności (P2B) możesz kwalifikować się do odwołania się”.
Czyli – już nie „czuła, że jej prywatność mogłaby zostać naruszona” tylko „naruszyłeś prywatność”.
Angielska wersja tekstu była jeszcze zabawniejsza: „.. you didn’t comply with our policy on protecting your privacy”. („nie stosowałeś się do zasad ochrony twojej prywatności”!)
Żeby sytuacja była jeszcze bardziej kafkowska, Airbnb przysłało kolejnego maila, w którym napisali „Wysłaliśmy Ci e-maila z informacją o naszej decyzji w związku z tym raportem…. „ (jakim raportem???) a dalej był link do pełnej wiadomości na moim koncie w Airbnb, do którego już nie miałem dostępu…
Odwołać się można było, klikając w link do strony z formularzem. Formularz daje na odwołanie chyba 35 znaków, które wykorzystałem pisząc „W jaki konkretnie sposób naruszyłem prywatność”. Po odwołaniu natychmiast przyszedł mail potwierdzający z Airbnb, którego zacytować w całości nie mogę, bo też się odwoływał do mojego zlikwidowanego konta w Airbnb, ale początek jest świetny: „Tu Nicole B z Airbnb i mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku.…” Chciałem napisać, że jasne, Nicole, oprócz tego, że macie w dupie moje kilkuletnie starania, żeby goście świetnie się czuli, że bezpodstawnie oskarżacie mnie o nie wiadomo co i zabieracie mi możliwość zarabiania pieniędzy, to wszystko u mnie w porządku, ale zwrotnego maila nie można wysyłać…W każdym razie decyzja w sprawie odwołania miała być w ciągu 2-3 dni.
Tym razem zabrało im to ponad 6 dni. 1 sierpnia przyszedł mail od trzeciej już anonimowej persony, tym razem tylko po angielsku: „My name is Skylar, I’m part of the Appeals team here at Airbnb. Upholding the policies and standards that protect our community is very important to us. We’ve given your case and its details careful consideration and we determined that your account removal will remain upheld. Please note that we take our Privacy policy very seriously and are unable to provide any further information regarding the removal. We understand that this might not be what you’d hoped for, but we came to this outcome due to a direct violation of our Safety policy within our Community Standards. Our review is complete now, and we won’t be able to offer additional support on this case at this time”.
Czyli: z powodu bezpośredniego naruszenia Polityki Bezpieczeństwa podtrzymują decyzję usunięcia mojego konta. A ponieważ „bardzo poważnie traktujemy naszą Politykę Prywatności, więc nie jesteśmy w stanie dostarczyć żadnych więcej informacji dotyczących tego usunięcia”. Czyli, naruszyłem czyjąś prywatność, ale nie mogą powiedzieć jak, bo muszą chronić prywatność tej osoby….
Nie zaskoczyło mnie to, chociaż oczywiście zmartwiło. Zezłościło. Poczułem się bezradny i zagrożony.
Nie mam pojęcia, o co młodej kobiecie mogło chodzić. Nie przypuszczam, że jest chora psychicznie i ma urojenia. Przypuszczam raczej, że jest wychowana w szalejącej w Stanach ideologii wokizmu, w której uczucie równoważne jest zdarzeniu: jeśli ona czuła się zagrożona, to znaczy, że ja stwarzałem zagrożenie, jeśli ona czuła, że jej prywatność mogła zostać naruszona, to znaczy, że ja naruszyłem jej prywatność.
Moja możliwość obrony, zmiany decyzji Airbnb, była żadna. Jeśli nie ma nawet konkretnego zarzutu, to obronić się przed nim nie sposób. A przed zarzutem typu „on mógłby naruszyć moją prywatność”, to już naprawdę obronić się nie da …
Rozumiem, że Airbnb wolało nie wdawać się w wyjaśnienia, a tym bardziej wolało nie przyznawać, że zarzuty młodej Amerykanki są bezpodstawne. Rozumiem, że jako spółka giełdowa bali się, że ona zrobi w amerykańskich mediach społecznościowych kampanię typu „gospodarz mnie molestował, a Airbnb nie reaguje”. Z ich punktu widzenia ja sobie w Polsce mogę robić kampanie dowolne.
Wniosków z tego dla jest kilka. Jeden: należy z daleka trzymać się od młodych Amerykanek, bo mogą zniszczyć człowieka dowolnym pomówieniem. Drugi: jeśli chcecie zarobić trochę pieniędzy, to w czasie następnego pobytu u kogoś w Airbnb zaproponujcie gospodarzowi, że w zamian za drobną gratyfikację, na przykład zwrot kosztów noclegów, nie wniesiecie na niego skargi do Airbnb o naruszenie prywatności.
Nie mam możliwości wystąpienia do sądu o zniesławienie przeciwko p. Thompson bo nie zniesławiła mnie publicznie. Nie mam możliwości wystąpienia do sądu przeciw Aribnb bo to prywatna firma i może sobie robić co chce. Mogę tylko powiedzieć: kultura bezpodstawnego donosu, w której bezkarnie można szkodzić ludziom nie jest kulturą, która ma szanse przetrwać.

Michael Kott, przeczytaj, to o twoich rodakach.

Autor: dr Grzegorz Lindenberg
Doktor socjologii, menadżer, wydawca i dziennikarz. Był dyrektorem generalnym Agory, gdy powstawała „Gazeta Wyborcza”, i tworzył „Super Express”. Jest pomysłodawcą dwóch wczesnych firm internetowych: Supermedia (1996) i eCard (2001), jednym z założycieli start-upu Webnalist (2016) i współautorem kilkakrotnie wznawianej książki Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny. Lubi zwierzęta, mieszka w podwarszawskiej wiosce z psem i dwoma kotami.

Skończyłem socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie zrobiłem doktorat w 1985 roku („Zmiany postaw politycznych studentów Warszawy 1958-1983”).

W latach 1986-87 pracowałem naukowo na Harvardzie w Russian Research Center (interesował mnie problem legitymizacji systemu komunistycznego) i jednocześnie uczyłem na Boston University.

Od 1989 zajmowałem się mediami i Internetem jako menedżer i redaktor. Byłem m.in. dyrektorem generalnym „Agory” przez jej pierwsze dwa lata, potem twórcą i szefem „Super Expressu”.

Wcześnie dostrzegłem potencjał Internetu: strona internetowa „Super Expressu” powstała w 1995 roku; byłem pomysłodawcą i prezesem dwóch istniejących do dziś firm internetowych, SuperMedia (1996)  i eCard (2000). Byłem doradcą dla rozmaitych firm medialnych i internetowych.

Jestem  publicystą, współautorem bestsellerowego przewodnika „Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny”, autorem „Ludzkości poprawionej” (2018), pierwszej polskiej książki o sztucznej inteligencji i rewolucji modyfikacji genetycznych oraz książki „Wzbierająca fala. Europa wobec eksplozji demograficznej w Afryce” (2019).

Organizowałem (2011)  społeczny ruch zmiany ustawy o ochronie zwierząt.

Interesują mnie wyzwania współczesności, potężne procesy, które trudno jest dostrzec i zrozumieć. Do myślenia o świecie potrzebuję danych i faktów, bo tak nauczono mnie na studiach. Piszę i doradzam, żeby moje myślenie przydawało się innym ludziom, firmom i organizacjom.

Inne moje strony: https://toskania.org.pl (wakacyjne miejsca w Toskanii), https://glindenberg.pl (różne moje teksty).