Jacek Łukasik, przewodniczący „Policyjnej Solidarności”, upomniał się o policjantów, którzy znaleźli się na pierwszej linii politycznego konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego. W odpowiedzi wszczęto przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne. Czy w polskiej Policji zaczyna obowiązywać zasada: milcz, wykonuj polecenia i nie zadawaj pytań? To niepokojący sygnał dla całej formacji. Policja ma służyć Rzeczypospolitej, a nie politycznym interesom rządzących!

Upomniał się o funkcjonariuszy. Sam został wezwany na dywanik

Ta historia powinna zaniepokoić każdego, komu zależy na niezależnej, profesjonalnej i apolitycznej Policji.

Młodszy aspirant Jacek Łukasik, przewodniczący Związku Zawodowego „Policyjna Solidarność”, zrobił coś, co powinno być oczywistym obowiązkiem przedstawiciela środowiska funkcjonariuszy. Zareagował na niepokojące wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego i zażądał od kierownictwa Policji odpowiedzi na fundamentalne pytania.

Nie nawoływał policjantów do nieposłuszeństwa. Nie wzywał do porzucenia służby. Nie domagał się przywilejów dla jednej grupy politycznej.

Upomniał się o ludzi w mundurach, którzy wykonują polecenia przełożonych, a później mogą zostać sami z konsekwencjami swoich działań.

31 października 2026 roku skierował do komendanta głównego Policji gen. insp. Marka Boronia list otwarty. Dokument zawierał poważne pytania o podstawy prawne działań podejmowanych przez funkcjonariuszy w rejonie Trybunału Konstytucyjnego.

Związkowiec wskazywał między innymi na udział młodych policjantów, którzy dopiero ukończyli szkolenie podstawowe i nie mieli odpowiedniego doświadczenia w zabezpieczaniu tak skomplikowanych wydarzeń.

Zwrócił również uwagę na informacje o utrudnianiu dostępu do budynku parlamentarzystom oraz sytuację, w której prezydent RP Karol Nawrocki musiał przeciskać się przez policyjny kordon.

To były pytania, na które kierownictwo Policji powinno odpowiedzieć rzeczowo, transparentnie i bez politycznych uników.

Tymczasem 3 listopada przyszła wiadomość o postępowaniu dyscyplinarnym wobec przewodniczącego związku.

Marek Boroń: zamiast rozwiać wątpliwości, uruchomiono dyscyplinarkę

Komendant główny gen. insp. Marek Boroń 1 listopada zapewnił publicznie, że działania Policji pod Trybunałem Konstytucyjnym były zgodne z obowiązującymi przepisami prawa oraz normami etycznymi.

Zapewnił również funkcjonariuszy o swoim wsparciu i zadeklarował, że nie dopuści do narażenia ich na niezgodną z prawem odpowiedzialność.

Brzmi dobrze. Tylko gdzie jest odpowiedź na konkretne pytania?

Samo oświadczenie przełożonego nie zastępuje niezależnej oceny legalności działań. Nie wystarczy powiedzieć policjantom, że wszystko było zgodne z prawem. Trzeba jeszcze wyjaśnić, na jakiej podstawie podejmowano konkretne decyzje, kto je podejmował i kto ponosi za nie odpowiedzialność.

Co szczególnie istotne, według ustaleń Interii komendant główny miał polecić przedstawienie Łukasikowi zarzutów dyscyplinarnych.

Krakowska Policja potwierdziła wszczęcie postępowania i przedstawienie dwóch zarzutów dotyczących nieprzestrzegania zasad etyki zawodowej. Łukasik nie został zawieszony w czynnościach służbowych.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy w kierownictwie Policji naprawdę nie dostrzeżono, jak fatalny sygnał wysyła się w ten sposób całemu środowisku?

Jeżeli przedstawiciel związku zawodowego zgłasza wątpliwości dotyczące działań formacji, a następnie sam musi tłumaczyć się w postępowaniu dyscyplinarnym, to trudno oczekiwać, że inni funkcjonariusze będą chętnie podnosić niewygodne kwestie.

Policjant ma mieć prawo do zadawania pytań. Związkowiec ma prawo reprezentować interesy funkcjonariuszy. A przełożony ma obowiązek odpowiadać, nie zastraszać.

Policja nie jest prywatną armią żadnego rządu!

Przypomnijmy rzecz fundamentalną: Policja jest formacją służącą Rzeczypospolitej i obywatelom.

Nie Donaldowi Tuskowi. Nie Marcinowi Kierwińskiemu. Nie ministrom, partyjnym strategom ani żadnemu politycznemu obozowi.

Policja ma stać na straży bezpieczeństwa ludzi, ochrony porządku publicznego i przestrzegania prawa. Jej zadaniem nie jest rozstrzyganie sporów politycznych, legitymizowanie decyzji rządzących ani demonstrowanie siły wobec przeciwników konkretnego obozu władzy.

Funkcjonariusz w mundurze nie może być traktowany jak narzędzie do realizacji politycznych scenariuszy.

To właśnie dlatego tak istotna jest odpowiedzialność przełożonych. Policjant wykonujący zadanie musi mieć jasne podstawy prawne działania, właściwe przygotowanie i pewność, że kierownictwo nie zostawi go samego, kiedy pojawią się pytania o legalność wydanych poleceń.

Nie wolno przerzucać całego ciężaru odpowiedzialności na szeregowych funkcjonariuszy.

Nie wolno też wymagać od nich bezrefleksyjnego wykonywania poleceń tylko dlatego, że zostały wydane przez osobę stojącą wyżej w hierarchii.

Prawo nie przestaje obowiązywać na komendzie. Mundur nie zwalnia z myślenia. A rozkaz nie jest magiczną formułą, która automatycznie legalizuje każde działanie.

Marcin Kierwiński musi odpowiedzieć za polityczny nadzór

Nie można udawać, że sprawa Jacka Łukasika dotyczy wyłącznie relacji pomiędzy jednym policjantem a jego przełożonym.

Policja funkcjonuje w strukturze państwa, a nadzór nad nią sprawuje minister właściwy do spraw wewnętrznych. Obecnie jest nim Marcin Kierwiński, szef MSWiA.

Dlatego pytania trzeba skierować również do niego.

Czy minister akceptuje sytuację, w której przedstawiciel policyjnego związku zawodowego, domagający się wyjaśnienia działań funkcjonariuszy, zostaje objęty postępowaniem dyscyplinarnym?

Czy MSWiA zbada, czy procedura dyscyplinarna nie jest wykorzystywana do wywierania presji na związkowca?

Czy minister zażąda od komendanta głównego pełnej informacji o okolicznościach wszczęcia postępowania?

Czy kierownictwo resortu przedstawi opinii publicznej jasne stanowisko w sprawie odpowiedzialności za decyzje podejmowane podczas zabezpieczania wydarzeń wokół TK?

To nie są pytania o polityczne sympatie. To pytania o standardy demokratycznego państwa.

Marcin Kierwiński nie może ograniczyć się do wygodnego milczenia. Odpowiedzialność polityczna za sposób funkcjonowania Policji należy również do kierownictwa resortu.

Jeżeli minister uważa, że wszystko odbywa się prawidłowo, powinien to uzasadnić. Jeżeli dostrzega problem, powinien zareagować.

Czy naprawdę chcemy powtórki z najgorszych kart PRL?

Historia Polski powinna być dla każdego rządzącego ostrzeżeniem.

U schyłku PRL komunistyczna władza coraz bardziej traciła społeczne zaufanie. System chylił się ku upadkowi, a na ulicach pojawiali się funkcjonariusze ZOMO i milicji, wykorzystywani do tłumienia protestów i obrony politycznego porządku, który przestawał mieć społeczną legitymację.

Nie twierdzimy, że współczesna Policja jest ZOMO. Nie wolno mechanicznie utożsamiać demokratycznego państwa z komunistycznym aparatem represji.

Ale właśnie dlatego trzeba reagować na każdy sygnał, który przypomina mechanizm znany z tamtych czasów: polityczna władza wydaje polecenia, funkcjonariusze stają na pierwszej linii konfliktu, a później odpowiedzialność i konsekwencje mogą spaść na ludzi wykonujących zadania.

Największym zagrożeniem dla formacji mundurowej jest jej upolitycznienie.

Policjant nie może mieć poczucia, że jego przyszłość zawodowa zależy od tego, czy jego działania podobają się aktualnie rządzącym. Nie może też obawiać się, że za zadanie trudnego pytania spotka go zawodowa represja.

Historia ZOMO pokazuje, do czego może prowadzić podporządkowanie formacji bezpieczeństwa interesom politycznym. Państwo demokratyczne musi wyciągać z tej historii wnioski, zanim będzie za późno.

Nie chcemy Policji, która broni polityków przed obywatelami. Chcemy Policji, która chroni obywateli, konstytucyjny porządek i prawo — niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę.

Związkowiec nie jest wrogiem Policji

Jacek Łukasik nie powinien być traktowany jak przeciwnik własnej formacji tylko dlatego, że zdecydował się publicznie wyrazić obawy funkcjonariuszy.

Związek zawodowy istnieje właśnie po to, by reprezentować ludzi pracy, wskazywać nieprawidłowości, domagać się wyjaśnień i bronić praw swoich członków.

W przypadku służb mundurowych ta rola jest szczególnie ważna. Policjant znajduje się w strukturze hierarchicznej, podlega rozkazom i decyzjom przełożonych, a jego sytuacja zawodowa jest uzależniona od mechanizmów służbowych.

Dlatego niezależny głos przedstawiciela środowiska ma ogromne znaczenie.

Oczywiście działalność związkowa nie oznacza bezkarności. Związkowiec, tak jak każdy funkcjonariusz, podlega prawu i zasadom służby. Postępowanie dyscyplinarne może być prowadzone, jeżeli istnieją ku temu rzeczywiste podstawy.

Ale musi być ono rzetelne, proporcjonalne, przejrzyste i wolne od odwetu za działalność związkową.

W tej sprawie szczególnie ważne jest więc ujawnienie, jakie konkretnie zachowania uznano za naruszenie etyki, jakie dowody przedstawiono i czy zarzuty rzeczywiście dotyczą przekroczenia obowiązków, czy też samego faktu publicznego krytykowania decyzji przełożonych.

Nie wystarczy powołać się na etykę. Trzeba jeszcze wykazać, na czym polegało jej naruszenie.

Niech komendant główny odpowie, zamiast uciszać pytania

Gen. Marek Boroń stoi dziś przed poważnym testem przywództwa.

Od szefa Policji należy oczekiwać nie tylko obrony funkcjonariuszy, ale również umiejętności przyjmowania krytyki i wyjaśniania wątpliwości. Autorytetu komendanta nie buduje się poprzez dyscyplinowanie każdego, kto zada niewygodne pytanie.

Buduje się go poprzez odpowiedzialność, profesjonalizm i sprawiedliwe traktowanie podwładnych.

Jeżeli komendant jest przekonany, że działania pod TK były zgodne z prawem, powinien doprowadzić do przedstawienia opinii publicznej pełnej dokumentacji i podstaw prawnych podejmowanych decyzji — w zakresie, w jakim pozwalają na to przepisy.

Jeżeli zarzuty wobec Jacka Łukasika mają uzasadnienie, powinny zostać wykazane w rzetelnym postępowaniu. Jeżeli natomiast postępowanie ma być ostrzeżeniem dla innych związkowców, byłby to skandal podważający zaufanie do całej formacji.

Nie można dopuścić do sytuacji, w której funkcjonariusze będą bali się mówić prawdę, a jedyną oczekiwaną postawą stanie się milczenie.

Dziś Łukasik, jutro każdy policjant?

Ta sprawa nie jest wyłącznie osobistym problemem Jacka Łukasika.

Dotyczy każdego policjanta, który chce służyć Polsce, a nie politycznym interesom. Dotyczy funkcjonariuszy, którzy mają rodziny, dzieci, kredyty i prawo do poczucia bezpieczeństwa zawodowego. Dotyczy również obywateli, którzy oczekują, że Policja będzie instytucją niezależną od partyjnych rozgrywek.

Dziś trzeba stanąć w obronie prawa do uczciwego reprezentowania środowiska policyjnego.

Nie chodzi o przyznanie komukolwiek immunitetu od odpowiedzialności. Chodzi o to, by odpowiedzialność była taka sama dla wszystkich — od szeregowego funkcjonariusza po najwyższe kierownictwo.

Panie Komendancie Marku Boroniu! Policja to nie prywatna firma, a funkcjonariusze to nie ludzie pozbawieni prawa do własnego zdania.

Panie Ministrze Marcinie Kierwiński! Pańskim obowiązkiem jest zagwarantowanie, że Policja nie stanie się narzędziem politycznej walki.

A do Jacka Łukasika należy skierować jedno przesłanie: upominanie się o bezpieczeństwo i godność policjantów nie powinno być powodem do zawodowego piętnowania.

Polska potrzebuje silnej Policji. Ale siła Policji nie polega na ślepym posłuszeństwie wobec polityków. Jej siła wynika z zaufania obywateli, przestrzegania prawa i odwagi funkcjonariuszy, którzy wiedzą, komu naprawdę służą.

Policja ma chronić Rzeczpospolitą, a nie ratować polityczne układy. I o tym nie wolno zapominać — niezależnie od tego, kto akurat siedzi w rządowych fotelach.