Przyszła do nas grupa ośmiu bałwanów i stanęła przed lustrem.

— Jest nas piętnaścioro — oświadczyły. — To pełny skład Trybunału Zimy. Zazwyczaj.

Lustro zachowało lodowaty spokój. W jego głębi pojawiła się liczba 15, jak na kwarcowym wyświetlaczu z czasów PRL-u. Bałwany poczuły się swojsko.

— Ale trzem właśnie odpadły nosy — wyjaśnił jeden. — Wiatr historii im utrącił. Jest nas więc teraz łącznie dwanaścioro.

Lustro niezmiennie wyświetlało 15.

— Dwanaścioro! — powtórzyły stanowczo, bo były przyzwyczajone, że od powtarzania rzeczywistość nabiera mocy prawnej.

— To chyba temperatura w pomieszczeniu — zauważył bałwan, który przysięgał przed jakąś drugą osobą w państwie, że ma staż dłuższy niż rok.

I właśnie wtedy zaczął się rozmrażać.

„Chyba włączyło mu się chłodzenie w odwrotną stronę” — pomyśleliśmy, patrząc, jak powoli się rozpływa.

— To nie jest topnienie — oznajmił. — To przywracanie stanu płynnego.

Od tej chwili nazywaliśmy go Trybałwanem. Staż miał ponad rok. Do końca kadencji zostało mu pół wiadra.

— Musimy wydać orzeczenie, zanim stracimy skład! — zarządził najważniejszy.

Podłoga już przyjmowała zdania odrębne. Patrząc w taflę, odwilżyły z siebie coś, co nawet my uznaliśmy za pogłos:

— Ale my, ośmiu bałwanów, stanowimy kworum! Dwie trzecie z piętnastu!

Lustro wyświetliło:

15 : 3 × 2 = 10.

— Miało być sześć! — oburzył się Trybałwan.

— Ośmiu — szepnął ktoś z tyłu.

— Nieważne! Ważne, że nas wystarcza!

Lustro uznano za upolitycznione. Jeden z bałwanów zażądał wyłączenia go z powodu oczywistej stronniczości: uparcie pokazywało każdego takim, jaki był.

— Kworum to osiem! — kwiczał ten, który się rozpuszczał.

Lustro wyświetliło Einsteina pukającego się w głowę.

— Tu się… — zaczęło, ale nie powiedziało co. Widocznie miało jeszcze resztki kultury.

— My, panowie…

— I panie! — wtrąciła bałwanica, trzymając w łapie nosy trzech nieobecnych.

Spojrzeliśmy na te nosy. Wiatr historii najwyraźniej miał palce.

— …tera będziemy całym trybunałem! — dokończyła.

Pozostałe bałwany przytaknęły, o ile pozwalał im na to stan skupienia. Jeden próbował uderzyć pięścią w stół, ale tylko go ochlapał.

Lustro zafalowało.

Wypłynęła z niego kartka papieru.

To był rachunek za prąd.

Przez chwilę chciały jeszcze stwierdzić jego nieważność, ale kwota była bezsporna, termin ostateczny, a wystawca nie przyjmował uchwał zamiast przelewu.

Bałwany zdążyły tylko ostatnim tchem wydusić:

— Spływamy stąd!

I po raz pierwszy słowa dokładnie odpowiadały czynom.

Gdy wysączały się z jaskini, któryś jeszcze mamrotał:

— Tylko nie Tusk…

A może to też był pogłos?

Lustro jakie było, takie było, ale że bałwan płci obojga nazwisk potrafi doprowadzić do takiego zwarcia — tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Po ich wizycie podnieśliśmy cenę za prawdę.

Nie będzie nam tu byle bałwan lał wody z mózgu.

PS. Dla następnych klientów ustawiliśmy w lustrze automatyczną odpowiedź na podobne kwestie: „Ale jaja, ale jaja!”.

Niech nie mówią, że nie było konsultacji z klasykami.