Historia radiowego komentarza Włodzimierza Odojewskiego, który niespodziewanie powrócił z przeszłości.

Po ponad dwudziestu latach przyszło mi do głowy, żeby zajrzeć na stary dysk komputerowy. Leżał sobie spokojnie, nikomu nie przeszkadzał, a ja właściwie nie pamiętałem już dokładnie, co na nim przechowywałem. Wiedziałem jedynie, że powinny tam być materiały z czasów, kiedy zajmowałem się redagowaniem i wydawaniem gazet. Pomyślałem więc, że może warto sprawdzić, co z tego wszystkiego przetrwało, zanim sam zapomnę, czego właściwie miałbym szukać.

Na szczęście przed laty miałem zwyczaj zapisywania tekstów w formacie RTF. Dziś może się to wydawać rozwiązaniem nieco staroświeckim, ale właśnie dzięki niemu bez większych trudności otworzyłem dokumenty zapisane kilkadziesiąt lat temu. Komputery się zmieniały, programy przychodziły i odchodziły, a poczciwy RTF jakoś to wszystko przetrzymał. Jak widać, niekiedy warto trzymać się starych, sprawdzonych rozwiązań.

Zacząłem przeglądać pliki. Dawne artykuły, felietony, wywiady, komentarze, materiały redakcyjne. Przy niektórych tytułach wracały wspomnienia wydarzeń, o których dawno już nie myślałem, przy innych przypominałem sobie ludzi, z którymi współpracowałem. Znalazły się również teksty, które czytałem ze zdziwieniem, bo choć minęło tyle lat, poruszane w nich problemy wcale nie wydawały się tak odległe, jak wskazywałaby data ich powstania.

Wśród tych materiałów trafiłem na plik zatytułowany „Czy Polska to Afryka?” Włodzimierza Odojewskiego.

Uśmiechnąłem się, bo ten tekst pamiętałem szczególnie dobrze, a jednocześnie byłem przekonany, że jego zapis dawno przepadł. Szukałem go kiedyś w internecie, próbując odnaleźć choćby ślad publikacji, ale bez rezultatu. Tymczasem okazało się, że przez wszystkie te lata spokojnie leżał sobie wśród innych dokumentów, czekając, aż przypomnę sobie o starym dysku.

Aby wyjaśnić, dlaczego tak mnie to ucieszyło, muszę cofnąć się do początku 1993 roku, kiedy redagowałem ogólnopolskie pismo publicystyczno-informacyjne „Strony Demokracji”.

Właśnie wtedy usłyszałem w radiu komentarz Włodzimierza Odojewskiego, pisarza, publicysty i autora słuchowisk radiowych, którego twórczość znałem i ceniłem. Nie pamiętam już z całkowitą pewnością, w której rozgłośni nadano tę audycję. W pamięci pozostał mi Program III Polskiego Radia, choć niewykluczone, że był to komentarz wyemitowany przez Radio Wolna Europa, z którym Odojewski był wówczas związany.

Pamiętam natomiast, że wypowiedź zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, iż postanowiłem zachować ją również w postaci pisanej. Nagrałem komentarz na taśmę magnetofonową, a następnie przez kilka godzin, odsłuchując kolejne fragmenty, przepisywałem go słowo po słowie. Najpierw wiecznym piórem na papier, później na maszynie do pisania. Komputera jeszcze wówczas nie miałem. Pierwszy pojawił się u mnie dopiero jesienią 1993 roku, wyposażony w system MS-DOS. Z Windowsem przyszło nam się oswajać nieco później, a i to nie bez pewnych trudności, bo człowiek przyzwyczajony do klawiatury i poleceń systemowych nie od razu potrafił zrozumieć, po co mu jeszcze myszka.

Dzisiaj, kiedy nagranie można zamienić na tekst niemal automatycznie, tamta praca może wydawać się nieco osobliwa. Ale takie były czasy. Magnetofon, wieczne pióro, kartka papieru i maszyna do pisania stanowiły całkiem przyzwoity warsztat redakcyjny, choć wymagały znacznie więcej cierpliwości niż współczesny komputer. Zwłaszcza kiedy trzeba było cofnąć taśmę, jeszcze raz posłuchać niewyraźnego fragmentu, a potem poprawić zapis, nie mając pod ręką wyszukiwarki, w której można by sprawdzić choćby pisownię obcojęzycznej nazwy.

Nie sporządzałem streszczenia ani nie próbowałem odtwarzać wypowiedzi z pamięci. Zależało mi na zachowaniu słów Odojewskiego w takim brzmieniu, w jakim usłyszeli je radiosłuchacze. I choć dzisiaj dostrzegam w tamtym zapisie pewne niedoskonałości, nie chciałbym po latach poprawiać go tak, jakbym dysponował oryginalnym maszynopisem autora.

Nie chodziło przy tym o bezwarunkową zgodę z każdą oceną Odojewskiego. Zainteresował mnie przede wszystkim sposób, w jaki przyglądał się polskiemu życiu politycznemu w pierwszych latach po przemianach ustrojowych. Mówił o partyjnych koteriach, walce o wpływy i stanowiska, o programach politycznych, które nie zawsze pozwalały obywatelowi zrozumieć, czego właściwie może oczekiwać od swoich przedstawicieli. Były to sprawy, nad którymi sam się wówczas zastanawiałem, uznałem więc, że warto przedstawić te rozważania również czytelnikom pisma.

Zwróciłem się do Włodzimierza Odojewskiego i uzyskałem jego zgodę na wykorzystanie komentarza. W ten sposób w marcu 1993 roku tekst ukazał się w numerze 3/1993 „Stron Demokracji”. Towarzyszyła mu krótka informacja redakcyjna, w której wyjaśniałem, że postanowiliśmy przedstawić czytelnikom przemyślenia człowieka, którego wywód zmusza do refleksji i zastanowienia.

Po trzydziestu trzech latach, kiedy ponownie przeczytałem te słowa, pomyślałem, że właściwie nie mam powodu niczego w nich zmieniać.

Odnalezienie dokumentu nasunęło mi jednak jeszcze inne pytanie. Czy gdzieś zachował się oryginalny tekst tego komentarza? A może istnieje nagranie audycji, które pozwoliłoby odtworzyć dokładną datę i miejsce jej emisji? Próbowałem szukać, lecz nie udało mi się odnaleźć w internecie identycznej wersji pisanej. Nie oznacza to oczywiście, że jej nie ma. Archiwa radiowe i literackie kryją przecież wiele dokumentów, które nigdy nie zostały udostępnione w sieci.

Nie wiem również, czy Odojewski odczytywał przygotowany wcześniej maszynopis, czy posługiwał się jedynie notatkami, pozostawiając sobie pewną swobodę wypowiedzi. Z własnego doświadczenia wiem, że nawet kiedy człowiek ma przed sobą napisany tekst, podczas jego wygłaszania zdarza mu się coś dopowiedzieć, rozwinąć myśl albo odejść na chwilę od pierwotnego zamysłu. Czasem wystarczy jedno skojarzenie, żeby zdanie, które miało wyglądać zupełnie inaczej, potoczyło się własną drogą.

Dlatego nawet jeśli oryginalny maszynopis komentarza gdzieś istnieje, niekoniecznie musi być całkowicie zgodny z tym, co rzeczywiście zabrzmiało na antenie. Mój zapis powstał z nagrania i miał wiernie oddawać usłyszaną wypowiedź. Oczywiście dziś, nie dysponując już tamtą taśmą, nie mogę porównać swojego zapisu z oryginalnym nagraniem.

Być może odnaleziony przeze mnie plik jest jednym z nielicznych zachowanych zapisów tego komentarza. A może podobny dokument spoczywa w którymś z archiwów i czeka na zainteresowanego czytelnika. Jeśli ktoś wie o jego istnieniu, będę wdzięczny za wskazanie miejsca przechowywania. Gdyby natomiast mój zapis okazał się przydatny dla dokumentowania radiowej działalności Włodzimierza Odojewskiego, chętnie udostępnię jego kopię właściwej instytucji archiwalnej, z poszanowaniem praw autorskich.

W końcu skoro tekst przetrwał już ponad trzydzieści lat, szkoda byłoby, żeby kiedyś ponownie zaginął tylko dlatego, że jego właściciel zapomniał, na którym dysku go schował.

Ale wróćmy do samego komentarza, bo przecież to on stał się przyczyną całego zamieszania.

Kiedy zacząłem go ponownie czytać, zdałem sobie sprawę, jak wiele zmieniło się od marca 1993 roku. Polska była wtedy państwem dopiero uczącym się nowych reguł życia politycznego i gospodarczego. Dzisiaj należy do NATO i Unii Europejskiej, dysponuje zupełnie inną infrastrukturą, gospodarką i możliwościami rozwoju. Zmieniły się warunki codziennego życia, technologie, sposoby komunikowania, a wraz z nimi również oczekiwania społeczne. Dorosło pokolenie, które tamtych czasów nie pamięta, a dla kolejnego nawet początek XXI wieku jest już historią.

Trudno więc twierdzić, że przez te trzydzieści trzy lata niewiele się w Polsce wydarzyło. Byłoby to krzywdzące zarówno dla ludzi, którzy przez ten czas pracowali na rozwój kraju, jak i dla zwykłych obywateli, których codzienna zapobiegliwość tak wysoko cenił sam Odojewski.

A jednak, czytając kolejne akapity, co pewien czas zatrzymywałem się nad zdaniami, które brzmiały dziwnie znajomo. Zmieniły się nazwy partii, ich przywódcy, polityczne sojusze i programy, ale niektóre opisane przez autora zachowania i mechanizmy rywalizacji o władzę nadal można rozpoznać w życiu publicznym. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, kiedy po latach wróciłem do jego rozważań.

Nie zamierzam z tego wyciągać wniosku, że Odojewski przewidział przyszłość albo że jego oceny sprzed trzydziestu trzech lat można bez zastrzeżeń odnosić do współczesnej Polski. Sam zresztą przyznawał, że jako felietonista pozwala sobie na przesadę i wyjaskrawienie, a jego tekst należy czytać również w kontekście tamtych czasów.

Zastanawia mnie raczej coś innego. Dlaczego przy tak ogromnych zmianach gospodarczych, społecznych i cywilizacyjnych pewne sposoby prowadzenia polityki wydają się tak trwałe? Czy rzeczywiście mamy do czynienia z powracaniem tych samych mechanizmów, czy może jedynie podobnie opisujemy zachowania wynikające z zupełnie innych okoliczności?

To pytania, nad którymi warto się zastanowić, ale nie chciałbym już teraz narzucać czytelnikowi odpowiedzi. Tym bardziej że sam komentarz Odojewskiego kończy się nie kolejnym oskarżeniem pod adresem polityków, lecz pełną nadziei refleksją o zwykłych Polakach, którzy swoją codzienną pracą, przedsiębiorczością i zapobiegliwością budują przyszłość kraju.

Ten fragment szczególnie warto przeczytać dzisiaj, mając za sobą doświadczenia ponad trzech kolejnych dziesięcioleci.

Dlatego postanowiłem przypomnieć komentarz w jego historycznym brzmieniu, bez uwspółcześniania wypowiedzi autora i bez dopisywania mu wiedzy, której w 1993 roku mieć nie mógł.

Niech więc każdy sam oceni, co w tym tekście należy już wyłącznie do historii, a co nadal skłania do refleksji. Ja zaś, skoro po tylu latach udało mi się odnaleźć tę wypowiedź, chciałbym przede wszystkim ponownie oddać głos Włodzimierzowi Odojewskiemu.

Włodzimierz Odojewski

Czy Polska to Afryka?


Komentarz radiowy z początku 1993 roku, zapisany z nagrania przez Zbigniewa Grzyba i opublikowany za zgodą autora w „Stronach Demokracji”, nr 3/1993.


Jakkolwiek sytuacja w naszym kraju jest jeszcze odległa od tej jaką mamy w Etiopii, Somalii, Sudanie, czy powiedzmy w Angoli, jej afrykanizacja jest jednak zauważalna gołym okiem, w każdym razie w kręgach elit politycznych – wszyscy dzisiaj działają przeciwko wszystkim, motorem działania zaś nie jest konkretny, czytelny program polityczny lub gospodarczy, który byłby zrozumiały dla szerszych rzesz społeczeństwa, ale bliższe czy dalsze powiązania, nawet niekoniecznie kombatanckie lecz po prostu z takim czy innym politycznym kacykiem czy wodzem ugrupowania. Ugrupowania zaś, wprawdzie nie mają jak w Afryce charakteru plemiennego, bo ten etap kraj nasz sforsował przed mniej więcej ośmioma stuleciami a ich charakter jest koteryjny – koterii towarzyskich, wspólnot ze studiów, powiązań rodzinnych nawet – to, jednak model afrykański przypomina siła i rodzaj reprezentowanych przez te koterie osobistych interesów.

Jednym z naczelnych interesów jest udział we władzy, czyli możliwość obsadzania swymi ludźmi, ludźmi spod swego znaku, odpowiedniej ilości stanowisk i następnie możliwość utrzymania tych stanowisk.

Te koterie, mające niekiedy w nazwach wyróżniki ideologiczne, nie zawsze zresztą pokrywające się z istotną treścią ich haseł, nie posiadają jeszcze u nas swoich oddziałów partyzanckich przynależnych do tej czy innej koterii, oddziałów hasających po kraju, więc panuje w nim względny spokój, ale za to walka na grymasy i gęby odbywa się między nimi tak zajadła, że sam kodyfikator tej tak polskiej walki, mistrz Gombrowicz byłby pewnie zdumiony.

W pogłębiającym się chaosie, kiedy już nie ma dosłownie żadnych świętości, żadnych autorytetów, są tylko coraz krzykliwsi, kiedy rośnie coraz większe bogactwo garstki a ubożeją coraz większe masy i kiedy już nie wiadomo, gdzie lewica, gdzie prawica a gdzie centrum, to właśnie ów brak oddziałów partyzanckich, przynależnych do tej czy innej koterii, oddziałów, które zwalczałyby się nawzajem bronią palną, czyni na razie potrzebę zabiegania o ONZ-towskie błękitne hełmy, zbytecznym.

Ktoś powie, że przesadzam, ależ oczywiście; przesadzam, nawet wyjaskrawiam, bo nasz kraj nie pogrążył się jeszcze w odmętach wojny domowej, a pogrom w Mławie nie powtórzył się więcej i zwyrodniałe wydarzenie jakim był napad skinów na niemieckich kierowców w Krakowie, też pozostał wypadkiem raczej odosobnionym, to jednak – owo przesadzanie i wyjaskrawianie – jest prawem każdego felietonisty. Choć muszę się państwu przyznać – ową „afrykanizację polskiej sceny politycznej” to nie ja wymyśliłem, lecz zaczerpnąłem ją, przysięgam, z dziennika szwajcarskiego „Neue Zurcher Zeintung”, pisma poważnego, o europejskiej renomie, bardzo chłodnego i rzeczowego, więc skoro ono tak napisało, to coś w tym musi być na rzeczy.

Ale moja przesada w opisie „ojczyźnianej rzeczywistości” płynie, proszę państwa, nie tyle z pewnej inności mojej polskości, niż polskość 38-miu lub 39-ciu milionów krajowych Polaków. To znaczy nie tyle z tej przyczyny, że jako polityczny emigrant okresu komunistycznego zostałem wyzuty z części swych praw obywatelskich przez Rzeczpospolitą po-komunistyczną, (choć Bogiem a prawdą w najkoszmarniejszych snach nie przyszłoby mi do głowy w mym kraju kandydować do jakichkolwiek jego najwyższych ciał). Moja przesada płynie z inności zupełnie innej. Od ponad 20 lat mieszkając na Zachodzie przywykłem do zupełnie odmiennych niż obserwuję w naszym kraju urządzeń politycznych, obyczajów politycznych i innego politycznego działania mającego na celu utrzymanie na powierzchni nawy państwowej i nadawanie jej kierunku zgodnego z wolą i pragnieniami większości obywateli.

Człowiek żyjący w tym dość ułomnym ustroju jakim jest demokracja (lepszego jednak nie wynaleziono!), będąc tylko średnio aktywnym członkiem owego demokratycznego społeczeństwa, zazwyczaj wie, jaka partia najlepiej o jego interesy dba. A także jaka partia zapewnia mu maksimum korzyści, już nie w zakresie nawet dóbr wyższych jak, powiedzmy, swobód, praw, bo te są na ogół dawno gwarantowane konstytucją i wieloma konwencjami, zazwyczaj międzynarodowymi, ale w zakresie dóbr bardzo przyziemnych, życiowych, tych, które składają się na codzienne bytowanie obywatela i to jego bytowanie kształtują.

Tak więc przywykłem jako mieszkaniec zachodu (podobnie jak i przeciętny obywatel tego zachodu), że zwykle wiem jaka partia będzie się starała zapewnić mi najmniejsze, powiedzmy, podatki, jaka zaś najkorzystniejsze ubezpieczenia zdrowotne, jaka moją przyszłą rentę podwyższy, a jaka zaniży, jaka każe więcej płacić za leki w aptekach i za korzystanie ze szpitali, a jaka z kolei projektuje wprowadzenie opłat drogowych i wreszcie, jaka partia walczyć będzie o lepsze szanse wejścia do zawodu dla moich dzieci, a jaka o lepszy system edukacyjny będzie się starała dla moich wnuków. To wszystko są, proszę państwa, niby sprawy nie wagi państwowej, ale ich suma ma znaczenie ogromne dla każdego obywatela, bo one właśnie, te niby niewielkie sprawy, polepszają lub pogarszają jego życie, one mu to życie współkształtują.

Jeżeli obywatel o tych wszystkich sprawach nie dowiaduje się z góry z ramowych programów poszczególnych partii, sformułowanych nie tylko przed wyborami, ale i na corocznych zjazdach, to jest on na bieżąco informowany w wywiadach bossów partyjnych, którym w owych społeczeństwach na pełnej wiedzy obywateli zależy. To nie tylko zwykła ambicja każdej partii każe jej wypracowywać aż do szczegółów ostro odcinające się od programów innych partii własne programy, do tego są one zmuszane, jeżeli chcą utrzymać się przy życiu; partie bowiem na zachodzie nie są tylko instrumentem dźwigającym pewnych ludzi do władzy i ich tam utrzymującym, jak niestety, dzieje się to tak często u nas, ale narzędziem artykulacji takich czy innych potrzeb różnych części społeczeństwa.

Proszę mi wybaczyć, proszę państwa, ten dość długi teoretyczny wywód, ale nie mogłem sobie darować, albowiem przypatrując się życiu politycznemu swego kraju bardzo uważnie, muszę ze smutkiem przyznać się państwu, że wiem o nim, o owym życiu politycznym, o jego treści, mniej, niż o życiu politycznym obcego kraju, w którym mieszkam i którego sceny politycznej wcale tak uważnie nie śledzę.

Scena polska jest mętna i zamazana. Jeżeli się nawet zgodzić z tym, że nazwy niektórych partii pokrywają się z grubsza z ideową ich opcją, to już dużo trudniej o jasny, wypływający z tej opcji ideowy profil, a jeszcze trudniej o programy urządzeń społeczeństwa, zawiadywania tym społeczeństwem i prowadzenia tego społeczeństwa. Że są one za demokracją i wolnym rynkiem, to mówią również i byli komuniści, oni też są dziś za demokracją i wolnym rynkiem. Myślę, że zupełnie szczerze owa demokracja i wolny rynek figurują dziś na sztandarze każdej polskiej partii, i to być może starczyło, jako hasło w połowie 89 roku, dziś jednak to za mało.

Niektóre partie w Polsce, zastosowały nawet chwyt na okres wyborczy (zresztą nie tylko wyborczy) zgoła niezwykły; gdyż ogłosiły, że publiczne ujawnienie ich programu zostaje odsunięte do czasu, kiedy dojdą do władzy i z góry niejako założyły, że społeczeństwo, orientując się jedynie na ich hasła, ma im, czy musi im, zawierzyć. Jest to nie tyle niezrozumiałe, co wprost zabawne.

Tak więc zwykły obywatel karmiony najczęściej szumem informacyjnym mediów, które zgodnie z tradycją minionych dziesięcioleci bardziej wyrażają u nas interesy kolejnej ekipy rządzącej, niż społeczeństwa, wykazuje coraz większą dezorientację polityczną, jak za tamtych czasów, skłonność do czarno-białego dzielenia świata na „my” i na „oni”. W najbardziej żywotnych swych sprawach zaskakiwany gotowymi już uchwałami Sejmu lub postanowieniami rządu, nie bardzo następnie zdolny jest takie czy inne pociągnięcie rządowe, odciskające się na jego życiu, przypisywać działalności i naciskom tej właśnie a nie innej partii.

Nie podnosi to aktywności politycznej obywatela i dlatego wielu obserwatorów tego, co w naszym kraju na politycznej scenie się dzieje, jest przekonanych, że absencja przy następnych wyborach może być większa niż przy przeszłych, nie tyle może z zawodu, jaki przynoszą trudności dnia codziennego, czy ze zmęczenia i zniechęcenia, ile ze zwykłej niewiedzy, za czym i na czym – jak to się mówi – dana partia stoi. W jaki sposób, jakimi środkami jest ona gotowa wyrażać jego wolę, zabiegać o jego potrzeby, modelować warunki w jakich on, obywatel, ma żyć, ma się prywatnie, społecznie, zawodowo i kulturalnie spełniać. Jakimi instrumentami politycznego działania dana partia się posłuży, aby te warunki jemu, obywatelowi, modelować. I jakie postacie polityczne do tych zadań powoła.

Oto pytania, na które odpowiedzi każdemu obywatelowi od jego wybrańców się należą; niestety, w Polsce on ich zazwyczaj nie otrzymuje. Jest już banałem powtarzanie, że najczęściej w naszym kraju a w każdym razie najgoręcej, najpilniej, partie zajmują się problemami zastępczymi. One to, te problemy zastępcze najczęściej wyczerpują efektywność politycznych partii, elit politycznych, których członkowie tarmoszą się, jak pijani chłopi na jarmarku, za głowy i mówią między sobą językiem agresji i nienawiści.

Przyznam się państwu, co uchroniło mnie dotychczas od frustracji i załamania się. Przejechałem kilka razy w ubiegłym roku wzdłuż i wszerz przez Polskę powiatową. Zobaczyłem małe schludne zazwyczaj w porównaniu z dużymi miastami, miasteczka, gdzie na każdym kroku coś się dzieje, coś ludzie dla siebie robią. Zobaczyłem rozgrzebane jezdnie, bo naprawiają, lub zakładają kanalizację. Zobaczyłem budujące się lub remontowane domy. Mój Boże, metodami jak za króla Ćwieczka, ręcznym kołowrotem i linkami wciągają murarze na górę cegłę i zaprawę, tego na zachodzie nie przypominają sobie nawet najstarsi ludzie z dzieciństwa. Ale budują. Zobaczyłem wapno lasujące się w dołach. Zobaczyłem nowe sklepy, warsztaty rzemieślnicze, małą i większą produkcję. Pragnienie zmiany życia, niecierpliwość.

Zobaczyłem na każdym niemal kroku ową zapobiegliwość, mrówczą, pozytywistyczną działalność, która te zmiany w końcu przyniesie. Zmiany na lepsze. Wierzę, bo to, co u nas dobre, naprawdę twórcze i przynoszące plon, to zawdzięczamy nie owym koncepcjom tych warszawskich trustów mózgów, które stanowią trzon naszych partii, ani przemyślanej strategii rządowej, ani legislacyjnej działalności naszego dwuizbowego, pożal się Boże, Zgromadzenia Narodowego, ale zwykłej aktywności szarego Polaka.

Włodzimierz Odojewski

[spisał ZbiG]

Nota dokumentacyjna

Włodzimierz Odojewski (1930–2016) — polski pisarz, publicysta i autor słuchowisk radiowych, przez wiele lat związany z Radiem Wolna Europa.

Komentarz „Czy Polska to Afryka?” został nagrany z emisji radiowej i przepisany słowo po słowie przez Zbigniewa Grzyba, najpierw odręcznie, a następnie na maszynie do pisania. Za zgodą autora ukazał się w marcu 1993 roku w numerze 3/1993 ogólnopolskiego pisma publicystyczno-informacyjnego „Strony Demokracji”.

Niniejsza publikacja opiera się na zapisie odnalezionym w prywatnym archiwum komputerowym Zbigniewa Grzyba w październiku 2026 roku. Zachowano pisownię i interpunkcję odnalezionej transkrypcji, także w miejscach, w których mogą one odbiegać od współczesnych zasad lub prawidłowego zapisu nazw własnych. Dokładna data i rozgłośnia pierwszej emisji pozostają do ustalenia. Nie udało się również ustalić, czy zachowało się oryginalne nagranie komentarza wyemitowanego na antenie radiowej.

Zbigniew Grzyb