Wydarzenia ostatnich dni utwierdzają mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z rodzajem rewolucji, jednak która mieści się w ramach systemu demokratycznego. Wydaje się być twierdzenie  to logicznym paradoksem, jednak trudno mi odnaleźć trafniejsze.

Wola powszechna

Przed laty Józef Piłsudski swój zamach majowy zwykł określać jako „przewrót moralny”. Dziś w mojej ocenie widać pewne analogie do tego czasu. Naród nasz w większości odrzucił skrajnie zdegenerowane rządy kolacji PO-PSL i zapragnął radykalnej zmiany, dając mandat do rządzenia Prawu i Sprawiedliwości. Forpocztą październikowej decyzji był także sukces wyborczy Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich. Można więc stwierdzić, że wybraliśmy chęć zmiany moralnej, sanacji życia społecznego niemal w każdym jego aspekcie. To pewne uproszczenie – jednak jak sądzę ma rację bytu. Streszczeniem a zarazem najpełniejszym oddaniem tego myślenia były słowa Kornela Morawieckiego, stawiającego pierwszeństwo woli Narodu nad prawem. Innymi słowy stwierdził, że złe prawo, prawo które kłóci się ze społecznym pojmowaniem sprawiedliwości, nie ma racji istnienia. „Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość. Nad prawem jest dobro narodu. Jeżeli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać to za coś, czego nie możemy naruszyć, czego nie możemy zmienić” – mówił Morawiecki. To niemal lustrzane odbicie twierdzeń Jana Jakuba Rousseau i jego koncepcji „woli powszechnej”, która jednak  nie jest tożsama z „wolą wszystkich”. Wola powszechna w rozumieniu francuskiego filozofa była w istocie idealnym pogodzeniem dążeń ludzkich z dobrem ogółu. Oczywiście nie jest możliwym stan idealny, jednak – według Rousseau – w określonych warunkach wola powszechna może być jednocześnie prawem. Wola powszechna bowiem może być rodzajem pewnego nacisku, który jednak zmienia się w „prawdziwą wolność”, o ile jednostka zrozumie swoje powinności względem wspólnoty. To była rewolucja w pojmowaniu społecznej rzeczywistości, Rousseau jak pierwszy stwierdził, że natura i istota ludzka powinna kształtować siebie według woli powszechnej, co nie było jednoznaczne z utratą wolności. Przeciwnie – akceptacja woli powszechnej implikuje wolność. Dziwię się, że jeszcze nikt z publicystów nie zauważył tego – wydawać by się mogło oczywistego – nawiązania.  Jedynie politycy Platformy i Nowoczesnej zechcieli stwierdzić, że słowa te kojarzą im się z ideologią nazistowską. Trudno o bardziej prostacką i zwulgaryzowaną interpretację tych pięknych słów legendy Solidarności Walczącej.

Polski grunt

Jak dziś w praktyce można rozwinąć te twierdzenia na naszym gruncie? Ugrupowanie Pawła Kukiza wolę powszechną chce badać niejako na bieżąco, m.in poprzez wzrost znaczenia referendum. Według przyjętej filozofii możliwie częste odwoływanie się do decyzji obywateli ma skutkować naprawą Polski – i samo w sobie być właśnie emanacją rzeczonej woli. Stąd pomysły (m.in mój), by odwołać się do amerykańskiego i szwajcarskiego sytemu możliwie szerokiej partycypacji. Nie wiem, na ile słowa Morawieckiego i opisany trend są uświadomionym odbiciem woli powszechnej, nie mniej jednak wydaje się, że są z nią zbieżne. Również zbieżne – choć w nieco szerszym sensie – są  dążenia Prawa i Sprawiedliwości do naprawy Państwa w oparciu o koncepcję woli powszechnej. Politycy tej partii chcą ją widzieć w mandacie społecznym dla ich rządów. Słynne zdanie „mamy mandat od społeczeństwa” wydaje się być kwintesencją takiego myślenia. Stąd, jak sądzę, szybkie i konsekwentne podjęcie reform w myśl opisanej zasady. Jednak nie bez znaczenia dla przyjętej formy – i uświadomionej bądź nie interpretacji woli powszechnej – jest kwestia autorytetu. W przypadku PiS-u autorytetu Przywódcy, czyli Jarosława Kaczyńskiego. To on ogniskuje dążenia tej partii, wyznacza kierunki jej działania. Jest kimś w rodzaju Józefa Piłsudskiego dla obozu BBWR. Polacy, dając
mandat do rządów PiSowi, zdawali sobie sprawę z tego stanu rzeczy. Sam Kaczyński nawet specjalnie się nie krygował z takim usytuowaniem jego osoby w systemie decydowania o losach Państwa. W wywiadach (m.in przed kilkoma laty w programie Małgorzaty Domagalik) przyznał, że marzy mu się rola mentora, kreatora. Osiągnął zatem swój cel. O jego sukcesie – i sukcesie całej formacji – zadecyduje skuteczność rządów. Są ku temu ogromne szanse, jednak to kwestia determinacji – przede wszystkim samego Kaczyńskiego i jego refleksji z poprzednich dwóch lat rządów. Wydaje się więc, że to właśnie Kaczyński jest interpretatorem woli powszechnej – i społeczeństwo dając niejako cichą zgodę na ten stan rzeczy – legitymizowało ten stan. Oczywiście twierdzenia typu, że „na PiS głosowało 5 mln ludzi a nie głosowało 30” są bzdurą. W demokracji (której rzekomo autorzy tego typu twierdzeń czują się dobrze…) prawo do reform ustrojowych ma ten, kto zwycięży. Zwycięstwo PiSu (i Ruchu Kukiza rozumianego jako część obozu zmiany) jest bezapelacyjne. Konkluzja wydaje się być dość prostą – to Kaczyński i jego obóz będzie realizował swój program w oparciu o mandat społeczny, rozumiany jako wola powszechna w sensie largo. I to właśnie jest kwintesencją demokracji, nie zaś jej zaprzeczeniem.

‚Koalicja’ moralna

Media mainstreamowe bardzo mocno wiążą Prawo i Sprawiedliwość z Ruchem Pawła Kukiza. W kontekście tego drugiego ugrupowania padają takie – dość tandetne zlepki – jak „przystawka” czy chłopiec do wykorzystania. To dość trudne do obronienia tezy, zważywszy na zasadnicze różnie w pojmowaniu dobra powszechnego. Jednak rzeczywiście jest jedna zasadnicza zbieżność w dążeniach tych dwóch sił politycznych – dobro Polski i zasadnicza przebudowa Kraju. Ruch Pawła Kukiza widzi środek ku temu w napisaniu Konstytucji  od nowa. PiS zdaje się podzielać tę wiarę, jednak bez ortodoksji. Naprawę Rzeczypospolitej widzi raczej w swojej sile i sile woli. Ostatnie tygodnie to pokazują  bardzo mocno. Dziwię się, że niektórzy działacze Ruchu Kukiza, nie widzą pewnej korelacji ideowej i celowej tych działań ze swoimi. Nie mniej jednak mogę domniemywać, że kolejne miesiące i lata pokażą wspólny nurt myślenia o Państwie, a różnie – choć istotne i często niemożliwe do pogodzenia – zejdą na dalszy plan. Zaznaczam, że nie jest to nawoływanie do koalicji stałej, zaś rozwinięcie tezy o „koalicjach przejściowych” głoszonej przez Pawła Kukiza. Po prostu mam wrażenie że siły propolskie będą w stanie często współpracować. Tak jak SLD, PSL , PO i Nowoczesna potrafiły w obliczu „oderwania mord od koryta” – cytując Rafała Ziemkiewicza – się zjednoczyć (oczywiście rzeczone zjednoczenie ma w mojej ocenie charakter sojuszu w obronie starego układu czytaj – kasy), tak siły propolskie będą mogły te tendencje odeprzeć. Bardzo mocno na to liczę – w imię zasad i wspólnego backgroundu. Współpraca – tak, koalicja – nie, przynajmniej ta rozumiana klasycznie.

PS. Na ten czas czekałem od lat.