Początkowo, a było to we wczesnym gimnazjum, zachowywałem się jak przeciętny leming, czyli osoba bezkrytycznie przyjmująca bodźce propagandowe wysyłane przez media głównego nurtu – mówi Mateusz Rojewski w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską. – Jeśli w czymś się uczestniczy, a później ogląda się relację mającą niewiele wspólnego z rzeczywistością, to oczy zaczynają się otwierać a do informacji zaczyna się podchodzić krytycznie – tak wyjaśnia swoje dorastanie do innego widzenia rzeczywistości portalowi Pressmania.pl – Wierzę w sukces zjednoczonej centroprawicy w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Pójdziemy razem do zwycięstwa, odbijemy państwo z rąk rządzących, i przywrócimy porządek.

Małgorzata Kupiszewska: Panie Mateuszu, 8 lutego założył się Pan z Jackiem Żakowskim o małego fiata, że Bronisław Maria Komorowski nie wygra w I turze wyborów prezydenckich?
Mateusz Rojewski: – Tak, to prawda. Na wizji, w programie „Bez retuszu” (TVP INFO) założyłem się z Jackiem Żakowskim o małego fiata a propos hipotetycznych wyników nadchodzących wyborów prezydenckich.

Jak się czuje wygrany?
– Czuję się świetnie. Można się tylko domyślać, jak wspaniale musi czuć się teraz Andrzej Duda. Co do zakładu, mam nadzieję, że Jacek Żakowski okaże się człowiekiem honoru.

Studiuje Pan prawo w Krakowie, a mieszka?
– Jestem studentem II roku prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, w związku z czym siłą rzeczy najwięcej czasu spędzam właśnie w Krakowie. Jednak moim rodzinnym miastem jest Warszawa, którą zawsze ciepło wspominam i do której prędzej czy później wrócę. Lubię odwiedzać swoje rodzinne strony w trakcie roku akademickiego.

Co dla Pana ważniejsze: dziennikarstwo czy polityka?
– Najważniejsza jest dla mnie edukacja – nie tylko prawo, ale także nauka języków obcych. Próbowałem też zacząć studiować drugi kierunek – była to ekonomia, jednak zrezygnowałem z niej po 3 miesiącach. Ciężko było mi pogodzić pisanie tekstów, angażowanie się w bieżącą politykę, studia prawnicze oraz studia ekonomiczne.

Od kiedy u Pana fascynacja dziennikarstwem?
– Pierwsze teksty na różne mniejsze portale internetowe zacząłem pisać już w gimnazjum – myślę, że tamtą twórczość można określić mianem „dziennikarstwa obywatelskiego”.

Kiedy po raz pierwszy zadał Pan pytanie w programie TV?
– Na antenie telewizji? Było to na I roku studiów. Jednak pamiętam, że jako siedemnastolatek brałem udział w niemal godzinnej audycji na żywo w radiu TOK FM, gdzie przez cały czas starałem się wytykać rządzącym ich aktualne błędy i wskazywać to, co mi się jako obywatelowi nie podoba.

Co to znaczy wytykać błędy rządzącym?
– Wskazywałem, co mi się aktualnie nie podoba w polityce rządu, a podczas rządów Donalda Tuska takich rzeczy było równie dużo, co pod rządami szanownej pani premier Kopacz.

Dziś można Pana usłyszeć już w kilku programach: „Młodzież kontra. Pod obstrzałem.”; „To był dzień. Otwarcie”; „Bez retuszu”. Nie ma Pan tremy przed kamerą. To wynik długiej pracy i ćwiczeń?
– Póki co, występuję tylko, jako publiczność, a więc i stres jest mniejszy. Brak tremy wynika więc pewnie po części właśnie z tego, a po części zapewne z jakichś naturalnych predyspozycji – zawsze lubiłem debatować przed publicznością, bronić swoich racji, występować publicznie przy różnych okazjach i mówiąc najogólniej – po prostu rozmawiać z ludźmi.

W programie ma Pan niespełna 2 minuty na zadanie pytania. Jak długo Pan pracuje nad tekstem wielowątkowego pytania?
– Rzeczywiście w „Młodzieży kontra” czas na pytanie plus ewentualną polemikę sięga 2 minut, a czasami nawet dłużej. W innych programach, w których głos zabiera publiczność, ten czas jest zdecydowanie krótszy. Jednak wracając stricte do pytania – zazwyczaj staram się w programie wypowiadać na konkretne tematy, z którymi dana osoba siedząca w studio jest powiązana.

„Mateusz Rojewski Forum Młodych PiS” to dzisiaj już marka. Kryje się za tym odwaga, tropienie absurdów, bezkompromisowość i cięty język. Najciekawsza Pana zdaniem potyczka z rozmówcą, może nawet z rozmówcami?
– Ciekawie wspominam odcinek Młodzieży Kontra z Jerzym Fedorowiczem, kiedy to rozgorzała także moja polemika z przedstawicielami innych młodzieżówek, a także pytanie do zacietrzewionej feministki Katarzyny Bratkowskiej na antenie Polsat News.

Katarzynie Bratkowskiej dokuczył Pan konfabulacjami i imputowaniem.  Poszło o podejście do pojęcia: rodzina.
– Katarzyna Bratkowska jest przykładem typowym dla swojego skrajnie lewicowego środowiska. Chodzi o to, że Ci ludzie do starych pojęć starają się dopasować nowe, stworzone przez siebie znaczenie – to właśnie konfabulowanie i imputowanie.

Od kiedy tak naprawdę zaczął Pan walczyć w obronie wolności słowa? Co się wydarzyło, co było impulsem?
– To bardzo ciekawe pytanie, dlatego że jestem przykładem osoby, która całkowicie zmieniła poglądy. Początkowo, a było to we wczesnym gimnazjum, zachowywałem się jak przeciętny leming, czyli osoba bezkrytycznie przyjmująca bodźce propagandowe wysyłane przez media głównego nurtu. Później jednak zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo niektóre media, zwłaszcza telewizje, manipulują informacją. Szedłem np. osobiście w Marszu Niepodległości w Warszawie w 2012 roku i to, co widziałem, a to jak to zostało przez niektóre stacje telewizyjne o dużej oglądalności przedstawione, to były po prostu jakieś 2 różne marsze. Jednym słowem – jeśli w czymś się uczestniczy, a później ogląda się relację mającą niewiele wspólnego z rzeczywistością, to oczy zaczynają się otwierać a do informacji zaczyna się podchodzić krytycznie.

Czyli nie w domu nauczył się Pan bezkompromisowej walki o prawo i sprawiedliwość?
Pyta pani o idee, czy o partię (śmiech)?

(śmiech) O obydwie.
– Moja mama, odkąd pamiętam, głosowała na Prawo i Sprawiedliwość, jednak tata zawsze był odmiennego zdania i wybierał różne formacje, ale nigdy PiS. Duży wpływ na moje poglądy polityczne wywarł mój już świętej pamięci wujek, który cierpliwie i na konkretnych przykładach tłumaczył mi mechanizmy działania państwa, jak również opierając się na faktach i konkretach po kolei dementował narzucane nam nieraz przez mass media półprawdy – potrafił mi powiedzieć, w jaki sposób manipuluje się rzeczywistością.

Żywy, dynamiczny, gdzie nie obowiązuje cenzura – tak napisał Pan w piśmie w obronie zachowania programu „Młodzież kontra” na antenie. Czemu w TV pozwala się na jego obecność?
– Bardzo cieszę się z tego, że się pozwala, chociaż mam świadomość, że jest to dla rządzących program niewygodny. Być może o tym, że cały czas jest na antenie decyduje jego wieloletnia już tradycja oraz największa oglądalność na antenie TVP Regionalnej.

Publikuje Pan swoje artykuły: wMeritum, Wawelski gród, Kraków Niezależny, pikio, KRKnews. Co powiedziałby Pan tym, którzy dopiero szukają swojej dziennikarskiej drogi? Jakich wskazówek by im Pan udzielił?
Trzeba po prostu znaleźć portal, który publikuje teksty na tematy, którymi się interesujemy. Jeśli ktoś interesuje się kulturą powinien szukać portalu kulturalnego itd. Warto napisać wtedy maila do redakcji i spróbować się dogadać.

Próbowaliście w liczbie pięciu działaczy z Forum Młodych PiS okręcić folią spożywczą pomnik żołnierzy radzieckich w Parku Skaryszewskim. Zdjęliście folię, bo pilnowało was 12 policjantów. Kiedy pomniki okupanta przestaną upiększać centrum prawie każdego polskiego miasta?
– Mamy nadzieję, że już niedługo. Sytuacja z policją była żenująca, dlaczego policji nie ma tam gdzie jest potrzebna? Dlatego że 12 funkcjonariuszy pilnuje 5 dwudziestolatków, aby Ci nie zawinęli folią spożywczą pomnika brutalnego okupanta naszego kraju – to jest jakaś aberracja. Jednak Prawo i Sprawiedliwość długo już walczy z takimi symbolami w Warszawie – były organizowane zbiórki podpisów, happeningi, a nasi radni miejscy (np. bardzo aktywnie zajmuje się tą sprawą Jarek Krajewski) starają się drogą formalnoprawną poprzez zapytania, interpelacje etc. wpływać na to, aby np. pomnik Czterech Śpiących nie wrócił na Plac Wileński, tylko żeby spoczął w spokoju na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Warszawie. Jakimś kuriozum jest to, że miasto poświęca pieniądze ze swojego budżetu na dogłębne remonty pomników najeźdźcy…

Pana dorastanie to czasy już swobodnego mówienia o losach Polski. Od kogo dowiedział się Pan historii żołnierzy niezłomnych?
– W tym miejscu składam ogromne podziękowania mojej nauczycielce historii z liceum – Katarzynie Lęcznar. Jest osobą o poglądach patriotycznych, która na lekcjach realizowała nie tylko to, co jest w programie dla szkół średnich, ale także puszczała piosenki Jacka Kaczmarskiego i innych patriotycznych wokalistów bądź zespołów, tłumaczyła o losie Żołnierzy Wyklętych, potrafiła wytknąć dokładnie wypaczenia PRL-u i generała Jaruzelskiego i po prostu najogólniej rzecz biorąc starała się budować wśród uczniów szacunek dla Ojczyzny.

Stanie w Warszawie pomnik Pułkownika Ryszarda Kuklińskiego?
– Cieszę się, że w Warszawie stanie pomnik Witolda Pileckiego – na pewno będzie ładniejszy niż pomnik czerwonego okupanta. Walka o postawienie takiego pomnika jest niestety długa i trudna – w przypadku Pileckiego sprawą zajmowało się bardzo aktywnie stowarzyszenie Młodzi dla Polski (wśród nich moi znajomi z tej organizacji), aż wreszcie udało się wszystko dopiąć. Myślę, że pomnik Kuklińskiego to również bardzo dobry pomysł, biorąc pod uwagę zasługi tego człowieka dla Polski i jego nieskazitelność, tak więc szczerze trzymam kciuki.

W przyszłym roku Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Jakie przesłanie na życie zostawił młodemu Mateuszowi św. Jan Paweł II?
Nie lękajcie się. Z tego jednego zdania można czerpać wiele, przede wszystkim odwagę i siły do działania.

„Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne. Twoje jest dziś” – to także myśl św. Jana Pawła II. Przyjmie ją Pan jak swoją?
– Chciałbym potrafić to zrobić, jednak często niestety zdarza mi się rozpamiętywanie błędów dnia wczorajszego. Są to mądre słowa, postaram się mieć je na uwadze.

Dużo Pan podróżuje. Czym różni się polska młodzież od tej z zagranicy?
– W porównaniu do młodzieży z innych krajów naszego cudownego Eurolandu, o polskiej młodzieży można powiedzieć, że są to ludzie mówiący wbrew pozorom posługujący się całkiem nieźle językami obcymi oraz moim zdaniem również bardziej pracowici.

Nie planuje Pan ucieczki z kraju? Nie chce Pan dołączyć do emigrantów? Co Pana tutaj trzyma?
– Dosłownie wszystko – poczynając od rodziny, przyjaciół, znajomych, aż po miłość do Ojczyzny. My nie możemy stąd wyjeżdżać. Jako ludzie młodzi powinniśmy brać sprawy w swoje ręce. Socjologowie wierzą w pokolenie „obecnych 20-latków”, czyli osób urodzonych po roku ’89. Wbrew temu, co może się wydawać, pośród młodych ludzi można znaleźć wielu patriotów. Trzeba angażować się w życie publiczne, tworzyć społeczeństwo obywatelskie, wstępować do partii i stowarzyszeń, żeby odbić Polskę z rąk Platformy. Ten moment wkrótce nastanie, jak pisał Konwicki: „Ktoś musi przerwać letarg, dzikim krzykiem obudzić drzemiących”.

Pan dr Andrzej Duda jest gwarantem?
– Tak – właśnie takich ludzi Polsce potrzeba. Ludzi dynamicznych, charyzmatycznych, wykształconych, z konkretną wizją prowadzenia swojej polityki. Bronisław Komorowski nadawałby się w mojej opinii co najwyżej na sołtysa, chociaż i tego mieszkańcom żadnej wsi bym nie życzył.

Doktor Andrzej Duda wygrał w I turze. Co dalej?
– W dogrywce potrzebna będzie debata, w której dr Duda obróci Komorowskiego w pył. Czy jednak sztab myśliwego zgodzi się na debatę? Cóż, jeśli w sztabie są ludzie tak „inteligentni” jak administracja prezydenckiego Facebooka czy Twittera, to wtedy może się zgodzą. Społeczeństwo daje się oszukać w sposób stosunkowo łatwy. Osobiście jednak wierzę, że się to zmieni. Coraz więcej osób źródeł informacji nie szuka w telewizji, tylko w Internecie, który jak wiadomo jest najbardziej niezależnym ze wszystkich mediów.

Jest Pan idealistą? W co Pan wierzy, jaki widzi Pan najbliższy scenariusz?
– Wierzę w sukces zjednoczonej centroprawicy w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Pójdziemy razem do zwycięstwa, odbijemy państwo z rąk rządzących, i przywrócimy porządek. W tej chwili państwo jest swego rodzaju pasieką dla Platformy – zatrudniają swoich ludzi w spółkach Skarbu Państwa, rozdają rządowe etaty na prawo i lewo, mnożą miejsca pracy w urzędach, żeby zapełnić je swoimi ludźmi. Idealnym przykładem jest Warszawa – ponad 2000 nowych urzędników zatrudniła już prezydent Gronkiewicz-Waltz. Ale kto ma to kontrolować? Może rada miasta? Nie, zaraz zaraz, przecież PO ma większość również w radzie, dlatego nikt tam nikogo nie skontroluje. To smutne, ale trzeba wziąć się w garść i samemu patrzeć rządzącym na ręce – to zadanie nie tylko opozycji, ale też społeczeństwa obywatelskiego.

Odwaga, ściganie absurdów i bezkompromisowość niech stanie się przymiotem wielu młodych rocznika 89. Dziękując za rozmowę, proszę pamiętać, że jestem pierwsza w kolejce do przejażdżki Fiatem 126 p, wygraną od Jacka Żakowskiego. Umowa była, żeby samochód jeździł?