Do Wrocławia przyjechałem grubo za wcześniej. Przedstawienie miało zacząć się wieczorem, więc przez cały dzień, szwendałem się po mieście bez celu. Trochę poleżałem na nadodrzańskich błoniach, przekąsiłem coś w barze mlecznym, a resztę czasu spędziłem w przygodnej mordowni, racząc się piwem.
Pod ratuszem stawiłem się przed wyznaczoną godziną i jako jeden z pierwszych zostałem wpuszczony do pustej sali. Surowe ściany z gotyckiej cegły świeciły czerwono w blasku reflektorów. Bileter wskazał mi miejsce na podłodze i kazał siadać.
Pomieszczenie zapełniało się powoli. Wszystkich widzów było nie więcej niż 50-sięciu. Ludzie siedzieli w kręgu, otaczając pustą przestrzeń na środku izby, w której po kolei zaczęli pojawiać się aktorzy.
Najpierw Jan z Marią Magdaleną, potem: Szymon, Judasz, Łazarz i na końcu, On – Ciemny Mesjasz. Zaczęło się przedstawienie. To co działo się na scenie, właściwiej byłoby nazwać nie przedstawieniem, ale: transem, halucynacją zbiorową, lewitacją, całopaleniem?
Rzecz wymykała się słowom. Patrzyłem oniemiały i wstrząśnięty, niewiele rozumiejący z tego co rozgrywało się przed moimi oczami. Ani intelektualnie, ani emocjonalnie nie byłem przygotowany na uczestnictwo w misterium.
Bilety na spektakl nabyłem z głupia frant, trochu z przypadku, trochu z nudów. W kwietniu 1974 roku Wydział Polonistyki Warszawskiego Uniwersytetu miał do rozdysponowania kilka miejsc dla studentów zainteresowanych teatrem Grotowskiego. Chętnych było niewielu. Zgłosiłem się do dziekanatu, zapłaciłem i w ten prosty sposób, stałem się posiadaczem wejściówki na spektakl.
Nie byłem znawcą, ani wyznawcą teatru Grotowskiego. Spektakl, na który się załapałem, był jednym z ostatnich przedstawień Teatru Laboratorium. Mistrz schodził ze sceny, żeby angażować się mistycznie. W ramach projektu Góra organizował działania parateatralne, łączące w sobie elementy: mszy, jogi i psychoterapii.
Nowe mistyfikacje Mistrza, przyciągały do niego hipisującą i poszukującą młodzież z całego świata. Byłem od tego jak najdalej, bo ani poszukujący, ani mistyczny. Interesowałem się dziewczynami, futbolem i antykomunizmem. Dokładnie w tej kolejności.
Studia na polonistyce ograniczałem do wizyt w dziale czasopism warszawskiego BUW-u. Bywałem tam codziennie, zakopany w peerelowskiej prasie z lat 50-tych i wydawnictwach paryskiej Kultury, oznaczone w bibliotecznych katalogach tajemniczym znakiem – cymelia. O teatrze Grotowskiego miałem pojęcie mgliste i powierzchowne.
I taki zielony, znudzony, opity marnym piwskiem, trafiłem na „Apocalipsis cum figuris”- wydarzenie będące największym osiągnięciem sztuki teatralnej w dziejach.
Ten spektakl był dla mnie, jak nagły cios między oczy, jak objawienie, wniebowstąpienie i zmartwychwstanie w jednym. Był gromem z jasnego nieba. Świętą katastrofą, po której zachorowałem na teatr – nieuleczalnie i na zawsze.
Zafascynowany, przerażony, ze ściśniętym gardłem patrzyłem na scenę, na której Jan dzielił się z Marią Magdaleną swoim dobywanym z lędzwi nasieniem, niczym komunią świętą. Maria piła ten napój życia i dzieliła chleb, wbijając nóż w bochen, niczym w ciało partnera. Po każdym ciosie wygięty w histerycznym łuku nagi korpus Jana wstrząsała konwulsja, a z jego ust wydobywał się okrzyk bólu. A kiedy przyszedł Ciemny, żeby ich uratować – odtrącili go.
Krytycy teatralni nazwali tę scenę – „Chlebem życia i śmierci”, próbując wyjaśnić jej znaczenie przy pomocy efektownych frazesów o dialektyce szyderstwa i apoteozy. Dla mnie to było misterium, którego nie musiałem rozumieć, ponieważ doznałem iluminacji.
Powyższe wspominki związane z Teatrem Grotowskiego, miały być skromnym hołdem złożonym Melpomenie w Międzynarodowym Dniu Teatru. Z różnych powodów nie opublikowałem ich w marcu i dlatego dzisiaj mogę dopisać aneks.
Będzie nim gorące polecenie i zachęta do obejrzenia znakomitego przedstawienia pt: „Sztuka intonacji” autorstwa T. Słobodzianka, wystawianego w warszawskim T. Dramatycznym.
Wielkim bohaterem „Sztuki Intonacji” jest sam TEATR – jego istota, antropologia i tajemnica. Tajemnica, którą objawia nam bohater sztuki – Jerzy Grotowski, mistrzowsko zagrany przez Łukasza Lewandowskiego. Dla mnie warszawski spektakl był domknięciem klamry, którą otworzyła „Apocalipsis cum figuris” w 1974 roku, a domknęła „Sztuka Intonacji”oglądana niedawno.
Zaś słynna scena – „Chleb życia”znalazła w warszawskim spektaklu nieoczekiwaną puentę.
Jaką?
Przekonajcie się sami! „Sztuka intonacji” jest jedną z ostatnich, jakie zrealizował były dyrektor T.Dramatycznego – T. Słobodzianek. Dlatego śpieszcie na przedstawienie, zanim Monika Strzępka zdejmie „Sztukę” z afisza!
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz