Po pierwsze polecam sobie dokładnie przeczytać jak to naprawdę działa, to co mamy obecnie… Wyjaśnił to już ponad rok temu mi mój 18-letni (wtedy) dziś 19 letni syn.
Wybory w Polsce – Jak to działa…?
Następnie podsumował to: Wybory w Polsce – jak to działa? Konkluzja.
Oto ta druga część cytowana w całości (bardzo mi trafiła do przekonania). Niemniej poza nią należy szczególnie uważnie przeanalizować pierwszy podany link chociażby po to aby przynajmniej spróbować zrozumieć chory pomysł z niesprawiedliwym systemem proporcjonalnym.
jow.pl
Cytat:
Bez względu na to, kogo wolimy wspierać, duże ugrupowania w myśl jednej z zasad demokracji, której uosobieniem podczas wyborów jest metoda D’Hondta ( większość rządzi)
Czy, może w myśl innej zasady, której uosobieniem jest metoda o nazwie Hare’a-Niemeyera stworzona przez prawnika brytyjskiego (Hare’a) a udoskonalona przez niemieckiego matematyka (Niemeyera), która wspiera małe ugrupowania dla równości nawet tych grup mniejszościowych.
W jednej z metod jesteśmy (my wyborcy) zaledwie grupką głosów (liczb), które można, a nawet należy przekładać z miejsca na miejsce, by wszystkie mandaty się zgadzały, co tak de facto jest nie zgodne z naszą wolą, bo przecież głosowaliśmy na kogoś innego.
lub ewentualnie:
W drugiej metodzie jesteśmy procentem wielokrotnie wypranym w wirówce by ostatecznie go porównywać do dziesiątych, setnych itd. części całości, w której już nawet nie można czuć się integralną całością samego siebie, a co dopiero czuć się człowiekiem wpływającym na losy kraju??
Chyba właśnie do tego się przyzwyczailiśmy, nie potrafimy brać odpowiedzialności za losy kraju, a nawet za odpowiedzialny czy jakikolwiek wybór z własnej woli. Kiedy ostatnio analizowaliśmy (jako społeczeństwo) różne ulotki wyborcze, wielu kandydatów z różnych ugrupowań szukając tej odpowiedniej osoby (tej perły), której bylibyśmy skłonni w ogóle oddać prawo do decydowania, głosując na niego.
Wychodzi na to, że teraz jest to niemożliwe.
Osobiście uważam Jednomandatowe okręgi wyborcze za wyjście najbardziej sprawiedliwe w sytuacji jakichkolwiek wyborów.
Wiem na pewno, że przy takiej ordynacji (większościowej, jednomandatowej) każdy głos miałby dokładnie wagę jednego głosu, dodatkowo każdy z tych głosów był by jednakowo ważny, a o każdy z nich toczyłaby się walka i nie było by szans na pomijanie nas, jako suwerena np. poprzez takie czy inne sposoby liczenia głosów metodami „proporcjonalnymi”.
Powiedzmy sobie szczerze, nawet My, wyborcy musielibyśmy wziąć większą odpowiedzialność za nasz głos i głęboko się zastanowić zanim wybierzemy kogokolwiek na jakiekolwiek stanowisko.
Szymon Szelągowski”


Ten wniosek z analizy – konkluzję, syn mój napisał ponad rok temu, przy bardzo zażartych dyskusjach u nas w domu (z uwagi na mój start – powtórny) w wyborach samorządowych.
Oczywiście od lat jestem nieprzejednanym zwolennikiem jednomandatowych wyborów – w swojej prostocie pozwalają na jedno co dla mnie jest szczególnie ważne tak po ludzku i po „uczciwemu:
Startujący reprezentuje głównie siebie, w przeciwieństwie do systemu proporcjonalnego gdzie startujący reprezentuje GŁÓWNIE: partię (znaczka i zapisu nie da się uniknąć)

Podczas mojego pierwszego startu w 2010 roku, doznałem wielu bardzo niemiłych reakcji ludzi, z którymi rozmawiałem. Nawet przy mnie jedna z osób podarła wręczoną jej moją ulotkę patrząc mi prosto w oczy i mówiąc coś o tyk jak mogę się nie wstydzić startując z tak „paskudnej” partii.
Nawet parę dni temu sąsiad spotykając mnie pod blokiem próbował za wszelką cenę przekonać mnie że co ja robię popierając Pawła Kukiza – tego „oszołoma”, bo przecież za jego rządów euro będzie kosztowało 6 zł.
Dodał też że w ogóle dziwny jestem bo przecież przedtem „popierałem” PiS.
Idąc tym tokiem rozumowania nie mógł „biedny” mój sąsiad dojść do innych wniosków.

To właśnie robi z nas system proporcjonalny. Startujący z list stają się tylko jakimś tam trybikiem w grze politycznej partii.
Tam gdzie odcisk partyjny powinien być zupełnie niewidoczny – w samorządowych wyborach, które przecież dotyczą społeczności lokalnej.

Jesteśmy identyfikowani li tylko z napisem na ulotce, który musi być umieszczony wg ustawy, czy też znaczkiem partyjnym.
Na nic zdają się tłumaczenia: „nie należę do tej partii”, „startuję tylko z ich list”, czy nawet ostateczny argument niejako rozpaczliwy w swojej wymowie, aczkolwiek dla wielu raczej niezrozumiały: „…nie mam innego wyjścia, drogi panie/pani, ponieważ przy obecnie obowiązującym systemie proporcjonalnym musiałbym mieć swoje komitety we wszystkich okręgach wyborczych, w Poznaniu, wszędzie dostać po 1000 głosów i liczyć na proporcjonalnie korzystne dla mnie warunki dające wynik rachunku, zapewniający mandat…Dlatego proszę pana/pani startuję z tej akurat listy, bo po prostu nie stać mnie na start ze swojej listy, pomijając już fakt, że szanse otrzymania głosów w innych okręgach niż ten w którym mieszkam są może na poziomie wyniku procentowego, ale na pewno nie takiego, który byłby w stanie mi zagwarantować mandat…”

Mógłbym oczywiście jeszcze dodać, że znajomy mający wpływ na konstrukcję list zaproponował mi start, długo się zastanawiałem, ale uznałem że warto spróbować – z wielu powodów:
1. jest to jakieś wyróżnienie za działalność społeczną jaką prowadzę,
2. jest to możliwość jej poszerzenia, zapoznania większej ilości osób z nią,
3. daje nadzieję na znalezienie osób, które zechciałby ze mną współpracować w tym co robię,

Z kolei tak zwane; „negatywy negatywne”, takiego startu:

Szanse na wejście – nikłe, chyba że startuje się z 1-ki, albo ma się bardzo dużo pieniędzy (A więc tym samym i czasu) na prowadzenie kampanii „door to door”.

Identyfikacja, etykieta doszyta niejako (dowód w postaci sąsiada), która pozostaje – tak to „pisowiec”, chociaż nigdy w żadnej partii nie byłem i nie zamierzam też być, ponieważ nie ma takiej partii w Polsce z którą bym się w pełni identyfikował.
Ale etykieta jest. W końcu „poszło” w świat ileś tam tysięcy ulotek z moim skromnym wizerunkiem, i znaczkiem danej partii.

W ostatnich wyborach poszedłem o tyle „na całość” że zrobiłem sobie fotkę z „prominentnym” jej przedstawicielem aby zwiększyć efekt głosowy.
A co tam, przestałem się już przejmować łatką. I tak najważniejsza dla mnie była informacja jaką szczególnie mocno uwypukliłem na ulotkach dotycząca mojej działalności społecznej.

A więc dlaczego JOW?

Jeżeli jeszcze ktoś z Was drodzy Czytelnicy nie pojął dlaczego jestem zwolennikiem JOW jako JA – Piotr Szelągowski, wcześniej uwikłany w starty w wyborach odbywających się w systemie proporcjonalnym z list partyjnych, to już raz jeszcze najdokładniej jak umiem i w punktach przybliżam Wam:

1. Ponieważ startuję w JOW na własny rachunek i reprezentuję samego siebie, nie robiąc kryptoreklamy partiom które mnie wystawiają na listę.
2. I w drugą stronę: nie robię sobie negatywnej reklamy startując z list partyjnych (wśród przeciwników tego ugrupowania – swoją drogą z wieloma z nich może bym i znalazł wspólny język, właśnie gdyby nie TEN znaczek na mojej ulotce)
3. Efekt mojego startu jest tylko i wyłącznie sumą moich wysiłków, starań rozpoznawalności, zainwestowanych pieniędzy, i pracy.
4. Nie jestem uzależniony od wzrostu lub spadku poparcia, które to czynniki są zależne od znaczku (partyjnego) na ulotce.
5. Efekt moich działań jest praktycznie całkowicie mój. Nie ma na kogo zwalić winy za porażkę poza mną.

Dodatkowe punkty, na które pragnę zwrócić Waszą uwagę.

-Po hipotetycznym wyborze mojej skromnej osoby, muszę tak działać, aby zadowolić moich wyborców, a więc nie przejmuję się żadnymi wytycznymi, czy nakazami działania ze strony „kacyków” partyjnych.
-Przejmuję się – WYBORCAMI i ich problemami.
-Nie muszę głosować jak mi każe w skrócie: dyscyplina partyjna, klubowa czy jak to zwał…
-Partia taka czy siaka – zabiega o moją osobę – tak naprawdę udostępniając mi swoją infrastrukturę partyjną do działań zgodnych z moim sumieniem, do (co bardzo ważne) celów mających pomóc rozwiązywać problemy moich wyborców, a nie problemy czy „widzi mi się” – partyjnej górki.
-Nie ma żadnych dźwigni nacisku partyjnego na mnie – jest dokładnie odwrotnie; to ja ich naciskam, aby im zależało na tym, abym został ich członkiem – bo będą mogli się mną pochwalić.

Moja analiza plusów JOW na tym się kończy.
Być może są jakieś znaczące minusy systemu JOW, jednakże przy wskazaniu powyższych plusów nie wydają się mi na tyle istotne, abym się nimi zajmował.
Jeżeli jednak są osoby, które uważają że należy je uwypuklać i podkreślać – zapraszam do dyskusji poniżej w komentarzach.

Piotr Szelągowski

Koszulki JOW:
Ruch JOW


Przy okazji polecam materiał Agnieszki Białek, który chociaż krótki jest niezwykle dosadny i trafnie oceniające obecną sytuację – tym samym utożsamiam się z nim szczególnie: Już umiera partiokracja

Inne jej materiały: Agnieszka Białek


Pierwotne źródło: Jak to jest z JOW-ami?