W chwilach zwątpienia, gdy mam ochotę rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady, natychmiast przypomina mi się historia Jarosława Kaczyńskiego i zostaję na swoim miejscu. Nie mam zbyt wielu chwil zwątpienia na swoim koncie, a mimo wszystko historię Kaczyńskiego, zwłaszcza tę od 2010 roku, znam doskonale. Polityczne umiejętności swoją drogą, ale największe wrażenie robią na mnie stalowe jaja tego faceta. W 2010 roku stracił brata, bratową, najbliższych współpracowników i przyjaciół. Między odwiedzinami u chorej matki i kampanią prezydencką, którą przegrał w co najmniej dziwnych okolicznościach, był gnojony nieludzko, jak żaden innym polityk w Polsce.

Od 2007 roku przegrywał wszystkie wybory mając przeciw sobie 80% mediów i 95% „elit”. Jeszcze w 2014 roku w wyniku jawnego złodziejstwa PiS przegrał wybory samorządowe, co odebrało nadzieję kolejnym grupom wierzącym, że kiedyś może się udać. Rok wcześniej, zmarła mama Jarosława Kaczyńskiego, ostatnia bliska osoba w jego życiu. Przez cały ten czas z partii PiS wychodziły kolejne frakcje i frakcyjki, a gdy Kaczyński ogłosił, że to Andrzej Duda będzie kandydatem PiS na prezydenta, najwięksi optymiści ciężko jęknęli. Do samego końca kampanii i nawet dzień po wyborach było słychać dramatyczne głosy, że to się nie może udać. Dziś mamy czerwiec 2016 roku i widzimy człowieka, który w polskiej polityce wygrał wszystko, chociaż poza nim samym chyba nikt do końca nie wierzył, że może się zdarzyć połowa tego sukcesu. Autentyczny podziw i całkowity brak oporu przed okazaniem podziwu mi towarzyszy, gdy odtwarzam sobie drogę Kaczyńskiego do sukcesu.

Podziw jest tym większym, że przy całym moim uporze i brawurze mam jedną słabość, której prawdopodobnie bym nie pokonał. Utrata bliskich, czy świadomość, że coś złego mogłoby się stać, to koszmarny sen i paraliż na samą myśl. Nie wiem jak sobie z tym Kaczyński poradził, wiem natomiast, że takich wyczynów mogą dokonać tylko ludzie o unikalnym charakterze. Prowadzę różne projekty, jedne od wielu lat, drugie od jakiegoś czasu. Ludzie, którzy mnie znają w większości patrzyli na te pomysły z politowaniem, czasami z przerażeniem. Zawsze dało się odczuć, że wokół nie ma solistów, ale jeden wielki chór, który śpiewa zadarty refren: „porywasz się z motyką na słońce”. Dostałem po dupie nie raz i nie dwa, zdarzało się też, że z łbem wbitym w glebę łapałem ostatni oddech, ale to z własnej słabości, nie pod ciężarem wyzwań. Od kilku lat punktem odniesienia jest dla mnie życie i twórczość Jarosława Kaczyńskiego, dzięki czemu wstaję na nogi po każdym kopie z półobrotu. Wstyd byłoby nie wstać, bo nie przeszedłem jednej dziesiątej z tego, co Kaczyński i nie walczę o jedną setną wielkiego projektu, który jemu udaje się realizować. Czytelnicy, którzy do tej pory nie puknęli się w czoło prawdopodobnie odczytali intencję autora własnym doświadczeniem życiowym. Oczywiście dzisiejszy tekst jest z jednej strony próbą zdystansowania się do spraw poważnych, o których większość ludzi mówi niechętnie lub ze skrępowaniem. Stąd też ta formuła wypracowania w dość anegdotycznej postaci „Kto jest twoim bohaterem i dlaczego Lenin”.

Z drugiej strony to jest naprawdę duży komfort psychiczny, jeśli masz świadomość, że do Hioba bardzo ci daleko, a oddech Goliata na twoich plecach, to zapowiedź przyszłego sukcesu. Można Kaczyńskiego nie lubić i w to jeszcze żaden grzech. Ba! Wcale nie trzeba podziwiać, doceniać, czy szanować, ale nie sposób nie czuć respektu przed takim charakterem i taką wolą walki o swoje. Wykpiwany i poniewierany „kurdupel”, od 26 lat idzie swoją drogą i pomimo spektakularnego sukcesu, jaki już osiągnął, podejmuje się zadania, którego w Polsce od 1945 roku nikomu nie udało się nawet zahaczyć, o realizacji nie wspominając. Nie ma najmniejszych powodów do wstydu, aby we własnej walce uczyć się od największych wojowników. Wstyd będzie wówczas, gdy nie uda mi się dokończyć swoich zadań bez względu na opór materii i wbrew koteriom otaczającym prawie wszystkie istotne społecznie dziedziny i instytucje. Dlatego Jarosław Kaczyńskim jest moim bohaterem, że sam walczę o ułamek normalności mając za przeciwników te same hydry, ale dziękować losowi, płacę za to niepomiernie niszą cenę.