Jeszcze o inflacji
Kilogram ciasta drożdżowego z rodzynkami to wydatek, który przekracza już 50 zł w piekarni Grzybki w Warszawie. Inflacja zżera nasze zarobki i oszczędności i to coraz bardziej.
Mam jednak wrażenie, że wielokrotnie wtłaczane do głowy hasło „putinflacja” uniewrażliwiło wielu moich rodaków na szukanie przyczyn tego zjawiska i ewentualnie odpowiedzialnych za nie.
Innymi słowy duża część Polaków uwierzyła, że za wzrost inflacji odpowiada jedynie polityka rosyjska. I, że po wojnie inflacja wróci do dawnego poziomu. A to – na marginesie – wcale nie jest takie pewne. Wreszcie – chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że w wyniku inflacji biedniejemy. I to coraz szybciej.
W minionym tygodniu mój wspólnik zadzwonił do klienta i przekazał mu informację, że w wyniku wzrostu kosztów prowadzenia działalności gospodarczej zmuszeni jesteśmy podnieść cenę świadczonych usług księgowych o X procent. Klient (przedsiębiorca) był trochę niezadowolony i zadał pytanie:
– czyli podnosicie państwo ceny świadczonych usług w wyniku inflacji?
– tak, odpowiedział mój wspólnik
– to rozumiem, że jak inflacja spadnie, to obniżycie mi ceny?…
Dalszej części rozmowy nie ma co przedstawiać. Nasz rozmówca nie rozumiał czym w istocie jest inflacja.
Inflacja jest to stały wzrost ogólnego poziomu cen w gospodarce w danym okresie. Towarzyszy nam właściwie przez cały czas.
SPADEK INFLACJI NIE OZNACZA, ŻE CENY ZACZYNAJĄ SIĘ OBNIŻAĆ – ONE ROSNĄ DALEJ, TYLKO WOLNIEJ!
Oznacza to, że jak wskaźnik inflacji spadnie do akceptowalnego poziomu, np. 2 proc., to ceny towarów, które do tej pory wzrosły, nie spadną, tylko przestaną tak szybko rosnąć.
Jeżeli cena metra kwadratowego w Warszawie 5 lat temu wynosiła około 10 tysięcy, a teraz wynosi około 15 tysięcy, to po zwalczeniu inflacji (zakładając, że nastąpi to w ciągu krótkiego okresu), nadal będzie wynosiła 15 tysięcy.
Żeby ceny zaczęły spadać musiałaby się pojawić deflacja, czyli odwrotność inflacji, które to zjawisko ostatnio było widziane w Polsce za rządów PO. Na to się jednak, przynajmniej w najbliższym czasie, nie zanosi.
Mamy dwa rodzaje inflacji ze względu na przyczynę ją powodującą:
Inflacja popytowa,
Inflacja podażowa.
Z inflacją popytową mamy do czynienia wtedy, kiedy wysokość dochodów i wynikający z niej popyt konsumpcyjny nie może być zaspokojony przy istniejącym poziomie cen. Wówczas ceny rosną, aż popyt na towary i usługi będzie adekwatny do możliwości wytwórczych gospodarki.
Z kolei przyczyną inflacji podażowej (zwaną też: kosztowej) jest wzrost kosztów produkcji. Do takich przyczyn zaliczymy np. przerwanie w wyniku działań wojennych łańcuchów dostaw, wzrost cen energii i paliw, wzrost płac, narzucający swoje warunki gry rynkowej monopolista.
Widać więc, że przyczyny inflacji popytowej i podażowej często się zazębiają (np. gwałtowne i oderwane od realiów rynkowych podniesienie płacy minimalnej doprowadzi do zwiększonych dochodów ludności, a te wpłyną na zwiększony popyt na dobra i usługi. Jeżeli popyt będzie większy niż możliwości wytwórcze gospodarki to ceny zaczną rosnąć).
Widać również, że na część przyczyn generujących zjawiska inflacyjne rząd ma wpływ. Niedawno np. Pan Daniel Obajtek stwierdził, że to PKN Orlen dyktuje ceny na polskim rynku. Pozycja monopolisty pozwala PKN Orlen utrzymywać wysokie – jak na warunki polskiego rynku – ceny paliw. Niewielkim pocieszeniem dla konsumenta jest, że PKN Orlen to „srebro narodowe”, skoro nie widzi przewagi stąd płynącej, kiedy płaci rachunek za tankowanie.
Podnoszenie płacy minimalnej w warunkach szalejącej za naszą granicą wojny też ma istotny wpływ na inflację. Rząd nie dba o to, w jaki sposób poradzą sobie mikroprzedsiębiorcy – liczy się efekt przedwyborczy. A przecież na inflacji tracą najbardziej ludzie o stałych dochodach, czyli pracownicy. Wszak taki osobnik jak ja może dostosować cenę swojej usługi do aktualnych warunków na rynku w dowolnej chwili. Pracownik już nie ma takiej możliwości.
Inne, niekorzystne zjawisko związane z inflacją obserwujemy w dowolnym polskim mieście na rynku nieruchomości. Domy i mieszkania mocno drożeją. Dzieje się tak dlatego, że inflacja zachęca do szybkiego pozbywania się gotówki i zamiany (często nieracjonalnej) jej na towary, a nieruchomości są uważane za jeden z najbardziej poszukiwanych towarów. Dlatego wzrost płac pracowników w zestawieniu ze wzrostem cen nieruchomości (ale także np. żywności) może doprowadzić do konkluzji, że pracownicy – w wyniku podniesienia płac – zbiednieli.
Mam za złe polskiemu rządowi, że nie walczy z inflacją.
Rząd ma kilka instrumentów takiej walki:
– może ograniczać wzrost płac do poziomu wzrostu wydajności pracy. W tym kontekście kolejne podwyżki płacy minimalnej nie tylko nie poprawiają sytuacji zatrudnionych, ale zubożają całe społeczeństwo.
– prowadzić politykę przeciwdziałającą praktykom monopolistycznym, wspierania małych i średnich firm co stwarza podstawy rozwoju konkurencji. O p. Obajtku już było, a wspieraniu małych i średnich sprzyja stabilność prawa, z czym ten rząd ma coraz poważniejsze problemy.
– zmniejszanie wydatków budżetowych – poza zasięgiem tego rządu. Swoją drogą, to monstrualne zakupy uzbrojenia i rozmach inwestycyjny wydają się trochę podejrzane w kontekście braku przejrzystości finansów publicznych.
– polityka stóp procentowych – tu się coś ruszyło, ale jak na razie nie widać większego przełożenia na inflację i nie da się wykluczyć, że NBP będzie musiał jeszcze nie raz podnosić stopy procentowe. Te ostatnie są hamulcowym inflacji popytowej.
Żyjemy w kraju, w którym nawet prowadzący działalność gospodarczą nie mają, jak się okazuje, pojęcia czym jest inflacja i jak ona działa. Rząd, który ma taką „glinę” może ją lepić jak mu się żywnie podoba. Nikt nie protestuje, bo nikt nie wie o co chodzi. Nie wpływa to na poparcie polityczne (a jeżeli już, to raczej w pożądanym przez PiS kierunku).
Na Zachodzie jest trochę inaczej. Onegdaj, śp. prof. Jan Winiecki pisał w tygodniku Wprost jak to kiedyś szwajcarski robotnik, z którym sąsiadował podczas pobytu na wakacjach, martwił się wzrostem kursu franka, gdyż to mogło doprowadzić do tego, że towary, które produkowała jego fabryka, mogłyby się stać mniej konkurencyjne na rynku, a firma dużo eksportowała. Robotnik wyraził obawy o stanowiska pracy w jego fabryce.
Takiego poziomu wykształcenia ekonomicznego powinniśmy wszyscy sobie tu, w Polsce, życzyć. Stąd mój, być może przydługi post. Mam nadzieję, że komuś się przyda.
Zostaw komentarz