Wrzawa przycichła bardzo szybko, więc teraz ja napiszę coś o referendum, o którym nikt już nie chce wspominać. Jedni, ponieważ się wstydzą, drudzy, bo się cieszą. Właściwie to nie będzie o referendum, ale o tym, co wszyscy nazywają „demokracją bezpośrednią”. Były prezydent mistrzowskim posunięciem skompromitował ta ideę. Nie zgadzam się, iż słynna decyzja pana Komorowskiego była próba ratowania się za wszelka cenę przed porażką, ale swoistą zemstą. Ktoś świetnie przeanalizował zbiorową psychikę społeczeństwa i dobrze wiedział, jak to się skończy. Politycy dostali w rękę argument trudny do odparcia: „Polacy nie dorośli do samostanowienia, więc decydować muszą ich przedstawiciele, wybrani w wyborach powszechnych”. Nie chcę tu dyskutować o ordynacji. Wspomnę tylko, iż zgadzam się z poglądem, iż jest ona wygodna jedynie dla partii politycznych.

Zwolenników Pawła Kukiza i JOWów proszę, by nie obrażali się, nie odsądzali mnie od czci i wiary, bo ja naprawdę, życzę Wam, byście w jak największej liczbie weszli do Parlamentu. Odświeżycie naszą zatęchła Okrągłą Izbę. Wybaczcie mi jednak, ale uważam, że nie zmienicie zbyt wiele. Po prostu, nie wierzę w rewolucję bez rewolucji i zmianę systemu od wewnątrz. Konrad Wallenrod był jeden i w dodatku został wymyślony przez poetę, romantyka i zwolennika mesjanizmu. Widzę, co prawda, iż Wallenrodów było więcej, a ich liczba wzrasta wprost proporcjonalnie do upływu lat od 1989 roku, a ja, gdy czytam różne wypowiedzi, zaczynam czuć się strasznie, bo powoli wychodzi na to, że tylko ja byłem w PZPR i pracowałem w SB, wykonując swoje zadania, gdyż wszyscy inni, niczym ów Wallenrod, knuli tylko, jak tu obalić komunę od środka i niechętnie uczestniczyli w pochodach pierwszomajowych, w trakcie których z przekąsem wznosili entuzjastyczne okrzyki. Napisałem to przydługie zdanie, ponieważ ilustruje ono, jak system wciąga każdego.

Antysystemowiec w systemie to oksymoron. W momencie, w którym „antysystemowy” poseł odbierze legitymację, weźmie pierwszy zwrot za podróż, pojedzie komunikacją za darmo lub przejdzie na „czerwonym świetle” i policjanci nie dadzą mu mandatu, bo ma immunitet, przestanie być „antysystemowcem” i stanie się podstawą krytykowanego systemu. A jeszcze głosowania! Targi „wy nas poprzecie w tym, a my was w tamtym”, chwilowe koalicje i wolne od podatku diety. Wybaczcie! Czy JOW, czy listy partyjne, rezultat będzie ten sam: system wchłonie i przetworzy każdego, kto wpadnie w jego tryby. Oczywiście, wierzę w uczciwość ludzi, ale znam moc systemu i wiem, że tacy szybko milkną i giną w mrokach zapomnienia, jeśli nie chcą dopasować się do wymogów gry. Sukces odnieśli tylko ci, którzy wykorzystali system, by go obalić i zastąpić okrutną, totalitarną dyktaturą. Wiecie o jakich dwóch postaciach wspomniałem.

Nie pisze tego, by zniechęcić ludzi do demokracji bezpośredniej. Wręcz odwrotnie. Pragnę tylko uprzedzić, iż jest to proces długotrwały i nie polega jedynie na wprowadzeniu „antysystemowych” posłów do organów przedstawicielskich i zneutralizowaniu istniejących partii politycznych, zamianę ich na partie typu wyborczego (kraje anglosaskie), a w końcu pozbycie się ich w ogóle, co jest nierealne, gdyż jakaś ideologia musi spajać grupy ludzi. Inaczej mamy PO, PSL, czy SLD opanowane jedynie żądzą władzy i różniącymi się jedynie terminologią. Czy mamy więc, wyjście z tej sytuacji? Jedno z wyjść, którego nie polecam, to prawdziwa rewolucja.

„Kryteria uliczne” zawsze jednak poprzedzają dyktaturę. Drugie, bardziej strawne jest związane z kwestią, której nie ma w dyskusji o JOWach, „partiokracji”, walce z systemem. Chodzi o możliwość odwołania posła przez wyborców w sytuacji, gdy nie realizuje programu kampanii wyborczej lub nie działa na rzecz własnego okręgu wyborczego, bądź sprzeniewierza się w jakikolwiek sposób funkcji posła. Po prostu, łamie przysięgę poselską. Takie uprawnienia elektoratu winny dotyczyć nie tylko pojedynczych osób, ale i również list partyjnych w poszczególnych okręgach. Chodzi nie o pseudo weryfikację co cztery lata, ale o narzędzie stałej kontroli wybranych przez wyborców. Może taki wyborczy miecz Damoklesa zmusi „naszych” przedstawicieli do pamiętania o tym, co mówili przed wyborem i uchwalania tego, co obiecali uchwalić, a my przestaniemy być „mięsem wyborczym”, jak określiła kiedyś „prywatnie” ludzi tłoczących się przed wejściem do lokalu wyborczego, pewna prominentna dzisiaj polityk.

Czy to coś da? Nie wiem. Pewnie takie rozwiązanie jest niemożliwe, ale warto spróbować i dać kredyt zaufania tym, którzy w kampanii wyborczej zobowiążą się „powalczyć” o stworzenie takiego systemu kontrolnego. Dla mnie jest on ważniejszy od immunitetów, diet, ograniczeń kadencji, ponieważ pomoże stworzyć rzeczywisty wyłom w zabetonowanym systemie. Czy uda się? Jeśli nie spróbujemy, to nie przekonamy się nawet, czy jest to możliwe. Do roboty więc, „Antysystemowcy”. Powalczcie. Trzymam kciuki.