Problem z kantowskim uniwersalizmem sprowadza się do dyskusji takiego postawienia sprawy:
Gdyby wszyscy kierowali się uniwersalnym dobrem, to byłoby dobrze, zatem kierowanie się uniwersalnym dobrem jest racjonalne.
Brzmi to nieźle – zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę takie sformułowania imperatywu kategorycznego jak:
„Postępuj tak, jakby Twoje postępowanie miało być przez innych ocenione Twoją miarą”
lub:
„Myśl o każdym swoim sądzie tak, jakby miał stać się prawem powszechnym”
Jednak Kant – a zarazem cała tradycja oświeceniowa, odrzuca tutaj temporalne i przestrzenne warunki rzeczywistości.
W sposób „implicite” jest tutaj narzucona zgoda na to, że wprowadzone „uniwersalnym rozumem” reguły mają moc obowiązywania w każdym miejscu i czasie.
„Każdy rozsądny człowiek tak by wybrał” – mówił Kant i takie myślenie legło u podstaw współczesnego liberalizmu, który jest bezpośrednim dziedzictwem myśli oświeceniowej.
Tymczasem – praktyka życia jest zupełnie inna. Stabilność osiągnięta w danej strukturze społecznej jest na ogół wynikiem pewnej jej separacji od uwarunkowań ogólnych. Kultury są „bańkami common-sensu” – enklawami postaw, z których nie trzeba tłumaczyć, gdyż są zrozumiałe same przez się – nawet wówczas, jeśli się powoli w czasie zmieniają.
Każda kultura osiąga taką stabilność poprzez eliminację poglądów niezgodnych z jej tabu. Jak zauważył Bronisław Malinowski – totemy i tabu de facto określają kulturę.
Oświeceniowo-racjonalistyczny paradygmat kantowski zmusza kultury do porzucenia tych „irracjonalnych” konwencji na rzecz formuły określonej przez włączenie raczej niż wykluczenie.
Pogląd, że radykalna inkluzywność pozwoli na maksymalizację wspólnego dobra jest oparty na chybotliwym przecież założeniu, że czysta racjonalność jest w stanie służyć za uniwersalnego arbitra. A jednak każda grupa ma swój własny pogląd na „racjonalność”, o czym świadczą choćby bardzo współczesne spory wokół takich zagadnień jak energetyka jądrowa, GMO, sztuczna inteligencja czy podróże kosmiczne.
Stanowiska wokół tych spraw są skrajnie różne i nad wyraz często nie tyle prowadzą do prostych decyzji wyborczych, ale są wyrażane w aktywizmie, często skrajnie radykalnym. Przecież ktoś, kto jest przekonany, że np. energetyka jądrowa doprowadzi do zagłady ludzkości, czuje się nawet nie tyle w prawie, co wręcz w obowiązku użyć wszelkich dostępnych środków, aby powstrzymać jej rozwój. Osobom zaś przekonanym, że energetyka jądrowa ludzkość uratuje jawi się jako groźny szaleniec, którego działalność przyspiesza upadek cywilizacji.
Żaden racjonalizm niczego tutaj nie jest w stanie rozstrzygnąć, gdyż u podstaw leżą najgłębsze a różniące się między sobą przekonania o tym, co właściwie jest „dobrem powszechnym”. Kultury zderzone z takimi problemami są postawione w „dylemacie wagonika”, czyli naprzeciw problemu, co jest mniejszym złem, co należy właściwie poświęcić a czemu nadać priorytet. Pędzący wagonik zawsze kogoś skrzywdzi, tylko pytanie – kogo?
Kantyzm żadnej odpowiedzi tutaj nie daje.
Oznacza to, że paradygmat oświeceniowo-racjonalistyczny rozmija się kompletnie ze sposobem, w jaki kultury organizowały się w sposób naturalny.
Konsekwencją przyjęcia oświeceniowo-racjonalistycznego paradygmatu społecznego są jednak szeroko zakrojone programy inżynierii społecznej, nakierowane w stronę przebudowy kluczowych instytucji życia społecznego w sposób zgodny z uniwersalistyczną koncepcją wyrażaną przez uważające się za szczególnie do tego uprawnione kosmopolityczne elity.
W tych ramach, wszelkie „sub-planetarne” więzy lojalności czy interesy są niedorzeczne: przecież podmiotem jest tylko i wyłącznie abstrakcyjnie rozumiana „ludzkość”. Każdy gracz powinien świadomie rozpoznać swoją rolę i podporządkować się ogólnym regułom dla powszechnego dobra.
A jednak – praktyka pokazuje, że i tu nie ma żadnej jedności. Oświeceniowo-racjonalistyczny paradygmat nie jest w ogóle uniwersalny, lecz jest ściśle związany z kulturą Zachodu w jej protestanckim nurcie.
Określony przez oświeceniowo-racjonalistyczny paradygmat sposób rządzenia jest najbliższy koncepcji „rządu światowego”: władzy „neutralnych światopoglądowo” elit doskonale rozumiejących interes nadrzędny, sytuujących się ponad każdym interesem lokalnym i łyżeczką wydzielających jednostkom takie ramy wolności, które ich zdaniem są akurat odpowiednie.
Praktycznym przybliżeniem takiej władzy są „uniwersalne” sądy i trybunały powołane przez ład liberalny w celu osądzania przeróżnych transgresji.
Skutkiem tego jest zrównanie płotu na granicy polsko-białoruskej z wieżyczkami strzelniczymi na murze berlińskim. W ramach oświeceniowo-racjonalistycznego paradygmatu obie formy restrykcji są właściwie tożsame, gdyż lokalne i temporalne uwarunkowania są jak gdyby nieważne.
To samo dotyczy polityk migracyjnych. Jeśli Polska wpuszcza proporcjonalnie więcej Ukraińców niż np. Somalijczyków, to jest to „rasism”. Dyskurs liberalny nie zna na to innego słowa. Czymże bowiem różni się biedny Somalijczyk od biednego Ukraińca? Jeśli Polska „bardziej” wpuszcza jednych nich drugich, to nie kieruje się uniwersalnym dobrem, ale jakąś partykularną kalkulacją, na którą w systemie uniwersalistycznym nie może być miejsca.
Konserwatyzm, który zasadza się na zrozumieniu ograniczeń paradygmatu uniwersalistycznego, słabuje na wyjaśnianiu aporii liberalizmu. Nadzwyczaj często nie rozpoznaje trendu kultury, a próbuje „na bieżąco” realizować partykularne interesy najbardziej wpływowych graczy.
To, czego mu najbardziej brakuje, to języka, który umożliwiałby uzasadniony sprzeciw wobec uniwersalistycznie umocowanych roszczeń ze strony różnych grup interesu, podważających całokształt zastanego ładu społecznego dla dobra ogółu.
To, czego najbardziej mu brakuje, to decyzji, że umocowanie konserwatyzmu nie sprowadza się ani do cywilizacyjnej wyższości chrześcijańskiego systemu etycznego (chociaż ten nie jest wcale zły), ani do prymatu oświeceniowej racjonalności, Konserwatyzm musi wychodzić z docenienia tego, że zrealizowany na łacińskim Zachodzie styl życia jest interesujący, lecz zwracając uwagę na te aspekty, które zdecydowały o jego sukcesie. Jeśli miarą sukcesu jest również trwałość kultury, a nie jedynie wypełnienie kantowskich postulatów, to partykularne decyzje powinny zawsze być podejmowane „tu i teraz”. Są wyrazem odwagi i ryzyka, subiektywnego rozumienia najgłębszego sensu w obrębie danej kultury i gotowości do jego realizacji.
Odwaga ta musi wówczas prowadzić do gotowości do wejścia w spór, w konflikt o pryncypia. Nie powinna to być decyzja szczególnie łatwa, niemniej – czasem po prostu jest nieunikniona. Albo budujemy energetykę jądrową, albo nie budujemy. Jeśli ktoś chce wysadzić w powietrze nasze elektrownie jądrowe, bo uważa je za zło wcielone, to go przykładnie karzemy, a nie wyrażamy zrozumienie dla jego specyficznego światopoglądu. Radykalizm nieukarany, zyskuje kolejnych zwolenników. Przykład Chaïma Nissima (radny Genewy i wpływowy doradca d/s energii, który w 1982 r. przeprowadził atak rakietowy na francuski reaktor Superphenix) jest tu nadzwyczaj wymowny.
Lewica jest nieustannie tą siłą, która poprzez akademickie umocowanie oświeceniowo-racjonalistycznego uniwersalizmu testuje społecznie akceptowane granice radykalizmu i nieustannie staje w jego obronie, bo przecież stoi za nim owo „uniwersalne dobro”. Zachodnie instytucje są pełne lewicowych radykałów, często wręcz byłych terrorystów, którym dziwnym sposobem „wybaczono” i pozwolono na wychowywanie kolejnych pokoleń radykałów. Kiedy po latach przejmują oni władzę – postacie te stają się idolami, a cały proces nazywa się „postępem”.
Dziś świat Zachodu stanął jednak przed największym wyzwaniem. Można powiedzieć, że „globalne Południe” ma w poważaniu jego wyobrażenia a jego model rozwojowy jest powszechnie kontestowany. Przeciwne mu mocarstwa otwarcie kontestują zachodni model kultury, widząc w nim jawną degenerację prowadzącą do braku perspektyw i znajdują dla swoich tez wielkie poparcie. Byłoby to w sumie jeszcze do strawienia, gdyby nie to, że w samym Zachodzie są już potężne siły, które uznają zachodni model rozwojowy za wadliwy i uważają, że powinien być on zniszczony. Siły te są emanacją tego radykalizmu, frontalnej krytyki Zachodu prowadzonej od wewnątrz ze wsparciem elit akademickich i kulturalnych przekonanych, że „uniwersalne dobro” powinno mieć inny kształt.
Elity te domagają się „słabości Zachodu”, który powinien być silny jedynie siłą owego uniwersalizmu, który promieniuje z niego niczym z jakiejś krynicy. Postawieni wobec niego przedstawiciele innych kultur powinni zrozumieć, że historia wszystkich prowadzi w to samo miejsce, więc po cóż tu jakiś konflikt? Wszyscy możemy w zgodzie pięknie się różnić, a zarazem działać dla powszechnego dobra. Wojna jest głupia, bo wszystkim przynosi szkody!
Elity te widzą źródło konfliktu wyłącznie na Zachodzie, który nie mogąc porzucić swoich imperialnych nawyków chce stale narzucać innym swoje warunki. Nie rozumieją przy tym, że najważniejszym warunkiem, jaki Zachód stale wszystkim narzuca, jest właśnie ów oświeceniowo-racjonalistyczny uniwersalizm.
Jak powiedział podobno podczas jakiegoś spotkania jeden z przywódców Afryki:
„Kiedy Chiny proponują nam budowę lotniska, zachód proponuje nam przyjęcie zasad, które mają się nijak do tego, jak żyjemy i jak funkcjonuje nasze społeczeństwo. Nie dziwcie się, że w tej sytuacji wybieramy współpracę z Chinami.”
Zostaw komentarz