Co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy (Mt 7, 12).

Sprawa Michalkiewicza i „Kasi” słusznie budzi oburzenie. Z jednej strony niegdysiejsi opluwacze Kościoła katolickiego, domorośli egzorcyści spod Radia Maryja domagający się więzienia dla Prymasa nagle przejrzeli na oczy – adwokat ofiary pedofila w sutannie „Kasi”, który zażądał od filorosyjskiego red. Michalkiewicza zadośćuczynienia za bezprzykładne naruszanie prywatności stał się symbolem najgorszego, łącznie z lewackim dążeniem do zniszczenia chrześcijaństwa.

Z drugiej – Michalkiewicz jest pokazywany jako typowy prawicowiec, wręcz pisior, na dodatek wzorzec chrześcijanina, katolika w szczególności.

Pozostawmy jednak lewicową argumentację na boku.

Przyjrzeć trzeba się własnemu podwórku.

Ale nim to nastąpi zapoznajcie się proszę z dwoma pismami, jakie do red. Michalkiewicza wystosował pełnomocnik „Kasi”, poznański adwokat Jarosław Głuchowski:

Szanowny Panie,

zwracam się do Pana z uprzejmą prośbą o wskazanie podstawy prawnej przetwarzania danych osobowych mojej Mandantki, w sposób polegający na upublicznieniu jej danych personalnych (pełne imię i nazwisko).

Otóż w dniu 17.11.2019 r. opublikował Pan na swojej stronie internetowej http//michalkiewicz.pl tekst =4583 artykuł pod tytułem „Ani dnia, ani godziny”. W którym upublicznił Pan pełne imię i nazwisko mojej Mandantki. Nadto do upublicznienia jej danych przez Pana doszło także w filmie opublikowanym na jednej ze stron internetowych.

Tymczasem poznał Pan personalia ww. osoby tylko w związku z prowadzonym wobec Pana postępowaniem egzekucyjnym i tylko w tym zakresie i w tym celu (w mojej opinii) mógł Pan przetwarzać dane mojej Mandantki.

Zatem jeszcze raz bardzo Pana proszę o udzielenie w tej prostej sprawie odpowiedzi w terminie 3 dni od otrzymania niniejszej korespondencji.

Jednocześnie w imieniu mojej Mandantki wyrażam sprzeciw wobec takiego przetwarzania jej danych osobowych, tj. upubliczniania jej imienia i nazwiska.

Z wyrazami szacunku

adwokat Jarosław Głuchowski

oraz

Szanowny Panie,

niniejszym w imieniu Pani, która stała się Pana wierzycielem w sprawie KM 171/19 i której imię i nazwisko publicznie Pan ujawnił, z powołaniem się na pełnomocnictwo (do wglądu w siedzibie kancelarii) wzywam Pana do:

1. wystosowania własnoręcznie podpisanego pełnym imieniem i nazwiskiem listu o następującej treści: „Ja, Stanisław Michalkiewicz przepraszam Panią za naruszenie Pani dóbr osobistych w postaci prawa do prywatności, co nastąpiło poprzez publiczne przeze mnie ujawnienie Pani imienia i nazwiska.”

Przy czym treść przeprosin winna zostać spisana komputerowo na białym papierze formaty A4 czcionką Arial o wielkości 12, odstępach między wierszami 1,5 (interlinia), kolorem czarnym i zostanie wysłany za pośrednictwem Poczty Polskiej listem poleconym na adres: Kancelaria Adwokacka Jarosław Głuchowski u. Św. Marcin 28/28, 61-805 Poznań. przy czym powyższe winno zostać wykonane (wysłane listem poleconym) w terminie 7 dni od dnia otrzymania niniejszego wezwania.

2. zaniechania publicznego posługiwania się prawdziwym imieniem i nazwiskiem osoby, która w sprawie M 171/19 jest Pana wierzycielem, co należy uczynić natychmiast, nie później niż w terminie 3 dni od otrzymania niniejszego pisma.

3. usunięcia z przestrzeni publicznej (np. na stronach internetowych) w tam opublikowanych materiałach prawdziwego imienia i nazwiska osoby która w sprawie KM171/19 jest Pana wierzycielem, co należy uczynić natychmiast nie później niż w terminie 3 dni od otrzymania niniejszego pisma.

4. Zapłaty kwoty 150 000 -pln w terminie 7 dni od otrzymania niniejszego pisma tytułem zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych w postaci prawa do prywatności . Wpłaty należy dokonać na następujący rachunek bankowy kancelarii (Pani na temat której się Pan wypowiadał upoważniła mnie do odbioru należności – pełnomocnictwo do wglądu w siedzibie kancelarii): Raiffeisen Polbank 53 ….

Uzasadnienie

Moja Mandantka chroniła swoja prywatność, na którą składa się m.in. jej prawdziwe imię i nazwisko. Nawet w poprzednio kierowanym do Pana wezwaniu (w związku z podstawą powództwa aktualnie egzekwowanego) nie ujawniono jej imienia i nazwiska. Tymczasem w sposób publiczny na stronach internetowych oraz w telewizjach i programach internetowych informował Pan o prawdziwym imieniu i nazwisku mojej mandantki. Spotkało się to z powszechną krytyką Pana zachowania. Niestety mimo tej krytyki nadal posługiwał się Pan publicznie jej imieniem i nazwiskiem.

Przypomnieć należy że przekazanie Panu przez Komornika danych personalnych mojej Mandantki nie nastąpiło w celu ich upublicznienia. Zostało ono uczynione w celu możliwości odwołania się od decyzji procesowych w celu poinformowania Pana, kto jest Pana wierzycielem. Tymi informacjami nie miał Pan podstaw „dzielić” się z innymi osobami, zwłaszcza w liczbie niczym nieograniczonej. Upublicznienia tych danych dokonał Pan w środkach masowego przekazu – internet.

Naraził Pan moją Mandantkę na dalszą wiktymizację, stres, pozbawił ją Pan elementu anonimowości, pozbawił ją Pan prawa do prywatności. Wskutek Pana zachowania zaczęła otrzymywać dalsze groźby i nieprzyjemne komentarze – choć tym razem już z użyciem jej imienia i nazwiska.

Zwraca uwagę fakt, iż pomimo uczestniczenia przez Mandantkę w procesie sądowym przeciwko kościelnym jednostkom organizacyjnym, nigdy nie zostały upublicznione jej dane.

Sam natomiast Zakon skrytykował Pana zachowanie.

Jeśli wyraża Pan wolę uczynienia zadość naszemu wezwaniu, to proszę przystąpić do realizacji oczekiwań wyartykułowanych w niniejszym piśmie, w przeciwnym wypadku zostanie sformułowany pozew przeciwko Pana osobie.

Z wyrazami szacunku

Adwokat Jarosław Głuchowski

Wyboltowanie moje.

Żeby nawet największy matoł – czytelnik nadredaktora Michalkiewicza poniał, o szto ide, powyższe teksty są opatrzone nadtytułem „Złota żyła”.

Najwyraźniej Michalkiewicz jest zdania, że publikując dane ofiary pedofila w sutannie (to, że po ujawnieniu afery musiał ją zdjąć nie ma znaczenia) i narażając ją na atak rozmaitych szurów rzekomo katolickich obrzucających ją wyzwiskami w necie ( z których Kasia-kurwasia przejdzie do historii jako swoiste wyznanie wiary „proroka bezdomnego”) spełnił jakiś tam obowiązek wobec Narodu.

Ciekawe, że jakoś nie ujawnił danych byłego już na szczęście księdza pedofila Romana B. A przecież byłoby to o wiele bardziej zasadne, gdyż potencjalnie mogłoby ocalić jakieś dziecko nieświadome zagrożenia.

By było weselej w necie powstaje front ochrony rusofila.

Na portalu  https://niepoprawni.pl/  możemy przeczytać:

O poprzedniej kwocie 150.000, zasądzonej zaocznie, opublikowałam tekst w „Warszawskiej Gazecie”.

Te żądania zaczynają mieć charakter jakiegoś swoistego rekietu.

Młoda kobieta, występująca dotychczas anonimowo, zohydza bezpodstawnie – wespół ze swoimi lewackimi poplecznikami – Kościół Katolicki oraz wiele konkretnych osób, nie mających nic wspólnego z jej nieszczęściem, natomiast czuje się osobiście dotknięta, gdy ktoś wyraża wątpliwość co do wyroku wydanego na jej rzecz (osoby ukrytej pod pseudonimem, czyli nieznanej). Czy osoba anonimowa posiada prawo do ochrony dóbr osobistych?  Sądy w zasadzie stoją na stanowisku, że „nie jest możliwe naruszenie dobrego imienia abstrakcyjnej jednostki posługującej się wyłącznie określonym pseudonimem, uniemożliwiającym identyfikację tej osoby”. Także i z tego powodu zasądzenie od Michalkiewicza 150 tysięcy złotych jawi się jako wątpliwe.

Gdy Michalkiewicz ujawnił nazwisko i imię swojej wierzycielki, znowu ma być winien i znowu ma płacić.

Na pierwszy rzut oka nawet to mondrutkie.

Sądy w zasadzie stoją na stanowisku, że „nie jest możliwe naruszenie dobrego imienia abstrakcyjnej jednostki posługującej się wyłącznie określonym pseudonimem, uniemożliwiającym identyfikację tej osoby”.

Wystarczy jednak skonfrontować powyższy cytat z rzeczywistością, by dojrzeć jego bzdurność w tym kontekście.

Powoływanie się w grudniu 2019 r. na wyrok warszawskiego Sądu Apelacyjnego ze stycznia 2017 r. jest zupełnie chybione.

Powyższy wyrok, będący wynikiem apelacji od orzeczenia warszawskiego Sądu Okręgowego  z 23 czerwca 2015 r., sgn akt III C 962/14, po wprowadzeniu RODO nie mógłby się ostać w części cytowanej jako rzekoma obrona prawnika Michalkiewicza.

Otóż w katalogu danych osobowych pozwalających na zidentyfikowanie danej osoby zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) Nr 2016/679 z 27.4.2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (Dz.Urz. UE L 119, s. 1) jasno określono, że:

dane osobowe” oznaczają wszelkie informacje o zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osobie fizycznej („osobie, której dane dotyczą”); możliwa do zidentyfikowania osoba fizyczna to osoba, którą można bezpośrednio lub pośrednio zidentyfikować, w szczególności na podstawie identyfikatora takiego jak imię i nazwisko, numer identyfikacyjny, dane o lokalizacji, identyfikator internetowy lub jeden bądź kilka szczególnych czynników określających fizyczną, fizjologiczną, genetyczną, psychiczną, ekonomiczną, kulturową lub społeczną tożsamość osoby fizycznej.

Art. 4 pkt 1 ww. rozporządzenia

Nie jest więc tak, że osoba „ukryta pod pseudonimem” nie jest chroniona. Wystarczy, że znany jest IP, by nawet zmieniany co kilka godzin nick był pod ochroną.

Ale w tej akurat sytuacji faktycznej wyrok powyższy pasuje jak świni siodło.

W grę bowiem wchodzi prawo zagwarantowane art. 15 Prawa prasowego, zwane też prawem do anonimatu.

Każdy, kto miał do czynienia z dziennikarzem, nawet najbardziej lilipuciego portalu musi mieć świadomość, że jeśli zastrzeże sobie dane, to zastrzeżenie będzie święte.

Tylko w przypadku zbrodni może nastąpić zwolnienie.

Zgodnie z art. 16 Prawa prasowego wówczas, gdy chodzi o:

1) eksterminację narodową, etniczną, rasową, polityczną, wyznaniową etc. (art. 118 KK);

2) zamach stanu (art. 127 KK);

3) zamach na konstytucyjny organ RP (art. 128 KK);

4) szpiegostwo (art. 130 KK);

5) zamach na życie Prezydenta RP (art. 134 KK);

6) zamach na jednostkę Sił Zbrojnych RP (art. 140 KK);

7) zabójstwo (art. 148 KK);

8) sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 163 KK);

9) porwanie statku wodnego lub powietrznego, zamach stanu (art. 166 KK);

10) bezprawne pozbawienie wolności (art. 189 KK);

11) wzięcie lub przetrzymywanie zakładnika (art. 252 KK);

12) przestępstwa o charakterze terrorystycznym.

W każdym innym przypadku ochrona danych osobowych informatora (autora listu do redakcji a także autora materiału prasowego, jeśli zastrzegł sobie anonimowość!) jest obligatoryjnym obowiązkiem dziennikarza.

Nie tylko zresztą jego.

Prawo prasowe cyt. już art. 15 określa wyraźnie, że obowiązek zachowania tajemnicy dziennikarskiej:

dotyczy również innych osób zatrudnionych w redakcjach, wydawnictwach prasowych i innych prasowych jednostkach organizacyjnych (u. 2).

Jak należałoby powyższe rozumieć?

Czy zachowanie tajemnicy obejmuje wyłącznie osoby zatrudnione teraz bądź kiedyś w danej redakcji?

A może ustawodawca używając liczby mnogiej postanowił objąć nim całe środowisko?

Anonimat w jednaj redakcji oznaczałby objęcie nim pozostałych.

Inaczej….

Wyobraźmy sobie, że taki np. Głos Szałszy opublikował materiał demaskujący wójta Ziemięcic. Na to Wiadomości Ziemięcickie podały dane personalne informatora.

Kilka takich zachowań pozbawiłyby prasę (tradycyjną i elektroniczną) najważniejszego.

Zgodnie ze stanowiskiem ETPC, wyrażonym w orzeczeniu w sprawie Goodwin przeciwko Wielkiej Brytanii ochrona dziennikarskich źródeł informacji stanowi jeden z podstawowych warunków wolności prasy. Bez niej informatorzy byliby odstraszani od udzielania pomocy prasie w informowaniu opinii publicznej o sprawach mających publiczne znaczenie. Nakaz ujawnienia dziennikarskich źródeł informacji odstraszałby potencjalne źródła od pomagania prasie w wykonywaniu jej roli „publicznego kontrolera” (public watchdog), którego podstawowym zadaniem jest dokładne i wiarygodne informowanie społeczeństwa o sprawach mających publiczne znaczenie. Bez należytej ochrony źródeł informacji, bez gwarancji dla tajemnicy dziennikarskiej, nie ma wolnej prasy (por. wyr. ETPC z 27.3.1996 r. w sprawie Goodwin przeciwko Wielkiej Brytanii, skarga Nr 17488/90).

(Prawo prasowe. Komentarz, red. dr Wojciech Lis, dr Piotr Wiśniewski, Zbigniew Husak 2012)

To, co zrobił Michalkiewicz to zwykłe barbarzyństwo medialne.

Nie ma i nie może być słów usprawiedliwiających takie zachowanie.

Żałosne szczucie opinii społecznej na kogoś innego tylko dlatego, że samemu naruszyło się cudze dobra osobiste, co przy okazji na przyszłość może znacznie utrudnić pozyskiwanie informacji innym dziennikarzom.

Znając sprawę „Kasi” będą po prostu obawiali się denuncjacji jakiegoś innego Michalkiewicza.

Niestety. Takie denucjacje, mające wiele wspólnego ubeckimi praktykami, są na miniportalach nagminne.

Jednocześnie te same osoby, gdy przypomina się powszechnie dostępne informacje na ich temat (bądź też najbliższej rodziny, występującej publicznie pod własnym imieniem i nazwiskiem) wyzywają i wygrażają sprawami sądowymi, z których stalking powtarza się średnio raz na dwa, trzy tygodnie.

W zajawce umieściłem cytat z Ewangelii Mateusza. Jezus sformułował najważniejszą zasadę prawa naturalnego, na które ww. osoby co rusz się powołują.

Najwyraźniej wg nich brzmią one inaczej:

Co wolno dziennikarzowi/blogerowi to nie tobie smrodzie.

Dlatego mam cichą nadzieję, że mec. Głuchowski w pozwie o zadośćuczynienie nie zapomni też o właścicielu portalu.

Pora najwyższa, by nawet w necie ludzie zaczęli zachowywać się przyzwoicie.

A jeśli nie będą umieli?

No to adieu!

26.12 2019