Co musi się zmienić w psychice człowieka, żeby stanąć przed kamerami, spojrzeć w oczy milionom ludzi i świadomie kłamać?
Oczywiście każdy może skłamać. Ze strachu, ze wstydu, dla korzyści albo dlatego, że prawda jest dla niego niewygodna. Czym innym jest jednak kłamstwo wypowiedziane w cztery oczy, a czym innym świadome wprowadzanie w błąd milionów ludzi przez człowieka sprawującego władzę, który powinien ponosić szczególną odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo.
Warto więc przyjrzeć się mechanizmom psychologicznym, które pozwalają przekroczyć granicę, przed którą wcześniej być może sam by się zatrzymał.
Jednym z nich jest przekonanie, że cel uświęca środki. Polityk wie, że mija się z prawdą, ale tłumaczy sobie, że robi to dla zwycięstwa własnego obozu. Z czasem przestaje rozliczać się z uczciwości, a zaczyna wyłącznie ze skuteczności. Nie pyta już, czy postępuje właściwie, lecz czy jego działanie przyniesie oczekiwany rezultat.
Przestaje odróżniać to, co mu się opłaca, od tego, co jest uczciwe. Prawda staje się przeszkodą, którą należy ominąć, a nie wartością, której trzeba bronić. To, co wczoraj wywoływało wstyd, jutro staje się metodą działania, a pojutrze zostaje przedstawione jako coś zupełnie normalnego. Tak rodzi się polityczne łajdactwo i moralna degeneracja.
Ale problem nie kończy się na charakterze samego polityka. Równie ważne jest jego otoczenie i reakcja ludzi, którzy pozwalają mu wierzyć, że może bezkarnie przekraczać kolejne granice.
Bo jezeli taki człowiek, odkrywa, że może kłamać i nie ponosić za to żadnych konsekwencji to kłamie.
Kiedy zaczynamy traktować polityka nie jako reprezentanta, którego należy rozliczać, lecz jako przywódcę własnego plemienia, przestajemy oceniać go według uniwersalnych zasad. Jego błędy stają się pomyłkami, kłamstwa zyskują usprawiedliwienie, a krytycy zostają uznani za wrogów.

W ten sposób wyborca przestaje bronić prawdy, a zaczyna bronić własnego kłamstwa. Lojalność wobec partii stawia ponad uczciwością, a przynależność plemienną ponad własnym sumieniem. To intelektualne i moralne dno, w którym polityczna lojalność staje się usprawiedliwieniem dla wszystkiego.
Co gorsza, polityk, który nie słyszy sprzeciwu, może z czasem uznać, że wszystko mu wolno.Historia wielokrotnie pokazywała, do czego prowadzą pogarda dla prawdy, odczłowieczanie przeciwników i przekonanie, że własna racja zwalnia z wszelkich moralnych ograniczeń. W XX wieku Niemcy traktowały Polaków jako naród przeznaczony do podboju, eksploatacji i wyniszczenia. Za tą pogardą stała ideologia, która odbierała nam prawo do godności, wolności, a nawet życia.
Oczywiście współczesnego sporu politycznego nie wolno utożsamiać ze zbrodniami niemieckimi. Historia pozostaje jednak ostrzeżeniem, że pogarda dla człowieka i odrzucenie moralnych hamulców mogą prowadzić do konsekwencji, których wcześniej wielu nie potrafiło sobie wyobrazić.
Dlatego również dzisiaj trzeba pytać, czy polityk traktuje obywateli jak ludzi, którym należy się szacunek i prawda, czy jak narzędzie zdobywania i utrzymywania władzy. Bo demokracja bez odpowiedzialności za słowo szybko zamienia się w teatr, w którym liczy się już nie to, co jest prawdą, lecz to, komu uda się skuteczniej oszukać publiczność. Sto konkretów na sto dni? Już sami się z tego śmieją, że oszukali ludzi. Ostatnio w wywiadzie u Roberta Mazurka
Zbigniew Bogucki, szef Kancelarii Prezydenta, jasno zapowiedział, że Karol Nawrocki jest przygotowany na każdy, nawet najdalej idący scenariusz związany z Trybunałem Konstytucyjnym.Jeżeli Tusk zdecyduje się na kolejne bezprawne działania wymierzone w Trybunał, prezydent ma zareagować na to bezprawie zdecydowanie i jest gotowy na każdy scenariusz. Czyli jak chodzą słuchy trwa mobilizacja wojska.A na koniec proste pytanie, na które nie znam odpowiedzi: jak zachować szacunek do człowieka takiego jak Tusk, który stawia własny interes ponad prawdą, dobrem wspólnoty. Łamie prawo, konstytucję i łże jak „bura suka”?