Niemal 10 lat temu postawiłem w przestrzeni publicznej pytanie: skąd się wzięły obecne kadry akademickie? – umieszczając je w sieci, a także rozsyłając do decydentów i organizacji akademickich. Niestety do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi, nie było żadnej reakcji, mimo że kwestia genezy obecnej kadry formującej nasze elity ma ważne znaczenie dla wszelkich działań prowadzonych na rzecz naprawy naszego niewydolnego systemu akademickiego.

Gdy drzewo nie rośnie, jak trzeba, dobrze jest poznać jego korzenie, aby podjąć działania na rzecz prawidłowego wzrostu. Inaczej, mimo dbałości o jego koronę, gałęzie – może uschnąć. Poznanie przyczyn nieprawidłowego rozwoju, dolegliwości, to standard, także w leczeniu człowieka, a co dopiero mówić o naprawianiu tak skomplikowanej struktury jaką jest domena akademicka, w dodatku o takiej złożonej i długiej historii.

Pytania były niewygodne/ niepoprawne? Aby skierować uwagę na konkretne zagadnienia, sformułowałem kilka przykładowych tematów badawczych, których realizacja mogłaby przybliżyć nas do poznania genezy obecnych kadr akademickich.

Przypomnę je:

• Przyczyny i skutki braku odwilży na uczelniach po 1989 r. – porównanie z rokiem 1956.

• Geneza luki pokoleniowej na uczelniach w III RP – jej uwarunkowania czystkami akademickimi lat osiemdziesiątych.

•Wieloetatowość akademickich beneficjentów systemu wobec bezetatowości wykluczonych w PRL i III RP.

• Heroiczny opór środowiska akademickiego przed powrotami akademików ze sfery pozaakademickiej i z zagranicy.

• Badania nad systemem reprodukcji kadr akademickich w III RP.

• Cenzura prewencyjna i autocenzura w działalności naukowej i edukacyjnej naukowców w PRL i III RP.

• Skutki długotrwałej rekrutacji kadr akademickich na drodze fikcyjnych konkursów, ustawianych pod konkretnego kandydata, wybranego wcześniej do wygrania wg kryteriów genetyczno-towarzyskich, a nie merytorycznych.

• Badania socjologiczne/psychologiczne nad niechęcią środowiska akademickiego do rezygnacji z nepotyzmu – co wobec kiepskich/głodowych płac zapewne poprawiłoby sytuację rodzin akademickich.

Ciekawe, że do tej pory takie tematy nie były w dostatecznym stopniu podejmowane, mimo nadania ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych oraz dyplomów ukończenia szkół wyższych. Niestety nadal nic nie wskazuje, aby wzbudziły jakiekolwiek zainteresowanie.

Oczywiście mógłbym ich sformułować wiele więcej, ale wobec stosowania subkultury przemilczenia, chyba nie ma nadziei na ich opracowanie. Zapewne takie i podobne pytania uważane są za niepoprawne, niewygodne dla obecnych etatowych kadr akademickich, które zachowują się tak, jakby za nic w świecie nie chciały poznać swoich korzeni.

Dlaczego? Czyżby czegoś się wstydziły ze swojej przeszłości? Nawet jeśli tak jest, to trzeba by wstyd jakoś przełamać, aby dać szansę na naprawę systemu, w którym funkcjonują. Inaczej ich potencjał nie zostanie należycie wykorzystany z korzyścią dla nich samych, jak i społeczeństwa.

Kto jak kto, ale elity kraju winny wiedzieć skąd pochodzą i dokąd zmierzają.

 

Nie najlepsze kadry PRL

 

Polska domena akademicka poniosła ogromne straty osobowe i materialne podczas II wojny światowej, i to zarówno ze strony okupanta niemieckiego, jak i „wyzwoliciela” sowieckiego. Niestety w zniewolonej PRL tych strat nie zdołała odbudować.

Kadry akademickie, które uchroniły się przed zagładą, podlegały procesom „oczyszczającym” od samego początku Polski Ludowej, aby nie wpływały negatywnie na młodzież akademicką, która miała budować nowy, postępowy ustrój. Część kadr przenoszono na wcześniejszą emeryturę, część kierowano do nowo powstałej Polskiej Akademii Nauk, pozbawiając kontaktu z młodzieżą, możliwości wykładania, ale dając możliwość np. tłumaczenia klasyków filozofii, aby nowi, socjalistyczni filozofowie mieli szanse na zapoznanie się z tym, co mieli zwalczać w budowaniu jedynie słusznej filozofii marksistowskiej.

Niektórzy akademicy wracali z Zachodu, ale mieli poważne trudności z wykorzystaniem swoich kompetencji intelektualnych, chyba że byli lewicowi i współdziałali w zainstalowaniu nowego systemu.

Po 1956 r. nastąpiła wprawdzie „odwilż” i część odsuniętych akademików wracała na uczelnie, ale i tak, aż do końca PRL, kryteria ideologiczne dominowały nad merytorycznymi, i to na każdym szczeblu kariery akademickiej, a nawet już przy wstępowaniu młodych na uczelnie (punkty za pochodzenie!).

O rozwoju kariery w zasadniczym stopniu decydowała „przewodnia siła narodu”, co skutkowało selekcją negatywną. Wyłaniano nie najlepsze kadry reprodukujących podobnych sobie, posłusznych, konformistycznych, oportunistycznych.

I w tej selekcji chodziło nie tyle o jak najlepszą znajomość idei Marksa czy Lenina, co o akceptowanie wiecznego sojuszu z ZSSR i przewodniej siły narodu, bez czego nie można było zrobić dużej kariery akademickiej.

System był mniej lub bardziej zamknięty, szczególnie dla niepartyjnych, co dla nauki jest poważnym ograniczeniem, niemal zabójczym. Długoterminowe wyjazdy zagraniczne, atrakcyjne stypendia były przede wszystkim dla przewodniej siły narodu i jej przyjaznych – no i jakże licznych w środowisku akademickim – tajnych współpracowników systemu komunistycznego.

Wielu akademików, także partyjnych, z wyjazdów zagranicznych nie wracało, zasilając ośrodki zagraniczne. Do dziś w przestrzeni publicznej słychać opinie, i to na najwyższych nawet szczeblach, że to rok 1968 stanowił negatywny przełom w domenie akademickiej, a to ze względu na emigrację naukowców pochodzenia żydowskiego. Ci jednak unikali tym samym rozliczenia ze swoją niechlubną przeszłością z czasów instalacji systemu komunistycznego i zyskiwali szanse na karierę zagraniczną, z czego niektórzy skorzystali.

Ich miejsca zajmowali młodsi, sformatowani już w czasach ZMP, którzy obsadzali stanowiska kierownicze, także w nowych instytutach tworzonych na miejsce likwidowanych katedr, co pozwoliło na pozbycie się starszych profesorów, o korzeniach w II RP.

Ta strukturalna zmiana jako skutek Marca ’68, o ogromnych konsekwencjach dla dalszych losów domeny akademickiej, jakoś jest na ogół pomijana w przestrzeni publicznej i w pracach historycznych.

Podobnie zresztą jak czystki jaruzelskie u schyłku PRL, które doprowadziły do opuszczenia domeny akademickiej przez liczne rzesze aktywnych akademików, nie rokujących nadziei na to, że zaakceptują przewodnią siłę narodu. Ci wyjeżdżali z Polski, o ile mieli taką możliwość lub byli do tego zmuszani, albo przechodzili do sektora pozaakademickiego. Tym samym przerywano ciągłość rozwoju kadr akademickich, niszczono warsztaty pracy, niepokorne centra formowania młodych kadr akademickich.

W okresie PRL stworzono (co prawda nie bez oporów) nową kadrę – prawdziwych peerelczyków, którym konformizm i oportunizm dawały szanse na sukces. Natomiast w mitologii akademickiej dominują opinie, że uczelnie były bastionami oporu przed komunizmem. Jeśli kilka procent populacji akademickiej jakiś opór stawiało – to wszystko, i to na ogół głównie poza strukturami akademickimi, bo te trwały nienaruszone do końca PRL i zasadniczo trwają do dziś.

 

Kadry III RP – jeszcze gorsze?

 

Transformacja PRL w III RP zachowała ciągłość prawną i personalną w domenie akademickiej. Nie dokonano lustracji ani tym bardziej dekomunizacji, poza swoistą dekomunizacją uczelnianych historii poprzez usuwanie z nich terminów ‘komunizm’ czy ‘PZPR’, a także takich wydarzeń jak stan wojenny.

Przeglądając strony internetowe polskich uniwersytetów, które funkcjonowały jeszcze w PRL, tylko na stronie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika znalazłem informację, że było coś takiego jak stan wojenny. Analiz skutków degradacji systemu akademickiego, widocznej także w obrazie dzisiejszych kadr, w przestrzeni publicznej ze świecą szukać.

Luka pokoleniowa powstała po czystkach jaruzelskich (wyjazdy, usuwanie niewygodnych) została załatana patologiczną wieloetatowością oraz przyspieszoną produkcją ogromnej ilości stopni i tytułów naukowych i dyplomów, choć bez większego znaczenia merytorycznego.

Uczelnia wydająca więcej dyplomów uzyskiwała większe dotacje, a nadawanie coraz większej liczby doktoratów było potrzebne kadrze do uzyskiwania kolejnych stopni i tytułów naukowych.

W tak funkcjonującym systemie staliśmy się liderem europejskim, jeśli chodzi o ilość szkół z nazwy wyższych, potęgą tytularną, ale ciągniemy się w ogonie innowacyjności i na dalekich miejscach, najlepszych nawet polskich uczelni, we wszystkich rankingach światowych. Widocznie innowacyjne wynalazki np. urządzeń do oczyszczania nóg z piasku przy wychodzeniu z plaży (Jak wychodzić z plaży, czyli innowacyjne wynalazki polskich naukowców, „Kurier WNET” 63/2019) czy innowacyjne metody wydawania lipnych dyplomów, wprowadzone już w PRL, jakoś nie znajdują uznania wśród oceniających nasze osiągnięcia.

Za nic w świecie nie chcemy się rozstać z dotychczasowymi filarami naszego patologicznego, niewydajnego systemu, które stanowią: habilitacja i profesura belwederska, choć wszystko wskazuje, że te filary są wadliwie osadzone. Każda budowla postawiona na bagnie, na osuwisku, narażona jest na zawalenie się. O przetrwaniu każdej posadowionej konstrukcji decydują należyte fundamenty. Malowanie ścian czy zdobienie balkonów nie zabezpieczą konstrukcji przed destrukcją. Niestety u nas zaciemnia się obraz rzeczywistości, wzorując się na potiomkinowskich wsiach, wykorzystywanych także w propagandzie w czasach Gierka. O fundamenty domeny akademickiej się nie dba.

Problemów genezy kadr akademickich i poznania przyczyn ich słabości się nie podejmuje. Kadry utracone w wyniku emigracji czy wyrzucone poza ramy domeny akademickiej nadal się w tych ramach nie mieszczą, traktowane jako zagrożenie dla kadr jedynie właściwych, choć niezdolnych do działalności na poziomie czołówki światowej (nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę).

 

Kasowanie kasy nadzieją na poprawę?

 

Akademicy od lat podnoszą konieczność większych nakładów na naukę przy zachowaniu jednak autonomii, jeśli chodzi o ich wydawanie, choć korelacja między nakładami na naukę i efektami nauki jest słaba. Pojęcie nauki jest zresztą zbyt szerokie i wydatki np. na ideologię gender też są do tej puli włączane. W PRL wydatki na naukę były wielokrotnie mniejsze, zarabialiśmy jakieś 100 razy mniej niż obecnie (kilkanaście – kilkadziesiąt dolarów miesięcznie), a poziom nauki był podobny, a nawet w wielu dziedzinach lepszy. Zdecydowana poprawa infrastruktury domeny akademickiej, osiągnięta przy dużych nakładach, na wiele się nie zdała, jeśli chodzi o podniesienie poziomu nauki uprawianej w Polsce. Nie ma żadnych przesłanek, by twierdzić, że jak naukowcy dostaną więcej pieniędzy, to noble same przyjdą.

A tak sami nieraz argumentują. Co więcej, oburzają się, gdy ktoś porównuje osiągnięcia naukowców polskich i zagranicznych. Światowe rankingi uczelni pokazują jednak, że nasze szkoły wyższe pozostają w tyle nie tylko za amerykańskimi czy angielskimi, ale także za tymi z państw o podobnym do naszego poziomie zamożności, a nawet zdecydowanie biedniejszych. Co ciekawe, polskie uczelnie nie są otwarte na naukowców, którzy przy nikłym finansowaniu budżetowym, a nawet bez finansowania potrafią osiągnąć w nauce więcej niż etatowi pracownicy.

Widać na takich im nie zależy, a nawet są traktowani jako personae non gratae, bo podważają opinię, że słabe finansowanie jest główną (jedyną) przyczyną niewydajności etatowej nauki.

I ostatnio rektorzy KRASP domagają się zwiększenia uposażeń etatowych akademików, argumentując, że gdy będą oni zarabiać więcej, to i społeczeństwu będzie żyło się lepiej! Rzecz jasna, przy przestrzeganiu autonomii akademickiej, aby nie było kontroli społecznej tego, na co środki podatnika wydadzą.

Czy kasowanie kasy przez akademików skasuje przyczyny niewydajności systemu akademickiego i będzie korzystne dla społeczeństwa?

Moim zdaniem taki optymizm nie jest uzasadniony. Brak korelacji między nakładami na naukę a wynikami jest nader widoczny. Trzeba wreszcie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięły obecne kadry akademickie, i skasować liczne patologie, zamiast je finansować.

Tekst opublikowany we Kurier WNET w październiku 2021 r.