Znowu się wtrącę i narażę prawicy. Chodzi o Smoleńsk. Cały czas uważam, że klucz jest w Polsce i na tym powinniśmy się skoncentrować, skoro po tylu latach nie mamy wraku, a dowody z Rosji uzyskaliśmy nie bezpośrednio, ale za pośrednictwem Moskwy. Dlaczego tak upieram się przy „polskim kluczu”?

Nie znam się na technice lotniczej. Nie wiem dlaczego samolot lata i nie interesuje mnie to. Znam się natomiast na procedurach urzędniczych i przygotowaniach oficjalnych delegacji. Do moich obowiązków w ambasadzie należało zabezpieczanie takich delegacji. Nie fizyczne oczywiście, ale operacyjne, a także łącznikowanie służb brytyjskich odpowiedzialnych za bezpieczeństwo (wywiad, kontrwywiad, policja, DPG, etc.). W latach 2000-2006 uczestniczyłem w przygotowaniu trzech wizyt prezydenta Kwaśniewskiego (dwie oficjalne i jedna prywatna), wszystkich premierów od Buzka do Marcinkiewicza, kilkadziesiąt wizyt ministrów spraw zagranicznych (chyba z sześciu) oraz niezliczoną ilość wizyt oficjalnych niższego szczebla. Zajmowałem się bezpieczeństwem tych wizyt na lotniskach, w trakcie przejazdów, w hotelach itp. Znam konieczny obieg pism, ich treści, wymogi oraz właściwości poszczególnych instytucji. Dodatkowo, przeżyłem w Londynie WTC i zamachy w roku 2005 i bywałem bezpośrednio angażowany w realizację działań zabezpieczających. Wiem, widziałem, co działo się w służbach. W dniu 10 kwietnia 2010 roku byłem w Polsce. Pracowałem już w centrali. W AW. I nic mi nie pasuje i wszystko jest sprzeczne z moimi londyńskimi doświadczeniami. Jestem w stanie zrozumieć jedno niedopatrzenie, no, może i dwa i złożyć je na karb urzędniczego bałaganu, lecz jeśli wszystko było niezgodne z zasadami i procedurami, to oznacza to, że ktoś nie chciał, by ten lot się odbył, albo, by tak się skończył. Oznacza to, że jego proceduralna obstrukcja była intencjonalna i zmierzała do określonego celu. Dla mnie to oznacza zamach. Wiem też, że poprzez odpowiedni zestaw złamanych procedur samolot można strącić bez żadnego strzału lub wybuchu. To wszystko. Tu są konkretne instytucje i konkretni ludzie.

Nie rozsądzam w tym poście, co, jak i dlaczego. Nie o to mi chodzi. Moje spekulacje i hipotezy nie są tu ważne. Jeśli tak było, jeśli złamano wszystkie procedury, to ktoś, cholera, musiał za tym stać i powinien za to odpowiedzieć. Ustalmy najpierw to, ale nie na podstawie papierków, wytwarzanych prawdopodobnie wtórnie, lecz w drodze prawdziwej pracy operacyjnej kontrwywiadu, a potem śledczej. Przy czym badanie to winno dotyczyć okresu przed, w czasie i po katastrofie oraz nie tylko miejsca startu i upadku samolotu, ale także salonów warszawskich, szczególnie tych, które miały wpływ na budowę określonej narracji.

Więcej tutaj.