Artykuł Marka Pyzy na portalu „wPolityce.pl” (link) po raz pierwszy chyba dotyka tego, o czym mówię od dawna i chociaż dziennikarz pominął kilka pytań, to i tak jest to bardzo ważne. Od początku twierdzę z uporem i będę twierdził nadal, że klucz jest w Polsce. Będę o tym przypominał ciągle, chociaż nie przysparza mi to „przyjaciół”. Powtórzę końcowy wniosek z raportu BND: Rosjanie nie zrobiliby tego bez udziału sił polskich. To straszny wniosek, ale prawdziwy. Nawet jeśli uznamy ten dokument za fałszywy (nie wypowiadam się na ten temat), to nie oznacza, że taki wniosek nie może być prawdziwy. Niestety. Tu nie ma rozmytej odpowiedzialności. Urzędy państwowe komuś personalnie podlegają i czyjeś polecenia wykonują. Nie chce mi się pisać o zaangażowaniu MSZ i jego szefa w organizację wizyt prezydenckich i „premierowskich”. Przypomnę, że w Londynie, w ciągu sześciu lat, musiałem uczestniczyć w przygotowywaniu trzech wizyt prezydenta Kwaśniewskiego (dwie oficjalne) i wizyt wszystkich premierów Polski pomiędzy rokiem 2000-2006. Stąd znam procedury, obieg dokumentów oraz udział MSZ w tych wydarzeniach. To wszystko jest regulowane protokołem i dyplomatyczną rutyną. Dlatego pytam: gdzie jest korespondencja pomiędzy Kancelariami, a MSZ, gdzie jest korespondencja pomiędzy MSZ, a Ambasadą, gdzie są noty dyplomatyczne przygotowujące wizytę? Kto został personalnie wyznaczony do przygotowywania wizyty w Smoleńsku przez Ambasadę i kto ze strony rosyjskiej? Nazwiska powinny być w notach i odpowiedziach na nie. Kto personalnie odpowiadał za bezpieczeństwo wizyt. Jakie polecenia wydano po tragedii? Dlaczego, na czyje polecenie nie uruchomiono służb specjalnych, ani nie postawiono ich w stan podwyższonej gotowości (po 11/09 były postawione)? Dokumentacja pozwoli również na pokazanie tego, co działo się później. Dajmy już spokój. To nie państwo samo w sobie narobiło „bałaganu” i „zamiotło wszystko pod dywan”, przynajmniej usiłowało, ale konkretni ludzie, konkretni politycy, konkretni urzędnicy państwowi, których imiona nazwiska i funkcje figurują na konkretnych dokumentach. Czas ich rozliczyć.

Jeśli chodzi o pana ministra Sikorskiego, to ja już się zdrowo naraziłem. Zadałem kilka pytań na podstawie zachowanych akt Departamentu I SB MSW PRL i wyszło na to, że jestem „szuja” i „opluskwiam. Tak, w programie Jana Pospieszalskiego, powiedział jeden ważny pan Redaktor mocno zdenerwowany, ponieważ podał informację, która była trochę inna niż ta, jaką lansowała jego gazeta, drugi pan Redaktor, z prawicy, podał mi rękę z lekceważącym oburzeniem i dotąd tak mi ją podaje, a trzeci uczestnik, poseł, zrobił coming out później i okazało się, że chce być homoseksualistą. Tylko Witek Gadowski zachował się tak, jak powinien zachować się dziennikarz. Telewizja stwierdziła zaś, że się nie nadaję i mnie już nie zaprasza. To oczywiście żart. Chciałem jednak podkreślić, że w ogólnym pojęciu, właściwym dla wszystkich opcji, winnym może być woźny, albo goniec, a nigdy minister. Ruszenie personalnie kogokolwiek grozi „śmiercią lub kalectwem”. Jak długo jeszcze polityka „świętych krów”, „ofiar afery taśmowej, będzie u nas obowiązywać?

Dlatego artykuł Marka Pyzy, który mnie uważa za prowokatora, jest taki ważny.