Gdy wiosną 2020 roku ktoś wspomniał, że przed nami z pewnością przymusowe szprycowanie, wszyscy racjonalnie myślący stukali mu w głowę i nazywali teoretykiem spiskowym. Tak, tak. Powszechny przymus? W życiu! Demokratyczne rządy na to się na pewno nie zdecydują. Prawa człowieka, wyborcy i tak dalej. A zresztą szpryce były odległą perspektywą – za 2 może 3 lata. Wiadomo – przed dopuszczeniem konieczne badania, obserwacja skuteczności, skutków ubocznych…

A tu proszę! Ledwo rok minął i już mamy szprycę od dawna i w wielu już krajach świata staje się ona obowiązkowa! U nas (jeszcze?) nie, ale zewsząd płyną „zachęty”, nachalna „reklama”.

I te pełne troski pytania:
– A ty? Nie szprycujesz się? A może przyjąłeś już swoją dawkę ketczupu? Najlepiej byłoby gdybyś się jednak zaszprycował. Chroniłbyś siebie i innych.

A ja no to pytam: Po co mam to robić? Po co mam przyjmować jakiś podejrzany specyfik do swojego organizmu? Przecież was chyba chroni już wasza szpryca? Czy może jednak nie?

Jeśli tak (po to przecież ją przyjęliście), mną się nie przejmujcie. A zresztą przed czym miałbym was chronić? Przed nowym, „pachnącym” jeszcze świeżością wariantem? Który ponoć powala masowo głównie zaszprycowanych? Spójrzcie oto co nam oznajmiają troskliwi dziennikarze i „specjaliści” z jednego z popularnych portali:

Szpryce na wiadomą chorobę „są medycznymi cudami, ale nie są nieomylne”.
„Jeśli nie wykorzystamy wszystkich dostępnych narzędzi [tj. „lockdownów”] naraz, nie wrócimy do normalności i będziemy musieli żyć z kolejnymi falami p[l]andemii przez dwa, trzy kolejne lata”.
„Rozmaitej mocy lockdowny narzucane są w całej Europie, nawet w krajach o najwyższych wskaźnikach” zaszprycowań.

Tiaa… Kolejne straszenia, kolejne brednie.

Zatem cóż. Na razie ja podziękuję za ów cudowny preparacik. Czekam na tę ostatnią dawkę – tę bezpieczną i skuteczną. Tę, która „przywróci nam normalność” (o ile takowa kiedykolwiek nadejdzie).