Zawsze kochałem zwierzęta i ptaki. Wydaje mi się też, że wzajemnie się rozumiemy. Gołębiarstwo pocztowe (bo tak się to nazywa) jest sportem. Jestem ich trenerem a gołębie, jak zawodnicy, na wyścigi wracają na miejsce. Te ptaki wywozi się na odległość do 650 mil (ponad 1000 km!), lecą z prędkością od 45-75 mil na godzinę! One, mając całe niebo i cały świat pod sobą, wracają do swojego gołębnika, czyli do mnie – dla portalu Pressmania.pl mówi Marek Brzeszcz. – Wielka satysfakcja i przyjemność towarzyszy widokowi wracających gołębi z lotu! Ten stan może zrozumieć tylko inny hodowca – wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej z dalekiego San Diego w Kalifornii.

Małgorzata Kupiszewska: Pana pasją są gołębie. Skąd taki wybór? Co jest takiego w tym zamiłowaniu, że oddał się Pan temu bez reszty?

Marek Brzeszcz i biały gołąbMarek Brzeszcz: – “Bez reszty” to może lekka przesada, ale prawda jest taka, że gołębie stanowią jedną z ważniejszych pasji w moim życiu. Są niejako jedną z moich ucieczek od rzeczywistości. Dzięki nim choć na chwilę mogę zapomnieć o brudnej polityce świata i codziennej walce o przetrwanie. Poza tym zawsze kochałem zwierzęta i ptaki. Wydaje mi się też, że wzajemnie się rozumiemy. Gołębiarstwo pocztowe (bo tak się to nazywa) jest sportem. Jestem ich trenerem a gołębie, jak zawodnicy, na wyścigi wracają na miejsce. Te ptaki wywozi się na odległość do 650 mil (ponad 1000 km!), lecą z prędkością od 45-75 mil na godzinę! One, mając całe niebo i cały świat pod sobą, wracają do swojego gołębnika, czyli do mnie. Wielka satysfakcja i przyjemność towarzyszy widokowi wracających gołębi z lotu! Ten stan może zrozumieć tylko inny hodowca.

Dawno temu wyjechali Państwo z żoną do USA. To była podróż za chlebem? Od razu trafili Państwo do słonecznej Kalifornii?

– Wyjechaliśmy w 85-tym roku.Tak, można to nazwać: “wyjazdem za chlebem”.  Mieliśmy zarobić i wrócić. Najpierw wylądowaliśmy w Chicago: wietrznym i mroźnym zimą, a upalnym i wilgotnym latem. Do kraju pomarańczy dotarliśmy dopiero w 1990 roku.

Jakie były początki?

– Tak jak dla większości emigrantów tamtych czasów… ciężkie, ale owocne. Halinka, żona, pracowała na noce a ja na długie, długie dniówki. Przy tym trzeba było zadbać o dwoje maluchów. Mimo to byliśmy zachwyceni sposobem, w jaki nas Ameryka przyjęła i jak szeroko otworzyła nam drzwi do sukcesu. Byliśmy zaskoczeni również tym jak Polacy świetnie sobie tutaj radzą. Pokochaliśmy ten kraj i postanowiliśmy w nim zostać.

Pana działania sprawiają, że stał się pan ambasadorem kultury polskiej w San Diego. To niełatwe zadanie.

Marek Brzeszcz z białymi gołębiami w rękach– Zawsze byłem miłośnikiem naszej ojczystej kultury i sztuki, a artyści mieli specjalne miejsce w moim sercu. Lubię dobry film, spektakl i muzykę.Tu na obczyźnie wszystko, co polskie, staje się bardziej drogocenne i potrzebne. Kiedy pracowałem jeszcze w Polmozbycie, w service Fiata, moimi klientami byli artyści z Teatru Starego i Ludowego: Jerzy Bińczycki, Tadeusz Huk, Jerzy Trela, Ryszard Filipski i inni. Za opiekę nad ich samochodami mieliśmy z żoną “pierwsze miejsca” na premierach. Brakowało mi tego tutaj, na obczyźnie. Starałem się więc pomóc Polonii w San Diego w promocji kultury polskiej. Mój zapał dotychczas nie wygasł. Mamy tu dość dużą grupę Polonusów, choć bardzo rozrzuconą po całym obszarze tego rozległego miasta. Założyliśmy również organizację, która miała zebrać fundusze i wybudować Polskie Centrum w San Diego.

Jaki spotkał ją los? Czy jest szansa na Polskie Centrum w Kalifornii?

– Organizacja dalej istnieje i działa. Zmienił się Zarząd, a co za tym idzie niestety i cele organizacji. Myśl o budowie Centrum odłożono na „potem”. Osobiście dalej o tym myślę i jak Bóg pozwoli to niebawem wrócę do tego projektu. Tym razem może jednak  troche inaczej. Jak i co… to już może przy innej okazji…(po chwili namysłu) – Do projektu Sukiennic powrócę na pewno!

Co Pana łączy ze Stanem Borysem: jogging, tenis, muzyka?

– Przyjaźnimy się od 18-tu lat. Zachwycił mnie swoimi możliwościami wokalnymi i poetyckimi. Podziwiam jego żywotność i twórczość poetycką. Łączy nas również duch sportowca – spędzamy wiele godzin grając w bilard i w golfa. Lubimy też dobry film i dobrą grę aktorską.

Jak to jest przyjaźnić się z tak wybitnym Polakiem, którego „Jaskółka” zachwyca do dziś?

– Bardzo normalnie i rodzinnie – jesteśmy po prostu kumplami bez większych tajemnic między sobą. Przynajmniej raz w roku przyjeżdża do nas ze swoją Anią, na parę tygodni w okresie Świąt Wielkanocnych. Te Święta też spędzamy bardzo rodzinnie. Cieszymy się więc, że on spedza je z nami – tak jak to rodzinie przypada. My z drugiej strony też go odwiedzamy, kiedy tylko jesteśmy w Polsce. Często jedziemy z nim wtedy w „trasę”, a on wygląda na zadowolonego, że nas ma przy sobie.

Ostatnio zbudował Pan scenę na terenie swojej posiadłości. Już ktoś tam występował?

– Scenę nazywaliśmy Amfiteatrem Jaskółką na jego cześć – mojego przyjaciela i brata duszy: Stana Borysa. W dniu otwarcia prezentował swoją nową płytę IKONA. Jemu, jako patronowi tego miejsca, została nadana pamiątkowa gwiazda odlana w betonie (przed sama sceną), z jego autografem i odciskiem obu dłoni. Potem nadaliśmy kolejne gwiazdy: Stanisławowi Górce, Janowi Pietrzakowi i Marcinowi Dańcowi. Na koniec zeszłorocznego lata wystąpił Zespół Monk z Tarnowa i parę lokalnych zespołów muzycznych. Z ramienia organizacji przyjąłem między innymi: Andrzeja Rosiewicza, Teatr Hybydy, Stanisława Górkę, Stana Borysa, Mariana Opanię, Jana Pietrzaka i innych. Prywatnie gościł u nas również Jan Gajda i Piotr Szczepanik.

Co mieszkańcy Kalifornii cenią u Polaków? Jak jesteśmy postrzegani? Czego się już, dzięki Panu, o nas dowiedziano za oceanem?

Marek Brzeszcz wypuszcza białego gołebia– Trudne pytanie, Pani Małgosiu. Najlepiej byłoby ich samych o to zapytać. Myślę jednak, że my jako Polacy daliśmy się tu poznać z dobrej strony. W większości bowiem nasi rodacy to fachowcy we wszystkich dziedzinach zawodowych, a niektórzy zaliczani są do najwyższej klasy światowej. Mamy tu bowiem nie tylko super budowlańców, samochodziarzy, mocno stojących ludzi biznesu, ale i bardzo silna grupę naukowców i lekarzy.

Dzięki mnie… hm: to chyba to, że Polacy lubią i umieją się bawić – ha, ha, ha.

Dziękuję za rozmowę.