Kilka lat startowałem w maratonach pływackich. Na 10 kilometrów. Organizowano je na kąpielisku miejskim przy al. Łyska jeszcze przed sezonem, więc woda była względnie czysta. Tylko wtedy widziałem dno basenu na dwóch metrach. Należałem wówczas do klubu pływackiego „Delfin”. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego zdecydowałem się na pływanie. Codziennie po 3 kilometry. Moja skóra waliła chlorem na jakieś 100 metrów. To chyba był rodzaj ucieczki przed sytuacjami, w których nie chciałem być. Poza tym pływanie było zdrowe. Zamiast wąchać klej i chlać jabole, pływałem. Im więcej miałem problemów, tym więcej i szybciej pływałem. Tak jakby pływanie miało rozwiązywać problemy.
Te maratony, organizowane na początku sezonu to było wydarzenie. Sama myśl, że mam przepłynąć odległość z Cieszyna do Skoczowa, budowała w moim mózgu pomnik wielkiego pływaka. Mistrzem świata i kosmosu na tych zawodach był Janusz. Potem jakiś zaprzyjaźniony z nim czeski zawodnik, a potem my, drobnica pływacka: leszcze, płotki i uklenie.
Temperatura wody wynosiła ok. 17 stopni, więc zimno było, a trzeba było ponad trzy godziny wiosłować. Co bardziej przytomni zawodnicy smarowali się pod pachami i pachwinami łojem kaczym. Śmierdział okrutnie, ale zabezpieczał przed wychłodzeniem.
Długość basenu 50 metrów i tak dwieście razy. Na brzegu dzieci, zawodnicy niedopuszczeni do zawodów, działacze i dziennikarz „Głosu Ziemi Cieszyńskiej”. Do tego jakiś dyżurny medyk. Kilka maratonów przepłynąłem. Raz tylko po siedmiu kilometrach musieli mnie wyciągać. To było upokarzające. Wtedy nauczyłem się, że nie liczy się szybkość ale wytrwałość i odpowiednie rozłożenie sił.
Po maratonie szło się do kiosku by kupić kilka egzemplarzy „Głosu Ziemi Cieszyńskiej” z relacją na ostatniej stronie z maratonu, ze zdjęciami w takiej rozdzielczości, że zasadniczo nie było widać twarzy, ale było napisane tłustą czcionką „Radosław Zenderowski”. Potem siadało się przed blokiem na Skrajnej i odbierało się gratulacje od sąsiadów. Bo wtedy wszyscy czytali „Głos Ziemi Cieszyńskiej”, bo Internetów nie było. Był tylko głos, który ukazywał się w piątek.
A potem przestałem pływać. Z 80 kg zrobiło się 120. Inni jeszcze ćwiczyli, a mi już się nie chciało. Znudziło mi się to pływanie i te ćwiczenia. Wolałem więcej myśleć. Ale od więcejmyślenia się niestety nie chudnie.
Zostaw komentarz