Marcin Jop: #Pokój_Analiz. #Rzymskie_Opowieści!
Pojedynek. Aurelian i Zenobia
I. Prologos
Stało się to wszystko stulecia temu. Tak wielki ocean czasu upłynął, tak wiele wspomnień rozpadło się pod ciężarem późniejszych wydarzeń, że kurz zapomnienia pokrył dość szczelną otuliną wiedzę o świecie czasów Aureliana i Zenobii. Ufać możemy jedynie nielicznym zachowanym przekazom i milczącym wymownie — acz dostojnie — kamiennym ruinom rozsianym po scenerii ówczesnych wydarzeń. O ile jednak “Epitome de Caesaribus” Aureliana Victora, czy “Breviarium historiae Romanae” Eutropiusza, powstały stosunkowo blisko opisywanych tu wydarzeń, bo w wieku IV, to jednak spisano je z jednego, rzymskiego punktu widzenia. Milczy zatem strona druga Wielkiego Pojedynku. Jeszcze bardziej stronnicza jest “Historia Augusta”, która wprost mówiąc, jest niczym innym, jak tylko państwową propagandą, wraz ze wszystkimi negatywnymi tego cechami. Piszący później Zosimos i jeszcze później Jan Zonaras powtarzają w zasadzie słowa wypowiedziane wcześniej z rzymskiej perspektywy, więc i tutaj próżno szukać uczciwego stawiania sprawy. A jednak opowiadając historię owych zdarzeń postaram się pokazać coś więcej, niż tylko zapis znanych nam suchych faktów. Chcę jako narrator ubrać tę opowieść w wierzchnie szaty klasycznej greckiej tragedii, by dostrzec w odległej przeszłości coś więcej niż tylko garść dat i postaci. Przyznać prędko muszę, że marna to jednak Tragedia — nie władam przecież kryształowym attyckim dialektem, nie widziałem nigdy bieli ateńskich świątyń, ani nie słucham z przejęciem wywodów mistrzów gatunku w amfiteatrze. Pragnę jednak w opowieść tę tchnąć życie i nadać jej choć ułamek realizmu, więc muszę przedstawić osoby dramatu, a przede wszystkim nadać im osobowość. Bez zrozumienia ich natury, nie poznamy przecież dobrze sensu ich poczynań, a zrzucanie przyczyny wszystkich zdarzeń na magiczny dotyk potężnej i prastarej Tyche może wyjaśnić zawsze tylko część spraw. Twarze bohaterów tej opowieści, dotąd zaklęte w zimnym kamieniu posągów, muszą przemówić swym własnym głosem, opowiedzieć o sobie, o swych lękach i ambicjach. O czasach — wreszcie — w których przyszło im tkać nić swego życia. Muszę zatem dzielić się własnymi domysłami, wyobrażeniami. Nie jest to jednak coś złego — wszak to co tutaj, pośród tych zapisanych wersów powstaje jest niczym innym, jak tylko zwykła opowieścią i nie musi aspirować do miana historii prawdziwej. Bylebyś, Drogi Czytelniku, pochylił się nad imionami bohaterów tej opowieści. Bylebyś zrozumiał ich i nie zapomniał ich czynów.
Roma
Ciało i dusza wielkiego, niezmierzonego Imperium Romanum zmienia się. Powoli i niemal niepostrzeżenie przybiera nowe kształty. Na pozór świetne i niezwyciężone trawione jest wewnętrzną gorączką — słabością — z wolna wysączającą zeń siły witalne. Bezpieczne od obcych zagrożeń, dzięki kampaniom niezmordowanego Marka Aureliusza, odporne jest na długą dekadę szaleństw Kommodusa — syna wielkiego poprzednika. Po straszliwej uwerturze do panowania dynastii Sewerów otrząsa się z ran wówczas mu zadanych i rozwija się nadal, śmiało wchodząc w nowe stulecie, będące w istocie zupełnie nową epoką.
Wraz z ową nową epoką w przeszłość na zawsze odchodzi Pax Romana — ów Złoty Wiek dostatku, rozwoju i bezpieczeństwa. Mimo utrzymywania pozorów trwania wielkości i siły już protoplasta dynastii Sewerów, świetny Septymiusz mówi na łożu śmierci swym synom — jak głosi apokryf — “Żyjcie w zgodzie, wzbogacajcie żołnierzy, a poza tym, możecie gardzić wszystkimi”. To groźne memento pokazujące doskonale w jakim czasie przyszło mu żyć, panować i rozstawać się z doczesnym światem.
Roma zmienia się bowiem, powoli i niepostrzeżenie, o czym Septymiusz wiedział, co wyczuwał doskonale. Do jego czasu, podstawą trwania rzymskich rządów była państwowa administracja pozostająca w rękach klasy senatorskiej. Zarządzała ona w imieniu kolejnych władców prowincjami, zapewniając im pokój, rozwój i wpływy z podatków, stale i coraz wyżej wznoszące gmach rzymskiego świata. Do głosu dochodzą jednak nowe siły, pełne energii i dynamiki. Powoli, ale nieodwołalnie w roli kluczowej stan senatorski zastępują ludzie zwani Equites — Ekwitami. Od dawien dawna grupa ta pozostawała w cieniu wielkich rodów senatorskich i to mimo posiadanych bogactw i uzyskiwanych w ten sposób wpływów. Stanowili w dobie Pryncypatu trzon lokalnej biurokracji, zawsze jednak ich kariery dojśc mogły jedynie do pewnego, ustalonego poziomu. Choć stanowiący ten stan bogaci przedsiębiorcy, bankierzy i kupcy posiadali w swych rękach olbrzymi kapitał, nie byli w stanie wpływać na wielką politykę — zawsze w cieniu, zawsze za plecami senatorów. Jednak teraz, za panowania Septymiusza nadchodzi ich czas.

Sam Septymiusz, zrodzony z Publiusza Septymiusza Gety i Fulwii Pii w niewielkiej libijskiej Leptis Magna jest z pochodzenia ekwitą. Tak jego ojciec, jak ojciec jego ojca — Lucjusz Septymiusz Sewer — pochodząc z rodu o punickich korzeniach przez całe życie związani są z rzymską prowincją na przemian pełniąc lokalne urzędy i mnożąc rodzinny majątek. To ludzie kulturalni, dobrze wykształceni — są opoką swych wspólnot na każdej niwie. Wraz z wyniesieniem ku władzy Sewera, dla takich jak Septymiuszowi przodkowie wybija wielka godzina — cesarz otwarcie gardzi rzymskim senatem i jego członkami, otacza się takimi samymi jak on sam ekwitami nadając im stanowiska i prawnie likwidując bariery dotychczas krępujące im drogi do wielkiej kariery. Pierwszy wyłom w nienaruszalności dotychczasowego ustroju został dokonany. To zaledwie jednak znak czasu — wszak rzymska prowincja, nawet tak odległa jak malutka Leptis Magna dawno już zrosła się żywą tkanką z Italią, stanowiącą długo rdzeń i kręgosłup Imperium. Ogłoszona przez następcę Septymiusza — brutalnego i okrutnego Karakallę Constitutio Antoniniana, czyli zrównanie wobec prawa wszystkich mieszkańców Imperium Romanum nie tworzy nowej przestrzeni, raczej zatwierdza stan faktyczny. Odtąd jednak powoli i mimo twardego oporu znaczenie Italii i Senatu będzie maleć, a rosnąć będzie znaczenie prowincji i ekwitów. To bardzo ważne, gdyż sprężystość i rzutkość rzymskiej biurokracji jest jednym z trzech wielkich i wzajemnie uzupełniających się filarów trwania rzymskiej wielkości. Oprócz skuteczności administracji cywilnej są to jeszcze siła armii i autorytet władcy. Dlatego przenikliwy Septymiusz tworzy nowe legiony, nad którymi stawia ekwitów jako dowódców, dlatego zrywa z Senatem. Chce sam stanowić jedyną i potężną władzę, z nikim i niczym nie podzielną. Tak tworzy zręby nowego ustroju, który rodzić się będzie w długim i bolesnym skurczu przez całe nadchodzące stulecie.

Rozwija się kolonat, powodując w coraz szybszym tempie zagładę warstwy drobnych rolników. Popadają w coraz większą zależność od wielkich panów ziemskich, nawet jeśli jeszcze zachowują jeszcze wolność osobistą, to wraz z coraz silniejszym oporem latyfundystów wobec administracji municypalnej podważa to w całości funkcjonalność dotychczasowego systemu podatkowego i ekonomicznego. Wraz z narastaniem zagrożeń, nawet wolni chłopi, których działki przylegają do latyfundiów szukać będą opieki u wielkich panów.
Wraz ze zmianami nadchodzi i narasta kryzys. Wciąż jeszcze świat rzymski jest pełen blasku, splendoru i bogactwa, jednak od czasów wielkiej i straszliwej zarazy za panowania Marka Aureliusza — Pestis Antonini — która zdziesiątkowała populację Imperium i na długie lata zapisała się w pamięci ludzkiej jako jedna z trzech wielkich zaraz Antyku. Być może to Ospa Prawdziwa, być może Tyfus, ale gdzie tylko się pojawia, zabija cierpliwie i skutecznie. Trwałym świadectwem jej mocy jest udokumentowany bardzo dokładnie gwałtowny spadek dochodów państwa z tytułu podatków i świadczeń. A pieniądze są niezwykle potrzebne — Imperium to państwo socjalne, więc wydaje krocie na pomoc ubogim mieszkańcom miast, na fundusze alimentacyjne, na wielkie inwestycje użytku społecznego i podtrzymanie życiodajnych nici wymiany handlowej. Przede wszystkim zaś na armię. Za Cesarza Augusta stan armii określano na 125 000 żołnierzy wchodzących w skład 28 legionów (trzy z nich zresztą przestały istnieć po straszliwej klęsce w Lesie Teutoburskim i nieprędko je odtworzono), oraz liczących drugie tyle żołnierzy 250 kohort Auxiliów, czyli jednostek rekrutowanych z Peregrini, będących mieszkańcami Imperium nie posiadającymi rzymskiego obywatelstwa. Później stan liczebny armii rośnie stopniowo, aż za Septymiusza Sewera osiąga swe apogeum w postaci 180 000 żołnierzy tworzących już 33 legiony, oraz aż 250 000 ludzi w 400 jednostkach Auxiliarów. To ogromna siła wsparta stale rozbudowywanym systemem fortyfikacji polowych chroniących rozciągnięte na tysiące kilometrów granice rzymskiego świata. Potężna i kosztowna. A dochody Imperium maleją. Nie tylko z powodu straszliwej zarazy, która wytoczyła tyle krwi, także z powodu inflacji, stałego spadku wartości pieniądza. Sewer powiększa znacząco Stypendium, czyli żołd, ale to także kontynuacja trwającego już procesu — wszakże za Augusta Stypendia wypłacano trzy razy do roku, ale za Domicjana — kilka zaledwie dekad później — dodano czwarte. Sewer podnosząc żołd swym żołnierzom stara się po prostu zatrzeć skutki coraz dotkliwszej inflacji.

Choć jest rozsądnym i powściągliwym gospodarzem, zadaje ciężki cios finansom państwa. Jednak wzrost wydatków udaje się jeszcze zrekompensować wzrostem wpływów do skarbu państwa. Rozwiązaniem na teraz i już jest deprecjacja wybijanej monety, która odtąd zawierać będzie coraz mniej kruszcu. Po wygaśnięciu epidemii wyrasta nowe pokolenie mieszkańców Imperium, które częściowo odtwarza poniesione straty demograficzne, częściowo zatem przywraca prosperitę państwa, zaciera zatem niekorzystny obraz sytuacji. Następca Septymiusza, Karakalla jest innym od swego ojca człowiekiem — z natury szorstki, z tendencją do okrucieństwa i despocji nie kocha nikogo i niczego poza armią. Także podnosi Stypendium, wpędzając jednocześnie finanse państwa w chroniczny już deficyt. Odtąd władze państwa ratować się będą najprostszą i zawsze przynosząca doraźne efekty metodą — konsekwentnie zmniejszając w bitych monetach zawartość kruszcu. Oczywiście proces ten trwał już wcześniej, ale za Sewerów nabrał tempa i niebawem rzymskie monety, których siła nabywcza i zaufanie do niej były podstawą wspólnego dobrobytu stają się miedziakami, delikatnie zaledwie pokrytymi kruszcem. Już wkrótce, gdy w roku 235 w wojskowym obozie w Moguntiakum na granicy reńskiej wściekli i zrewoltowani żołnierze kłaść będą swymi mieczami kres życiu ostatniego z Sewerów — młodziutkiego Aleksandra, stan państwowych finansów będzie po prostu rozpaczliwy. A już wówczas na horyzoncie zdarzeń zbierają się ciężkie, burzowe chmury — wkrótce mrok i chaos wojny spowije całe Imperium.
Palmyra
Początki budowy miejskiej tkanki Palmyry to wczesne lata II wieku przed Chrystusem , w czasach stopniowego zmierzchu potęgi władców monarchii hellenistycznych, choć osadnictwo ludzi w tym miejscu ma dużo dłuższą historię. W języku aramejskim mieszkańcy miasta zapisywali w inskrypcjach jego imię jako Tadmar (TDMR), lub Tadmir (TDMWR). Słowa te oznaczały w języku semickim palmę daktylową i tak też nazywano je później — Palmyra, od greckiego “palame”. Długo brzydkie kaczątko wyrastało na pięknego łabędzia, pierwszy opis dojrzałego miasta pochodzi z rąk Pliniusza Starszego, który opisał je w roku 70 naszej Ery. Pliniusz dostrzega zamożność i pracowitość mieszkańców, wynikające z zalet położenia Palmyry. Miasto znajdujące się nieco ponad 200 kilometrów na północny wschód od Damaszku zajęło sporą oazę położona pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi osłaniającymi ją od pustynnych wiatrów od północy i południowego zachodu. Wodę oazie zapewnia źródło Efqa, które okresowo zasila niewielką rzeczkę, wysychająca regularnie w porze suchej. To szczególne położenie tworzy mikroklimat bardzo korzystny dla ekstensywnej uprawy ziemi, a gleby Pliniusz ocenił bardzo wysoko. Palmyra jest jednak przede wszystkim położona na ważnych szlakach handlowych i to właśnie handel jest największym impulsem rozwojowym. Gdy Pliniusz odwiedzał Palmyrę, miasto należało już do rzymskiego świata, będąc rodzajem państewka wasalnego wielkiego imperium.
Oszczędzana przez wojenne zawieruchy Palmyra ma gorącą, mieszaną krew. Palmyrene, czyli obszar oazy i najbliższych okolic zamieszkiwali dawno Amoryci, potem przybyli tutaj Aramejczycy, także Arabowie z południowych pustyń. Wraz z epopeją Aleksandra pojawiają się także Grecy wraz ze swoją kulturą i językiem. Szybko wrastają w lokalną społeczność, a ich obyczaje zaczynają dominować. Wiele rodzin palmyreńskich przyjmie greckie nazwiska, lub szczycić się będzie domieszką krwi greckiej. Choć na co dzień, w domach mówi się w Palmyrze po aramejsku, urzędowo i przede wszystkim podczas operacji handlowych mówi się jednak w koine — wspólnym dialekcie greckim będącym właściwie lingua franca całego wschodu czasów Diadochów.
Miasto cieszyło się autonomią, a najważniejszą rolę odgrywały stare rody, szukające swych korzeni w zamierzchłych czasach podziałów plemiennych. Początkowo plemion owych, rozrośniętych przez wieki rodzin złączonych niewidzialnymi więzami tradycji i pamięci było trzynaście. Potem liczba ich maleje, za Nerona rozróżniano już tylko cztery — Mita, Komare, Mattabol, Ma’zin. Kluczową rolę odgrywała arystokracja obu płci. Rola kobiet była bardzo istotna, nie był to męski świat, sądząc po ilości inskrypcji zawierających informacje o fundacjach, nadaniach, operacjach handlowych zawierających kobiece imiona. Tutaj, wśród piasków pustyni, lokalna społeczności trwała w równouprawnieniu, w małym kosmopolitycznym mikrokosmosie. W początkach III wieku, miasto wraz z przyległościami liczyło około 200 000 mieszkańców. Było ważne, bogate i solidnie obwarowane. Poza murami, chroniła je też bezwodna pustynia, czyniąca próby ataku na miasto przez wielką armię jakichkolwiek najeźdźców wysoce ryzykowną. Było także stosunkowo bezpieczne z innego powodu — handel, kontrolowany przez Palmyreńczyków, łączący wschód z zachodem przynosił dochody wszystkim zainteresowanym. Szczyt obrotów handlowych przypada na II wiek naszej Ery.

Przed rzymsko-partyjskimi konfliktami miasto chronił system rzymskiej obrony granic i liczne twierdze, takie jak Dura Europos. Zdobycie przez Rzymian w roku 106 Petry pozwoliło na otwarcie nowych dróg handlowych, wiodących na dalekie, arabskie południe. Na terenie państwa Partów powstały liczne kantory handlowe Palmyreńczyków, a w uznaniu roli i znaczenia miasta Cesarz Hadrian uznał je wolnym i nadał mu liczne przywileje. Palmyra stała się perłą w naszyjniku rzymskich miast na wschodnich rubieżach państwa. Należało zatem myśleć o zabezpieczeniu tak cennego skarbu — w roku 167 do Palmyreny przybywa pierwsza rzymska jednostka wojskowa, jest nią kawaleryjska Ala I Thracum Herculiana. To jednostka jazdy złożona z Auxiliarów, ale niech nie zmyli nikogo słowo “pomocnicza” w nazwie — rekrutowany z mieszkańców Tracji oddział to wyborowa i wypróbowana elita rzymskiej armii, doskonale wyszkolona i wyekwipowana.

Jedna Ala jazdy to zbyt mało, gdy za Sewerów dochodzi do długiej i ciężkiej wojny w latach 194–217. Działania zbrojne są poważną próbą dla miasta. Wojna zawsze zabija handel, teraz także atakowany przez ośmielonych zmaganiami wielkich mocarstw mieszkańców pustyni. W 206 roku załoga Palmyry zostaje wyraźnie wzmocniona kolejnymi rzymskimi żołnierzami. Do miasta przybywa przebazowana tutaj Kohorta I Flavia Chalcidenorum, także oddział Auxiliów. Po upadku państwa Partów i zastąpieniu tychże przez perską dynastię Sassanidów, stan bezpieczeństwa pogarsza się jeszcze bardziej. Co gorsza, Persowie zdecydowani na walkę z Rzymem na śmierć i życie likwidują palmyreńskie kantory i faktorie handlowe. W tych warunkach nie zdaje egzaminu władająca Palmyrą oligarchia, na czele miasta staje król, który zaczyna rozbudowywać zdolność obronną miasta.

W roku 240 z tytułem Rasa, czyli Pana Palmyreny władzę przejmuje Septymiusz Odenat, syn Hairana. To palmyreński arystokrata, pochodzący z rodu, który otrzymał rzymskie obywatelstwo około 190 roku. Teraz obejmuje władzę nad potężnym miastem i zaczyna rozbudowywać jego siłę zbrojną. Odenat jest mądrym i przewidującym władcą — zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa perskiego i nie szczędzi środków na obronę miasta. nawet jednak on nie jest w stanie przewidzieć tego, co wkrótce ma nastąpić.
Zenobia
W tym samym roku, w którym Odenat przejmuje władzę, na świat przychodzi w typowej dla Palmyrene, mieszanej arabsko-aramejskiej rodzinie dziewczynka. Otrzymuje imię Bat-Zabbai (BTZBY w alfabecie używanym w swym mieście), co oznacza “Córka Zabbaia”. Nie rzuca jednak to imię żadnego światła na jej pochodzenie rodzinne, na gałęzie drzewa jej przodków. Niewiele mówi nam także jej imię zapisywane w koine, języku palmyreńskich urzędów, a brzmiące — Septimia Zenobia, “Ta, która pochodzi od Zeusa”. Choć istnieją liczne teorie dotyczące możliwych postaci jej rodzicieli, w gruncie rzeczy jedynym czego możemy być pewni, to tyle, że jej rodzice należeć musieli do rodu znacznego i zamożnego. Zenobia wcześnie odebrała staranne wykształcenie i poza Aramejskim, który był jak się zdaje językiem codziennego użytku jej rodziny, biegle władała także językami Greckim, Koptyjskim i Łaciną. Z czasem, by wyjaśnić jej działania i niezwykłą osobowość na dzieciństwie Zenobii pojawia się coraz grubszy nalot różnych fantastycznych historii, takich, jak wcześnie okazywane zamiłowanie do typowo męskich pasji, z miłością do polowań włącznie. To rzecz jasna jedynie skrybów bajania, a Zenobia wiodła zapewne zwykłe i typowe życie dziewczęcia z dobrego domu ówczesnej Palmyry. Była narzędziem do uprawiania polityki tak jak inne dziewczęta w owych czasach, mając w odpowiedniej chwili wyjść za mąż, za człowieka, który w oczach jej rodziny umocniłby jeszcze pozycję familii na palmyreńskim firmamencie wzajemnych koligacji i zbieżności interesów. Niczego więcej odeń nie oczekiwano.
Około roku 255 Septymia Zenobia, wedle wyobrażeń ówczesnych i późniejszych — czarnowłosa piękność — zostaje związana węzłem małżeńskim z Rasem Palmyry, Odenatem, stając się jego drugą żoną. ma wówczas zaledwie czternaście, lub piętnaście lat. To małżeństwo polityczne, dokonane zapewne wewnątrz rodu po to, by umocnić więzy rodzinne i zapewnić Odenatowi wsparcie wewnątrz własnej rodziny. Nie ma w tym niczego niezwykłego — wiemy, że tego rodzaju małżeństwa zawierano chętnie, jeśli tylko przynosiły określone i oczekiwane korzyści. Mają zatem Zenobia i Odenat wspólnych przodków. Czy oznacza to, że w związku Zenobii i Odenata nie ma miłości? Z pewnością jest podziw, jakim darzy młodziutka dziewczyna syna Hairana, wnuka Wahb-Allata, prawnuka Nasora nie wynika wyłącznie z jego doskonałej prezencji i miłej powierzchowności. Odenat przyciąga także żywą inteligencją i budzi szczerą miłość wielu, dlaczego zatem nie miała go kochać także Zenobia? Podążać będzie jego drogą konsekwentnie i z uporem. Gdy małżeństwo dochodzi do skutku Odenta ze swą pierwszą, nieznana z imienia żoną ma syna — Hairana — który od dzieciństwa przygotowywany jest do roli następcy i dziedzica, Zenobia zatem musi stać nieco z boku. Z tej perspektywy obserwuje wzrost znaczenia miasta i swego męża, doświadczonego przez lata utarczek z pustynnymi nomadami. Nie sposób go nie podziwiać, przecież jego imię z coraz większym wymawiane jest szacunkiem, jako skutecznego wodza i zdolnego administratora. Zenobia dojrzewa i odgrywa u boku męża coraz istotniejszą rolę — jest coraz bardziej znana i rozpoznawalna. Nie przemawia, nie rządzi, a ni nie dowodzi, a jednak Palmyreńczycy znają ją i szanują. Zenobia ma swoje ambicje i nie chce pełnić roli marionetki, ozdoby Rasa miasta. Jest inteligentna i zdolna, potrafi budzić miłość mieszkańców miasta — już wkrótce bardzo się jej to przyda.
Aurelian
Oto ostatni z wielkich aktorów widowiska. Przychodzi na świat gdzieś w Illyricum, w prowincjach naddunajskich wielkiego Imperium Romanum, 9 września 214 roku. Początki jego życia skrywa mrok — możemy jedynie spekulować o jego pochodzeniu, przodkach, dzieciństwie. Pewne jest jedno, w roku 235 mając lat dwadzieścia jeden wstępuje do rzymskiej armii. To droga wielu synów rzymskich prowincji illyryjskich. Jedni wstępowali do armii uciekając przed mozołem pracy na roli, inni dlatego, że tak czynili ich ojcowie i dziadowie, jeszcze inni dla przygody i ambicji. Co kierowało Aurelianem? Pewnie wszystko po trochu, może za wyjątkiem ponurej wizji bycia prostym chłopem do śmierci — ojciec Aureliana był rzymskim weteranem. Wniósł do życia Aureliana typowy zwłaszcza dla wojskowych kult Sol Invictus — Słońca Niezwyciężonego — któremu Aurelian będzie wierny całe życie. Aurelian wychowywał się w obozie wojskowym, lub w jego pobliżu i od małego znał pojęcia rygoru i dyscypliny, które go ukształtowały jako dojrzałego mężczyznę. Surowy i twardy młody człowiek był idealnym kandydatem do służby, przygotowywano go do niej zresztą niemal całe jego życie. To nic dziwnego tutaj, nad Dunajem. Ta kraina od dawna rodzi synów stanowiących podporę rzymskiej armii. Nie unikają oni służby mimo wszystkich wyrzeczeń i całego z nią związanego ryzyka, gdyż wiedzą, że przy odrobinie szczęścia, każdego z nich może czekać godzina chwały. Tak jak Maksymina, którego właśnie w tym 235 roku miecze wyniosły ku władzy, lub tak jak spokojnych i statecznych wysłużonych weteranów, którzy w jesieni swego żywota spokojnie wygrzewając się na słońcu, obserwują codzienną pracę na swych polach zakupionych za krwawo wypracowaną emeryturę. To też kusząca perspektywa — spokojne i dostatnie życie po zakończeniu służby. I tutaj zwłaszcza Aurelian ma o czym myśleć pasując swój puklerz i ważąc w ręku swój pierwszy miecz legionisty. Będzie nim władał pewnie i znakomicie. Jest postawnym i smukłym mężczyzną o czarnych, kręconych włosach. Nosi się jak rówieśnicy z jego krainy— bez ostentacyjnego zbytku, schludnie. Jego surową twarz zdobi jedynie krótki, ale starannie przystrzyżony zarost. Z rzadka gości na niej uśmiech — służba w armii to sprawa poważna, a Aurelian jest człowiekiem poważnym. Spokojne i nieco melancholijne oczy skrywają jednak głęboko słaby błysk — jest nią aurelianowa ambicja. Nie jest pierwszym lepszym rekrutem z rodziny, której status odpowiada statusowi zwykłych kolonów. Jego ojciec był oficerem i jego zalicza się do klasy ekwitów, ma szansę na służbę w charakterze oficera, od niego samego tylko zależy jak daleko zajdzie. Aurelian jest człowiekiem twardym i ambitnym, nie cofnie się przed niczym, bo pochodzi ze świata, w którym umiejętności i siła pozwalają na wiele. Jak wiele będzie w stanie poświęcić? Jakie granice przekroczyć? Dla Aureliana i jego rówieśników w szeregach rzymskiego wojska granice nie istnieją. Tworzą podporę gmachu Imperium i doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Juz na wstępie swej wojskowej kariery Aureliana ma owo szczęście, które jest przywilejem nielicznych. Nie umiera na żadną chorobę, nie ginie w boju, nie zostaje zepchnięty na ubocze wydarzeń, by dożyć swych dni na jakiejś zapomnianym przez Bogów placówce. Znajduje protektorów, dostatecznie możnych i wpływowych, by piąć się po szczeblach kariery. Jest znakomitym żołnierzem, jak wielu innych synów Illyricum — to klucz to awansu, bez wrodzonej i właściwie ukształtowanej zdolności do bycia żołnierzem na nic by sie nie zdało łaskawe oko wysokich rangą oficerów. Na Aurelianie i jego mieczu można polegać, więc zaczyna piąć się po szczeblach kariery. Pomaga mu coś jeszcze — by młody oficer mógł wykazać się talentem potrzeba wojny, a te niczym plaga spadają na rzymskie granice. Słońce w które wierzy zdaje się czuwać nad Aurelianem — wojna, wszędzie i ciągle wojna — nic lepszego nie może spotkać młodziutkiego oficera.
II. Parodos
Już następca zamordowanego Aleksandra, Maksymin — zwany pogardliwie Trakiem — mierzyć się musi z narastającym zagrożeniem zewnętrznym przez całe swoje krótkie panowanie. Niczym fala przyboju wzbiera furia barbarzyńców pragnących zalać imperialne granice i wedrzeć się siłą do wnętrza spokojnych i dostatnich wciąż krain. Pod władzą Maksymina i kolejnych władców Imperium toczyć będzie jednak nie jedna walkę — z zagrożeniem zewnętrznym — ale także z narastającymi naprężeniami wewnętrznymi, z których wyrazem stanie się zaciekła rywalizacja gasnącego znaczenia Senatu i sił prowincjonalnych, związanych przede wszystkim z armią. Tegoż Maksymina postrzega się jako pierwszego z długiego szeregu Cesarzy-Żołnierzy, w większości pochodzących z prowincji bałkańskich Cesarstwa, nazywanych przeto wspólnie Cesarzami Illyryjskimi. Wszystkich ich, niespokrewnionych, zatem nie tworzących dynastii łączą dwie rzeczy — nieposkromiona ambicja nuworyszy i autentyczne oddanie państwu, nad którym zdobywali władzę najwyższą. Oddanie to wielkiej sprawie wielkiego imperium jest bardzo potrzebne, gdyż jeszcze za młodego Gordiana III, następcy Maksymina, najpewniejsza dotąd opoka Cesarstwa — armia — ponosić zaczyna klęski w zmaganiach z wrogami zewnętrznymi. Jeszcze wprawdzie Filip Arab (także wyniesionego ku władzy najwyższej żołnierza, tyle, że pochodzącego z prowincji wschodnich) Imperium wśród niesłychanego przepychu obchodzi uroczyście w roku 247 wspaniałe Igrzyska ku czci tysiąclecia istnienia Miasta Rzymu, ale sytuacja jest zła. Gdy brat cesarza, Pryskus, próbuje zaradzić narastającemu kryzysowi finansów podnosząc podatki, reżim Filipa traci grunt pod nogami, a dowodzący nad Dunajem kwiatem wojsk rzymskich Gajusz Mezjusz Kwintus Decjusz podnosi sztandar rebelii, zwycięża Filipa i obejmuje władzę, jako Decjusz Trajan. Gdy osobiście dowodzi w kampanii przeciw groźnym Gotom pustoszącym prowincje naddunajskie ponosi straszliwą klęskę pod Abrittus i sam ginie.

Zanim jednak oddał życie, ów kolejny cesarz illyryjski, na polu nieszczęsnej bitwy dochodzi do znamiennego zdarzenia. Otóż w wyprawie przeciw Gotom Decjuszowi towarzyszył syn, imieniem Herenniusz. Poległ on na samym początku starcia, lecz gdy doniesiono o tym Decjuszowi zalecając jednocześnie przerwanie walki, by zorganizować uroczystości pogrzebowe poświęcone cieniom syna i następcy, Decjusz wyrzekł jedynie głosem ściśniętym od bólu — “To nic, to poległ tylko jeden rzymski żołnierz”. warto sobie tę opowieść dobrze zapamiętać, gdyż nic bardziej nie oddaje natury surowości czasów ówczesnych i twardości owych władców-żołnierzy. nawet jeśli to tylko kolejny zapisany ku pokrzepieniu serc apokryf, opisano władcę w taki właśnie sposób, by wskazać pożądany rodzaj władcy. Zapamiętamy także Decjusza z innej aktywności — z wielkiego prześladowania chrześcijan. Uczynił je Decjusz, a próbował kontynuować jego następca Trebonian Gallus z zupełnie politycznych, by nie powiedzieć, patriotycznych pobudek.
Podstawą autorytetu kolejnych władców jest coraz większy nacisk na przejmowanie coraz większej władzy nad coraz to nowymi aspektami życia codziennego. To podstawa polityki wewnętrznej Decjusza, który w początkach 250 roku zażądał oddania czci poprzez złożenie ofiar dawnym bogom pod nadzorem urzędników państwowych przez wszystkich mieszkańców cesarstwa. Wbrew utrwalonej wizji wydarzeń, gest ten nie był wymierzony stricte przeciw chrześcijanom, wówczas już nie będących gromadą przepowiadających rychły koniec świata wieszczy, często tu i ówdzie uznawanych za wariatów. Ich liczebność rośnie dynamicznie, kosztem ilości wiernych dawnym i nowym bogom oficjalnego panteonu, czego zdaje się ówcześni władcy nie byli do końca świadomi. Jako jedyna zwarta grupa w większości odmawiają uczestnictwa w Decjuszowym zamierzeniu, padają zatem ofiarą mniej lub bardziej ostrych prześladowań. A ponieważ w części rzymskich prowincji stanowią już znaczna część ludności, stanowi to nie lada problem. Kolejni władcy, którzy w zasadzie niemalże nie zdejmują zbroi, zagrożeni przez Barbarzyńców znad Dunaju i Renu, oraz przez wielkie i groźne imperium Persów wyrosła na gruzach państwa Partów, oczekują jedności i zgody. Oczekują absolutnego oddania państwu i swej władzy, narzucają więc ostrą dyscyplinę. Prześladowania i walka z chrześcijaństwem daje jednak efekt odwrotny — rozbija spójność i budzi nieufność między mieszkańcami państwa. Łatwo to przeciw państwu wykorzystać, jeśli tylko ma się taka potrzebę. Co ważne, jest Decjusz pierwszym władcą tak ostro prącym do ustanowienia społecznej dyscypliny, niezbędnej, jak sie mu wydaje, do odzyskania przez Imperium wigoru i siły. Kolejni władcy, których panowanie nie będzie tylko krótkim mgnieniem oka, będą myśleć podobnie.
Dlaczego jednak tak silnie zaznacza się wyobrażenie o wielkości tego co dawne i tradycyjne? Imperium przecież zmienia się. Długa tradycja synkretyzmu i tolerancji doprowadziła do stopniowego słabnięcia dawnych wierzeń i wyobrażeń na rzecz nowych kultów, nowych obyczajów. pochodzą głównie ze Wschodu. Kulty solarne, gnostycyzm, manicheizm, a także chrześcijaństwo szybko zaskarbiły sobie rzesze wiernych. Wszystkie rodziły się na gorącym pograniczu światów i wszystkie zawierały pierwiastek mistycyzmu rozbudzając zupełnie nowe wyobrażenia o świecie. Chrześcijaństwo niosło nadzieję na życie wieczne po kresie ziemskiej tułaczki, gnostycy głosili przerażająca prawdę o współistnieniu dwóch światów — dobra i zła, kapłani Kybele dokonując na oczach tłumów podczas ekstatycznego tańca aktów samokastracji poświęcali swą krew i cierpienie, by w imieniu Attysa ożywić raz jeszcze ziemię i zapewnić jej coroczne plony, gdzie indziej zaś nieliczni wtajemniczeni w ekskluzywne misteria dostępowali objawienia prawdy zastrzeżonej wyłącznie dla elity. Wszystko to tworzyło rzeczywistość niespójną, rozedrganą i jakże różną od statecznego spokoju powagi stoicyzmu. Świat Rzymian nie jest już obojętny na cierpienie i niepowodzenia. On cierpiąc głód, nieszczęścia i poniewierkę chce nowej przyszłości i nowych sposobów zrozumienia otaczającej go rzeczywistości. Ukojenie przynosi neoplatońskie spojrzenie na porządek rzeczy, pełne metafizyki i pragnienia poznania. To poszukiwanie zupełnie innej mądrości i zupełnie innych wyjść z matni doczesnej udręki. To zupełnie inny świat, niż ojczyzna Oktawiana Augusta, czy Marka Aureliusza.
III. Epejsodion
Gdy ciało Decjusza gniło na bagnach Abrittus, gdy zmieniało się w proch, władzę przejął Trebonian Gallus i niełatwe czekało go zadanie. W sercu naddunajskiej Mezji panoszyły się gockie hordy Kniwy, a i ze wschodu napływają coraz gorsze wieści o zakończeniu przygotowań wojennych przez Szapura, króla Persów. Trebonian nie ma wyjścia, ratuje sytuację układami, obsypując Kniwę złotem, pochlebstwami i ustępstwami. Chce rozwiązac sobie ręce nad Dunajem, by skupić się na zagrożonej wschodniej granicy. W 252 roku perska inwazja spada na rzymską Syrię i łupem Szapura pada przesławna Antiochia nad Orontem — faktyczna stolica rzymskiego wschodu. Wojska, które powinny jej bronić przestały istnieć w katastrofalnej klęsce poniesionej przez Rzymian pod Barbalissos. Rzymianie stawiają zorganizowany opór tylko w kilku punktach, głównie na południu prowincji — ich siły koncentruje w swym ręku nobil z Emessy nazwiskiem Uraniusz Antonin i stawia zacięty opór. gdy Szapur przerywa swą kampanią, w drodze nad Eufrat spadają nań zastępy Odenata zadając ciężkie straty. Nie jest to zwycięstwo decydujące i obie strony gorączkowo zbroją się, gotując na rozstrzygającą kampanię. Trebonian Gallus pozostawia jednak Syrię swojemu losowi, bliższe niebezpieczeństwo przykuwa jego uwagę. Kniwa — wódz doświadczony i znakomity wyczuwa swoją szansę i oskarżając Rzymian o zaległości w wypłacie obiecanego trybutu wznawia wojnę. Trebonian wysyła nad Dunaj doświadczonego dowódcę imieniem Marek Emiliusz Emilian, powierza mu dowództwo naczelne nad armią i obarcza zadaniem opanowania sytuacji. Emilian po przybyciu do Illyricum zastaje chaos. Armia po stracie trzech legionów pod Abrittus jest słaba, zdezorganizowana i zdemoralizowana. Nowy wódz nie załamuje jednak rąk i ropzoczyna kampanię przeciw Gotom. Nie jest w stanie rzucić otwartego wyzwania ich zwycięskim dotychczas hufcom, ale przyjmuję taktykę szarpania wroga i wyniszczania jego szeregów w ciągłych utarczkach. Rzymskie oddziały posiadają lepszy system zaopatrzeniowy i dużo większe zaplecze, zatem na równi z germańskimi wrogami palą teraz i niszczą zasiewy. Oddziały Gotów, które dzięki flocie przenoszą ogień wojny aż do Azji Mniejszej na kluczowym teatrze działań — w Mezji tracą grunt pod nogami. Brak żywności zmusza je do odwrotu krok po kroku, a Emilian postępuje za nimi powoli konsekwentnie atakując mniejsze oddziały, unikając starcia z armią Kniwy w pełnej sile. Gdy imperator Gallus zamyśla już jak pokonać Persów po wyparciu z kraju zastępów Gotów, nadchodzą z Mezji wieści straszne — armia obwołała Emiliana Augustem i maszeruje na Italię. Jest czerwiec 253 roku.
Trebonian nie traci wiary — mimo, że Emilian ogołocił udręczona Mezję z wojsk cesarz w Rzymie ma nadal dużą przewagę, nadal słucha go większość wojsk Imperium. Rozsyłane są rozkazy, wzywane są posiłki, ale Emilian — wódz znakomity — wie, że jego fortuna zależy od nóg jego legionistów. Forsownym marszem przemierza krainy i zbliża się do Italii. Trebonian wraz z synem Woluzjanem wyrusza naprzeciw swemu przeznaczeniu. Ich wojsko wciąż zmaga się z epidemią, która zabrała z szeregów wielu doświadczonych żołnierzy i Hostyliana, syna nieszczęsnego Decjusza, którego Trebonian przysposobił, siły są zatem nierówne. Nikt nie kwapi się by przyjść władcy z pomocą — Trebonian musi manewrować, aż do przybycia posiłków z Galii i Germanii, ale pod Interamną (dzisiejsze Terni w Umbrii) Emilian dopada swą ofiarę — wojska Treboniana zostają rozgromione, a sam cesarz z synem usiłuje już tylko wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Emilian natychmiast po zwycięstwie rozsyła podjazdy w poszukiwaniu zbiegów, gdy do obozu przybywa grupka pretorianów pokonanego imperatora — przywożą głowy Emilianowi głowy upadłych władców. Mimo błyskawicznego rozstrzygnięcia Emilian nie ma czasu na radość. Jego wojsko jest wyczerpane forsownymi marszami i stoczonym bojem, a oto z Recji napływają niepokojące wieści — Treboniana nie ocaliły pozostałe armie Imperium, ale oto wielkie siły znad Renu, zbierane na pomoc zagrożonym wschodnim prowincjom weszły do Recji i kontynuują marsz na południe. Stoi na ich czele Publiusz Licyniusz Walerian, obwołany przez swych ludzi imperatorem. Ogłasza się mścicielem Treboniana, ogłasza Emiliana wrogiem ludu rzymskiego i rzuca mu wyzwanie do śmiertelnych zapasów. Emilian nie traci ducha, usiłuje znaleźć poparcie Senatu, stara się zgromadzić wojsko i pieniądze, ale Walerian jest szybszy i wkracza do Italii. Emilianowi nie pozostaje nic innego, jak tylko szukać szczęścia na polu bitwy, ale zanim do niej dojdzie, jego właśni ludzie strwożeni wizją zmagań z potężnym przeciwnikiem swymi mieczami kładą kres rebelii — odtąd Imperium słuchać będzie Waleriana.

Pierwszą decyzją nowego władcy jest wyniesienie do godności Augusta — współwładcy — syna, Publiusza Lcyniusza Egnatiusza Galiena, który do historii przejdzie pod ostatnim imieniem. To mądra decyzja, nie tylko dlatego, że Galien jest lojalnym, utalentowanym i pełnym umiaru człowiekiem. Także dlatego, że aż dwa punkty zapalne kryzysu, to ciężar zbyt wielki na barki jednego władcy. Walerian wyrusza na wschód, by odeprzeć Szapura, Galien natomiast, pozostaje na Zachodzie, by opanować sytuację na kruszonych przez germański napór granicach. Kolejne lata odmierzają coraz to nowe kampanie wojenne przeciw najeźdźcom zewnętrznym. Galien wzorem ojca wynosi do rangi współwładcy z tytułem Cezara swego syna, młodziutkiego Waleriana II. Obejmuje on władzę około 256 roku nad prowincjami bałkańskimi z Sirmium nad Dunajem. Reprezentuje w tutejszych krainach majestat cesarski, gdyż Galien niemalże nie opuszcza Germanii, Recji i Noricum zaabsorbowany całkowicie kolejnymi wystąpieniami barbarzyńców. Wyruszający na wschód Walerian zabrał ze sobą na kampanię dużą część najlepszych wojsk, więc Galien jest zbyt słaby, by gdziekolwiek móc trwale odeprzeć najeźdźców. By móc szybciej przemieszczać się w terenie zbiera posiadane Alae kawalerii w silny i samodzielnie operujący korpus zwany Comitatenses. Dowództwo nad owym związkiem obejmuje Aureolus,a w jego szeregach znajdzie się miejsce dla zdolnego dowódcy małych oddziałów jazdy znad Dunaju — Aureliana. W kolejnych kampaniach niezmordowanego Galiena oddziały rzymskie sięgają po coraz to nowe wawrzyny zwycięstw, ale kolejne armie barbarzyńców ciągle już napierają na graniczne umocnienia, które pękają pod ciosami Germanów w coraz to nowych miejscach. Nie dość obcych inwazji — przeciw władzy Galiena powstają kolejni uzurpatorzy, którzy porywając za sobą część armii jeszcze bardziej osłabiają cesarskie zastępy.
Mimo niespożytej energii i znakomitego przywództwa wszystko się rozpada — Ingenuus, gubernator jednej z prowincji panońskich dokonuje zamachu stanu i zdobywa Sirmium. Ginie młodziutki Walerian II. Galien pozostawia w Kolonii swego młodszego syna Salonina, którego ogłasza Cezarem przydając mu do opieki dwóch doświadczonych doradców, Postumusa i Sylwanusa. Sam wyrusza wraz z Aureolusem na czele jazdy nad Dunaj, ku Sirmium. Podążający wraz z cesarskimi oddziałami mścicieli Cezara Waleriana II Aurelian bierze udział w krwawej rozprawie z Ingenuusem. Widząc szybką i stanowczą reakcję Galiena większość sił wojskowych Imperium w rejonie Sirmium albo wprost dochowała mu wierności, albo zachowała neutralna postawę. Ingenuus ginie z rąk własnych ludzi po upadku Sirmium, a August Galien wybija serię monet chwaląc lojalność legionów naddunajskich. Osłabienie i tak już mikrej obsady umocnień granicznych daje tragiczne konsekwencje, gdy wyrusza przez Agri Decumates wielka inwazja Alemanów i pozostających z nimi w ścisłym związku Jutungów. Ta inwazja niczym wezbrana fala przetacza się przez prowincje alpejskie i wdziera do Italii. także Frankowie opuszczają swe siedziby, by przez środkową i południową Galię dotrzeć aż do Hiszpanii, w której od stuleci nie oglądano wojny. U bram Rzymu, wśród przerażenia i paniki postępy Germanów zatrzymane zostają przez oddziały Pretorianów i doraźnie sformowane milicje. Z Frankami nie da się rozprawić zbrojnie — pozostają układy i milcząca zgoda na odwrót z łupami i niewolnikami. Jedynie Alemanowie stają się celem cesarskiej kampanii. Już podczas ich odwrotu, w północnej Italii Galien dopada ich pod Mediolanem i zadaje ciężkie straty. na tyle wielkie, że przez dziesięć lat Alemanowie nie ponowią swych wypraw w granice rzymskie. Teraz sztandar buntu przeciw władzy Galiena podnosi Regalianus, pozostawiony na straży Sirmium po upadku Ingenuusa. Zanim jednak Augist Zachodu zareaguje i na tę uzurpację wielki najazd Roxolan kładzie jej kres. Łupią oni dotkliwie ziemie nad środkowym Dunajem, a wśród ruin Sirmium pozostają na zawsze ciała Regalianusa i jego żołnierzy. Wtedy przychodzi wieść najgorsza, jest tak nieprawdopodobna, tak nierealna, że trudno w nią uwierzyć — Cesarz Walerian dostał się do perskiej niewoli…
Początkowo nic nie zapowiadało takiej katastrofy — Walerian prowadząc silne posiłki z Zachodu odzyskał Antiochię i poradził sobie z Gotami najeżdżającymi od strony morza miasta i wsie Azji Mniejszej. W roku 256 Szapur wykorzystując sytuację Cesarza zaatakował i zdobył potężną twierdzę stanowiącą klucz do rzymskich posiadłości nad Eufratem, wspaniałą Dura Europos. Została ona zniszczona tak doszczętnie, że na stulecia znika z kart historii. Walerian zdaje sobie sprawę, że bez palmyreńskich posiłków złożonych ze znakomitej jazdy nie będzie w stanie pokonać Persów. Mianuje Odenata z tytułem Najjaśniejszego Konsula (Clarissimus Consularis) właściwym zarządcą prowincji syryjskich, a sam wyrusza na północny wschód, by zabezpieczyć granice w rejonie Edessy. Tam też, najprawdopodobniej z powodu zdrady podczas układów zostaje pojmany, choć perskie inskrypcje sugerują jego pojmanie w efekcie wielkiej bitwy, która przyniosła zagładę rzymskiej armii. tak, czy owak — Galien pozostaje sam. August nie upada jednak na duchu mimo wszystkich ciosów spadających na majestat Romy, a tych jest coraz więcej.
Równolegle niemalże Galien traci kontrolę nad ogromnymi obszarami Cesarstwa. Daleko na Wschodzie po pojmaniu Waleriana sytuację ratuję przypadkowy triumwirat — Prefekt Pretorianów Waleriana imieniem Ballista, zarządca finansów Fulwiusz Makrian i zarządca Syrii, Odenat. Udaje im się na czele połączonych wojsk rzymskich i palmyreńskiej jazdy odeprzeć Szapura. Gorzej, że przy okazji Ballista i Makrian obwołują się Augustami synów tego drugiego — również Makriana i Kwietusa. Kwietus i Ballista pozostają na Wschodzie, ale obaj Makrianowie na czele niemałych sił wyruszają przeciw Galienowi. Także z nad Renu dochodzą do Cesarza niedobre wieści. Tamże, po zwycięskim odparciu watach barbarzyńców zza wielkiej rzeki Postumus wbrew prawu rozdał odzyskane dobra i kosztowności pomiędzy swych żołnierzy, a wezwany przez Sylwana do zwrotu ich prawowitym właścicielom, dokonuje rewolty na czele swych wojsk. Oblega Sylwana i Salonina w Kolonii, która upada po kilku tygodniach skutkiem zdrady żołnierzy. Postumus ogłasza się Augustem, a gdy to czyni, nie ma już wśród żywych syna Galiena i wiernego Sylwana. Jest wrzesień 260 roku.

Marsz Makrianów trwa. Znaczna części sił rzymskich w Illyricum przechodzi na ich stronę, lub zachowuje neutralność. Galien raz jeszcze posyła przeciw swym wrogom niezmordowanego i niezawodnego Aureolusa. Nie z nim i nie z jego ludźmi mierzyć się Makrianom. Aureolus wczesnym latem 261 roku zadaje uzurpatorom miażdżącą klęskę i może rzucić Galienowi pod nogi głowy Makrianów. Armia Galiena nie próbuje jednak wkroczyć do prowincji wschodnich, w których siedzą Ballista i Kwietus. Armia Galiena wyrusza na Zachód, przeciw Postumusowi. Oddziały Galiena raz jeszcze wygrywają w serii starć w otwartym polu, a Postumus zostaje zamknięty w oblężonej twierdzy. Wtedy biorący bezpośredni udział w walkach Galien zostaje poważnie ranny. musi wycofać się wraz ze swym wyczerpanym i zdziesiątkowanym ciągłymi kampaniami wojskiem.

Co dalej czynić w imieniu Wielkiej Romy? Jak postępować w sytuacji, gdy cała Galia, Hiszpania i Brytania słucha Postumusa, a na Wschodzie rządzą Kwietus i Ballista? Galien daje dowód ogromnego politycznego wyrobienia i realizmu. Nie wacha się poświęcić pamięci o cieniach swego Salonina, by zapewnić sobie spokój na Zachodzie przyjmuje swoisty rozejm z Markiem Postumusem — obu to rozwiązuje ręce i pozwala skonsolidować władzę na kontrolowanych obszarach i skupić się na odpieraniu coraz to nowych ataków barbarzyńców zza wielkich rzek. Armie Cesarza nie powinny wyruszać na wschód — przeciw Balliście i Kwietusowi. Zbyt wielkie to niebezpieczeństwo dla posiadanych wciąż, lecz wojną udręczonych krain. Galien wymyśla lepszy sposób na pozbycie się obu uzurpatorów. Kres rebelii położyły wojska Odenata — w syryjskiej Emessie kładą głowy i Kwietus i Ballista pozbawieni w znacznej mierze armii wytraconej podczas klęski Makrianów, a stało się to jesienią, najpewniej w listopadzie 261 roku. W zamian za tę przysługę Galien wynagradza Odenata oddając mu w zarząd cały rzymski Wschód, prócz Egiptu. To znakomity manewr — oddaje Odenatowi coś, czego i tak nie posiada, uzyskując w zamian przyjaźń potężnej i sprawnej armii, która wsparta rzymskimi legionami i auxilliami stanowi skuteczną zaporę przeciw plagom najazdów Szapura. Galien może być pewny, przynajmniej chwilowo swej władzy, wprawdzie prowincje bałkańskie i alpejskie są straszliwie wyniszczone ciągłym stanem wojny, ale słucha go nadal Afryka i Egipt. Dopóki ma władzę nad tymi obszarami nie zabraknie mu zboża by karmić rzesze mieszkańców Italii i pozostałych prowincji. Dopóki…

W roku 262 dochodzi w Egipcie do groźnej rebelii, na której czele staje Lucjusz Musjusz Emilian. Wywołuje on bunt z oczywistych powodów — dotąd wspierał Makrianów i Ballistę, nie może więc liczyć na cesarską łaskę. Staje zatem do walki na śmierć i życie o stara się opanować Egipt — spichlerz Imperium. Przeciw niemu Galien wysyła na czele poważnych sił morskich Teodota, który nadspodziewanie łatwo rozprawia się z buntownikiem gdzieś pod murami prastarych Teb. Galien wie, że chwilowy spokój to bardzo delikatny rozejm i stara się wykorzystać dany mu czas jak najlepiej. Mimo pustek w skarbie stara się odtwarzać wykrwawione oddziały, przygotować się do kolejnej rundy straszliwych zmagań. Roma balansuje na krawędzi zagłady i już tylko siła wojska może ocalić ją przed ostatecznym upadkiem. Zanim jednak będzie w stanie stanąć do ostatecznej rozprawy z Postumusem, zabójca Salonina nowe wydarzenia postawią skuteczną tamę jego zamierzeniom — marzenie o przywróceniu jedności Imperium Romanum rozwieje się jak poranna mgła.
Odenat, od upadku Waleriana tytułowany już królem Palmyry nie zasypuje gruszek w popiele. Jako Korektor Wschodu i Wódz wojsk rzymskich na Wschodzie dysponuje wreszcie dość dużym potencjałem, by zrealizować swoje plany. Nie wystarczy Palmyrze godność rzymskiego przyjaciela. Palmyra ma ochotę stać się wielkim imperium. By to uczynić, Palmyra rzucić musi wyzwanie groźnej perskiej potędze i zabezpieczyć rzymski Wschód władzy Odenata. Rozpoczyna sie seria błyskotliwych kampanii wielkiego wodza, który szybko udowadnia jak nieprzeciętnego formatu jest człowiekiem. Zebrawszy swą sławną już palmyreńską kawalerię i rzymskie oddziały rozpoczyna w roku 262 gwałtowną ofensywę przeciw Persom. Wiosną podejmuje działania przeciw garnizonom perskim okupującym miasta i twierdze w rzymskiej Mezopotamii odbierając je jedna, po drugiej. Sprzyja mu szczęście — armia perska poniosła dotychczas ciężkie straty i nie próbuje nawet stawiać oporu w polu. Dzięki rzymskiej wiedzy inżynieryjnej wojsko Odenata szybko odzyskuje utracone przez ostatnią dekadę pozycje i spycha Persów na wschód. W szczycie kampanii Odenat odzyskuje Edessę i Carrhae, zabezpieczając północny odcinek frontu. Te sukcesy nie wystarczą Odenatowi, jako doświadczony wódz wyczuwa on słabość wroga i własną siłę, wyrusza zatem dalej na wschód. Pod ciosami jego armii pada Nisibis. Odenat nie okazuje łaski i jego żołnierze brutalnie plądrują miasto — jego mieszkańcy zdaniem palmyreńskiego wodza nadto okazywali sympatię perskiemu panowaniu. Dalej na wschód jest już Persja i Odenat tam poniesie ogień wojny, maszeruje zatem wzdłuż Chaburu, następnie doliną Eufratu — jej lewym brzegiem — by dotrzeć pod Nehardeę. I to miasto po krótkiej obronie pada i zostaje gruntownie splądrowane, a znaczna część ludności uprowadzona w niewolę. Wreszcie, wojska Odenata docierają nad Tygrys i rozpoczynają oblężenie Ktezyfonu, jednej ze stolic perskiego imperium. Tutaj dopiero Odenat napotyka na twardy i nieustępliwy opór, a co gorsza Persowie zbierają liczne oddziały za liniami oblężniczymi i zaczynają atakować rozciągnięte siły rzymsko-palmyreńskie. W tej sytuacji Wódz Wschodu przerywa bezowocne oblężenie i po gruntownym spustoszeniu okolic Ktezyfonu wycofuje się powoli na zachód. Wróg go nie ściga i to największa miara sukcesów tej błyskotliwej i chwalebnej kampanii. Gdy wiosną 263 roku oddziały Odenata wracają w granice rzymskie, wódz odsyła Galienowi jeńców, część skarbów i listy, w których obszernie informuje go o przebiegu kampanii. Odpowiedź z Rzymu nadchodzi szybko — Cesarz Galien przeprowadził w Rzymie w imieniu Odenata wspaniały triumf, a władca Palmyry otrzymuje tytuł Persicus Maximus — największy pogromca Persów. Odenat przyjmuje tytuł Króla Królów Wschodu i ogłasza swego najstarszego syna Hairana, teraz zwanego Herodianem, jako swego współwładcę. To jest już wyzwanie rzymskiej cierpliwości, gdyż sprawa nie ogranicza się do zwykłej tytulatury — Odenat na oczach Galiena, na oczach Wielkiej Romy zaczyna budować swoje Imperium.
Palmyra obejmuje odtąd znacznie większy obszar, niż pierwotna Palmyrene. Odenata słucha cały rzymski Wschód, ale Pan Palmyry nie uprawia już gry pozorów — rzuca otwarte wyzwanie. Ceremonia koronacji Herodiana odbywa się wszakże w Antiochii nad Orontesem — rzymskim centrum administracyjnym Syrii, to nawiązanie do dawnej, hellenistycznej dynastii Seleucydów, panującej ongiś nad Syrią, Mezopotamią, Baktrią. Tytuł Króla Królów nawiązuje do dawnej tradycji perskiego imperium z czasów Achemenidów, jest jasno wyrażoną pretensją do panowania nad całym wschodem — i tym rzymskim i tym perskim. Odenat nosi jeszcze maskę rzymskiego przyjaciela, ale jego ambicją jest budowa własnego imperium opartego o hellenistyczną ideologię. Musi liczyć się z narastającą opozycją w samym mieście — gwałtowny wzrost jego fortuny i znaczenia jest nie w smak i budzi zazdrość wielu innych znamienitych rodzin, jednakże z raz obranej drogi nie da się już zejść. Odenat oczekuje absolutnej wierności swym poczynaniom i obsadza coraz to nowe urzędy i stanowiska członkami swego rodu. znamy tych ludzi z imienia i nazwiska — Zabdas, Zabbai, czy Worod — wszyscy oni noszą nazwisko rodowe Septymiusz, nazwisko Odenata. By kontrolować rozrastające się terytorium, rozbudowaną administrację Król Królów potrzebuje pomocy nie tylko ze strony członków swego rodu. Część stanowisk obsadzają rzymscy urzędnicy, ale przede wszystkim, wzorując się na władcach hellenistycznych Odenat ściąga na swój dwór całe zastępy uczonych, filozofów, biorąc zaś przykład z rzymskiej tradycji władzy cesarskiej, także i historyków. Cały ten skomplikowany aparat władzy nie tylko zbiera podatki, czuwa nad siłą zbrojną, ale także buduje ideologiczne zręby młodego mocarstwa i przeobraża jego kształt. Ostatnie wybory do magistratury miejskiej w Palmyrze odbywają się w roku 264.

W roku 266, po zabezpieczeniu swej władzy nad Syrią i Mezopotamią Odenat wyrusza na Persje w swej kolejnej kampanii. Tym razem wyrusza wprost na Ktezyfon, co jest wyzwaniem rzuconym młodej wciąż perskiej dynastii. Miasto jest jednak przygotowane do obrony, a siły perskie są liczne i bitne — armia palmyreńskiego władcy napotyka na trudności nie do przezwyciężenia. Odwrót nie zamienia sie w katastrofę, gdyż Odenat pewną i twardą ręką dzierży dowództwo. By zmazać złe wrażenie z nieudanej kampanii będąc już na obszarze przez siebie kontrolowanym Odenat podejmuje z wojskiem forsowny marsz ku Anatolii, której północno zachodnie obszary stały się obiektem ataku Herulów, przybyłych zza Morza Czarnego. Gdy oddziały Palmyreńskiej jazdy wysłanej przodem docierają do Bitynii i Pontu, Herulów już nie ma — zebrawszy łupy i niewolników, załadowali się na swe okręty i odpłynęli. Profitem z tej kampanii jest rozciągnięcie kontroli przez Odenata na połowę anatolijskich posiadłości Cesarstwa. Galien ma prawo czuć się bezradny, nie reaguje.
Oto chwila największej chwały Odenata — rozpoczyna latem 267 roku powrót do Syrii. Ma do swojej dyspozycji silną armię i ogromne zasoby — kontroluje przecież najbogatsze prowincje Imperium Romanum. Galien jest daleko i ma związane ręce, a i Persowie nie są już groźni. Odenat z Herodianem udają się jesienią 267 roku do syryjskiej Emessy. Tam, podczas uczty, świętują urodziny jednego z przyjaciół, raczą się winem i delicjami. Gdy do uczty przystępuje Meoniusz, kuzyn Króla, nie budzi to zdziwienia — jest wszak krewniakiem Odenata. Krewniak chętnie przypija do Króla, uśmiecha się, choć nosi w sercu ciężkie brzemię niezaspokojonej ambicji— Odenat pomijał go wielokrotnie przy okazji mianowań na najwyższe urzędy. Teraz Meoniusz uśmiecha się, gdy na salę wpadają zbrojni z obnażonymi mieczami i sztyletami. Uśmiecha się, gdy ostrza zatapiane są w ciałach Odenata i Herodiana — dokonał sprawiedliwej zemsty za głęboką pogardę. Zabójcy Odenata natychmiast ogłaszają Meoniusza Królem Królów. W Emessie dochodzi do zamachu stanu i chyba o to od początku Meoniuszowi chodziło. Upokorzenia ze strony Odenata to tylko głośno wymawiany powód mordu. Meoniusz chce władzy i ją zdobywa. Zapomina jednak na chwilę o tym, że nawet pozbawiona głowy familia potrafi być groźna. Bieg wypadków przyspiesza gwałtownie, gdy wieść o zgładzeniu Odenata i Herodiana opuszcza Emessę i niesie się swobodnie po świecie.

Jeśli Meoniusz wyobrażał sobie, że zabójstwo Odenata da mu upragnioną władzę srodze się zawodzi. Gdy staje przed odenatowymi żołnierzami nie widzi w ich oczach miłości i oddania. Zacięte twarze i ściskające mocno rękojeści mieczy ręce zdradzają nienawiść do zbrodniarza i uzurpatora. Nim królowa-wdowa dotrze do Emessy, ciało niedoszłego władcy palmyreńskiego Króla zastyga w pośmiertnym kurczu przeszyte mieczami gwardzistów Odenata. Władza nad Palmyrą pozostaje w rodzinie — królem obwołany zostaje Waballat, dziecko jeszcze, zaledwie dziesięcioletnie. regencję nad nim obejmuje wdowa po Odenacie — Zenobia. Działa szybko i bezwzględnie, gdyż po roku 267 znika z kart historii jeszcze jedno imię — imię Septymiusza Woroda, zarządcy Palmyry. Zenobia zabezpiecza swą władzę, wsparta przez pozostałych krewniaków dostrzegających dokąd udaje się Fortuna i komu będzie teraz sprzyjać.
Gdy wieść o śmierci potężnego Odenata dociera do Rzymu, Galien musi czuć sporą ulgę. Zabójstwo króla oznaczać musi zamęt, a kto wie — może i nawet rozpad dziedzictwa odenatowego. To w znacznej mierze rozwiązuje Augustowi ręce i pozwala przygotować plan kampanii mających przywrócić jedność okaleczonej Romy. Tyche ma jednak inne plany. Zanim Galien będzie mógł zbrojnie dochodzić swoich praw na Mezję i Trację spada kolejna inwazja barbarzyńców wlewających się jak lawa w głąb Imperium. Cesarz wyrusza przeciw nim osobiście na czele naprędce zebranych sił. Odnosi krwawe zwycięstwo w okolicach Naissus wypierając wroga za Dunaj, ale gdy pozostaje już tylko zakończyć kampanię i wznowić przygotowania do marszu na Wschód, do obozu Augusta docierają tragiczne wieści — pozostawiony wraz z silnymi oddziałami niezastąpiony dotychczas Aureolus wypowiada mu posłuszeństwo. Ów tęgi wódz, zwycięski w niezliczonych potyczkach, prawa ręka Galiena, pozostał w północnej Italii by zabezpieczyć władzę Augusta przed wciąż groźnym Markiem Postumusem, a teraz sam przywdziewa purpurę. Galien nie traci wiary w swą szczęśliwą gwiazdę i natychmiast wyrusza przeciw Aureolusowi. Do bitwy dochodzi w miejscu, w którym dziś znajdziecie nieduże lombardzkie miasteczko o nazwie Pontirolo Nuovo. Aureolus to wódz wyśmienity, ale i Galienowi nie zbywa na talentach militarnych, o czym wielu jego wrogów wiele razy przekonało się już w przeszłości. I tym razem Cesarz Galien okazuje się zwycięzcą bratobójczego starcia. Pobite i zdziesiątkowane oddziały Aureolusa uciekają za potężne mury Mediolanu. Cesarz i jego armia podejmuje oblężenie miasta. Aureolus broni się jeszcze tylko dlatego, że wie jaki los musi go spotkać po kapitulacji, pozostaje mu już tylko trwać desperacko w oczekiwaniu na jakieś cudowne zrządzenie losu, które uwolni go od galienowej sprawiedliwości.
Jest wrzesień 268 roku, pozostaje jedynie Galienowi czekać na nieuchronny upadek miasta i groźnego uzurpatora. Gdy wieczór zmienia się w czarną noc do namiotu Cesarza szykującego się już do snu po wieczornym obchodzie stanowisk na liniach oblężniczych wpada Cekropiusz, dowódca elitarnych oddziałów dalmatyńskiej jazdy. Aureolus opuszcza miasto na czele swych sił! Cesarz Galien wie, że nie może do tego dopuścić. Wie, że poza niezdobytymi murami Mediolanu zdziesiątkowane kohorty Aureolusa nie są mu groźbą, lecz łupem. Natychmiast wypada z namiotu, by ogłosić alarm, wydawać rozkazy do pościgu. Podniecony czekająca go walką już to peroruje jak szykować wojsko, gdy nagle Cekropiusz idęcy nieco z tyłu popycha go silnie i Cesarz upada. Gdy próbuje się podnieść z błotnistej ziemi jego oczy spotykają się z oczami jego najpewniejszych dowódców — są tutaj Klaudiusz, jest Aureliusz Heralian, jest Aurelian i są inni. Galien chyba dopiero teraz rozumie co się dzieje. Nie broni się, gdy z góry spadają na niego miecze. Brocząc krwią zwala się w obozowe błoto.
Rankiem, wszyscy w obozie wiedzą już co się wydarzyło. Dla wielu to szok — Galien był lubiany przez swych ludzi, szanował ich, karmił i dzielił z nimi niebezpieczeństwa w licznych kampaniach. Był im bratem, a teraz jego zastygło ciało leży u ich stóp. Atmosfera jest gęsta, wyczuwa sie potężne napięcie. Zabójcy Galiena czują niebezpieczeństwo i muszą szybko rozstrzygnąć kwestię następstwa. Zgromadzeni w namiocie poza zasięgiem wzroku prostych legionistów przypatrują się sobie w milczeniu próbując odgadnąć najgłebiej skrywane myśli, ambicje i pragnienia. Cekropiusz nie jest kandydatem do cesarskiej purpury — nie ma tu wielu przyjaciół. Także Prefekt Pretorianów Aureliusz Haraklian, dotąd Prefekt Pretorianów nie jest brany pod uwagę. Rozgrywka dotyczy dwóch tylko postaci — Klaudiusza i Aureliana. Obaj są dowódcami wypróbowanymi, świetnie znającymi swoje rzemiosło. To rówieśnicy, wychowani przez armię. Różnią się jednak — Klaudiusz jest ciepłym, umiarkowanym człowiekiem, łatwo zdobywającym sympatię swym pogodnym na ogół obliczem. Aurelian jest jego przeciwieństwem — to surowy, wymagający i bezwzględny dowódca. Aurelian o czarnej jak smoła duszy nie jest kochany, ani podziwiany. Aurelian budzi strach. Wybór jest prosty — nowy Pan Romy, nowy August nosić będzie imię Marek Aureliusz Klaudiusz. Aurelian ukontentować się musi dowództwem nad armią zebraną pod Mediolanem i rolą najbliższego współpracownika Klaudiusza. Nie ma miejsca natomiast dla Aureliusza — znika z kart historii. Teraz oficerowie wyprowadzają nowego władcę z namiotu, nakładają nań purpurowy płaszcz i przedstawiają żołnierzom. Ci aprobują wybór swych oficerów i dokonują aclamatio. Od razu też, mając na względzie żołnierskie uczucia, Klaudiusz pisze do Senatu żądając zaliczenia zamordowanego Galiena w poczet bogów. Prosi także, by otoczyć opieką wdowę po Galienie i jego rodzinę. Rządy zaczyna zatem od amnestii, ta jednak nie obejmuje Aureolusa. Gdy załoga Mediolanu składa broń, upadły wódz natychmiast zostaje zgładzony.

Klaudiusz kontynuuje dzieło galienowe — natychmiast wyrusza w towarzystwie Aureliana przeciw Alemanom i gromi ich nad jeziorem Benacus. Występuje przeciw władającemu Zachodem Postumusowi i zdobywa dolinę Rodanu, a przede wszystkim Hiszpanię, co jest ciężkim ciosem, gdyż znacznie zmniejsza zasoby finansowe uzurpatora. Potem wyrusza nad Dunaj. Rzymska armia przystępuje do kolejnej ofensywy mającej wyprzeć Gotów ostatecznie poza Dunaj. Po całej serii starć zwycięsko Cesarstwo wychodzi ze zmagań z Kniwą. W krytycznym momencie kampanii oddziały gockie otoczone zostają na Górze Haemus. Rzymianie przystępują do oblężenia i w sukurs przychodzi im trapiąca już od pewnego czasu ziemie Imperium zakaźna choroba przywleczona tutaj przez legiony zabrane z północnej Italii. Obie armie cierpią straszliwie, lecz sytuacja Gotów w oblężonym obozie staje się straszliwa. Z całą mocą desperacji przebijają się przez rzymskie linie i uchodzą na północ, ku swym siedzibom. Aurelian i jego jazda podejmują pościg i znoszą wiele oddziałów — zwycięstwo jest kompletne. W ręce Rzymian wpadają setki jeńców, którzy przybyli tutaj jako zdobywcy, a pozostaną na rzymskiej ziemi, jako kolonowie, przywiązani do nadanej im z łaski Imperatora ziemi. Klaudiusza przy tym nie ma — jego uwagę przykuwa nowe wystąpienie barbarzyńców. Gdy Aurelian przywraca rzymską władzę w Mezji i Macedonii, Klaudiusz pod koniec 269 roku na czele znacznych sił kieruje się do Panonii, by powstrzymać tam Wandalów. To wspaniały duumwirat, który stawia poważne kroki na drodze do wydobycia Romy z upadku. Teraz, gdy armia Aureliana wyczerpana ciężkimi walkami prowadzi pobór, by wypełnić dziury w szeregach, z Sirmium nadchodzą wieści. Cesarz Klaudiusz, który wiosną 270 roku wyruszył w pole, by połączyć się z Aurelianem, nagle zawrócił do Sirmium. August jest chory. Już w kwietniu 270 roku do Aureliana przychodzą nowe wieści z Sirmium — Klaudiusz, tak jak setki jego żołnierzy umiera na Zarazę Cypriana, umiera na Ospę. Fatum bardzo pragnie, by cała czwórka naszych bohaterów spotkała się na scenie teatru dziejów i oto są — Roma, Palmyra, Zenobia i Aurelian. Po śmierci bowiem Klaudiusza, Senat Romy przekazuje władzę jego bratu Kwintyllusowi, ale armia nie uznaje tego wyniesienia. Rzymskie miecze zgromadzone w obozach wojskowych Illyricum w maju 270 roku oddają władzę Aurelianowi. Twardy i surowy żołnierz szybko kładzie kres władzy Kwintyllusa — jego wypróbowani weterani stanowią siłę, z którą nie sposób się mierzyć nielicznym kohortom senackiego kandydata do władzy. Już po śmierci nieszczęsnego klaudiuszowego brata ten sam Senat Imperium usłużnie uznaje władzę Aureliana, który Senatem i jego uchwałami nie będzie się wcale przejmować. Tylko głos armii się liczy — to z jej szeregów się wywodzi, to jej zawdzięcza władzę i to ona jest tej władzy podporą. Teraz pora jednak ruszać w pole — nowe zastępy wrogów godzą w cesarskie prowincje.

Gdy Aurelian ze swą armią nadzoruje odwrót pokonanych Wandalów za Dunaj, ze stolicy Imperium nadchodzą wieści o wybuchu kolejnej rewolty — nie jest to jednak kolejna uzurpacja, lecz bunt pracowników administracji, a konkretnie państwowej mennicy. Na jego czele staje Felicissimus, zarządca państwowego skarbu. Winnych jest jednak więcej, choć ich nazwiska próbują pozostać w cieniu. Rzecz w systematycznym sprzeniewierzaniu państwowych funduszy, a dowody tej działalności płoną wraz ze zrewoltowaną mennicą. Po krwawej bitwie na Wzgórzu Celiusz, August kładzie krwawo kres gwałtownej rebelii — ginie siedem tysięcy ludzi, ale szybko odkrywa kto usiłował zatuszować oszustwa— głowy obok Felicissimusa kładą kolejni senatorowie zamieszani w przestępczy proceder.
Każda tragedia składa się z wielu części, a jedną z nich jest śpiew chóru, zwany Stasimonem, którego zadaniem, jest dać wytchnienie aktorom i przedzielić bieg Epesojdionu. Oto zatem i wyczekiwana pieśń chóru — pieśń nad pieśniami.
IV. Stasimon
Cesarz Aurelian wkracza do miasta! Głos roznosi się wśród mieszkańców Sirmium i wszyscy przerywają swe codzienne zajęcia, by zgromadzić się przy południowej bramie. Cesarz Aurelian wkracza do miasta! rośnie podniecenie, bo Pan Imperium nie przybywa sam — jest z nim jego najbliższa familia, wielka armia cesarska. Kto chce przegapić takie widowisko! Już tłum zbiera się na ulicy wiodącej do bramy południowej, gromadzi sie w cieniu akweduktu i oblepia okoliczne domostwa. Do Wielkiego Pałacu z wszystkich stron miasta zbiegają sie cesarscy urzędnicy, a na głównym forum zbiera załoga cytadeli w paradnych strojach. Nie może być pomyłki — zza muru dobiega sygnał dziesiątek Buccin, wielkich i kragłych tub wydających z siebie głośny i dudniący dźwięk. Słychać już narastający miarowy stukot setek i tysięcy Carbatinae — wzmocnionych w podeszwie stalowymi ćwiekami wojskowych butów. I znowu odzywają się wielkie trąby — przeszywający ciało, ciężki i dudniący dźwięk wzbiera jeszcze bardziej i z potworną siłą wdziera się w uszy, gdy pierwsi dmący w tuby żołnierze wkraczają w czeluść bramy. Wszystko zamiera, nikt nawet nie poruszy się opleciony zewsząd potężnym basowym dźwiękiem. Słychać jeszcze niczym echo odbijający się dźwięk rogów, lecz oto z bramy wynurzają się pierwsze szeregi równo maszerujących żołnierzy, zaraz za rzędami Bucinatorów i Kornicenów kroczy dumnie Aquilifer — niosący orła.
To doświadczony weteran, a jego policzek zdobi głęboka blizna — tak opłaca sie w rzymskiej armii godność niosącego legionową świętość. Kroczy dumnie utrzymując na długim drzewcu złotego orła. Jego hełm kryje się pod lwią łbem, a grzywa wielkiego drapieżnika opada mu na kark i ramiona. To dumny weteran zaślubiony armii na wieki, więc jego tors chroni drogi ale piękny pancerz Lorica Hamata składający się z 30 000 małych metalowych krążków narzucony na nieskazitelnie białą tunikę. Większości legionistów nie stać na taki wydatek, ale Aquilifer prezentuje całym sobą godność i siłę legionu, więc musi zadbać o swą prezencję.
Za nim podąża konno dowódca legionu — Legatus Legionis — w otoczeniu swych oficerów — i oni prezentują się wspaniale na swych kosztownych rumakach. Legat ma wspaniale zdobiony pełny hełm zwieńczony bujnym czarnobiałym pióropuszem. Jego ciało chronione jest przez wspaniałą i misternie wykonaną Lorica Plumata wykonaną z setek nakładających się na siebie metalowych blaszek. Przy boku lśni biała rękojeść miecza Spatha wykonana z kości słoniowej, a plecy dowódcy otacza szeroki, czarny płaszcz, opadający aż na koński zad. Za pocztem Legata z bramy wynurza się kolejny samotnie kroczący żołnierz dzierżący dumnie rzymski znak bojowy.
To Imaginifer, który niesie trójwymiarową, wykutą w metalu rzeźbę, będącą popiersiem panującego cesarza. zawsze poprzedza kolumnę kohorty. Ów Signifer, tak jak idący za nim Centurion mają piękne zdobione hełmy, których pióropusze biegną poprzecznie — od ucha do ucha. Ich Lorica Hamata są nieskazitelnie czyste i lśniące. Bycie Signiferem jest funkcją niebezpieczną — na polu bitwy żołnierz ów musi dzierżyć wysoko swój znak, tak by był widoczny dla wszystkich żołnierzy kohorty i to na pierwszej linii walk. Chroni go znacznie mniejsza tarcza, więc za jego bezpieczeństwo odpowiadają przede wszystkim jego walczący koledzy. Śmierć Signifera okrywa hańbą legionistów, ale dla martwego Signifera to wątpliwa pociecha. Jest to jednak zawsze żołnierz doświadczony i twardy, gdyż od jego postawy zależy zachowanie wielu młodszych wiekiem legionistów. Łatwo Signiferów rozpoznać i bez niesionych znaków — na hełmach narzuconą mają skórę z wilczej głowy. Jest Signifer Duplicariusem — pobiera podwójny żołd, więc ryzyko jest warte podjęcia i każdy żołnierz pragnie takiego wyróżnienia. Na czele oddziału maszeruje jeszcze jeden Signifer — ten niesie znak kohorty— tak jak legionowy orzeł, znak kohorty także jest przedmiotem żołnierskiej dumy. Ta kohorta ma znak szczególny — to Manus. Zamocowaną na drewnianym drzewcu bazę, na której wyryto numer kohorty zdobi srebrna otwarta dłoń, która oznacza Fidelis — żołnierską wierność. Na drzewcu widać świetnie cztery Phaleares, metalowe i ozdobne dyski. Kohorty miewają różne znaki — mogą pochodzić od motywów roślinnych i zwierzęcych, ale Manus ma dla legionistów znaczenie szczególne — to oznaka trwałej przynależności żołnierskiej gromady do rodziny władcy.
W zwartych kolumnach, smagani krótkimi, gardłowymi komendami maszerują legioniści, znana i budząca lęk na całym znanym świecie ciężka piechota. Jak jedno ciało, niczym straszliwy metalowy wąż legion pełznie naprzód niepowstrzymaną falą. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się, uda się dostrzec drobne różnice w wyposażeniu poszczególnych legionistów. Głowy ich okrywają dobrze chroniące policzki i kark hełmy zwane Galea. Tors okrywa pancerz zwany Lorica Segmentata, którego nazwa dobrze oddaje jej strukturę. To połączone ze sobą pasy metalu, które nie krępują ruchów żołnierza, a jednocześnie dość dobrze chronią ciało. Dobrze chronione są i ręce — specjalnym pancerzem zwanym Manica, jak i nogi, które okrywa rodzaj nagolenników zwany Graeve. W prawej ręce dzierżą długie włócznie — Hastae- służących zarówno do miotania, jak i do walki wręcz. Lewa ręka dźwiga dużą, półokrągłą, zdobioną tarczę Scuthum. Walcząc w zwartych formacjach legioniści z takich tarcz tworzyli nieprzebyty mur i niestraszny był im najcięższy nawet ostrzał z łuków i proc. Przy prawym boku wisi ukryty w pochwie miecz Spatha utrzymywany na przełożonym przez ramię pasie zwanym Balteus. Maszerujący różnią się wiekiem, doświadczeniem i umiejętnościami. Ci, którzy posiedli ważne umiejętności jak ważne w służbie rzemiosło, z racji doświadczenia ćwiczą w fechtunku i musztrze młodych żołnierzy, służą w charakterze żandarmów, bądź potrafią obsługiwać skomplikowane machiny oblężnicze zwani są Immunes. Pobierają wyższy żołd i nie wymaga się od nich wykonywania zwykłych codziennych prac w toku rutynowej służby. Są jednak wyszkolonymi legionistami i na polu bitwy stają do bitwy wśród swych kolegów. Jest jeszcze jedna grupa żołnierzy, która budzi szczególny podziw i zazdrość kamratów — jeden z jej reprezentantów przechodzi właśnie koło grupki gapiów. Włosy pokrywają mu pasy siwizny, bo to Evocatus — żołnierz, któremu wręczono już Dyplom, czyli świadectwo odbycia całej służby, ale który uroczyście zaciągnął się raz jeszcze. I on pobiera podwójny żołd, będąc zwolnionym z codziennej pracy fizycznej. W obozie, na co dzień chętnie prezentuje pamiątki po latach służby, jego ciało pokryte jest bliznami. Te na piersiach powstały w boju — zwykle powiada — te na plecach zaś, to owoc ciężkiej pracy centurionowego bicza, dodaje. To człowiek twardy jak skała, niełatwo wkraść się w jego łaski, ale bardzo łatwo go rozsierdzić. Choć głosi donośnie podczas pijackich zabaw, że ma synów i córki w każdym większym obozie wojskowym w Imperium nie ma bliskich. To armia jest jego rodziną i będzie w niej do śmierci, ktora kiedyś nadejdzie. Biada młodym rekrutom, gdy ich ćwiczy. Biada kamratom, gdy zostanie Centurionem.

Armia Cesarza Aureliana to nie tylko piechota legionowa, jej większość to Auxilia. To wojsko pomocnicze tylko z nazwy. Wiele oddziałów Auxilia, to elita rzymskiej armii. Ida zatem wyśmienici Balearscy procarze. Nie mają żadnej zbroi, strojni w proste szare tuniki dźwigają na ramieniu swój skórzany worek z obozowym wyposażeniem dzierżąc w dłoniach swą straszliwą broń — procę zwaną Glandes.
Idą za nimi kolejne piesze kohorty pod swymi znakami — łopoczącymi w powietrzu Vexillum. Pierwsza kohorta — to Aelia Prima Gaesatorum. Wyborowy oddział łuczników w skórzanych kaftanach obłożoych metalowymi łuskami. Ich broń, to kompozytowe łuki, z których strzały przebiją każdy pancerz. za nimi maszeruje Cohorta Prima Alpinorum Peditata, ciężka piechota zwana Lanciarii, od nazwy używanych ciężkich, niemal dwumetrowych włóczni. Od piechoty legionowej odróżniają się też owalnym kształtem tarcz. prowadzący ich oficer w randze Praefectusa jest germańskiego pochodzenia, tak jak i wielu jego podwładnych. Germanie to też najczęstszy przeciwnik tej strzegącej na co dzień północnej granicy jednostki. Nie raz dochodzi do walk z plemionami, których członkowie stanowią trzon Kohorty. Nic to niezwykłego, gdy brat podnosi miecz na brata.
Oto za pieszymi pojawia się jeździec ze znakiem kolejnej kohorty — to Draconarius, niosący smoka. Znaki rzymskiej jazdy najczęściej przedstawiają bowiem właśnie smoki, lub węże. To Kohorta Ulpia Tertia Paetreorum, wyborowy oddział konnych łuczników z dalekiej pustynnej Petry. Zwinni i szybcy, zbrojni w śmiertelnie groźne łuki kompozytowe żołnierze pochodzą z gorących arabskich pustyń, to wieczni nomadzi przywykli do spędzania całego życia w siodle. Ich koniki są niebywale wytrzymałe, zdolne do bardzo długich przemarszów nawet pod palącym słońcem rzymskiego Wschodu. Niosą lekkie zbroje, podobne do Lorika Hamata, podskakują z każda nierównością bruku przez plecy przewieszone małe tarcze.
Za nimi pojawia się kolejna kohorta jazdy. To Cataphractari, ostrze grota armii aureliańskiej. Wspaniała jazda, sformowana na wzór zakutej w żelazo jazdy perskiej. Żołnierze Ala Prima Gallorum et Pannoniorum Cataphractaria. Potężni ludzie na potężnych koniach dźwigają wspaniałe zbroje. Pięknie zdobione hełmy zabezpieczają głowy, ciała okryte przez Lorica Squemata, Manica i graeve wydaje się niedostępne dla żadnego ostrza. Ich broń, to przede wszystkim ciężka i długa włócznia zwana Contus, ale przy bokach widać także miecze Spatha. Także ich wierzchowce chronione są przez pancerz. To jazda, która samym swym ciężarem zdolna jest do rozbicia szyków wroga. Służba w tej formacji wymaga ogromnych umiejętności jeździeckich, gdyż ludzie ci nie używają strzemion. To wśród kohort i al jazdy podróżuje sam Cesarz Aurelian ze swą świtą. Otacza go niczym wieniec grono najwyższych oficerów i urzędników. Dzięki temu jego polowy namiot może zawsze pełnić rolę imperialnej stolicy. Otacza go oddział gwardzistów we równie wspaniałych jak ich cesarz, bogato inkrustowanych zbrojach przypominających nieco używane przed wiekami Lorica Musculata. To już nie rozkapryszeni wałkonie z czasów, gdy Pretorian rekrutowano w Italii, a jedyną rekomendacją do pełnienia zaszczytnej służby u boku władcy było właściwe pochodzenie z najlepszych i najbogatszych rodów. Teraz gwardia cesarska, to starannie wybrani najbardziej waleczni i doświadczeni żołnierze, wszyscy jak jeden mąż pochodzący z dalekich od Italii prowincji.

Wreszcie, za jazdą przez ulice przetacza się flotylla ciężkich wozów. Przewożą sprzęt niezbędny do prac fortyfikacyjnych i inżynieryjnych, ale przede wszystkim, rozłożone i gotowe do transportu machiny stanowiące artylerię legionów. Są Onagery, są Ballisty, a także Skorpiony. Nie służą tylko do zdobywania miast, czy obrony własnych umocnień. Armia rzymska używa ich także na polu bitwy, gdzie skoncentrowanym ostrzałem są w stanie rozbijać i dezorganizować szyki wroga. Każdy legion posiada własny park artyleryjski, a żołnierze obsługujący owe straszliwe machiny należą do elity armii jako szczególnie cenieni specjaliści.
Tak oto wśród okrzyków zachwytu i podziwu gawiedzi maszeruje wspaniała rzymska armia. Mimo wszystkich klęsk i niepowodzeń doznanych w ostatnich latach, mimo głębokich szczerb w szeregach, to wciąż najlepsza armia świata. Nieprzerwany chrzęst zbroi, furkot rozwiniętych na wietrze sztandarów, groźny i donośny głos centurionów i twardy rytm wybijany przez podkute buty na ulicznym bruku. To, a także skowyt klingi miecza ostrzonej przez obozowego kowala, wieczny pomruk niezadowolenia dzikiej bestii, będącej wielotysięczną ludzką rzeszą — zawsze gotowej by rozszarpać każdego przeciwnika — a nawet krótki świst sztyletu tnącego powietrze w drodze pod żebro tego kamrata, który oszukiwał w kości— wszystkie te dźwięki— oto jest pieśń rzymskiej armii! Oto jest pieśń, nad pieśniami!
V. Epejsodion
Jeśli nici dramatu sprzęgły już wcześniej los Romy i Palmyry, to teraz zbiegną się losy Aureliana i Zenobii. Oboje zresztą bardzo tego pragną, oboje mają ku temu ważkie powody — paradoksalnie — oboje przekonani są, że podejmując przeciw sobie akcję, podejmują akcję obronną. Oboje są zresztą w równie trudnym położeniu. Zenobia wprawdzie dzięki wyniesieniu syna Waballata do godności królewskiej i ustanowieniu własnej nad nim regencji utrzymuje ród Septymiuszów przy władzy, ale wcale nie może jej być pewna. Panuje nad rzymskim Wschodem, to fakt. Jej syn ma prawo do tytułu Króla Królów w Palmyrene — to też fakt. Natomiast przyznanie synowi rzymskich tytułów wcześniej noszonych przez Odenata jest już z punktu widzenia Rzymian poważnym przekroczeniem, gdyż bynajmniej nie były one dziedziczne. Dlaczego zatem Zenobia decyduje się na taki krok? jest jej to potrzebne, by podtrzymać władzę nad rzymskim wojskiem i administracją, by podtrzymać kontrolę nad ogromnym obszarem. Zenobia, podobnie jak jej zmarły tragicznie mąż nie ma zamiaru poprzestać na roli rzymskiej przyjaciółki — interesuje ją kontynuacja dzieła budowy wielkiego królestwa na wschodzie, ale do tego celu potrzebne jest jej właśnie posłuszeństwo rzymskich instytucji i przede wszystkim wojska. Odenat udowodnił swe wojskowe talenty, ale Palmyra nie miała wielkich tradycji militarnych, a jej możliwości utrzymywania silnej armii są ograniczone. Lekko licząc, w kampaniach perskich trzy czwarte sił Odenata stanowiły rzymskie oddziały — tak Legiony, jak i Auxilia. By móc nadal kontrolować te siły Zenobia i Waballat muszą zatem sięgnąć po rzymską tytulaturę i złoto z podatków, tej armii i administracji trzeba płacić. na razie nikt się królowej palmyry nie sprzeciwia — żadna z rzymskich jednostek wojskowych nie wypowiada jej posłuszeństwa, nie dochodzi do najmniejszych nawet starć zbrojnych. Za fasadą pokojowego przejęcia władzy czai się jednak głęboka niepewność — jak zachowa sie rzymskie wojsko pod rozkazami ludzi królowej, gdy dojdzie do starcia armią cesarską? Zenobia wie, że do takiej walki dojść musi, bo żaden rzymski cesarz nie pogodzi się z utratą najbogatszych ziem cesarstwa. Galien tolerował sytuację na Wschodzie z przymusu. Klaudiusz przez całe swoje krótkie panowanie zbyt zaabsorbowany był sytuacją w Illyricum i na Zachodzie. Jasnym jest, że każdy kolejny rzymski Imperator będzie próbował odzyskać to, co utracone, że podążać będzie drogą inną od poprzedników.

Zenobia nie pozostaje w bezczynności. Nie oglądając się na nic, Zenobia w imieniu Waballata włącza do Palmyry prowincje Arabii i Judei. Jeszcze w 270 roku główne siły zbrojne Królestwa wyruszają pod dowództwem wypróbowanego Zabdasa przeciw Bostrze, która obsadzana przez rzymski garnizon staje się zadrą nie do zniesienia dla Zenobii. najwyraźniej Arabia Paetrea i jej gubernator, rzymski oficer naziwskiem Trassus nie okazuje lojalności królowej. Celem Zenobii i Zabdasa jest nie tylko likwidacja rzymskiej enklawy, ale podporządkowanie Tanukidów i zabezpieczenie swych wschodnich granic, gdy przyjdzie czas próby sił z Aurelianem. Trassus próbuje zastąpić drogę wojskom królewkim, lecz zostaje pobity i sam ginie. Wprawdzie Bostra otwiera bramy przed zwycięzcami, ale nie uchroni jej to przed gruntownym złupieniem — płonie między innymi powszechnie podziwiana świątynia Zeusa-Ammona. Nie poprzestając na tym, Zabdas maszeruje aż po Petrę liwkidując w zarodku jakąkolwiek opozycję wobec włądzy swej królowej. Czując sie bezpieczną od potencjalnych zagrożeń ze wschodu Zenobia rozpoczyna wielki pojedynek, teraz celem jej wojsk jest rzymski Egipt.
Moment dokonania inwazji przez wojska na których czele stoją Zabdas i Timagenes jest idealny. W prowincji wrze — ludność jest niezadowolona z ciężarów fiskalnych, a gubernator Probus jest nieobecny, poszukując na czele swych sił morskich piratów zagrażających łączności z Italią i Grecją. W Italii trwa wówczas rozgrywka pomiędzy Kwintyllusem, a Aurelianem, nie ma więc nad Probusem żadnej władzy zwierzchniej, która mogłaby wspomóc rzymskiego gubernatora. Znaczna część ludności wita Palmyreńczyków jak wyzwolicieli, gdy siły Zabdasa wkraczają do Alexandrii. Zabdas pozostawia w mieście pięciotysięczny garnizon, a sam na czele głównych sił wyrusza w górę Nilu, by opanować resztę kraju. Probus powracający ze swej wyprawy odzyskuje stolicę Egiptu, ale ma zbyt szczupłe siły, by mierzyć się z całą potęgą Zabdasa. Rzymianie uchodzą z Alexandrii usiłując się przedrzeć do twierdzy Babylon, jednak Timagenes zastępuje im drogę i zadaje miażdżącą klęskę. Ginie Probus, a po jego śmierci nie ma już nikogo, kto mógłby kontynuować opór przeciw najeźdźcy. Gdy upada rzymska władza nad Egiptem Aurelian toczy wojnę z Gotami w dalekiej Mezji i nie może wiele uczynić. Zamiast wyruszyć na Wschód pilnować musi krain naddunajskich i samej Italii. Pokonanie Wandalów i wyparcie ich za Dunaj niewiele zmienia, bo oto na przełomie 270 i 271 roku Alemanowie i Jutungowie najeżdżają Północną Italię nie dając Aurelianowi szansy na podjęcie natychmiastowych działań. Na razie może tylko na drodze dyplomatycznej zapewnić dalszy import zboża z Egiptu i tyle musi mu wystarczyć, tym bardziej, że nie może sobie pozwolić na zignorowanie zagrożenia samej Italii. A Zenobia nie zamierza poprzestać na Egipcie. Natychmiast po zakończeniu kampanii oddziały Zabdasa wzmocnione przez nowe jednostki dowodzone przez Zabbaia przerzucane są na północny wschód i wkraczają do Azji Mniejszej, gdzie dochodzą do Ancyry. Pod rzymską władza pozostają tylko przybrzeżne obszary Azji Mniejszej. Trudno pokusić się o całkowite wyparcie Rzymian z Azji bez potężnej floty, a tej Zenobia pod swymi rozkazami na razie nie posiada.
Aurelian jest w dramatycznym położeniu. Wprawdzie mając Afrykę może zaspokoić potrzeby ludności w zboże, ale bez pieniędzy ze Wschodu będzie mu bardzo trudno odtworzyć armię. A armia jest w bardzo złej kondycji. Jeszcze za Sewera liczyła niemal 450 000 ludzi, teraz w rękach cesarza jest może połowa tej liczby. Znaczne siły rzymskie w Galii i nad Renem słuchają uzurpatorów, gros armii rozlokowany nad Dunajem został zdziesiątkowany przez lata wojen i epidemii, a wojska na Wschodzie mają nowych panów. Oczywiście i to, co Aurelianowi pozostało, to w rękach sprawnego wodza wielka i groźna siła, ale doświadczenie wskazuje, że nie da się bez konsekwencji ogołocić granic nawet spokojnych krain, by zebrać jedną silną armię polową, zdolną do odzyskania utraconych prowincji. Na razie Aurelian musi zadbać o to, co mu pozostało, gdyż wie doskonale jak niebezpieczne dla swego władcy jest wojsko nieopłacone, albo niezadowolone z jakiegokolwiek innego powodu. Nie mając środków finansowych podejmuje działania, by zabezpieczyć swe rządy — mennice biją nieco lepszą monetę, co poprawia sytuacje płatniczą państwa. Na monetach pojawia się motyw władcy z żołnierzem opisany jako “Concordia Militum” — zgoda żołnierzy. Zmienia drastycznie system dystrybucji państwowego zboża dla miejskiej biedoty, dzięki czemu uzyskuje sporo środków niezbędnych na poprawę stanu armii. Poprzez system ostrych kontroli usuwa najbardziej widoczne nadużycia wysokich urzędników, co służyć ma polepszeniu stanu społecznej dyscypliny. Przede wszystkim jednak, potrzebuje stabilizacji i sukcesów, które utwierdziły by jego reżim i dały czas na głęboką reformę słabnącego państwa.

Po zwycięstwie nad Kwintyllusem Aurelian wyrusza nad Dunaj, by zmierzyć się z nowym zagrożeniem dla rzymskich granic — inwazją Wandalów. Gdy udaje mu się opanować sytuację nowa inwazja barbarzyńska spada na Romę, granicę forsują Alemanowie i Jutungowie. Ci ostatni przedzierają się przez Alpy i wkraczają do Italii. Cesarz ze zwykła sobie szybkością przybywa na czele armii, ale zaniedbuje ostrożności i wpada w zasadzkę barbarzyńców pod Placentią. jak do tego doszło? Otóż, siły cesarskie początkowo skierowały się w stronę Mediolanu, gdzie nie zastały przeciwnika, który po splądrowaniu okolic wyruszył na południe. Ponieważ po klęsce Kwintyllusa w okolicach Środkowej Italii właściwie nie ma rzymskich wojsk, zagrożony jest sam Rzym. W tej sytuacji Aurelian przyspiesza marsz, a obawiając się upadku stolicy Imperium wchodzi w pułapkę Jutungów. Wieści o klęsce Aureliana wywołują w Wiecznym Mieście panikę. Mieszkańcy pospiesznie gromadzą dostępne oddziały i usiłują przygotować do obrony stare Mury Serwiliańskie, jednocześnie z grozą nasłuchując postępów groźnych i zwycięskich barbarzyńców. Wtedy niespodziewanie nadchodzi wieść o całkowitym zwycięstwie sił cesarskich i odwrocie barbarzyńców. Aurelian po klęsce pod Placentią nie załamuje rąk. Pozbierwaszy swe oddziały idzie śladem armii Jutungów krok w krok, obserwując czujnym okiem ruchy przeciwnika. Nad rzeką Metaurus, pod miejscowością Fano armia barbarzyńska próbuje przeprawić sie przez wezbrane wody. To jest moment,na który czeka Aurelian! Gdy część wojowników wroga jest już na drugim brzegu rzymskie oddziały błyskawicznie rozwijają się do bitwy i atakują. Ich impet spycha Jutungów nad brzeg rzeki, a co gorsza dla nich Rzymianie odcinają ich od brodu. Dramatyczna walka przeciąga się, gdyz wojownicy z Północy wiedzą, że nie mają co liczyć na litość i łaskę. Wielu usiłuje przepłynąć Metaurus wpław, lecz tonie. Większość ginie w boju nad brzegiem rzeki. Teraz to Jutungowie muszą jakoś wydostać się z pułapki w środku wrogiego kraju. Ich wodzowie proszą o rozejm i zgodę na odwrót do swych siedzib, ale Aurelian odrzuca tę propozycję. Nie mając wyjścia barbarzyńcy podejmują marsz na północ starając się ominąć rzymską armię. Aurelian podejmuje pościg i dopada wroga pod Pawią, nad rzeką Ticinus. W tym miejscu Jutungowie wychodzą na płaski teren, sprzyjający rzymskiej kawalerii — jej atak jest morderczy i armia wroga rozpada się na mniejsze oddziały, których większość zostaje zniszczona. Bezlitosny pościg kontynuowany jest aż do prowincji alpejskich i tylko niewielu Jutungów powróci do swych siedzib. Cesarz przyjmuje tytuł Germanicus Maximus — Najwięszy Pogromca Germanów — co nie tylko wymazuje fatalne wrażenie klęski pod Placentią, ale także robi piorunujące wrażenie na wodzach innych plemion zza Dunaju. Teraz wreszcie Aurelian może wreszcie przystąpić do odtwarzania swej armii i nadwyrężonego systemu obrony granic. Doskonałym przykładem stanu tymczasowości i improwizacji systemu obrony granic jest sytuacja Legio XIII Gemina, stacjonującej od lat w Apulum w Dacii. Podczas dramatycznych kampanii w latach ubiegłych Vexillationes, czyli oddziały wydzielone z tego legionu znalazły się nad dalekim Renem, gdzie część legionistów służy uzurpatorowi Wiktorynowi i w Północnej Italii przeniesione tam przez Imperatora Galiena. Jednym z najważniejszych posunięć cesarza, jest budowa nowych murów w Rzymie. Mury Aureliańskie o długości 19 kilometrów nie obejmują całej zabudowy miasta, a do ich wzniesienia wykorzystuje sie wiele istniejących już obiektów. Wysokie na 16 metrów wzmocnione zostają przez 383 wieże, a komunikację ze światem zapewnia miastu 18 głównych bram. Możemy podziwiać po dziś dzień do fascynujące świadectwo niebezpieczeństw z jakimi mierzyć się musiało Imperium czasów Aureliana.

Gdy upada władza rzymska w Egipcie, gdy odpada niemal cała Azja, Aurelian prze w kierunku konsolidacji sił słabnącego Imperium i decyduje się na krok niebywały i spektakularny — rozpoczyna się ewakuacja prowincji Dacii. Ludność, administracja i wojsko ewakuowane są za Dunaj pozostawiając za sobą dawne, ciężko wywalczone przez Cesarza Trajana tereny. Dlaczego podejmuje taką decyzję? To bardzo proste — Dacia pomyślana była jako rodzaj łamacza fal, który osłaniać będzie rzymskie krainy położone na południowym brzegu Dunaju, tymczasem mimo potężnej obsady liczącej średnio około 50 000 żołnierzy nie spełnia swej roli. Masy barbarzyńskie opływają umocnienia Dacii i niczym fale wezbranego oceanu opływające przybrzeżne skały wpadają za Dunaj, gdzie sieją śmierć i zniszczenie. Opuszczenie Dacii ma zatem ten sens, że Aurelian jest w stanie zdecydowanie wzmocnić obsadę linii Dunaju masami wojska, którego tak dramatycznie mu brakuje, oraz osadzić na opustoszałych po inwazjach terenów setki i tysiące nowych mieszkańców. Zadziwia doskonała organizacja tego wielkiego manewru i sprawne jego przeprowadzenie. Dzięki temu posunięciu Aurelian może teraz odpowiedzieć na wyzwanie rzucone przez Zenobię i przygotować wielką wyprawę na Wschód.
Latem 271 roku Zenobia zaczyna używać nowej tytulatury — używa teraz tytułu “Eusebes”, czyli pobożna, oraz “Sebaste”, czyli z grecka — władczyni, cesarzowa. Nadal jednak podtrzymuje starannie prawną fikcję podległości rzymskim cesarzom, może w trosce o reakcję pozostających pod jej rozkazami rzymskich urzędników, a przede wszystkim żołnierzy. To bardzo istotne, ponieważ wiadomo już, że rzymska armia z cesarzem na czele maszeruje już przez Bałkany ku Azji. jeśli Zenobia sądziła, że obrona północnych granic imperium, lub zmagania z uzurpacją w Galii długo będą przykuwać uwagę Aureliana myli się srodze. Ogromna energia Aureliana powoduje, że jedna za drugą usuwa przeszkody na swej drodze, a ponieważ uważa Zenobię i Waballata za największe zagrożenie, ku nim teraz obraca ostrze swego miecza. Pierwszy błąd Zenobii ujawnia natychmiast kolejny — rzymskie oddziały stanowiące znakomitą większość podległych jej w Azji sił były jej w znacznej mierze lojalne tak długo, jak długo otrzymywały palmyreńskie złoto jako żołd. Były lojalne tylko dopóki rzymscy żołnierze czuli, że pod palmyreńskimi wodzami bronią Imperium przed perską nawałą. Jak zachowają się, gdy do Azji wejdzie na czele swych hufców opromieniony nimbem doskonałego wodza sam Aurelian — Pan Imperium?
Późną jesienią Imperator zatrzymuje się jeszcze na Bałkanach. Musi dopilnować ewakuacji Dacii, zakończyć sprawy z Gotami w Mezji. Gromadzi zaopatrzenie i flotę potrzebną do przejścia przez Bosfor i zabezpieczenia swej inwazji. Jego plan działania nie ogranicza się jedynie do marszu przez Anatolię. Przygotowuje też drugi korpus, którego celem będzie Egipt. To bardzo rozsądne posunięcie mimo szczupłości włąsnych sił. Aurelian wie, że najgroxniejszym przeciwnikiem jest znakomita palmyreńska jazda — ciężcy katafraktarzy wspierani przez lotne oddziały znakomitych konnych łuczników. To jednak z uwagi na koszty oddziały stosunkowo nieliczne — nie mogą być wszędzie. Rozumuje zatem, że jeśli wedrze się do Anatolii i na czele własnych sił zagrozi bezpośrednio Syrii, podstawie palmyreńskiej potęgi, zmusi Zenobię i Zabdasa do koncentracji tych najlepszych hufców do obrony cylicyjskich górskich przejść, a tym samym ogołocić Egipt z wojsk. Wtedy odzyskanie tej kluczowej prowincji przez operację drugiego korpusu będzie dziecinnie prosta tym bardziej, że mimo sporego poparcia dla sprawy Zenobii w Egipcie, królowa nie będzie w stanie w krótkim czasie wystawić tam silnych wojsk — mieszkańcy Egiptu nie słyną od wieków z militarnej wartości, a do tego, ciężko będzie ustanowić tam dodatkowe podatki na formowanie nowych wojsk. Przeciez to właśnie rzymski drapieżny fiskalizm był głównym powodem odstępstwa części mieszkańców prowincji od Romy. Gdy kampania rusza z miejsca, jest już wczesna wiosna 272 roku.

Rzymianie wkraczają do Galacji na przełomie marca i kwietnia 272 roku. Najbardziej wysunięte na zachód garnizony palmyreńskie wycofują się bez walki i Aurelian wkracza do Ancyry bez walki. Przemierza ze swym wojskiem suchy i rozległy płaskowyż Centralnej Anatolii zmierzając ku Cylicji, gdzie wśród skalistych gór musi znaleźć przejście do Syrii. Tymczasem, jeszcze u stóp Gór Taurus czołowe jednostki jego armii napotykają na niespodziewany opór — przed armią cesarską bramy zamyka kapadocka Tyana. Dla planów Aureliana to ciężki cios. Uporczywa obrona miasta może zniweczyć wszystkie jego zamierzenia. Niewielkie siły palmyreńskie mogą zastopować jego marsz przez Cylicję ku Syrii i uniemożliwić sprytnie pomyślany plan odzyskania Egiptu. Co gorsza, przedłużające się oblężenie Tyany jest niebezpieczne dla armii cesarskiej — lato na bezwodnym i gorącym płaskowyżu kapadockim grozi wielkimi stratami i załamaniem całej ofensywy. Cesarz zapłonął gniewem — widząc stanowczy opór miasta zawołał — jak każe tradycja — “Nie zostawię tutaj ani psa żywego!”. Armia natychmiast przystepuje do oblężenia, sypie szańce i ustawia machiny oblężnicze. Na szczęście do obozu wojsk cesarskich przybywa mieszkaniec miasta, który wskazuje rzymskiemu dowództwu na słabą obsadę ujęć wody, ktorych utrata uniemożliwi długotrwałą obronę miasta. Faktycznie, sprawna akcja rzymskich wojsk powoduje odcięcie miasta od źródeł wody i niemal natychmiast otweira ono swe bramy przed oblegającymi. Aurelian jest wściekły z powodu opóźnienia, które grozić może nadal zerwaniem jego kampanii. Po chwili jednak przytomnieje — jeśli wyda rzymską przecież Tyanę swym żołnierzom, jeśli dopuści do splądrowania miasta, zachęcić może w ten sposób do twardego oporu pozostałe ważne ośrodki pozostające pod władzą królowej Zenobii. Dużo korzystniej jest okazać cesarską łaskę i tak też się staje. Ale przeciez słowo sie rzekło i z miasta z życiem nie miał ujść nawet żaden pies, zatem Aurelian każe wybić je wszystkie, albowiem Aurelian zawsze dotrzymuje danego słowa. Tak głosi legenda, fakty są takie, że bezlitosne złupienie miasta miałoby bardzo niebezpieczne konsekwencje i odstąpienie od tego jest przejawem zdrowego rozsądku wielkiego władcy.
Szybki upadek Tyany jest dla Zenobii i dowodzącego jej wojskami Zabdasa ciężkim ciosem. Armia rzymska praktycznie bez oporu przekracza potężny Taurus i dociera do położonego nad morzem Tarsu. To fatalne wieści. Po pierwsze dlatego, że Tars jest dużym portem i znakomicie nadaje sie na wysuniętą bazę do kampanii przeciw ziemiom syryjskim. Po drugie natomiast, oznacza upadek najdogodniejszej linii oporu — Rzymianie teraz maszerując wąskim pasem nadmorskim mogą zagrozić najważniejszemu miastu Syrii, Antiochii, której upadek przynieść może nieobliczalne skutki dla trwałości władzy Zenobii nad Wschodem. Ku Antiochii kierowane są wszystkie dostępne siły — Zabdas musi stawić opór w górach, na podejściach do miasta bez względu na wszystko. Jeszcze w maju 272 roku oddziały rzymskie lądują w Egipcie, gdzie teraz także trwają walki. Alexandria upada w czerwcu, wówczas główne siły palmyreńskie są już w drodze do Antiochii, a Rzymianie bez większych trudności odzyskuja władzę nad całym Egiptem. Jak się wydaje plan minimum Aureliana został tym samym wykonany. Czy uda się jeszcze uzyskać coś więcej?
W odpowiedzi na dotychczasowe rzymskie sukcesy Zenobia ostatecznie zrzuca maskę rzymskiej przyjaciółki. Wraz zrozpoczęciem aureliańskiej ofensywy ogłasza siebie i Waballata rzymskimi Augustami i rozpoczyna bicie monet z własna podobizną. To ważny krok, gdyż przywdzianie purpury powinno trwale związać rzymskiej proweniencji oddziały z palmyreńskimi władcami. Pierwszą próbą dla ich lojalności jest kolejny etap rzymskiej kampanii — oddziały Aureliana podejmuja marsz ku Antiochii. Czeka ich trudna próba. Trzeba przedzierać się waską droga ku fortyfikacjom wielkiego miasta, z pewnościa dobrze obsadzonego. To arcytrudne zadanie, więc Rzymianie poruszają się do przodu ostrożnie i powoli. Aurelian pragnie zmylić przeciwnika i obiera szlak wiodący od Aleksandretty w głąb Syrii, omijający Antiochię od północnego wschodu. Ku nieskrywanej radości, ostre poszarpane skały górskich przejść zostają wkrótce za plecami rzymskich żołnierzy — nikt nie bronił przełęczy, nikt im nie przeszkodził! Teraz jednak armia staje u wrót stosunkowo szerokiej doliny pod Immae, gdzie oczekuje jej Zabdas i jego wojsko. Teraz do rzymskiego władcy dociera powód, dla którego tak łatwo pozwolono im przejść górskie pasma. Siłą wrogiej armii jest potężna jazda, groźna na równinie, ale bezużyteczna niemalże w plątaninie wąskich górskich przesmyków i przejść.

Obaj dowódcy to doświadczeni i utalentowani wodzowie. Obaj wiedzą, co jest siłą, a co słabością ich armii. Aurelian staje pod Immae na czele około 40 000 żołnierzy. Jazdy w tej liczbie jest wszystkiego około 7000. Zabdas ma znacznie mniejsze siły — może 30 000 żołnierzy, może mniej. Ma natomiast wspaniałą kawalerię — jego katafrakci, ciężka opancerzona jazda, górują liczbą i wyszkoleniem nad rzymskim przeciwnikiem. Zabdas zdaje sobie sprawę z dwóch konkretnych atutów — straszliwego upału, do którego nie nawykły pochodzące głównie z północnych prowincji Imperium rzymskie oddziały i z przewagi swej kawalerii. Za pomoca właśnie kawalerii zamierza rozstrzygnąć starcie, ostro szarżując na wyczerpanego długim marszem w upale przeciwnika. Aurelian spokojnie waży sytuację — niepokoi go palmyreńska jazda, niepokoi go konieczność toczenia śmiertelnego boju z dala od wybrzeża, gdzie mógłby sród górskich ciaśnin łatwo zablokowac pancerny taran katafraktów. Nic jednak straconego — w jego głowie rodzi się plan na rozstrzygnięcie starcia. Tak jak Zabdas, pragnie wykorzystać specyfikę sił palmyreńskich przeciw swemu przeciwnikowi. Aurelian postawi pod Immae swoje własne warunki.
Armia rzymska staje na polu bitwy w klasycznym ugrupowaniu — centrum szyku zajmują masy ciężkiej piechoty, na skrzydłach rozmieszczane są oddziały kawalerii. Zabdas pozostawia własną piechotę i pcha do przodu formacje swej znakomitej jazdy. Rzymscy piechurzy stojący w zwartym szyku słyszą już, jak z oddali nadciąga pomruk tysięcy końskich chrap. czują coraz wyraźniej jak deptana tysiącami końskich kopyt ziemia zaczyna drżeć. Plan Zabdasa jest prosty — miażdżące natarcie na rzymskie skrzydła ma rozbić jazdę Aureliana, a następnie uderzyć z odsłoniętych już obu flanek na masy rzymskiej piechoty i wyciąć je w pień w raz z atakującymi od frontu oddziałami pieszymi do końca trzymanymi w rezerwie. Jazda rzymska widząc nabierające powoli pędu palmyreńskie zastępy wyrusza śmiało do przodu by stawić jej czoła. Zabdas musiał uśmiechnąć się widząc rzymską ripostę — o to przecież chodziło! Rzymska jazda nie równa sie jego hufcom, nie powstrzyma ich straszliwej szarży. Rzymianie, którzy odważnie postąpili naprzód, naprzeciw straszliwej nawale nagle zatrzymują się i niemal w miejscu zawracają swe szyki! Wróg ucieka??? Rzymianie pędzą na boki poprzedzając gnająca za nimi co tchu palmyreńską jazdę. Na oczach stojących w miejscu tysięcznych zastępów pieszych odbywa się niesamowity spektakl — tysiące konnych gnają przez pole bitwy co tchu w końskich piersiach, wzbudzając potężne tumany kurzu. Zabdas przestaje się uśmiechać, jego plan bitwy własnie się rozpada. Zamiast szybko rozgromić przeciwnika jego jazda oddala się od boków rzymskiej piechoty w daremnej pogoni za znacznie lzejszym przeciwnikiem. Wprawdzie w składzie palmyreńskiej jazdy są znakomite oddziały konnych łuczników, które bez trudu dogoniły by rzymskie hufce, ale ponieważ Zabdas chciał rozstrzygnąć starcie potężnym atakiem swej najcięższej jazdy, jego lżejsze formacje podążają teraz w tyle atakującej formacji, hamowane przez dużo wolniejszych katafraktów. Kurz zaciemnia niebo i niemal niczego już nie widać, ale dystans pomiędzy Rzymianami, a Palmyreńczykami rośnie. Jest potworny i suchy upał, więc palmyreńscy pancerni i ich dźwigające wielki ciężar jeźdźca i zbroi konie oddychają coraz ciężej i podążają do przodu coraz wolniej — zwarta dotąd formacja powoli rozpada się. Wtedy następuje najgorsze — na dźwięk rogów rzymskie formacje jazdy rozpadają się na mniejsze oddziały, które zawracają. Zawracają! Jazda rzymska opływa grot palmyreńskiego uderzenia zasypując oślepionych kurzem i pyłem katafraktów gradem strzał. Dla rzymskich refleksyjnych łuków z małego dystansu nawet potężna zbroja katafrakta nie jest istotną przeszkodą. Na rzymski ostrzał nie ma żadnej odpowiedzi. Konni łucznicy Zabdasa nie widza przeciwnika przez szeregi swej własnej ciężkiej jazdy i tumany kurzu. Setki strzał spadają na bezbronnych zatem ciężkich katafraktów, zmieniając potężną formację w zbity wał ciał końskich i ludzkich. Palmyreńczycy kończą swą tragiczną szarżę do nikąd, a ich kompletnie zdezorganizowana jazda spływa teraz ku pozycjom wyjściowym. Teraz, przy odwrocie swą klasę pokazują lekkie formacje — gęsto szyjąc z łuków skutecznie stopują rzymski pościg, ratując jazdę Zabdasa od całkowitej zagłady. Klęska jest jednak całkowita i Zabdas nie ma wątpliwości — rozkazuje natychmiastowy odwrót. Jego jazda nie nadaje się już do szarży. Może jedynie w najlepszym wypadku zrównoważyć równie wyczerpaną walką jazdę rzymską, ale w piechocie zdecydowaną przewagę ma Aurelian. Duża cześć wojsk pieszych Zabdasa to zresztą rzymskie formacje — kto wie jak teraz się zachowają? Zabdas złudzeń nie ma — ratuje co się da i natychmiast opuszcza pole bitwy. Rzymianie nie ścigają pokonanych. Także są zmęczeni i spragnieni. Dziś Aurelianowi wystarcza otwarcie drogi do Antiochii, drogi do bijącego serca Syrii.

O poranku dnia następnego zwarte formacje Aureliana stają pod murami wspaniałej Antiochii. W mieście wybucha panika — kończy sie oto helleński sen o wyzwaniu rzuconym straszliwej Romie. W mieście nie ma wojsk zdolnych do stawienia czoła armii cesarskiej, więc bramy zostają otwarte, a miasto oddaje sie na łaskę i niełaskę bezlitosnego Aureliana o duszy czarnej jak smoła. Trwoga maluje się na twarzach nielicznych gapiów obserwujących wejście armii do miasta. Surowa twarz Aureliana jest jak nieprzenikniona maska — w sercu władcy trwa właśnie ostra walka. czy wydać miasto żołnierzom, czy je oszczędzić? Skulonym w przerażeniu włodarzom Antiochii oczekującym najgorszego cesarz oznajmia krótko — miasto Antiochia bez uszczerbku wraca do macierzy. Nie będzie żadnych procesów o zdradę, żadnej kontrybucji, żadnej pomsty, ani kary. Pozostawia Aurelian zdumionych cesarską łaską Antiochian samych sobie, odwraca się i wraca do swych oficerów stojących dotąd z tyłu z obnażonymi groźnie mieczami. Zaczyna przygotowania do dalszej części kampanii. Gdy Aurelian przebacza Antiochii, siły Zabdasa kierują się forsownym marszem ku Emessie, gdzie czekają ich wysłane uprzednio posiłki — to nie koniec rozgrywki.
Po upadku Antiochii rzymianie zdobywają Dafnię bronioną przez niewielki garnizon, kontynuując swój marsz przez Syrię. Sprawy dla Zenobii układają się źle. Po klęsce Zabdasa nadchodzą informacje, że rzymskie oddziały w Mezopotamii opowiadają się po stronie Aureliana i rozpoczynają marsz, ku Syrii. Morale wśród zgromadzonych w Emessie żołnierzy nie jest najlepsze — porażka niezwycięzonej dotąd elity palmyreńskiej armii jest szokiem, który otrzeźwia wielu. Zabdas po nauczce otrzymanej pod Immae najchętniej porzuciłby plany walnej rozprawy z Aurelianem, ale wie, że jesłi szybko nie zwycięzy, jego armia rozsypie się jak pustynny piasek na wietrze. Nie ma odwrotu — trzeba będzie wydać Aurelianowi nową bitwę i to jak najszybciej. To rozumowanie nie jest pozbawione sensu — królwa zadbała o posiłki i jazda Zabdasa znowu dominuje liczebnie nad przeciwnikiem, więc na odpowiednio wybranym polu bitwy, będzie raz jeszcze śmiertelnym zagrożeniem dla Rzymian. Zabdas będzie teraz ostrożniejszy, docenia już należycie kunszt przeciwnika i potęgę jego woli.

Na polu bitwy pod Emessą stają dwie potężne armie w decydującej rozgrywce. Siły obu stron wzrosły zasilone posiłkami— najpewniej obaj wodzowie mają po około 60 000 ludzi. I tym razem Aurelian przyjmuje starcie na płaskim, otwartym terenie dogodnym dla kawalerii — ma przecież sprawdzone pod Immae rozwiązanie. Tak jak uprzednio bitwę rozpoczynają hufce jazdy Zabdasa, jednakże nauczone bolesnym doświadczeniem postępują naprzód wolniej i dużo ostrożniej. Przede wszystkim w czole kolumny obok siebie stają do walki wymieszane formacje cięzkiej i lekkiej jazdy. Aurelian widzi to i czuje się zaniepokojony — nie tak miało to wyglądać. Je złe przeczucia po chwili sprawdzają się co do joty. Pozorowana ucieczka rzymskiej jazdy zmienia się w prawdziwą — szybka lżejsza jazda Zabdasa dopada przeciwnika i w pełnym pędzie łamie jego szyki zmuszając do panicznej ucieczki. Pozostające wyraźnie z tyłu formacje ciężkiej jazdy mają teraz otwartą drogę do wykonania miażdżącego uderzenia w boki osamotnionej rzymskiej piechoty. Aurelian widząc śmiertelne niebezpieczeństwo natychmiast wydaje rozkazy — dmą w swe instrumenty Kornicerzy i Buccinariusze, a posłuszne taktom muzyki rzymskie kohorty natychmiast rozpoczynają niezwykły taniec masy ciężkiej piechoty. Oddziały cesarskie sprawnie, jak na ćwiczeniach przegrupowują się wydłużając swe skrzydła wobec nadciągająceg w tumanach kurzu straszliwej Nemezis. Mur tarcz z groźnie sterczącym lasem włóczni, za którymi stają napinający już cięciwy piesi łucznicy staje na drodze ciężkiej jazdy Zabdasa. Teraz to już tylko wojna nerwów — piechota ma szansę odeprzeć szarżę katafraktarów jedynie wówczas, gdy stoi nieruchomo w głębokich formacjach, ale jakiej odwagi potrzeba by odrzucić wolę porzucenia swej broni i tarczy, by rzucić się do ucieczki widząc w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie zwartą, stalową bryłą formacji kawaleryjskiej z wymierzonymi przeciw sobie setkami długich kopii? Pot spływa po czole i boleśnie kłuje w otwarte szeroko z trwogą oczy, gardło wysuszone jak pieprz nie chce wydać z siebie już nawet okrzyku przerażenia, a ręce omdlewają od kurczowego ściskania drzewca włóczni. Gdy już tylko sekundy dzielą obie strony od straszliwego zderzenia, gdy ziemia drży, gdy dudni już w uszach ciężki koński oddech i donośny wrzask setek kawalerzystów, jaka to odwaga każe trwać naprzeciw niepowstrzymanej nawale?

Zderzają się dwie wrogie siły — ognista odwaga szarżujących Palmyreńczyków naprzeciw kamiennej woli wytrwania rzymskiej piechoty. Zderzenie to jest czymś wykraczającym poza ludzkie wyobrażenia. Wśród dzikiego kwiku ugodzony włóczniami koni, nie bacząc na padających z hukiem od rzymskich strzał przyjaciół, kwiat palmyreńskiej jazdy wbija się w żywe ciało rzymskiej formacji gruchocząc pierwsze szeregi, miażdżąc, tratując, siekąc i kłując. Rzymski wał tarcz i włóczni zachwiał się, zafalował, uderzony mocarną pięścią furii palmyreńskich katafraktów. Zachwiał się, lecz nie upadł. Na twarzy Aureliana nie drga żaden mięsień, nawet najdrobniejszy cień nie zdradza jego uczuć. Z kamienną twarzą wydaje rozkazy i stojące z tyłu pieszej formacji kohorty łuczników zaczynają zasypywać jazdę chmarą strzał. Wśród wycia ginących, wśród dzikiego wrzasku walczących, atak załamuje. Także lekka jazda Zabdasa zatrzymuje swój pościg posłuszna rozkazom swego wodza. Zabdas chciał rzucić przeciw rzymskiej piechocie jak największe siły i rozbicie rzymskiej jazdy mu wystarczy, teraz na pomoc walczącym katafraktom nadciągają lżejsze formacje jazdy, które wracają na pole bitwy po pościgu za jeźdźcami Aureliana. Wódz wojsk Zenobii chce uderzyć jeszcze mocniej, by rozbić ostatecznie rzymską piechotę. Lekka jazda idzie w sukurs ciężkozbrojnym i kolejna nawała spada na stojące wciąż w porządku rzymskie oddziały. Zabdas miota się w siodle — jakby na przekór wszystkiemu Rzymianie wytrwali i nadal zaciekle się bronią. Trzeba by ruszyć dotąd przyglądające się zmaganiom własnej masy piechoty, ale Zabdas waha się. Nie jest pewny postawy swych wojsk pieszych. czas płynie, a najlepsza sposobność umyka niepostrzeżenie. W zaciekłej i statycznej walce wręcz powoli, niepostrzeżenie górę nad furią kawaleryjskiej szarży bierze zimny spokój rzymskich piechurów. Powoli, ale nieubłaganie odpierają zwarte szeregi jeźdźców smagane deszczem strzał i włóczni. Wtedy, zanim zabdas podejmie decyzję co czyniż dalej, zupełnie niepodziewanie na pole walki wracają przetrzebione oddziały rzymskiej jazdy. Nie wiadomo jakim sposobem dowódcom udało sie opanować ucieczkę. Nie wiadomo jakimi słowami udało się im wlać raz jeszcze do serc odrobinę odwagi. Teraz jazda Aureliana powraca na pole bitwy i nawet wykrwawiona i znużona stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla zaangażowanych bez reszty w morderczą walkę oddziałów jazdy Zabdasa. Ci już widzą wiszące nad ich głowami niebezpieczeństwo i najpierw pojedynczo, a potem całymi grupami odrywają się od kąsającego ich wściekle wezbranego tłumu piechurów, porzucają walkę i uchodzą ku własnej piechocie. Nie wszystkim ta sztuka się uda — zbyt silny jest napór Rzymian. Wieść o powrocie jazdy wyzwala w wyczerpanych piechurach nowe pokłady siły i odwagi. Jeszcze śmielej prą naprzód, rozrywają jeszcze walczące grupy jeźdźców teraz stanowiące już tylko niewielkie wysepki w morzu rzymskich tarcz i włóczni. Wreszcie znikają całkiem, pochłonięte przez niezwyciężone zastępy Aureliana. Zabdas opuszcza głowę, może już tylko zarządzić odwrót, nie wierzy w zwycięstwo.

Opuszczających pole morderczej walki Palmyrenczyków ściga głuchy dźwięk wrzasku zwycięskich Rzymian. Aurelian z otoczeniem podjeżdża do swych utrudzonych wiarusów. Wzmaga sie bojowy okrzyk Rzymian, gdy wśród stert ciał martwych ludzi i konie zwycięscy Rzymianie wznoszą w górę swe okrwawione miecze i włócznie. Wszyscy, nawet okryci ranami stają przed swym wodzem i donośnym głosem chwalą jego imię, wynosząc je pod rozgrzane syryjskie niebiosa. Aurelian widząc sięgający zenitu entuzjazm nie da odpoczynku swej wilczej sforze — armia mimo ran i zmęczenia wyrusza w pościg. Aurelian czuje, że może to zakończyć tu i teraz, byleby nie dać przeciwnikowi wytchnienia.
Zenobia jest jakby porażona piorunem. Przez głowę przemykają jej czarne myśli — co teraz z nią, z jej synem Waballatem? Co z królestwem zbudowanym przez Odenata? Mimo przygnębienia królowa nie traci głowy — wydaje rozkazy, przygotowuje Palmyrę do obrony. Zabdas ma ze swym wojskiem obsadzić umocnienia miasta — nie jest bez szans wsparty przez potężne fortyfikacje, ale także przez otaczającą Palmyrenę pustynię. Jeśli Rzymianie nie zdobędą fortecy z marszu będa szybko słabnąć bez dostatecznej ilości wody. Miasta nie da się jednak bronić w nieskończoność — wielka jest liczba strwożonych rzymskim marszem mieszkańców, a trzeba będzie jeszcze karmić tysiące żołnierzy. Królowa już wie, że musi poszukać pomocy z zewnątrz. Wybiera Persję. Gdy oddziały Zabdasa w nieładzie wkraczają do Palmyry, królowa chyłkiem opuszcza oazę. Chce porozumieć się z perską monarchią. Może obiecać przecież dowolną ilość krain i złota perskiemu królowi w zamian za zbrojną pomoc. To ma sens — gdy rzymska armia utknie przy palmyreńskich murach, od tyłu klęskę zgotować jej mogą perskie zastępy. A Persowie łasi są na rzymskie złoto i z pożądaniem spoglądają od dawna na rzymskie prowincje. Te same, które nie tak dawno obronił dla Romy i dla chwały Palmyry dzielny i zwycięski Odenat. Trzeba się spieszyć i jak najszybciej sprowadzić pomoc — Zenobia musi przekraść się przez pustynię. Tymczasem pod murami miasta zbierają się zwycięskie znaki Aureliana. Rzymianie mimo wyczerpania ciężkimi bojami i trudnym marszem przez pustynie od razu przystępują do oblężenia, a ich machiny bojowe zaczynają kruszyć mury twierdzy.

Armia Zabdasa jest bardzo osłabiona — wiele oddziałów miało dość walki i na szlaku odwrotu pod zbawcze mury Palmyry pozostało z tyłu, by pochylić swe znaki przed Aurelianem na znak kapitulacji. Teraz wprawdzie Zabdas ma dość ludzi by obsadzić mury, ale zdając sobie sprawę ze słabego ducha swych podkomendnych obawia się aktywnie przeszkadzać w rzymskich pracach oblężniczych. Nie ma już innego wyjścia — Zenobia chyłkiem i w otoczeniu nielicznych najwierniejszych opuszcza oblężoną twierdzę i wyrusza w swą straceńczą misję na dwór perskiego króla. Już to udaje się wymknąć królowej, już to jej mały poczet zmierza na spienionych od galopu koniach na północny wschód — byleby dalej od świateł ognisk rzymskich obozowisk. Gdy udaje się wymknąć na pustynię, grupka Zenobii juz spokojniej podąża w stronę Eufratu. za tą rzeką jest już Persja, cel ich wędrówki. Gdy królowa dociera w pobliże wielkiej rzeki musi dobrze rozważyć miejsce, w którym spróbuje ją przekroczyć. Jest rozpoznawalną osobą — jej posągi ozdobiły przecież wszystkie miasta i miasteczka rzymskiego wschodu, a teraz — po klęskach — wszystkie graniczne posterunki zrzuciły palmyreńskie znaki i na powrót słuchają rozkazów Aureliana. Przejście przez rzekę w dogodnym punkcie jest niemożliwe — jej grupka jest zbyt nieliczna by ryzykować starcie zbrojne, a mosty przez Eufraty są pilnie strzeżone. Pozostaje próba pokonania rzeki w bród, taką decyzję podejmuje Zenobia. Gdy mała grupka jeźdźców podchodzi ostrożnie do brzegów rzeki w punkcie, w którym możliwe jest jej pokonanie na wierzchowcach nagle wyłania się zza wzgórza oddział rzymski — jeden z wielu stale patrolujących granicę. Walka nie ma sensu, ucieczka nie daje widoków powodzenia. Zenobia pokonana przez ślepy traf zdaje się wraz ze swymi ludźmi na łaskę rzymskiego dowódcy. Obrońcy miasta nie wiedzą o dramatycznej eskapadzie swej królowej. Teraz, gdy oczom straży czuwających na murach ukazuje się widok Zenobii w rękach rzymskich żołnierzy duch bojowy upada całkowicie. Miasto otwiera swe bramy i poddaje się zwycięskiemu Aurelianowi— oto koniec wielkiego pojedynku. Teraz cała rzymska Azja na powrót słucha rozkazów Imperatora.
VI. Exodos
Wypełniło sie przeznaczenie, stało się to, co stać się musiało. Palmyra, pospiesznie, zbyt pospiesznie budowana potęga, która narodziła się wyłącznie dzięki próżni wytworzonej po klęsce rzymskiej w konfrontacji z Persją — właściwie zatem przypadkiem — nie sprostała starej Romie. Czy pojedynek takich rywalek mógł miec inne zakończenie? Mimo wszystkich przeciwności, mimo ogromnych strat i osłabienia Imperium Rzymskie nadal stanowiło potęgę. Potęgę, której jeszcze wiele pokoleń zdobywców nie będzie w stanie sprostać. Jeśli zatem naprzeciw siebie stanęły dwie tak wielkie indywidualności, jak Aurelian i Zenobia wynik konfrontacji był przesądzony. Rzym w osobie kolejnych władców tolerował rolę i znaczenie Palmyry tak długo, jak miał związane innymi kryzysami ręce. Gdy Palmyra pokonywała Persów i wypierała ich za Eufrat, nie tylko budowała swoją pozycję, ale przede wszystkim usuwała jedną z ważniejszych przeszkód na drodze do odbudowę rzymskiej potęgi. Jeśli Zenobia podążała ścieżką wyznaczoną przez Odenata, a kierująca ją ku wzrostowi i potędze, w rzeczywistości nieuchronnie popychała ją ku militarnej konfrontacji z Imperium. Nawet stosując politykę faktów dokonanych w kwestii kontrolowania coraz to nowych obszarów niezbędnych dla przyjęcia mocarstwowej pozycji pomiędzy Persją i Rzymem Zenobia musiała w końcu sięgnąć po obszary, które jako strategiczne kluczowe — jak Egipt — wymagały zdecydowanej już rzymskiej reakcji i otwartej wojny. Tej zaś, Zenobia i jej wierny Zabdas wygrać nie mogli. Rzecz nie w słabości palmyreńskiej armii, lecz w tym, co ją tworzyło. Oczywiście Rzymianie po latach nie zamierzali przyznawać, że większość wojsk królowej stanowiły oddziały rzymskie, ale takie były fakty. Od początku zatem otwartej wojny Zabdas musiał bacznie obserwować zachowanie wielu swych podkomendnych. Służyli mu, jak wcześniej Odenatowi, wyłącznie dopóki nie trzeba było walczyć z prawowitym Panem Imperium. Jaką rolę odegrała osobowość i natura Aureliana? Ogromną, choć gwoli sprawiedliwości dla cieni jego wielkich poprzedników, każdy z trójki Galien, Klaudiusz i nasz bohater miał predyspozycje do odegrania pierwszoplanowej roli w odbudowie siły i znaczenia Imperium. Galien jednak zginął od mieczy własnych oficerów, a Klaudiusza powaliła zaraza. Zatem to Aurelianowi przypadła główna rola w dziejowym spektaklu. Sprostał tej wymagającej kreacji, gdyż był dostatecznie twardy i bezwzględny. Zwyciężył, gdyż położył swoje życie i talent na szali, zaryzykował wszystko i zwyciężył. I tak oto powoli schodzą ze sceny, główni aktorzy wielkiego widowiska — jedni w glorii triumfu, inni przygnieceni porażką. Jakim losem Tyche obdarowała Romę i innych?
Niczego pewnego nie wiemy o losach Zenobii i jej syna, Waballata. Nie wolno nam absolutnie dać wiary insynuacjom historykom tych wydarzeń zaprzęgniętych po latach w kierat państwowej propagandy. Oczernia ona i demonizuje Zenobię, nie tylko by zohydzić jej postać i namalować jak tylko się da zdradziecko. Także po to, by ukazać jak trudnym była przeciwnikiem i jak wielkim wyzwaniem było rzucenie jej na kolana. Zenobia i jej syn stali się zapewne najbarwniejszym akcentem wspaniałego triumfu, który po zwycięstwie odbył w stolicy Imperium zwycięski Aureliusz. Jej dumna postać w kajdanach musiała robić na rzymskim plebsie ogromne wrażenie. A co stało się później? Jedni pisali o tym, że Aurelian darował jej życie, inni twierdzili nawet, że dożyła swych dni w przepychu i spokoju, wydana za rzymskiego senatora. Najpewniej jednak, krotko po zakończeniu triumfu jej śmiertelnego wroga sznur, trucizna, bądź miecz pretoriański zakończył jej nieszczęśny żywot. Czy w chwili upadku myślała o tym, gdzie popełniła błąd? jaki fałszywy krok przypieczętował jej smutny koniec? Tego nie dowiemy się już nigdy, a prawda pozostanie zaklęta na wieki w zamyślonych, wielkich oczach jakimi patrzący na nas posąg będący wyobrażeniem królowej w kajdanach, autorstwa Harriet Hosmer, a który podziwiać możemy w Saint Louis Art Museum. Jako symbol upadła królowa przetrwała stulecia i pełni ważną rolę w syryjskiej zbiorowej pamięci — to jej pośmiertny triumf — gdzie jest jednym z najważniejszych wzorców osoby dumnej, niezłomnej.

Zwycięski Aurelian kontynuował swe dzieło — nie zatrzymywał się ani na moment w swym dziele. Pokonawszy swego najgroźniejszego wroga wyruszył w drogę powrotną oszczędzając Palmyrę, a zadawalając się jedynie uprowadzeniem w niewolę królowej miasta i jej syna i włączeniem Palmyreny do Imperium Romanum. Pokonał ostatniego z galijskich uzurpatorów — Tetrykusa — w krwawej bitwie stoczonej pod dzisiejszym Chalons, we wschodniej Francji. Zjednoczywszy po czterech latach na powrót wszystkie ziemie Imperium przyjął zasłużony tytuł “Restitutor Orbis” — Odnowiciel Świata z rąk Senatu w Rzymie. Dostrzegając palącą potrzebę głębokich zmian pracował nie tylko niestrudzenie nad poprawą kondycji finansów państwa i odbudową nadwyrężonej potegi militarnej Romy, ale także jako pierwszy władca ustanowił jeden, wiodący kult państwowy. Jako wierny wyznawca i przyjaciel żołnierzy wyniósł ponad inne kult ze wschodu, kult Solar Invictus, Słońca Niezwycięzonego. Nie dane było mu doczekać efektów swych mądrych rządów. Jesienią 275 roku, być może na przełomie września i października August stanął w Tracji, w mieście Caenophrurium, kończąc przygotowania do wielkiej kampanii przeciw słabnącemu Imperium Perskiemu. Z zupełnie błachego powodu zawiązał się spisek, polegający na pokazaniu kilku bliskim, lecz niezbyt istotnym współpracownikom Aureliana sfałszowanej listy proskrypcyjnej zawierającej ich nazwiska. Stało się to za przyczyną wyzwoleńca nazwiskiem Eros, który oszukawszy Cesarza po prostu przestraszył się jego gniewu. Tak oto grupka wystraszonych ludzi zamordowała jednego z największych władców w dziejach Rzymu. W chwili śmierci Aurelian cieszył się tak wielkim autorytetem, że nie znalazł się żaden wysoki rangą urzędnik, ani oficer nie zdecydował się ogłosić nowym cesarzem. Nikt nie chciał, by po cichu oskarżano go o udział w spisku… Dzieło Aureliana nie zostało zaprzepaszczone — jego wizję nowego społeczeństwa rzymskiego, nowego państwa kontynuował po latach kolejny z władców pochodzących z Illyricum. Kolejny ów władca imię miał greckie i także pochodził z niższych stanów. wstąpił do armii pod imieniem Diokles, lecz historia zapamiętała go, jako Dioklecjana.
Dzięki energii, wytrwałości i poświęceniu całej plejady wielkich władców Rzym przetrwał zawieruchę dziejową, którą zwykłem nazywać “Wiekiem z żelaza i łez”. Imperium podążyło ku zmianom, których potrzebę rozumiał Aurelian. Tenże, a po nim Dioklecjan i Konstantyn zupełnie odmienili oblicze państwa, które weszło w nowy etap istnienia silniejsze i lepiej zorganizowane. Odbudowano siłę rzymskiej armii, wzmocniono walutę i ożywił się handel, wreszcie zakończył się czas panteonu licznych bóstw. W sumie nieco szczęśliwie, zbiegiem okoliczności, od połowy IV wieku wiodąca rolę w życiu duchowym Rzymu odgrywać zaczyna chrześcijaństwo. To ona ma pełnić rolę spoiwa społeczeństwa. Roma będzie się przeobrażać jeszcze wiele razy, będzie cierpieć upadki i osiągać wysokie loty. Mimo zmieniających się warunków i okoliczności, Roma przyjmując różne maski przetrwa jeszcze dwanaście stuleci, by lec ostatecznie pod ciosami tureckich zdobywców.
Po opuszczeniu Palmyreny przez armię cesarską na pokonane miasto nie spadły ani straszne kary, ani rekwizycje. Niespodziewanie, w mieście wybuchł bunt — obalono posągi cesarza i wypędzono rzymski garnizon. Aurelian powrócił i po długim oblężeniu zdobył miasto — tym razem jednak nie okazał już litości. Miasto gruntownie splądrowano, spalono świątynie i wymordowano wielu obywateli. Wbrew jednak obiegowej opinii, Palmyra nie przestała istnieć, nie znikła na wieki zasypana piaskami pustyni jak nieszczęsna Dura Europos. Po około dekadzie, już za panowania wielkiego Dioklecjana do miasta wraca życie. Cesarz jest fundatorem wielu obiektów, restauruje fortyfikacje, a Palmyra przez kolejne stulecie niezłomnie bogacić się będzie na handlu, tak, jak czyniła to przed wspaniałą karierą Odenata. Miasto przetrwało islamski podbój Syrii w VII wieku i dalej prosperowało pod rządami Ummajadów. Kres znaczeniu i bogactwu Palmyry położył dopiero upadek tej dynastii kalifów.

Palmyreńczycy opowiedzieli się w czasie wojen domowych przeciw Marwanowi, który w 745 roku, po zdobyciu miasta kazał zburzyć jego mury. Odtąd już Palmyra nie podniosła się z upadku, zmieniając się powoli w niewielką osadę na pustynnej oazie. Jeszcze w późnym średniowieczu bywała wspominana przez różnych podróżników, lecz wtedy opisywano Palmyrę jako niewielką cytadelę. ostatecznie, zniszczył ją najazd Timura Kulawego w 1400 roku. Koniec końców, po wspaniałej przeszłości, pozostała już tylko niewielka wieś pasterzy i pamięć zaklęta w ruinach wspaniałych budowli zdobiących niegdyś piękne miasto. Dzięki pracom pokoleń archeologów i konserwatorów mogliśmy podziwiać wielkość i majestat Palmyry odkrytej na nowo w XX wieku, tyle, że wiele z jej wspaniałych i arcycennych zabytków zniszczyli Talibowie po przejęciu tych terenów w wyniku wojny domowej w Syrii. Dające przez stulecia życie w palmyreńskiej oazie źródło Efqa wyschło w 1994 roku. Nie ma już zatem Palmyry. Nie wiem, czy dłużej wytrwają jej cienie.
Drogi Czytelniku, jesli ten artykuł przypadł ci do gustu – udostępnij go i postaw Autorowi kawę, link do kawomatu:
buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz