#Pokój_Analiz zaprasza serdecznie do lektury artykułu z cyklu #Oblicza_Wojen pod tytułem „Walki w Małopolsce we wrześniu 1939 roku. Znaczenie Komunikacji i Morale”.
Na kolejnych stronach publikacji pragnę opowiedzieć o przebiegu działań wojennych na południowej cześci frontu polsko-niemieckiego w 1939 roku i zwrócić uwagę Państwa na przyczyny takiego, a nie innego wyniku walk.
Życzę zajmującej lektury.
#Pokój_Analiz
#Oblicza_Wojen
Walki w Małopolsce we wrześniu 1939 roku
Znaczenie Komunikacji i Morale
- Znaczenie Małopolski i utworzenie Armii “Karpaty”.
Aż do ostatecznego upadku Czechosłowacji w marcu 1939 roku polskie najwyższe władze wojskowe nie rozważały zagadnień związanych z częścią strategiczną planu obrony przed agresją niemiecką w wymiarze koncepcyjnym. W dniach od 4 do 22 marca 1939 roku Zastępca szefa Sztabu Głównego do spraw operacyjnych, płk dypl. Józef Jaklicz na polecenie Naczelnego Wodza przygotował na podstawie ogólnej analizy niemieckich możliwości i zamiarów strategicznych ogólna koncepcję stoczenia bitwy obronnej w zachodniej części kraju. W okresie tym, obszar południowej części kraju nazwany Małopolską skupiał na sobie niewielką uwagę. Małopolska, na który składały się w pokojowej organizacji Wojska Polskiego Dowództwa Okręgu Korpusu V w Krakowie, X w Przemyślu i VI we Lwowie w pierwotnych założeniach wojennych miały być dostarczycielami zmobilizowanych związków dla innych teatrów działań, a zabezpieczeniem południa II RP była przyszła Armia “Kraków” mająca bronić Śląska w sposób uporczywy w oparciu o solidne stałe fortyfikacje. Założenie utrzymania głównej linii oporu umieszczonej w bezpośrednim sąsiedztwie granicy niemieckiej w zasadzie rozwiązywało problem osłony południowych i południowo wschodnich województw II RP. Od razu wypada odnotować olbrzymie znaczenie tego obszaru — z uwagi na gęstość zaludnienia, przebiegające przez ten obszar szlaki komunikacyjne z Rumunią i budowany wciąż olbrzymim nakładem Centralny Okręg Przemysłowy mający być w założeniach centrum wojennej produkcji przemysłowej, niezbędnej dla skutecznego prowadzenia pełnowymiarowej wojny.

Marszałek Rydz-Śmigły uznał kierunek śląsko-małopolski za pomocniczy kierunek niemieckiego uderzenia, a siły skierowane przez OKH do bitwy oceniono na dziesięć dywizji w pierwszym rzucie, w tym jedna pancerna i jedna zmotoryzowana. Ponieważ w pierwotnym kształcie Armia “Kraków” na froncie od Częstochowy po Cieszyn i Olzę mieć miała siedem dywizji piechoty i brygadę kawalerii, co w połączeniu z oparciem się wojsk na fortyfikacjach stałych w dość silnie zurbanizowanym obszarze Śląska, wytworzono tutaj bardzo korzystny stosunek sił. Dlatego dość szybko przyjęto, że przyjęcie niemieckiego uderzenia na Śląsku skutecznie zabezpiecza Małopolskę przed wtargnięciem większych sił niemieckich i tym samym zabezpiecza cały, kluczowy region. W związku z tym, jednostki aktywowane podczas mobilizacji na obszarach Okręgów X i VI zgodnie z przyjętym schematem organizacyjnym armii pierwszego rzutu i strategicznej rezerwy miały rozjechać się w większości po terytorium kraju. I tak w X Okręgu Korpusu 2 Dywizja Piechoty Legionów z Kielc miała wejść w skład rezerw Naczelnego Wodza, 22 Dywizja Piechoty Górskiej z Przemyśla odjechać miała aż do Odwodu “Kutno”, a 24 Dywizja Piechoty z Jarosławia miała wejść w skład Armii “Łódź”. Także mobilizowana w Rzeszowie 10 Brygada Kawalerii (zmotoryzowana) odjechać miała do rezerw Naczelnego Wodza. Na miejscu pozostać miały jedynie przewidziane do osłony granicy państwowej 1 Pułk KOP i Podkarpacka Brygada Obrony Narodowej. Położony na południowo wschodnich kresach państwa VI Okręg Korpusu mobilizował 5 Dywizję Piechoty we Lwowie dla Armii “Pomorze”, 11 Karpacką Dywizję Piechoty dla Armii “Kraków”, 12 Dywizję Piechoty z Tarnopola dla Armii “Pomorze”, Kresową Brygadę Kawalerii dla rezerwy Naczelnego Wodza i Podolską Brygadę Kawalerii dla Armii “Łodź”. Na obszarze podległym Dowódcy Okręgu Korpusu pozostawały zatem jedynie oddziały zapasowe i marszowe, oraz Obrona Narodowa. Ponadto na obszarze Małopolski powstawały nie istniejące w strukturze pokojowej Wojska Polskiego jednostki. Na dużym obszarze od Kielc, poprzez Nowy Sącz, aż po Przemyśl powstawać miały w mobilizacji powszechnej oddziały 45 Dywizji Piechoty Rezerwowej, która miała wejść w skład Armii “Kraków”, oraz 36 Dywizji Piechoty Rezerwowej formowanej na obszarach VI i X Okręgu Korpusu częściowo z zasobów Korpusu Ochrony Pogranicza. Ta jednostka po skompletowaniu miała odjechać do rezerw Naczelnego Wodza. Z jednostek formowanych w innych Okręgach Korpusów do Małopolski w rejon Tarnowa po zakończeniu mobilizacji powszechnej przybyć miała 38 Dywizja Piechoty Rezerwowej. Jednostka ta nie była planowana we wcześniejszych planach mobilizacyjnych — powstała z rozmieszczonych na północno wschodnim odcinku granicy państwowej z ZSRR jednostek KOP. Po zakończeniu mobilizacji powszechnej 38 Dywizja Piechoty Rezerwowej miała być jedyną regularna jednostką Wojska Polskiego na całym obszarze Małopolski.
Jeszcze w czasie konstruowania powyższych założeń obrony terytorium kraju przed agresją niemiecką doszło do wydarzeń, które zmuszały do całkowitego redefiniowania polskiego planu działań wojennych — 14 marca 1939 roku proklamowano powstanie Słowacji, a następnego dnia niemieckie siły zbrojne wkroczyły do Pragi. Także 15 marca 1939 roku na terytorium Słowacji pojawiły się pierwsze oddziały niemieckie. Choć od pewnego czasu zamiary niemieckie względem Czechosłowacji były dla wytrawnych dyplomatów dość oczywiste fakt upadku tego państwa był dla polskiego kierownictwa wojskowego ogromnym zaskoczeniem. Cała podstawa opracowywanych właśnie założeń strategicznych i operacyjnych uległa całkowitej zmianie, ale Marszałek Rydz-Śmigły nie od razu zareagował na taki bieg zdarzeń. Naczelne Dowództwo z dniem 15 marca 1939 roku powołało wprawdzie dowództwo południowego odcinka granicznego z generałem dywizji Kazimierzem Fabrycym na czele, ale nie przydzieliło mu żadnych sił, ani nie zleciło żadnych prac. Generał Fabrycy otrzymał wprawdzie dowództwo Grupy Operacyjnej “D” generała brygady Mieczysława Boruty-Spiechowicza, ale nie miało to większego znaczenia dla ewentualnego zabezpieczenia kierunku południowego, gdyż na tym etapie dla tego dowództwa przewidywano po zakończeniu mobilizacji zupełnie inne zadania. Jako pierwszy sens proponowanych rozwiązań zakwestionował przewidziany na dowódcę Armii “Kraków” generał brygady Antoni Szylling — otrzymawszy zadanie uporczywej obrony na głównej linii oporu nad samą granica państwa zgłaszał wielokrotnie zastrzeżenia i obawy dotyczące obsady skrzydeł armii. Troska o możliwość szybkiego oskrzydlenia z obu stron (słaba obsada zarówno w rejonie Częstochowy, jak i od strony południowej) wyrażana była wielokrotnie podczas rozmów roboczych z Naczelnym Wodzem, ale nie spowodowała radykalnych zmian w projektowanym składzie armii. Naczelny Wódz dopiero latem 1939 roku podjął kroki w kierunku wprowadzenia zmian w planie w części dotyczącej całego południowego obszaru operacyjnego z uwzględnieniem zagrożenia od strony Karpat. Nie były to jednak zmiany, które zadawalały generała Szyllinga i jego sztab. Z sił mu podległych Naczelny Wódz zabierał 11 Karpacką Dywizję Piechoty, w zamian za co otrzymać miał 10 Brygadę Kawalerii (Zmotoryzowaną), oraz projektowaną nowa jednostkę — 1 Brygadę Górską (dwa pułki KOP mające razem pięć batalionów, dwie kompanie forteczne oraz dwa bataliony ON i III Dywizjon 65 Pułku Artylerii Lekkiej ze składu 55 Dywizji Piechoty Rezerwowej), przy czym 10 Brygada miała stać się odwodem Armii, a 1 Brygada Górska miała przedłużyć skrzydło armii aż po Czorsztyn (wyłącznie). Ponadto generał Szylling dla wsparcia północnego skrzydła swej armii uzyskał dwa bataliony Obrony Narodowej, oraz niesprecyzowaną konkretnie obietnicę wsparcia przez Naczelnego Wodza w terminie późniejszym. Marszałek Śmigły nie poinformował generała Szyllinga o swoich zamiarach użycia rezerw, które wedle założeń miały częściowo wejść do walki w rejonie Częstochowa-Koniecpol, a zatem w pasie działań Armii “Kraków”.
11 lipca 1939 roku generał Fabrycy otrzymał rozkaz objęcia dowództwa nad Armią “Karpaty” powołaną do życia w celu zabezpieczenia południowej granicy państwa. Zadanie armii streszczała instrukcja wydana przez Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych, który w części ogólnej stwierdzał:
“Na wypadek wojny z Niemcami muszę się liczyć z przedłużeniem południowego skrzydła operacji na terytoriach, które w prawdzie w tej chwili nie stanowią organicznej części składowej Rzeszy Niemieckiej, mogą jednak być wykorzystane do działań przeciwko nam na skutek podlegania wpływom niemieckim i na skutek braku sił do obrony swej neutralności.
Jest to przede wszystkim Słowacja, a w pewnych warunkach — być może w dalszym okresie wojny — Węgry.
Nie jest możliwe dotowanie od początku wojny tego przypuszczalnego teatru wojny w znaczne siły. Przeznaczam na ten cel, który nazywam “odcinkiem karpackim”, siły bardzo szczupłe, w większości formacje nieregularne, które w oparciu o teren mają stanowić osłonę przeciw ewentualnym działaniom nieprzyjaciela.(…)
Ze względu na szczupłą obsadę odcinka i jego teren górzysty, ograniczający swobodę i kierunki działania nieprzyjaciela, ważnym elementem naszego przeciwdziałania muszą być fortyfikacje i zniszczenia.
Obrona w rejonach ufortyfikowanych, utrudnienie ruchu nieprzyjacielowi i szybkie działania odwodów — to trzy elementy tej metody, którą należy w walce na tym odcinku stosować.
Te elementy mogą dobrze grać, o ile dobrze funkcjonuje łączność i rozpoznanie. Dla rozpoznania należy wszędzie tam, gdzie warunki na to pozwalają, dobrze wykorzystać i najpierw zorganizować element ludności miejscowej. Na przygotowanie dobrego funkcjonowania rozpoznania nie należy żałować wysiłków.(…)
Pewne przygotowania na tym odcinku zostały zrobione przez gen. Szyllinga, dowódcę OK X i dowódcę OK VI.”
Po części ogólnej generał Fabrycy otrzymał część szczegółową, precyzującą zadania i przydzielone Armii “Karpaty” siły, które w chwili odebrania Instrukcji składały się z 1 Pułku Strzelców Podhalańskich, batalionu KOP “Żytyń”, 1 i 2 Pułku KOP “Karpaty” (oba dwubatalionowe), dwóch kompanii saperów. Siły te miały zostać wzmocnione przez 16 batalionów Obrony Narodowej, baterię artylerii górskiej, dwa plutony artylerii pozycyjnej, dwie rezerwowe kompanie saperów i cztery plutony artylerii Obrony Narodowej. Obszar odpowiedzialności Armii “Karpaty” podzielono na dwa odcinki — “Węgry”, nadzorowany przez 1 Pułk KOP “Karpaty” i pięć batalionów ON, oraz odcinek “Słowacja”, któremu podlegały wszystkie pozostałe siły.
Generał dywizji Kazimierz Fabrycy musiał czytać Instrukcję ze zmarszczonym czołem — w rzeczywistości poza ogólnikami nie dawała mu żadnych klarownych poleceń postępowania w obliczu poważnego niemieckiego ataku. Marszałek Śmigły bardzo skutecznie zaciemnił obraz sytuacji — z jednej strony przygotował Fabrycego na bardzo trudną sytuację w wypadku zdecydowanych działań niemieckich, z drugiej zaś strony nie potrafił stwierdzić wprost jak wielkim zagrożeniem dla Małopolski są możliwe niemieckie operacje zaczepne przez Karpaty. Fabrycy — o czym wiemy z relacji członków jego sztabu — nie bardzo liczył się z szybkim podjęciem inicjatywy zaczepnej przez wojska niemieckie, ale szybko zaczął zabiegać o przydzielenie mu większej ilości wojsk regularnych. W sierpniu 1939 roku po wielu rozmowach roboczych z Naczelnym Wodzem otrzymał obietnicę wsparcia swych więcej niż szczupłych sił przez wielkie jednostki piechoty. Śmigły nie sprecyzował o jakie jednostki chodzi, ale faktycznie jeszcze w lipcu dokonał szeregu zmian w organizacji armii nadgranicznych zupełnie zmieniając przydziały dla bardzo dużej ilości dywizji i brygad, co mocno skomplikowało proces mobilizacji i spowodowało duży bałagan, gdyż wielu dowódców albo na nowo musiało przygotowywać organizację obrony w swych pasach odpowiedzialności, albo do wybuchu wojny — jak Fabrycy — nie dowiedziało się jakie konkretnie wielkie jednostki pojawią się w pasach działania ich armii. Zamieszanie skutkowało też dużymi trudnościami dla dowódców mobilizowanych związków — w kilku przypadkach nie zaopatrzono ich w mapy obszaru na którym przyszło im działać. Po zmianach Naczelny Wódz zabezpieczał obszar Małopolski poprzez skierowanie po mobilizacji w rejon pomiędzy Dunajcem, a Sanem 38 Dywizji Piechoty Rezerwowej, 11 Karpackiej Dywizji Piechoty i 22 Dywizji Piechoty Górskiej. Dwie ostatnie dywizje miały utworzyć Odwód “Tarnów” w dyspozycji Naczelnego Wodza, a 38 Dywizja Piechoty Rezerwowej miała działać samodzielnie, ale również w ramach rezerwy Naczelnego Wodza. Jako pochodząca z mobilizacji powszechnej miała przybyć w nakazany rejon najpóźniej i może dlatego nie została włączona w skład Odwodu “Tarnów”. O nowym przydziale dowódca 22 Dywizji Piechoty Górskiej dowiedział się w dniu 28 sierpnia. Niemniej jednak, generał Fabrycy nie otrzymał żadnej wielkiej jednostki — wszystkie skierowane do Małopolski wielkie jednostki nie podlegały jego rozkazom i mogły zostać użyte wyłącznie za zgodą Naczelnego Wodza. Bez względu na słabość komunikacji pomiędzy naczelnym Wodzem, a dowódcą Armii “Karpaty” dotyczącej sił i środków, generał Fabrycy w wielu aspektach działał niezwykle opieszale i niekonsekwentnie.
Dowódca Armii “Karpaty” opracował założenia planu bitwy obronnej w kilku wariantach 11 sierpnia 1939 roku. Założenia te sprowadzały się do osłony posiadanymi batalionami i kompaniami przejść górskich w oczekiwaniu na przybycie do obszaru operacyjnego wielkich jednostek, które w zależności od rozwoju sytuacji miały przejść do przeciwuderzeń na skrzydła atakujących jednostek niemieckich. Generał Fabrycy oceniał zapotrzebowanie na siły niezbędne do takiej kontrakcji na cztery dywizje piechoty i jedną brygadę kawalerii. Wiemy już, że Naczelny Wódz skłonny był skierować do Małopolski dwie dywizje piechoty, z czego jedną najwcześniej 9 dnia wojny. Generał Kazimierz Fabrycy już wcześniej, podczas prac w Biurze Studiów Strategicznych pokazał, że potrafi w budowaniu własnych ocen względem zagadnień o wymiarze strategicznym wykazać się dalekowzrocznością i zdolnością do myślenia analitycznego. Nie jest jasnym dlaczego w okresie 1934–1939 oficer ów przewidywany na stanowisko dowódcy armii nie potrafił latem 1939 roku skłonić Naczelnego Wodza do refleksji nad stanem przygotowań obronnych terytorium Małopolski. Latem 1939 roku Rydz-Śmigły wiedząc już o istnieniu zagrożenia z terytorium Słowacji dokonał zasadniczych zmian w składach armii, między innymi zmieniając przedziały aż dziesięciu dywizjom piechoty, ale do obrony bardzo długiej granicy słowackiej wydzielił jedną. Wydaje się zatem, że generał Fabrycy od pewnego momentu zdawał sobie sprawę, że otrzymał zadanie nie do wykonania, co bardzo negatywnie wpłynęło nie tylko na stan przygotowań podległych mu sił, ale także na późniejszy proces dowodzenia. To może tłumaczyć jego zadziwiająca apatię w kwestiach związanych z przygotowaniem odcinka jego odpowiedzialności do działań wojennych.
Jeszcze w czerwcu 1939 roku nad granicę ze Słowacja przybyła grupa oficerów z płk dypl. Marianem Porwitem na czele, której zadaniem było zaplanowanie systemu fortyfikacji stałych. 9 sierpnia przedstawiono Naczelnemu Wodzowi projekt wstępny, ale krótko po tym generał Fabrycy dowiedział się, że z powodów finansowych w bieżącym roku budżetowym prace takie nie zostaną rozpoczęte. Wiemy jednak, że w kilku miejscach faktycznie rozpoczęto prace polegające na zwózce materiałów, ale ostatecznie zakres prac fortyfikacyjnych do wybuchu wojny ograniczony został do przygotowania rowów strzeleckich, stanowisk dla armat ppanc i nielicznych zasieków. Uznano, że wraz z nadejściem jesieni ewentualne natarcie przeciwnika napotka na trudności w postaci wezbranych górskich rzek i potoków, co jednak z uwagi na bardzo gorące i suche lato nie mogło mieć miejsca. Mimo to, bardzo słabo rozwinięta sieć dróg, wysoki stopień zalesienia i bardzo pofałdowany teren w obszarze nadgranicznym byłby bardzo dużym problemem dla atakujących — oczywiście pod warunkiem, że granica broniona byłaby przez posiadające realną wartość bojową siły. A tych nie było.

Plan łączności armii przygotowano dopiero 28 sierpnia 1939 roku. Z założenia łączność armii opierała się o napowietrzną sieć przewodową Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Do dyspozycji armii oddano również 15 kompanię radio, która przybyła 2 września, czyli już w trakcie działań wojennych. Pozyskanie radiostacji RKG/A nie poprawiło komunikacji z Naczelnym Wodzem, ponieważ posiadana przez 15 kompanię radiostacja była niesprawna. Nieco lepiej wyglądał stan techniczny środków łączności w dyspozycji dowódców odcinków i Grupy Operacyjnej “Jasło”.
Generał Fabrycy i jego sztab otrzymali sygnały o zagrożeniu z terenu Słowacji po 20 sierpnia 1939 roku. Szczególnie duży niepokój budzić musiało stwierdzenie koncentracji na Spiszu elementów niemieckiej jednostki pancernej. Wiedziano tez o przybyciu na Słowację niemieckich jednostek górskich, co jednoznacznie wskazywało na zamiary przeciwnika przekroczenia polskiej granicy z tego kierunku. Mimo tych informacji dopiero w dniu 27 sierpnia 1939 roku zarządzono w DOK VI i X mobilizację jednostek alarmowych i skrzyknięcie batalionów Obrony Narodowej. Tego przesunięto także na wyznaczone lotniska polowe 31 Eskadrę Rozpoznawczą i 56 Eskadrę Obserwacyjną, które stanowić miały lotnictwo dyspozycyjne Armii “Karpaty”. 29 sierpnia generał Fabrycy wraz ze sztabem udał się do Rzeszowa, gdzie rozwinięto stanowisko dowodzenia armii. Do wieczora 30 sierpnia 1939 roku ukończono mobilizację przewidzianych planem sił i rozpoczął się ich ruch ku miejscom planowanej koncentracji. Co ważne na obszarze działania Armii “Karpaty” nie przygotowano planu ewakuacji. Armia nie posiadała też właściwie jednostek porządkowych i asystencyjnych do kontrolowania głębi obszaru operacyjnego.
1 września 1939 roku o poranku Armia “Karpaty” była ugrupowana w następujący sposób:
- Sztab Armii w Rzeszowie (pierwszy rzut, drugi rzut mobilizował się we Lwowie, a trzeciego nie przewidziano)
- Grupa Operacyjna “Jasło” — generał bryg. Kazimierz Orlik-Łukoski (Jasło) — wcześniej Odcinek “Słowacja”.
- 2 Brygada Górska — płk Aleksander Stawarz (Nowy Sącz) w składzie:
1 Pułk Strzelców Podhalańskich, batalion KOP “Żytyń”, bataliony ON “Limanowa”, “Nowy Sącz”, “Gorlice”, 153 bateria artylerii górskiej, plutony artylerii pozycyjnej nr 51 i 52.
- 3 Brygada Górska — płk Jan Kotowicz (Krosno), w składzie:
2 Pułk Piechoty KOP “Karpaty”, bataliony ON “Jasło”, “Jarosław”, “Krosno”, “Brzozów”, “Sanok”, “Rzeszów” i “Przemyśl”.
- Odcinek “Węgry”
1 Pułk Piechoty KOP “Karpaty”, dowództwo 216 Pułku Piechoty, bataliony ON “Turka”, “Stryj”, “Stanisławów”, “Huculski I”, “Huculski II”.
Widać wyraźnie, że stojąc w obliczu nieuchronnego ataku poważnych sił niemieckich dowódca Armii “Karpaty” nie posiadał żadnych rezerw, a co gorsza duża część podległych mu sił albo była w trakcie organizacji i dysponowała tylko wzmocnionymi stanami pokojowymi (oba karpackie pułki KOP), albo nie nadawała się do działań bojowych z uwagi na słabe wyposażenie i wyszkolenie (aż dziesięć batalionów ON należało do typu I — z minimalną ilością wyposażenia). Po rozpoczęciu mobilizacji powszechnej w strukturach Obrony Narodowej pozostali jedynie starsi wiekiem rezerwiści i członkowie pospolitego ruszenia. Także z szeregów kadry oficerskiej ON zabrano wielu wartościowych ludzi, zastępując ich powołanymi ze stanu spoczynku. Jedna jedyna jednostka regularna — 1 Pułk Strzelców Podhalańskich nie posiadał w zasadzie wsparcia artyleryjskiego, którego brak w ogóle podważał sens podejmowania próby obrony w wypadku niemieckich działań zaczepnych.
2. Zamiary i siły niemieckie.
Na przedpolu Odcinka “Węgry” żadnych sił nieprzyjaciela nie było. Natomiast przeciw Grupie Operacyjnej “Jasło” dowództwo 14 Armii niemieckiej skoncentrowało w rejonie Starej Wsi Spiskiej jednostki 2 Dywizji Strzelców Górskich, a w rejon Lubovni nadchodziły siły 1 Dywizji Strzelców Górskich, która miała ukończyć przygotowania 4 września. Ponadto, już poza prawym skrzydłem Armii “Karpaty”, po obu stronach występu zakopiańskiego stanęły siły XVIII Korpusu Armijnego generała Beyera w składzie 3 Dywizji Górskiej, 2 Dywizji Pancernej i 4 Dywizji Lekkiej. Ponadto, wzdłuż granicy od Przełęczy Tylickiej, aż po Przełęcz Łupkowską stały pododdziały słowackich 2 i 3 Dywizji Piechoty.

Dowodzący 14 Armią generał Wilhelm List zaplanował przebieg bitwy w oparciu o żądanie zniszczenia sił polskich w pasie przygranicznym, a następnie możliwie szybkie przejście do pościgu operacyjnego wzdłuż magistrali kolejowej Kraków-Tarnów-Przemyśl-Lwów. Aby osiągnąć ten cel, niemiecki dowódca planował jednoczesne przełamanie obrony polskiej na Górnym Śląsku i od południa, poprzez Beskid. Spodziewając się trudności na zurbanizowanych obszarach Górnego Śląska wszystkie swoje związki szybkie rozmieścił poza tym rejonem. 5 Dywizja Pancerna miała przełamać polską obronę w rejonie Rybnika i Pszczyny i wyjść na tyły polskiej obsady konurbacji górnośląskiej, a wspomniane powyżej jednostki XVIII Korpusu Armijnego miały poprzez Beskid dokonać głębokiego oskrzydlenia gros sił polskich poprzez wyjścia na południowe przedpola Krakowa. Generał List był świadom użycia przez dowódcę sąsiedniej 10 Armii dwóch dywizji lekkich w rejonie Częstochowy i spodziewał się wykonania przez te jednostki kolejnego głębokiego oskrzydlenia oddziałów polskich na Śląsku poprzez natarcie na osi Częstochowa-Koniecpol-Włoszczowa ku Wiśle. Należy zwrócić uwagę, że koncepcja stoczenia bitwy wypracowana w sztabie 14 Armii była bardzo dobrze dopasowana do wad ugrupowania sił polskich — główny ciężar działań spoczywał na działaniach oskrzydlających, czyli tam, gdzie przeciwnik był najsłabszy. Zasadniczo gros sił polskich miało zostać zniszczonych na zachód od linii wyznaczanej przez Wisłę i plan ten przedstawiał się niezwykle realnie.
3. Walki o Główną Linię Oporu.
W chwili wybuchu wojny siły niemieckie nie podjęły poważnych operacji zaczepnych na odcinku Armii “Karpaty” — aktywność nieprzyjaciela ograniczyła się do systematycznych bombardowań szlaków kolejowych na tyłach, a najbardziej ucierpiała Dębica wskutek mającego miejsce około godziny 18.00 nalotu. Starcia w pasie przygranicznym miały wymiar lokalny i polegały na konfrontacjach nielicznych patroli. Lotnictwo polskie rozpoznało prawidłowo lokalizację niemieckich lotnisk na Słowacji, ale Naczelny Wódz z niezrozumiałych powodów odmówił zgody na przeprowadzenie siłami 31 Eskadry Rozpoznawczej nalotu. Z drugiej strony 6 kompania 2 Pułku KOP dokonała wypadu na słowacka stronę i wzięła do niewoli zaskoczoną obsadę placówki nadgranicznej na południe od Jaślisk. W godzinach popołudniowych generał Fabrycy powiadomiony został o skierowaniu w charakterze odwodu Naczelnego Wodza do Dębicy 24 Dywizji Piechoty dowodzonej przez płk dypl. Bolesława Krzyżanowskiego. Do tego celu zarezerwowano sporą ilość transportów kolejowych, co wydaje się dość dziwne, gdyż jednostka ta mobilizowała się w Jarosławiu, Rzeszowie, Lubaczowie i Przemyślu, czyli na terenie podległym DOK X. Dywizja osiągnąć miała w ramach I rzutu mobilizacji powszechnej rozpoczętej w dniu 31 sierpnia 1939 roku, ale z uwagi na niewielką odległość garnizonów pokojowych mogła bez trudu skoncentrować się przemarszami. W tym samym czasie zmobilizowana już w Tarnopolu, Złoczowie i Brzeżanach 12 Dywizja Piechoty pozostawała w garnizonach z powodu braku taboru kolejowego do transportu. Od pierwszych godzin działań wojennych sytuacja sił polskich walczących w ramach Armii “Kraków” była bardzo trudna — przed kompletną klęską działającej na skrajnie lewym skrzydle armii — czyli na styku z Armia “Karpaty” — 1 Brygady Górskiej ocaliło skierowanie do walki w Beskidzie części 6 Dywizji Piechoty i 10 Brygady Kawalerii (zmotoryzowanej). Oddziały niemieckie wdarły się w głąb ugrupowania polskiego pod Pszczyną, a już następnego dnia rano przełamały tutaj obronę oddziałów rozbijając gros sił 6 Dywizji Piechoty. W związku z tymi wydarzeniami już 2 września zapadła decyzja o rozpoczęciu przez siły Armii “Kraków” odwrotu z głównej linii oporu, przy jednoczesnym wzmocnieniu sił generała Szyllinga oddziałami 22 Dywizji Piechoty Górskiej, która miała przybyć w rejon Trzebini, oraz przyspieszenia transportów 11 Karpackiej Dywizji Piechoty do rejonu Bochni. Ponadto przyspieszono mobilizacje licznych pododdziałów powstających w ramach mobilizacji powszechnej i podjęto decyzję o odtwarzaniu rozbitej 6 Dywizji Piechoty. Armia “Kraków” miała wycofać gros swych sił na linię rzek Dunajec i Nida, by tam przejść do obrony uporczywej. By jednak można było dokonać tego odwrotu, siły stanowiące lewą flankę, czyli 1 Brygada Górska i 10 Brygada Kawalerii musiały jak najdłużej utrzymać front w rejonie Jordanów-Limanowa. Było to niezbędne dla wyprowadzenia z rysującej się matni oddziały Grupy Operacyjnej “Bielsko” generała Mieczysława Boruty-Spiechowicza. Tym samym silne oddziały niemieckie wychodziły na prawe skrzydło Armii “Karpaty”.

O fakcie tym, generał Fabrycy dowiedział się w nocy z 2 na 3 września dzięki inicjatywie sztabu Armii “Kraków”. Generał Szylling domagał się w związku z przenikaniem sił niemieckiej 3 Dywizji Strzelców Górskich od dowódcy Armii “Karpaty” skierowania jednostek w celu zablokowania tego ruchu i utrzymania styku obu armii. O powyższym generał Fabrycy nie poinformował Naczelnego Wodza aż do godzin porannych 3 września, gdyż aparat juzowy był niesprawny. Tego dnia, o godzinie 6.45 Naczelny Wódz w rozmowie telefonicznej nakazał generałowi Fabrycemu zorganizowania na linii Dunajca linii obrony. W celu obsadzenia tej pozycji do rejonu Tarnów-Zakliczyn-Gromnik skierowano siły 24 Dywizji Piechoty. Aby przedłużyć linię obrony w stronę Karpat postanowiono skierować w rejon Nowego Sącza awizowaną 11 Karpacka Dywizję Piechoty. W newralgiczny punkt styku obu armii generał Fabrycy postanowił przegrupować formowane właśnie w Ośrodku Zapasowym 21 Dywizji Piechoty Górskiej w Nowym Sączu dwa bataliony marszowe. Ponadto, dowódca Armii “Karpaty” poprosił o możliwość przegrupowania transportem kolejowym z biernego odcinka “Węgry” w rejon Grybowa w celu utworzenia odwodu Dowódcy Armii. Około godziny 14.00 3 września 1939 roku Naczelny Wódz poinformował sztab Armii “Karpaty” o zmianach. Otóż, Marszałek Rydz-Śmigły postanowił oddać Grupę Operacyjną generała Boruty-Spiechowicza do dyspozycji generała Fabrycego. Rozkaz obarczał generała Fabrycego obowiązkiem obrony bardzo dużego obszaru rozciągającego się od Sandomierza, wzdłuż rzeki Wisły po ujście Dunajca, następnie wzdłuż Dunajca i Popradu do granicy państwa i dalej na wschód, wzdłuż Karpat. W tym celu dowódcy Armii “Karpaty” Naczelny Wódz oddawał 11 i 24 Dywizje Piechoty, oraz polecał wykorzystać ośrodki zapasowe DOK X, oraz po osiągnięciu linii Dunajca wszystkie operujące na południe od biegu Wisły siły wchodzące dotychczas w skład Armii “Kraków”. W tym czasie nikt nie poinformował sztabu Armii “Karpaty”, że transporty ze zmobilizowanymi jednostkami 11 Karpackiej Dywizji Piechoty nadal podążają do rejonu Bochni. Także dowództwo 11 Dywizji nic nie wiedziało o zmianie dyslokacji jednostki. Jednostki sztab Armii “Kraków” zadysponował do wzmocnienia swego południowego skrzydła wraz z aktywowanymi wówczas oddziałami mającymi stanowić część 45 Dywizji Piechoty. Sztab Armii “Karpaty” nie podjął poważnych działań w celu ustalenia destynacji transportów 11 Dywizji — nie zrobił tego, gdyż dowódca armii odesłał swego szefa sztabu do Krakowa w celu zapoznania się z sytuacją Armii “Kraków”, a ilość napływających do niepełnego sztabu generała Fabrycego informacji zdecydowanie przytłoczyła dowódcę armii — nie był w stanie samotnie reagować na wszystkie wydarzenia. Płk Morawski z Krakowa powrócił dopiero wieczorem przywożąc wieści o katastrofalnej sytuacji południowego zgrupowania Armii “Kraków”, oraz o wyładowaniu części sił 11 Dywizji w rejonie Bochni, co zdominowało treść dyskusji w sztabie. Dopiero w nocy z 3 na 4 września podjęto wysiłki mające na celu zatrzymanie transportów 11 Dywizji przed Dunajcem, ale zadanie to okazało się niewykonalne, gdyż sztab armii nie posiadał klucza do szyfru stosowanego w systemie transportu kolejowego. Co gorsza, płk Morawski po rozmowach w sztabie Armii “Kraków” zupełnie stracił ducha i właściwie dowództwo Armii “Karpaty” uznało jednostki znajdujące się na zachód od Dunajca za stracone.
3 września nad Górnym Dunajcem aktywne działania podjęła niemiecka 2 Dywizja Strzelców Górskich, która skierowała się wzdłuż koryta rzeki wprost na północ. Sztab Armii “Karpaty” dość szybko rozpoznał też niemieckie próby obejścia utrzymujących się nad samą granicą polskich wysuniętych placówek, gdyż silna kolumna strzelców górskich została wykryta przez polski samolot na drodze Knurów-Ochotnica. Mimo wsparcia załogi pozycji pod Kłodnem utrzymywanej przez wydzielone siły 2 Brygady Górskiej trzeba było wycofać się na pozycję pod Wietrznicami. Poza skromnymi siłami Obrony Narodowej i 1 Pułku Strzelców Podhalańskich płk Stawarz nie miał w dyspozycji żadnych poważniejszych sił i nie był w stanie pod silniejszym naciskiem utrzymać linii Dunajca, tym bardziej, że gros jego oddziałów było zwróconych frontem na południe przy samej granicy państwa dozorując bardzo duży obszar. 31 Eskadra Rozpoznawcza zaatakował całą siłą siedmiu maszyn rozpoznaną na szosie Nowy Targ-Chabówka kolumnę zmechanizowaną. Stracono jeden samolot od ognia obrony przeciwlotniczej. Inną załogę utracono od ognia własnej obrony plot zakładów w Mościcach.
Można śmiało przyjąć, że w pod wpływem fragmentarycznych i często brzmiących hiobowo doniesień w nocy z 3 na 4 września sztab Armii “Karpaty” stracił pewność siebie i zaczął wpadać w panikę. Dowództwo armii nie miało wglądu w położenie innych sił polskich poza własnymi i należącymi do Armii “Kraków”. Żądanie ubezpieczenia linii Wisły aż po Sandomierz (ponad 100 kilometrów w linii prostej od zachodniego skrzydła armii) kazało wyobrażać sobie, że także na innych odcinkach frontu wojny z Niemcami sprawy układają się katastrofalnie źle. Kryzys psychiczny członków sztabu i dowódcy armii potęgowany był jeszcze przez narastający chaos organizacyjny (sprawa podporządkowania i transportu 11 KDP) oraz brak wiadomości i generalnie słabą komunikację z Naczelnym Wodzem. Wszystko to wywołało poczucie bezsilności i osamotnienia, a przede wszystkim zdeterminowało sztab do działań obliczonych na odskok do tyłu, choć w zasadzie zachodnia flanka armii nie miała żadnego kontaktu z nadciągającym od Beskidu wrogiem.
4. Odwrót i walki nad Sanem.
4 września do rejonu Tarnów-Gromnik przybywać zaczęły transporty 24 Dywizji Piechoty. Do wieczora siedem batalionów wyładowało się z eszelonów i w godzinach nocnych podjęło marsz ku nakazanym odcinkom. W Tarnowie zatrzymano też baterię 60 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej pierwotnie przewidzianego dla Armii “Kraków”. Wyładowane w Bochni dowództwo 11 Karpackiej Dywizji Piechoty nie miało łączności ze sztabem Armii “Karpaty”. Dopiero od generała Boruty-Spiechowicza płk dypl. Prugar-Ketling dowiedział się o zmianie rejonu koncentracji swej dywizji. Usiłował wymóc na dowódcy Armii “Kraków” oddanie już przetransportowanych pododdziałów dywizji, co generał Szylling kategorycznie odrzucił. W międzyczasie sztab Armii “Karpaty” otrzymał wreszcie klucz kodowy i zaczął aktywnie poszukiwać reszty dywizji — jak się okazało poszczególne eszelony zaczęły otrzymywać sprzeczne polecenia (z Armii “Karpaty” i z dowództwa dywizji). Co gorsza z powodu zniszczeń linii kolejowych część transportów została zatrzymana w różnych miejscach i nie wiadomo było, gdzie dokładnie. Tym samym szybka koncentracja dywizji w pierwotnej dyslokacji — nad Dunajcem w rejonie Nowego Sącza nie wchodziła już w grę, zresztą w ciągu czwartego dnia wojny do miasta tego bardzo zbliżyły się oddziały niemieckich strzelców górskich.

Po ciężkich walkach oddziały 1 Brygady Górskiej odeszły do rejonu Kasiny Wielkiej. Wiadomość o tym dotarła także do sztabu Grupy operacyjnej “Jasło”, gdzie uległa zniekształceniu — dowództwo armii dowiedziało się już bowiem o odwrocie 1 Pułku KOP z 1 Brygady Górskiej na Wolę Skrzydlańską, co otwierało siłom niemieckim drogę na Limanową lub Tarnów. Od tego momentu sztab Armii “Karpaty” nie wierzył w możliwość wycofania się za Dunajec sił generała Boruty-Spiechowicza i jak przypuszczam, nie zamierzał uporczywie bronić linii Dunajca. Rozwijanie 24 Dywizji służyło już wyłącznie osłonie planowanej koncentracji 11 Dywizji — można przyjąć, że generał Fabrycy liczył na przydzielenie mu kolejnych sił, oprócz planowanej po 9 września 38 Dywizji Piechoty Rezerwowej niezbędnych w jego opinii dla ustabilizowania sytuacji na południowym obszarze operacyjnym — tym bardziej nie zamierzał poświęcać w walce skromnych jednostek już posiadanych dla ratowania skazanych na zagładę (w jego opinii) sił Boruty-Spiechowicza.
Prawe skrzydło 2 Brygady Górskiej przez cały dzień toczyło zaciętą walkę o pozycję pod Wietrznicami. Próba wsparcia broniącego jej Oddziału Wydzielonego “Roman” utworzonymi w OZ 21 Dywizji Piechoty Górskiej batalionami marszowymi zawiodła — oddziały te nie dość, że słabo uzbrojone okazały się tak źle przygotowane do walki, że po prostu rozsypały się po drodze na kilka pododdziałów. Ostatecznie zawrócono je z drogi następnego dnia po stracie około połowy stanu wyjściowego wyłącznie wskutek dezercji i strat marszowych. W tym samym czasie stanowiska 1 Pułku Strzelców Podhalańskich w rejonie Krynicy nie były atakowane. Nadal jednak płk Stawarz nie miał za sobą żadnych odwodów. Podległe mu oddziały obsadzały tylko niektóre fragmenty terenu i w efekcie niemieccy strzelcy górscy zaczęli szukać nieobsadzonych odcinków, by następnie obchodzić polskie stanowiska. Co gorsza, świetnie wyszkoleni artylerzyści niemieccy bardzo szybko wstrzeliwali się w każda pozycje opóźniającą zadając obrońcom znaczne straty. Jedyna bateria 65 mm dział górskich nie była w stanie interweniować skutecznie, w efekcie czego morale żołnierzy 2 Brygady Górskiej zaczęło niebezpiecznie się obniżać — zwłaszcza dotyczyło to żołnierzy Obrony narodowej posiadającej minimalną ilość broni ciężkich. Pod wpływem nieprawdziwych informacji o zagrożeniu ze strony sił niemieckich działających w pasie Armii “Kraków” generał Łukoski polecił dowódcy 2 Brygady Górskiej wycofać się na linię Dunajec-Poprad i tam przejść do obrony stałej, tak by nową rubież osiągnąć w nocy z 4 na 5 września. W stronę Grybowa jechał już 1 Pułk Piechoty KOP “Karpaty” — jego dowódca, ppłk Ziętkiewicz miał do dyspozycji dwa bataliony bez artylerii piechoty i działek ppanc. Siły te ukończył załadunek po południu 4 września.
Bardzo poważna sytuacja zaistniała natomiast nad Popradem i Dunajcem — bez rozkazu płk Stawarz dowodzący 2 Brygada Górską podjął decyzję o odwrocie, nie powiadamiając o tym nikogo. Przeniósł sztab do Grybowa, gdzie dopiero około 16.00 zredagowano rozkazy o marszrucie pododdziałów. Nastroje w sztabie Armii „Karpaty” pogorszyły się jeszcze bardziej po otrzymaniu przez Armię „Kraków w dniu 5 września informacji o ruchu niemieckiej broni pancernej na Chmielnik i Busko Zdrój — doniesienia te utwierdziły jeszcze bardziej sztab Armii “Karpaty” w pesymistycznej ocenie sytuacji ogólnej. Tego dnia do Rzeszowa przybył wysłannik Naczelnego Wodza — generał broni Kazimierz Sosnkowski, który po niemal dwugodzinnej naradzie z generałem Fabrycym przedstawił położenie obu armii w Zachodniej Małopolsce. Generał Sosnkowski od razu dostrzegł zagrożenie z kierunku Karpat i stanowczo domagał się wzmocnienia sił polskich na tym teatrze działań. Naczelny Wódz w efekcie podjął kolejne kroki w celu opanowania sytuacji i wyładowane w rejonie Sandomierza z transportów kolejowych (z powodu uszkodzeń torów) oddziały 12 Dywizji Piechoty i 36 Dywizji Piechoty Rezerwowej zostały zatrzymane na miejscu i oddane do dyspozycji generała Fabrycego. Sumując wszystkie te ślady możemy łatwo domyślić się jak niskiego stanu ducha musieli być generał Fabrycy i płk Morawski — wróg posiadał dużą przewagę, wdzierał się bardzo głęboko w terytorium polskie zagrażając nie chronionym tyłom, rezerwy własne były skąpe, a położenie sąsiadów rozpaczliwe. Wprawdzie dowodzący Armią “Kraków” generał Szylling nie uważał bynajmniej własnego położenia za beznadziejne, mimo faktycznie dużych kłopotów grupy generała Boruty-Spiechowicza. Najgorszy kryzys w jego opinii oddziały miały już za sobą, należało jedynie wspomóc siły KOP i płk Maczka w rejonie Kasiny i Myślenic by umożliwić 6 i 21 Dywizji spokojny marsz ku Dunajcowi. Wszystko jednak miało się zmienić i to w bardzo zaskakujący dla obu walczących stron sposób.
Zepchnięcie przez siły pancerne i zmotoryzowane niemieckiego XXII Korpusu Armijnego oddziałów polskich z rejonu Kasiny Wielkiej otwarło im drogę do penetracji terenu aż po Dunajec, z czego dowództwo niemieckie skwapliwie skorzystało kierując w rejon podejść do Tarnowa silną grupę bojową ze składu 4 Dywizji Lekkiej generała Hubickiego. Jak wiemy, polska 24 Dywizja Piechoty była stale wzmacniana przez ostatnie przybywające transporty sił własnych, ale także przez jednostki nowo aktywowane, lub należące do innych związków. W ten sposób do dyspozycji płk Bolesława Krzyżanowskiego trafiły elementy 165 Pułku Piechoty Rezerwowej z bateria artylerii 40 Pułku Artylerii Lekkiej, które podróżując do pierwotnego rejonu koncentracji via Kraków ostatecznie wyładowały się w Mościcach. Przybyło także dowództwo i jedna bateria 60 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej, trzy nowo utworzone bataliony marszowe z 78, 79 i 80 Pułku Piechoty zakodowane pod nazwami “Klon”, “Jawor” i “Dąb”, oraz dowództwo 155 Pułku Piechoty Rezerwowej z jednym batalionem. Dywizja przytomnie z ponad 60 kilometrowego odcinka obsadziła około 30 kilometrowy pas, resztę terenu jedynie dozorując. Wieczorem 5 września placówki przy mostach w Czchowie i Zakliczynie zostały zaskoczone przez niemieckie jednostki zmotoryzowane i rozbite — Niemcy dotarli do Dunajca. Płk Ketling zamiast zbierać przybywające transporty swej dywizji stracił mnóstwo czasu na poszukiwanie dowódcy Armii “Kraków”, by wyjednać u niego zwrot pododdziałów swej dywizji, ale oczywiście kolejna interwencja skończyła się tak jak poprzednie. Dopiero w nocy z 5 na 6 września dowódca 11 Dywizji zameldował się w sztabie generała Łukoskiego, gdzie otrzymał polecenie zebrania swych sił za Wisłoką, na północ od Jasła. W pasie przygranicznym trwał od wieczora 5 września odwrót batalionów 2 Brygady Górskiej na Grybów — do tego czasu stany bojowe pododdziałów brygady stopniały o połowę, głównie z powodu strat marszowych i dezercji. Co gorsza, od południa 5 września do aktywnych działań przeszedł niemiecki 99 Pułk Strzelców Górskich płk Kressa maszerując z miejsca koncentracji w Lubotinie ku Krynicy. W konsekwencji bardzo źle przeprowadzonego, chaotycznego odwrotu (część oddziałów nie otrzymała w ogóle rozkazów i pozostała na swych stanowiskach) 2 Brygada Górska rozproszyła się. Cześć jednostek osiągnęła nakazane rejony, inne mając do pokonania po 50/60 kilometrów były dopiero w drodze. Niemcy błyskawicznie zorientowali się w sytuacji i śmiało przekroczyli linię rzek górskich po niezniszczonych mostach podejmując pościg operacyjny.
Znacznemu wzmocnieniu uległy siły ppłk Gancarza w Sandomierzu — w chwili przekazania dowództwa nad Odcinkiem “Sandomierz” ppłk Antoniemu Sikorskiemu skoncentrował on już swój własny 94 Pułk Piechoty, 164 Pułk Piechoty, 2 Dyon 55 Pułku Artylerii Lekkiej, 36 Kompanię ppanc i kompanię saperów. Zabezpieczono także za pomocą oddziałów marszowych w sposób doraźny przeprawy w Nowym Korczynie i Baranowie. Nie był to koniec wzmocnień, gdyż nadal przybywały kolejne transporty jednostek mobilizowanych na kresach południowo-wschodnich. Wypada zwrócić uwagę, że w tym momencie punkt ciężkości sił polskich w Małopolsce już wcześniej mocno nierówny jeszcze bardziej przeniósł się na północną flankę. Skrzydło karpackie wraz z postępującą dezintegracją 2 Brygady Górskiej coraz bardziej otwierało się przed niemieckim XVIII Korpusem Armijnym.
Jeszcze w nocy z 5 na 6 września Armia “Kraków” skontaktowała się z generałem Fabrycym w sprawie utworzenia przedmościa na Dunajcu, które ułatwiło by podejście do rzeki sił generała Spiechowicza. Generał Fabrycy wyraził przy tym opinię, że może wysłać jeden batalion, jednocześnie zwrócił się o pomoc w podjęciu decyzji do Naczelnego Wodza. Ten ostatni nakazał siłom generała Spiechowicza jak najszybszy marsz nieco na północ od pierwotnej osi odwrotu — w stronę przepraw w Biskupicach. O poranku 6 września główne siły Spiechowicza przechodziły dopiero przez Bochnię, więc szanse na wyprowadzenie ich z matni malały z godziny na godzinę. Mający wesprzeć zmęczone oddziały KOP i 10 Brygady Kawalerii nowoutworzony 156 pułk Piechoty Rezerwowej ppłk Waleriana Młyńca zachowywał się bardzo biernie. Dowódca pułku ogarniany psychozą strachu i niemocy skutecznie zaraził swój sztab i oficerów liniowych demoralizacją. Ppłk Młyniec zaprzestał wykonywania rozkazów zwierzchników i jego siły pozostały w rejonie Wiśniowca przez cały dzień 5 września. Mimo braku kontaktu bojowego z wrogiem, który zmieniał właśnie oś natarcia — o czym za chwilę — dowodzący pułkiem ppłk Młyniec zakomunikował swym oficerom, że pułk jest odcięty i nakazał rozproszyć się, zniszczyć ciężką broń i przebijać na wschód. W efekcie tych zarządzeń wszystkie trzy bataliony pułku (I/156, III/2 Pułku Strzelców Podhalańskich, III/5 Pułku Strzelców Podhalańskich — dwa ostatnie należały do 22 Dywizji Piechoty Górskiej) w ciągu najbliższych dni przestały istnieć, ogarnięty psychozą strachu ppłk Młyniec zastrzelił się 7 września.

Co gorsza, jeszcze 5 września najwyższe dowództwo niemieckie zmieniło pierwotny kształt planów operacyjnych kampanii — w związku z generalnym odwrotem sił polskich operujące na skrzydłach Armie 3 i 14 otrzymały zadanie jak najszybszego przełamania obrony polskiej i uderzenia zbieżnego w stronę lubelszczyzny, gdzie zamierzano definitywnie zamknąć pierścień okrążenia głównych sił Wojska Polskiego. W tym celu generał płk Wilhelm List nakazał zmianę osi natarcia XXII Korpusu na wschód, w stronę Tarnowa, a dalej na Rzeszów, Jarosław, gdzie już za Sanem siły szybkie skręcić miały na północ. Tym samym 4 Dywizja Lekka zaczęła koncentrować swe siły w rejonie Zakliczyna. Naczelny Wódz w dniu 6 września podjął szereg decyzji dotyczących sił polskich na Froncie Południowym. Najpierw o 16.25 depeszą poinformował generała Fabrycego o oddaniu mu do dyspozycji 38 Dywizji Piechoty Rezerwowej, która miała przybyć do rejonu Przemyśl-Dobromil. Dwie godziny później, o 18.30 podjął zaś decyzję o podporządkowaniu generałowi Fabrycemu sił Armii “Kraków” nadając połączonym związkom nazwę Armii “Małopolska”. W godzinach popołudniowych sztab armii konferował z płk Krzyżanowskim o perspektywach utrzymania linii Dunajca, przy czym dowódca 24 Dywizji faktycznie nie odczuwając nacisku niemieckiego wypowiedział się w tej kwestii entuzjastycznie. Ponownie o to samo pytano sztab 24 Dywizji około godziny 20.00 — w tym czasie odwrót 2 Brygady Górskiej dla sztabu armii nie stanowił już tajemnicy, więc dowództwo wyraziło obawy o możliwość oskrzydlenia dywizji. Płk Krzyżanowski podtrzymał dotychczasową opinię i zdecydowany był wykorzystać posiadane siły do ubezpieczenia się od strony Nowego Sącza. Sztab armii dopiero późnym popołudniem dowiedział się, że generał Spiechowicz chce skupić swoje siły w rejonie Radłowa na podejściach do przepraw na Dunajcu, ale samo przekroczenie rzeki nie będzie możliwe w nocy z 6 na 7 września. Dzięki aktywnemu rozpoznaniu lotniczemu sztab generał Fabrycego był świadom kierunków marszów sił niemieckich. Sam dowódca armii spotkał się z generałem Łukoskim, od którego dowiedział się o bardzo złej sytuacji jego topniejących gwałtownie wojsk. Pod wpływem tej rozmowy generał Fabrycy podjął decyzję o odwrocie 24 Dywizji Piechoty na linię Wisłoki nie czekając na zakończenie odwrotu oddziałów generała Boruty-Spiechowicza. Ku zdumieniu sztabu dywizji rozkaz o takiej treści wpłynął do o godzinie 22.00. Płk Krzyżanowski mając świadomość, że oznacza to w zasadzie odskok za dnia natychmiast przekierował polecenia do swych oddziałów. Generał Fabrycy zorientował się po około dwóch godzinach jak fatalną decyzję podjął i około północy ponownie skontaktował się ze sztabem 24 Dywizji, by po raz trzeci zapytać się swego podwładnego, czy nie lepiej jednak byłoby pozostać na miejscu. W odpowiedzi usłyszał, że rozkaz o wysadzeniu mostów na rzece został już wydany, a oddziały są już w ruchu. Generał Spiechowicz nie został powiadomiony o decyzji opuszczenia linii Dunajca. Co gorsza, wysłany doń oficer sztabu armii — ppłk dypl. Jan Monwid-Olechnowicz wprowadził generała Spiechowicza w błąd informując go o planowanym, a nie realizowanym już odwrocie na Wisłokę. Oficer ten przekazał także polecenie, by 10 Brygada płk Maczka odeszła na Rzeszów.
Sztab 24 Dywizji po przygotowaniu i wydaniu rozkazów o odwrocie ku Wisłoce w pięciu kolumnach wyjechał na nowe miejsce postoju do Pilzna. Zorganizowanie odwrotu nie było sprawą łatwą, gdyż wraz z przybyciem całości sił 155 Pułku Piechoty Rezerwowej dywizja nadzorowała aż 16 batalionów piechoty i i liczną artylerię. Nie wszędzie z braku wyposażenia łączność funkcjonowała należycie. W efekcie ruch odwrotowy rozpoczął się w wielu miejscach z opóźnieniem, niemal o brzasku. Rozkazy nie dotarły w ogóle do batalionu “Dąb” i dywizyjnej kompanii kolarzy, a sztab dywizji nawet z nowego miejsca postoju nie był w stanie realnie oddziaływać na ruch poszczególnych kolumn z powodu słabej łączności. W tym samym czasie do rejonu Brzostka napływały kolejne transporty 11 Dywizji, które natychmiast po przybyciu przystępowały do budowy pozycji obronnych. Do wieczora w ręku płk Ketlinga znalazły się wszystkie jednostki dywizji, poza tymi, które detaszowano do wsparcia sił generała Spiechowicza. Sztab Armii “Małopolska” w nocy z 6 na 7 września przeniósł się do Bachórza koło Dynowa, gdzie nad ranem przystąpiono do prac nad rozkazem operacyjnym mającym skoncentrować siły armii nad Wisłoką i Wisłą. Wydano także rozkaz nakazujący przemarsz 10 Brygady Kawalerii do odwodu armii w rejonie Rzeszowa, o którego przekazaniu generałowi Spiechowiczowi pisałem wcześniej. Nowa linia obrony miała mieć charakter przejściowy, gdyż za San skierowano liczne jednostki saperskie, które miały rozbudować tamże umocnienia polowe i przeszkody. W związku z trwającym odwrotem sił polskich niemiecka 14 Armia podzieliła się wyraźnie na dwa rzuty — w pierwszym działały 2 Dywizja Pancerna, 4 Dywizja Lekka i 1, 2, 3 Dywizje Górskie, w drugim pozostające w tyle pozostałe dywizje piechoty. 5 Dywizja Pancerna operowała na północ od Wisły przeciw cofającym się oddziałom generała Szyllinga.

Dzień 7 września przyniósł konsekwencje chaotycznych decyzji dowódcy Armii “Małopolska” — jako pierwsza poniosła je 24 Dywizja Piechoty. Dowódca niemieckiej 4 Dywizji Lekkiej stojącej pod Zakliczynem błyskawicznie zorientował się w polskich zamiarach i po zorganizowaniu przepraw rano rzucił silną grupę bojową w pościg za uchodzącymi Polakami, których oddziały przemieszały się i o poranku w wielu punktach jeszcze nie pozbierały się do drogi, w innych zaś odchodząc na odległość od 10 do 15 kilometrów. W efekcie niemieckie jednostki pancerne i zmotoryzowane błyskawicznie dogoniły i z marszu zaatakowały polskie kolumny. Efekt był katastrofalny. W Tuchowie około 10.00 atak niemiecki zniszczył 3/17 Pułku Piechoty, z którego odnalazło się za Wisłoką zaledwie 100 ludzi. Dwie godziny później, w tym samym miejscu w zasadzkę wpadł 38 Pułk Piechoty. Z powodu paniki dowódcy 2 baonu i dowódcy pułku uciekli z pola walki, a resztki pułku z matni wyprowadził po przejęciu dowodzenia mjr Böhm, uprzednio stojący na czele 3 baonu. Po zebraniu pewnej ilości uciekinierów z pola walki oficer ten doprowadził resztki pułku do Pilzna, gdzie stanął nad ranem 8 września. Bez strat do Pilzna dotarł 39 Pułk Piechoty, gdzie jako jedyny zaczął organizować obronę w oparciu o kompleks leśny. Bez kontaktu z przeciwnikiem za Wisłokę przedostał się także 155 Pułk Piechoty Rezerwowy, ale jego dowódca po przybyciu w nakazany rejon zameldował o 30 % stratach marszowych. Nie był to jednak koniec złych wieści.
Gros sił generała Boruty-Spiechowicza osiągnęło brzeg Dunajca około południa 7 września. Zgodnie z otrzymanym rozkazem, w pierwszej kolejności przeprawiono 10 Brygadę Kawalerii, po niej, przez most w Biskupicach wyruszyły pozostałe jednostki grupy. Dowódca grupy nieprzyjemnie zdziwiony brakiem polskich sił w rejonie Żabna nie kwapił się do oddetaszowania sił Maczka, ale w podjęciu tej decyzji umocnił go dowódca brygady, który stwierdził, że brygada cierpi na poważne braki materiałowe, których nie jest w stanie uzupełnić pozostając na zachodnim brzegu rzeki. W ślad za 10 Brygadą Kawalerii przeprawę podjęły wyczerpane i bardzo już osłabione siły 1 Brygady Górskiej, które w myśl rozkazów generała Spiechowicza miały stanowić odwód grupy. Pozostałe siły ubezpieczając się od zachodu i południa miały rozpocząć przeprawę jako ostatnie, po krótkim odpoczynku i uporządkowaniu. Natychmiastowej zgody na przeprawę zażądał dowodzący 6 Dywizją Piechoty generał Bernard Mond, ale w trosce o pozostającą w tyle 21 Dywizję Piechoty Górskiej generała Józefa Kustronia dowódca zgrupowania polskiego podtrzymał swoje decyzje. Wkrótce jednak, przyjmując do wiadomości fakt opuszczenia linii Dunajca przez 24 Dywizję zmienił swe decyzje i polecił swej piechocie przechodzić przez rzekę jak najszybciej. W rejonie Radomyśla Wielkiego, już na wschodnim brzegu rzeki siły płka Maczka zorganizowały rygiel obronny rozpoznając liczne niemieckie pododdziały zmotoryzowane. Główne niebezpieczeństwo czaiło się jednak z innej strony. W godzinach wieczornych, pomiędzy 18.00, a 20.00 kolumny polskie zostały zaatakowane przez siły 2 Dywizji Pancernej, które uzyskawszy kompletne zaskoczenie wdarły się głęboko i odcięły od przepraw liczne pododdziały polskie. Najpierw niemiecki oddział wdarł się do Radłowa, z którego został po chwili wyparty kontratakiem 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. Na pole walki nadciągały jednak kolejne elementy 2 Dywizji Pancernej i ostatecznie to Niemcy zdobyli i utrzymali Radłów. Wydarzenie to miało poważne konsekwencje, gdyż spychało maszerujące ku mostom oddziały 21 Dywizji na oś marszu 6 Dywizji, w efekcie czego siły polskie przemieszały się. Około 19.30, gdy na wschodnim brzegu Dunajca znajdowała się mniej więcej jedna trzecia sił obu polskich jednostek do Biskupic wdarła się kolejna niemiecka grupa bojowa, w wywołując panikę i chaos. Co gorsza — Polacy wysadzili w powietrze most. Po zachodniej stronie rzeki znalazły się część 4 Pułk Strzelców Podhalańskich, 202 Pułk Piechoty Rezerwowej, 3 Pułk Strzelców Podhalańskich, część 21 Pułk Artylerii Lekkiej, elementy 1 Brygady Górskiej, 20 Pułk Piechoty, 12 Pułk Piechoty, 6 Pułk Artylerii Lekkiej i pomieszane tabory z obu dywizji. Wszystkie te oddziały zostały także pozbawione dowódców, gdyż generałowie Mond i Spiechowicz przeprawili się za Dunajec wcześniej, a most w Biskupicach wysadzono w chwili, gdy przejeżdżał nim generał Kustroń. Ostatecznie przepłynął on rzekę wpław. O wydarzeniach tych przebywającego w Zassowie generała Spiechowicza poinformowano natychmiast, ale obraz sytuacji został zniekształcony w efekcie paniki. W związku z tym, generał Spiechowicz przyjął pozostające na zachodnim brzegu rzeki oddziały za stracone, ulegając przy tym kompletnej demoralizacji. Telefonicznie podziękował za współpracę płk Maczkowi i stwierdził, że po zebraniu resztek sił odejdzie z nimi na Kolbuszową. Ostatecznie jednak, w godzinach rannych 8 września oświadczył oficerom swego sztabu, że podjął decyzję o dołączeniu do odciętych jednostek, by spróbować przebić się z nimi przez niemieckie linie za pomocą transportu lotniczego. W poszukiwaniu samolotu udał się do Rzeszowa, a następnie do Przemyśla. Tym samym przestał się zupełnie liczyć jako czynnik oddziałujący na bieg wydarzeń. Po drodze zdołał jeszcze wydać rozkazy przeprawionym elementom obu dywizji kontynuowania odwrotu nad San.
W rzeczywistości oddziały polskie, choć zmęczone długimi przemarszami i dotychczasowymi walkami miały przez dłuższy czas dużą przewagę nad siłami niemieckimi tkwiącymi w Biskupicach, ale nie było przy nich żadnego oficera, który umiałby podjąć skoordynowane działania zmierzające do odzyskania panowania nad sytuacją. Niemcy świadomi swej sytuacji po opanowaniu Biskupic nie kontynuowali ataków i zachowywali się biernie. Poszczególni dowódcy pułków i batalionów nie mając łączności ani z dowódcami swych macierzystych dywizji, ani z dowództwem grupy zmuszeni zostali do podejmowania szybkich decyzji bez elementarnej wiedzy na temat położenia innych jednostek własnych i przeciwnika. W efekcie większość polskich jednostek bez ładu i składu podjęła marsz ku rzece, by jak najszybciej ją przekroczyć w każdy dostępny sposób — dowodzenie w skali operacyjnej siłami polskimi ustało. W nocy, po opanowaniu pierwszego bałaganu w bród Dunajec przekroczyły 1 baon 4 Pułku Strzelców Podhalańskich i 202 Pułk Piechoty Rezerwowej — oba niepełne. 12 Pułk Piechoty bez 3 baonu powiadomiony o sytuacji zmienił trasę marszu i nad ranem przekroczył rzekę w Otfinowie. Za tymi jednostkami przez Dunajec przedostały się także 2/164 Pułku Piechoty Rezerwowej, 2 dyon 6 Pułku Artylerii Lekkiej, 6 Bateria plot i zmotoryzowana kolumna pontonowo mostowa. W rejonie Niecieczy przez rzekę przedostał się 4 Baon Ciężkich Karabinów Maszynowych wraz z 1 dyonem 6 Pułku Artylerii Lekkiej. Pozostałe siły, czyli 3 Pułk Strzelców Podhalańskich z 3 baonem 4 Pułku Strzelców Podhalańskich, Batalionem ON “Żywiec” i 20 Pułkiem Piechoty (tymczasowo dowodzonym przez mjr L. Bałosa) wspierane przez liczną artylerię polową podeszły pod Biskupice. Do tego momentu Polacy nadal mieli sporą przewagę nad niemieckimi oddziałami tkwiącymi przy zwalonym moście. Ppłk Czubryt wiedząc o możliwości przeprawy w bród na północ od wsi odesłał w stronę Niecieczy i Otfinowa pozostałe działa 6 Pułku Artylerii Lekkiej i 2 dyon 21 Pułku Artylerii Lekkiej. Pozostałe oddziały liniowe miały ruszyć do kontrataku by otworzyć przejście sobie i taborom. Świadomi podchodzenia polskich oddziałów Niemcy przed świtem podpalili liczne zabudowania, w efekcie czego rozwijające się do natarcia polskie kompanie były widoczne jak na dłoni. Atakujące wprost na Biskupice 3/20 Pułku i 3/4 Pułku poniosły ogromne straty. Nieco lepiej powiodło się batalionom tworzącym dwie kolejne kolumny szturmowe — w znacznej mierze obeszły one stanowiska niemieckie i posuwały się ku rzece. Sytuacja sił polskich, które nie złamały niemieckiego oporu za pierwszym atakiem pogorszyła się o poranku, gdy niemieckie pododdziały pancerne przeszły do kontrataków. Czołgi zostały częściowo powstrzymane przez ofiarną obronę 6 kompanii 20 Pułku Piechoty, ale buszowały na tyłach kompanii nacierających ku rzece. Już w świetle dnia ppłk Czubryt zorientował się, że most jest zniszczony, a jego siły nie zdołały wyjść na linię rzeki — w tej sytuacji polecił walczącym oddziałom oderwanie się od przeciwnika i odejście na północ — w ślad, za odesłaną artylerią. Zaskoczeni rozmachem i siłą polskiego natarcia Niemcy nie przeprowadzili pościgu, w efekcie czego kompletnie wyczerpane i bardzo osłabione oddziały polskie przeszły przez rzekę na północ od Biskupic. Po południu 8 września rozproszone, zdemoralizowane i skrajnie wyczerpane oddziały 6 i 21 Dywizji pozostawały rozproszone na dużej przestrzeni w bezładnym marszu na wschód. Poza stratami poniesionymi w chaotycznej bitwie o Biskupice, pododdziały polskie znacznie się skurczyły skutkiem dezercji, które na trasach odwrotu przybrały charakter masowy. Grupa Operacyjna “Boruta” wyszła cało jedynie dlatego, że już po przekroczeniu rzeki nie była przez Niemców ścigana — gros XXII Korpusu Armijnego skierowało się na wschód po osi Tarnów-Rzeszów. W związku ze stanem pododdziałów po 7 września 1 Brygada Górska została rozwiązana — jej pozostałości skupiły się w 1 Pułku Piechoty KOP ppłk Wójcika, a odpryski żołnierzy maszerujących na wschód poza zasięgiem tego dowództwa włączono do 21 Dywizji Piechoty Górskiej. Wydostała się z matni także część żołnierzy 11 Dywizji Piechoty, czyli 1/48 i 2/49 Pułków Piechoty. Oba te bataliony w stanie szczątkowym włączone zostały w skład 6 Dywizji Piechoty. Jedynie 1/53 Pułku Piechoty, który jeszcze w nocy z 6 na 7 września osiągnął Tarnów, rano wyruszył dalej na Ropczyce, gdzie samorzutnie załadował się na stojący tam pociąg, który dowiózł żołnierzy pod Rzeszów. W najlepszym stanie była 10 Brygada Kawalerii, która skierowała się do Głogowa pod Rzeszowem. Z powodu braku paliwa pozostawiła po drodze w rejonie Kolbuszowej swą kompanię czołgów lekkich.

Operujące na północ od Wisły oddziały generała Szyllinga zostały głęboko oskrzydlone przez niemiecki pościg operacyjny iw zasadzie odcięte. W tej sytuacji dowódca Armii “Kraków” podjął decyzję o kontynuowaniu odwrotu wzdłuż rzeki aż na Baranów, gdzie zamierzał przeprawić swe siły, by połączyć się z resztą Armii “Małopolska”.
Także na skrzydle karpackim sprawy stały źle. Z uwagi na słabość aparatu łączności płk Stawarz właściwie utracił zdolność do kierowania podległymi sobie batalionami, z których część zresztą właściwie rozeszła się. Dotyczyło to zwłaszcza oddziałów Obrony Narodowej i oddziałów marszowych, których morale już wcześniej było bardzo niskie. Co gorsza część jednostek (grupa mjr Miłka) została właściwie pozostawiona sama sobie i w konsekwencji okrążenia przez niemieckich strzelców górskich musiała się przebijać na wschód i północny wschód. Jeszcze w południe 7 września generał Łukoski podporządkował 2 Brygade Górską dowódcy 11 Dywizji Piechoty. Ten ostatni nakazał kontynuowanie odwrotu w stronę Jasła — nad Górną Wisłokę. Skutkiem niefortunnego rozkazodawstwa przemieszane i uszczuplone oddziały 24 Dywizji Piechoty zaczęły wychodzić w pas działania 11 Dywizji kontynuując ruch odwrotowy na wschód. W tej sytuacji płk Ketling samodzielnie podjął w dniu 7 września około 22.00 decyzję, w myśl której jego własna dywizja rozpoczynała odwrót na Dynów Przemyśl. Płk Stawarz próbował oprotestować decyzję o dalszym odwrocie z uwagi na rozproszenie własnych sił i ich ogólne przemęczenie. Ostatecznie po otrzymaniu meldunków o rozpoczęciu natarcia sił niemieckiej 1 Dywizji Górskiej w rejonie Hańczowej i Gładyszowa postanowił polecenie wykonać. Poszczególne elementy brygady wykonały odskok za Wisłokę w nocy z 7 na 8 września, częściowo także za dnia. Marsz ten ponownie okazał się bardzo kosztowny — znowu skutkiem dezercji i maruderstwa odpadła spora część żołnierzy. Skuteczny tez okazał się niemiecki pościg — w walkach z nim duże straty poniósł Batalion KOP “Skole”. Nadludzkim wysiłkiem i kosztem ogromnych strat do Żmigrodu Nowego zdołała także przedostać się grupa mjr Miłka, jednak już bez batalionu improwizowanego 4 pułku Strzelców Podhalańskich, który po śmierci swego dowódcy — por. Wołoszyna przestał istnieć.
7 września rano granicę w rejonie Niżnej Polanki przekroczyły kolejne elementy 1 Dywizji Górskiej, rozpoczynając natarcie na stanowiska należących do 3 Brygady Górskiej Batalionów ON “Rzeszów” i “Jasło”. Dowodzący polską brygadą płk Kotowicz nie posiadał sił regularnych i w zasadzie nie był w stanie stawiać skutecznego oporu niemieckim strzelcom górskim. Należało jednak próbować stawiać opór, gdyż od 7 września dowodzący X DOK generał Chmurowicz zaczął organizować obronę linii Sanu. W tym celu rozpoczęto formowanie różnych improwizowanych oddziałów, kierowano za San przybywające oddziały specjalistyczne pochodzące z mobilizacji powszechnej, a do Dobromila zaczęły przybywać pierwsze transporty 38 Dywizji Piechoty Rezerwowej. Sytuacja strony polskiej stała się katastrofalnie zła. Ustało właściwie dowodzenie siłami w skali operacyjnej, a poszczególne zgrupowania polskie bez łączności między sobą w sposób niezwykle chaotyczny (za wyjątkiem sił generała Szyllinga), a na głównej osi niemieckiego natarcia właściwie nie było sił polskich. Jeszcze 7 września, pod wpływem konsekwencji nieudanego manewru odwrotowego dowódca 24 Dywizji Piechoty, płk Krzyżanowski przekazał kierowanie jednostką dowódcy piechoty dywizyjnej płk Schwarzenberg-Czernemu i odjechał ze sztabu. Jeszcze przed wybuchem wojny płk Krzyżanowski poważnie chorował na serce i w zasadzie nie wiadomo, dlaczego w ogóle objął dowodzenie swej dywizji w tych okolicznościach. Tego typu postawa dużej części oficerów wyższych w znaczący sposób utrudniała opanowanie kryzysu i przywrócenie wartości bojowej bezładnie odchodzących na wschód oddziałów polskich.

Po przybyciu 8 września do Przemyśla dowództwo Armii “Małopolska” rozpoczęło prace nad przygotowaniem rozkazów marszowych dla podległych sobie jednostek. Generał Fabrycy zdecydowany był wycofać swe siły na linię Sanu i zaaprobował bez komentarza samowolną decyzję płk Ketlinga o odwrocie 11 i 24 Dywizji. W tym czasie staraniem generała Chmurowicza 110 kilometrowy odcinek Sanu pomiędzy Przemyślem, a Rozwadowem obsadzony był przez dziesięć batalionów wspieranych przez 42 działa polowe. Co ważne, bardzo dogodną przeprawę pod Radymnem znajdująca się dokładnie na osi niemieckiego natarcia obsadzono najsłabiej, bo zaledwie jedną improwizowaną kompanią strzelecką. Ani generał Chmurowicz, ani generał Fabrycy nie usiłowali wzmocnić naprędce tworzonej linii Sanu znajdującymi się w rejonie Sandomierza silnymi oddziałami regularnymi należącymi do różnych dywizji. Jednostki te posiadały między innymi dwie dywizyjne kompanie ppanc, które stanowić mogły poważne wzmocnienie, ale całość sił ppłk Sikorskiego pozostawała w rejonie Sandomierza. Tymczasem już 8 września pod Rzeszów broniony przez siły płka Maczka podeszły pierwsze oddziały niemieckiej 4 Dywizji Lekkiej. Po odparciu niemrawych ataków małej grupy rozpoznawczej nieprzyjaciela płk Maczek uzupełnił zapasy materiałowe ze składów znajdujących się w Rzeszowie i jeszcze w nocy rozpoczął odwrót na Łańcut. Nacisk 4 Dywizji Lekkiej na Rzeszów był tak słaby, gdyż jej czołowy rzut bojowy natknął się na przedpolach miasta na polski batalion piechoty, który zaskoczony obecnością przeciwnika przyjął walkę. Oddziałem tym był 1 batalion 53 Pułku Piechoty przybyły pod Rzeszów pociągiem. Po walce Niemcy całkowicie zniszczyli ten oddział.
Wejście do akcji sił 1 Dywizji Górskiej na południe od Jasła miało katastrofalny wpływ na sytuację sił płk Stawarza. Większa ich część toczyła 8 września desperacki bój w rejonie Jasła odpierając ataki niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Podczas odwrotu w stronę Krosna kolejny raz polskie oddziały poniosły ciężkie straty — głownie od ognia znakomicie strzelającej niemieckiej artylerii górskiej. Dowódca 1 Dywizji Górskiej wykorzystując aparat dowodzenia poszczególnych pułków podzielił swe siły na kilka grup bojowych, dzięki czemu dowodzenie znacznie zyskało na operatywności. Jedna z grup — “Lang” — wykorzystując luki w polskim ugrupowaniu około 21.00 wdarła się do Krosna rozbijając kompletnie znajdujące się w tym mieście oddziały polskiej Obrony Narodowej i biorąc do niewoli dużą część sztabu 2 Brygady Górskiej. Jej dowódca uniknął niewoli wyłącznie dlatego, że w chwili niemieckiego ataku w towarzystwie kilku oficerów liniowych przebywał w restauracji na kolacji. Na wieść o opanowaniu przez Niemców Krosna poszczególne komponenty 2 Brygady Górskiej rozpoczęły samorzutny odwrót starając się obejść miasto. Od tego momentu 2 Brygada Górska przestała stanowić zwartą jednostkę bojową.
9 września 1939 roku był kolejnym dniem bezładnego odwrotu sił polskich na wschód, choć odnotować należy, że poczyniono starania uporządkowania ruchu i składu części jednostek. Odwrót ku brzegom Sanu kontynuowała Grupa Operacyjna “Boruta”, która przy okazji poniosła bardzo duże straty marszowe. Na domiar złego, część jej sił w rejonie Kolbuszowej uwikłała się w walkę z oddziałami niemieckiej 2 Dywizji Pancernej. W efekcie, oddziały 21 Dywizji Piechoty Górskiej skurczyły się o około 1000 żołnierzy, w tym 600 jeńców. Większość nadal maszerujących w rozproszeniu jednostek w ciągu dnia osiągnęła Wisłokę przekraczając ją bez kontaktu z wrogiem.
Nad Sanem, w rejonie Jarosław-Radymno obronę organizował dowodzący Ośrodkiem Zapasowym 2 Dywizji Piechoty Legionów ppłk Jan Wójcik, który był w stanie zaledwie dozorować rubież rzeki mając do dyspozycji 3/155 Pułku Piechoty Rezerwowej, batalion marszowy 3 Pułku Piechoty z 5 baterią 24 Pułku Artylerii Lekkiej, improwizowany batalion “M” zmobilizowany w Jarosławiu z nadwyżek mobilizacyjnych i wreszcie 3/154 Pułku Piechoty Rezerwowej. Wsparcie ogniowe zapewniał 2/40 Pułku Artylerii Lekkiej wsparty baterią zaimprowizowaną przez Ośrodek zapasowy Artylerii nr 10. W sumie siły te posiadały niewielką ilość broni ppanc i nie były zdolne do prowadzenia uporczywej obrony powierzonych im stanowisk. Dalej na południe gorączkowo przygotowywano do obrony Przemyśl. Ewakuowano znajdujące się w nim ośrodki zapasowe na Sambor i niezbyt sensownie jednostki plot do Lwowa.

Na przedpolu pozycji Środkowego Sanu działała w rejonie Łańcuta 10 Brygada Kawalerii płk Maczka, która stoczyła niepomyślny bój z grupą bojową 4 Dywizji Lekkiej. Wobec rozerwania ugrupowania brygady płk Maczek zdecydował się na odwrót w stronę Jarosławia, który siły polskie osiągnęły już 10 września nad ranem. Ponieważ na miejscu dowódca brygady zorientował się szybko w słabości obsady nowej głównej linii obrony postanowił stoczyć walkę w Jarosławiu, by zyskać na czasie.
Oddanie do dyspozycji dowódcy Grupy Operacyjnej “Południowej”, generałowi Łukoskiemu 24 i 11 Dywizji Piechoty nie przyniosło poprawy jakości procesu dowodzenia, gdyż po utracie szefa sztabu w Krośnie swego szefa sztabu nie kontrolował właściwie pracy pozostałej części sztabu i jego udział w działaniach bojowych w kolejnych dniach był coraz bardziej iluzoryczny. 9 września oficjalnie zatwierdzono przeprowadzoną dzień wcześniej zmianę na stanowisku dowódcy 24 Dywizji Piechoty. Z niewyjaśnionych przyczyn dymisję uzyskał szef sztabu dywizji ppłk dypl. Axentowicz, któremu polecono stawić się w sztabie armii. Sytuacja grupy generała Łukoskiego była zła — oddziały 3 Brygady Górskiej zostały odrzucone za San w jego górnym biegu i w części rozproszone, a obie dywizje piechoty nie były w stanie wykonać rozkazu odejścia w rejon Niżnankowice-Dobromil-Chyrów z uwagi na wymieszanie się i rozproszenie w terenie na zachód od linii tej rzeki. Co gorsza nie informując sztabu grupy, generał Fabrycy polecił płk Kotowiczowi odejść w rejon Sambora i tam przejść do uporczywej obrony po zebraniu swych batalionów do kupy. Osobnym komunikatem generał Fabrycy nie mając zupełnie realnego obrazu wydarzeń zrugał płk Ketlinga za “brak należytej osłony sąsiednich jednostek” co musiało wywołać sporą konfuzję, gdyż od momentu wyładowania się z transportów sił dywizji płk Ketling ani razu nie został powiadomiony o zadaniach innych jednostek, ani też nie otrzymał żadnych konkretnych poleceń. 11 Karpacka Dywizja Piechoty koncentrowała się w rejonie Barycza, ale na północ od niej pojawiły się już niemieckie pojazdy pancerne prowadzące aktywne rozpoznanie. W tym czasie trwał powolny ruch sił 24 Dywizji Piechoty, które zmierzały kolejny raz wprost na ugrupowanie dywizji 11. Sztabowcy obu jednostek nie zdołali nawiązać jakiejkolwiek współpracy i żołnierze 24 dywizji musieli omijać z niewiadomej przyczyny punkty oporu siostrzanej jednostki nadrabiając mnóstwo kilometrów w trudnym górzystym terenie, co powiększało poniesione dotąd straty marszowe, a przede wszystkim znacząco opóźniło osiągnięcie nakazanych rejonów. W drodze nad San znajdowały się także oddziały rozproszonej 2 Brygady Górskiej. 9 września duże sukcesu odniosła 1 Dywizja Górska. Dostrzegając słabość polskiej obrony dowódcy grup bojowych “Geiger” i “Wintergerst” śmiało ruszyli naprzód forsując San. Na przedpolach Sanoka siły niemieckie rozbiły Batalion ON “Brzozów” i odcięły broniący się w Rymanowie 2/2 Pułku KOP “Karpaty”. Wyruszywszy dalej strzelcy górscy rozgromili na kolejnej pozycji bataliony ON “Jarosław” i “Jasło” wdzierając się do późnych godzin wieczornych głęboko na tyły polskiej Grupy Operacyjnej “Południe”. Dowódca Armii “Małopolska” dysponował już w rejonie Dobromila niekompletną 38 Dywizją Piechoty Rezerwowej, ale nie zdecydował się na użycie jej nad Górnym Sanem — dowódca dywizji, płk Wir-Konas otrzymał jedynie polecenie przegrupowania się do Niżankowic.
Siły niemieckiego XXII Korpusu kontynuowały działania pościgowe bez przeszkód, przy czym 10 września nad ranem 4 Dywizja Lekka, która osiągnęła brzeg Sanu w rejonie Radymna zdołała przerzucić na wschodni brzeg pierwsze pododdziały strzelców zmotoryzowanych, którzy wraz z pionierami natychmiast przystąpili do organizowania przeprawy. Także XVII Korpus odniósł spore sukcesy właściwie wychodząc na tyły sił generała Łukoskiego na odcinku 1 Dywizji Górskiej i opanowując rejon Krosna siłami 2 Dywizji Górskiej. Daleko w tyle pozostały oddziały XVII i VIII Korpusów Armijnych nie wytrzymując tempa działań związków szybkich. Tymczasem, po stronie polskiej, jeszcze w dniu 9 września doszło do zmian organizacyjnych. Otóż, kontrolę nad zgrupowanymi w rejonie Sandomierza siłami polskimi przejęła nowo utworzona Armia “Lublin”, nad którą dowództwo objął generał dywizji Tadeusz Piskor. Ponieważ w nocy z 9 na 10 września dowództwo Grupy operacyjnej “Boruta” zainstalowało się w Kuryłówce, a pierwsze oddziały przekroczyły rzekę i znalazły się na wschodnim jej brzegu, teoretycznie udało się utworzyć ciągły front obronny wzdłuż Wisły i dolnego biegu Sanu.
Dowództwo Armii “Małopolska” już 10 września rano otrzymało informację o osiągnięciu przez siły niemieckie brzegu Sanu w rejonie Radymna. Nieco później nadeszła także wiadomość o przekroczeniu górnego biegu Sanu przez niemieckich strzelców górskich. Jak się wydaje, wieści te miały ogromny wpływ na ocenę zdolności do utrzymania linii Sanu przez siły polskie w umyśle generała Fabrycego. Dość szybko podjął decyzję o przeniesieniu sztabu armii do Lwowa, jednocześnie polecając dowódcy DOK VI, generała Langnera przygotowanie linii obrony na rzece Wereszycy. Stanowczo zaprotestował wobec takiej decyzji obecny w sztabie Armii “Małopolska” generał broni Kazimierz Sosnkowski uważając, że w istocie decyzje te przekreślają możliwość obrony uporczywej linii Sanu. Sztab Armii nie przekazał podległym sobie dowództwom szczegółowych informacji o ruchach wojsk niemieckich i aktualnej sytuacji. Tymczasem utrzymanie Małopolski Wschodniej nabierało znaczenia kluczowego w związku z zamiarem Naczelnego Wodza o generalnym odwrocie sił polskich na południowy wschód i organizowaniu oporu w oparciu o połączenia graniczne z Rumunią, którymi miała popłynąć pomoc materiałowa ze strony Aliantów. Aby móc wycofać choć część sił polskich zaangażowanych w mniejszym lub większym stopniu w walki na północ i zachód od Małopolski, niezbędnym było utrzymanie dalekich podejść do Lwowa. Wraz z nową koncepcją obrony naczelnego dowództwa polskiego rozpoczął się szybki transfer sił polskich z północnego wschodu — do Lwowa przybyć miały liczne oddziały polskie, w tym grupa “Grodzieńska” (ekwiwalent zaimprowizowanej dywizji piechoty) i 35 Dywizja Piechoty Rezerwowej. Natomiast w związku z uchwyceniem przez siły niemieckie przyczółka na Sanie pod Radymnem i groźbie rozerwania obrony, perspektywa wycofania do Małopolski Wschodniej innych sił polskich (Armia “Kraków”, “Lublin”, “Modlin” i jednostki odtwarzane na lubelszczyźnie) stawała się coraz mniej realna. Jak by tego było mało, generał Fabrycy polecił dowódcy 10 Brygady Kawalerii wycofać się z nad Sanu i przystąpić do obrony opóźniającej na osi Radymno-Jaworów-Janów-Lwów. Rozkaz taki sztab armii wydał pomimo zlokalizowania niemieckiego przyczółka na Sanie i udanego kontrataku części 24 Pułku Ułanów, który zepchnął Niemców nad sam brzeg rzeki. Odrzucono także prośbę płk Maczka o wsparcie jego sił dwoma batalionami w celu wznowienia kontrataku i odtworzenia na linii rzeki ciągłej rubieży obronnej.
Niemcy mając nad Sanem coraz więcej oddziałów ze składu obu dywizji szybkich natychmiast przystąpili do forsowania rzeki na kolejnych odcinkach. Grupa bojowa z 4 Dywizji Lekkiej zdołała przekroczyć rzekę także w rejonie Radymno-Dunkowice. Jeszcze przed wieczorem 10 września niemieckie pojazdy pancerne na wschodnim brzegu rzeki poważnie zagroziły głównym siłom 10 Brygady Kawalerii zepchnięciem z zaplanowanej osi działania opóźniającego. W związku z powyższym, brygada i oddziały jej przydzielone w nocy rozpoczęły odwrót na Lubaczów. Tym samym obrona Sanu zakończyła się, zanim właściwie zdołano ją zorganizować.

Od rana 10 września dowództwo armii wydało polecenie generałowi Łukoskiemu zmiany kierunku odwrotu wchodzących w skład Grupy Operacyjnej “Południe” sił. 11 Dywizja miała odejść na Bachórz, 24 Dywizja w rejon Birczy, a reszta sił w rejon Dobromila. Jedynie dywizja płk Ketlinga bez przeszkód osiągnęła nakazany rejon. W godzinach popołudniowych niemieccy strzelcy górscy próbujący po przekroczeniu Sanu rozwinąć pościg uderzyli z marszu na stanowiska 2/1 Pułku KOP “Karpaty”, który został zaskoczony i kompletnie rozbity. Poległ pod Uluczem próbujący opanować sytuację dowódca batalionu — major Swaczyna. Niemcy opanowali także górujące nad okolicą wzgórza w rejonie Jawornika Ruskiego i zyskali tym samym wgląd w ruchy maszerujących dolinami sił 24 Dywizji Piechoty. Kierowana z tak doskonale usytuowanych stanowisk obserwacyjnych artyleria niemiecka położyła na polskich żołnierzy szereg niezwykle precyzyjnych nawał ogniowych, które wywołały ogromny zamęt. Oddziały strzelców górskich natychmiast wniknęły w głąb ugrupowania polskiego starając się odciąć wycofujące się polskie kompanie i bataliony. Rano, pod Jawornikiem w zasadzkę wpadł polski 39 Pułk Piechoty. Oddziały polskie rozdzieliły się i obeszły niemieckie stanowiska odchodząc na Przemyśl, lub na Birczę. 155 Pułk Piechoty Rezerwowej przekroczył San w nocy z 10 na 11 września pod ogniem niemieckiej artylerii. Kolumna pułku, którego dowództwo już wcześniej miało duże trudności z prawidłową organizacją marszu i tym razem nie stanęło na wysokości zadania — pod ogniem niemieckich dział kolumna polska straciła spoistość. Maszerujący na czele pierwszy batalion zdołał osiągnąć Birczę, ale dwa pozostałe w krótkim odstępie czasowym wpadły w zasadzkę i zostały całkowicie rozbite. Bez przeszkód do Siedlisk doszedł tylko 17 Pułk Piechoty. Po raz drugi w ciągu kilku dni pododdziały 24 Dywizji Piechoty zostały dotkliwie pobite przez siły niemieckie podczas odwrotu — morale w tej bardzo już doświadczonej stratami i niepowodzeniami jednostce spadło do niebezpiecznego poziomu. Płk Schwarzenberg-Czerny orientując się w położeniu zaproponował zaangażowanie sił przeciwnika przy użyciu własnych pododdziałów, co wystawiało jego odsłonięte skrzydło na kontratak sił 11 Dywizji. Rano 11 września generał Łukoski zaakceptował taki plan bitwy. Mimo niedużej odległości nie nawiązano współpracy z dowództwem 38 Dywizji, która skierowana została ku lasom w rejonie Medyki. Co ważne, dzięki bardzo intensywnej działalności eskadr obserwacyjnych dowództwo Armii “Małopolska” miało bardzo dobre rozeznanie w ruchach sił niemieckich. Także Naczelny Wódz wykorzystując siły lotnicze prowadził własne działania rozpoznawcze i miał dość dobry wgląd w położenie sił niemieckich. Wieczorem 10 września Naczelny Wódz zreorganizował struktury dowodzenia wojskami polowymi powołując do życia trzy dowództwa frontów. Siły polskie w Małopolsce Wschodniej zostały oddane do dyspozycji dowództwa Frontu Południowego, na którego czele stanął generał broni Kazimierz Sosnkowski. Nowe dowództwo wyższe podjęło swą działalność 11 września o poranku. Naczelny Wódz nakazał generałowi Sosnkowskiemu utrzymanie Małopolski Wschodniej i uporczywą obronę linii Sanu. Oczywiście, od około 24 godzin cele te były całkowicie nieaktualne. Sam generał Sosnkowski za kluczowe uważał odzyskanie łączności z Armią “Kraków”, trudno natomiast powiedzieć, czy uważał za realne utrzymanie dotychczasowych stanowisk.
5. Utworzenie Frontu Południowego.
Położenie sił polskich na terenie Małopolski Wschodniej było skrajnie niekorzystne — oddziały w dużym stopniu zdekompletowane, wymęczone długim odwrotem, podczas którego poniosły ciężkie straty, stanowiły szereg odizolowanych od siebie zgrupowań o różnej sile i zdolności bojowej. Polskie dowództwo nie było w stanie odtworzyć ciągłej linii frontu, ani właściwie osłonić kierunków uznawanych za krytycznie ważne, co doprowadziło do błyskawicznego załamania się obrony na linii Sanu. W efekcie, z przyczółków na Sanie niemieckie siły szybkie miały otwarta drogę zarówno na Lwów, jak i na Zamość. Także na skrzydle karpackim, nad Górnym Sanem nie istniała właściwie żadna osłona dla kierunków lwowskiego i drohobyckiego. Sztab Frontu Południowego był zorientowany w ogólnej sytuacji operacyjnej Wojska Polskiego, ale niezbyt dobrze orientował się w sile i stanie moralnym większości własnych Wielkich Jednostek. Sytuacja sił Frontu stawała się coraz bardziej dramatyczna z uwagi na jeszcze jeden czynnik — otóż, od klęski nad Dunajcem siły polskie w Małopolsce ścierały się właściwie wyłącznie z pierwszym rzutem niemieckiej 14 Armii, składającym się początkowo z 2 Dywizji Pancernej, 4 Dywizji Lekkiej i 2 Dywizji Górskiej, do których następnie dołączyły siły główne 1 Dywizji Górskiej. Teraz, nad Sanem linię frontu zaczęły doganiać maszerujące wyraźnie z tyłu dywizje piechoty. Nie tylko zabezpieczało to linie komunikacyjne najbardziej na wschód wysuniętych dywizji stanowiących czoło pościgu operacyjnego (dotąd zabezpieczane przez 3 Dywizję Górską), ale także wzmacniało siłę uderzenia I rzutu sił niemieckich masami piechoty, wspieranej przez potężna artylerię polową. Tym samym wszelkie zyski operacyjne z szybkiego, a przez to chaotycznego i okupionego olbrzymimi stratami odwrotu sił polskich przepadły. W efekcie licznych porażek stany bojowe polskich dywizji i brygad spadły do 10 września tak dalece, że nie były one w stanie w żaden sposób wykorzystać względnej słabości czoła niemieckiego pościgu. Teraz, te wymęczone dywizje i brygady miały w myśl rozkazów Naczelnego Wodza opanować sytuację w Małopolsce i utrzymać w polskich rękach szlaki odwrotu sił należących do Frontów Środkowego i Północnego.

Ogólne położenie sił polskich w Małopolsce Wschodniej i na jej przedpolach było w dniu 11 września złe lub bardzo złe. Jak wspomniałem, siły te stanowiły kilka odizolowanych grup, które nie stanowiły już siły zdolnej do powstrzymania pościgu operacyjnego 14 Armii, którego grot w postaci XXII Korpusu Armijnego odcinał siły polskie działające jeszcze na innych obszarach od Lwowa i tak zwanego “Przedmością Rumuńskiego”.
- 3 Brygada Górska zbierając rozbitków odchodziła nad Górny Dniestr właściwie nie posiadając zdolnych do walki jednostek. W całkowitej izolacji pozostawały ocalałe pododdziały KOP “Karpaty”, które odcięte przez czołówki niemieckie przedzierały się lasami i bezdrożami na wschód.
- Grupa Operacyjna “Południowa” naciskana od czoła przez siły 2 Dywizji Górskiej była obchodzona przez 1 Dywizję górską od południa i siły XXII Korpusu Armijnego od północy. Pozostająca w dużej odległości od linii frontu świeża 38 dywizja nie była w stanie w żaden sposób wpłynąć w ciągu kolejnych 48 godzin na rozwój sytuacji.
- 10 Brygada Kawalerii zbierała się za Środkowym Sanem osłaniając kierunek na Jaworów-Lwów, jednostka mimo strat poniesionych w dotychczasowych walkach prezentowała wysoką wartość bojową, ale stanowiła w gruncie rzeczy siłę dalece niewystarczającą dla roli łącznika pomiędzy północnymi, a południowymi zgrupowaniami sił polskich w Małopolsce Wschodniej.
- Grupa Operacyjna “Boruta” w składzie 6 i 21 Dywizji dopiero zbierały swe rozproszone i osłabione pododdziały nad Dolnym Sanem, przy czym dowództwo Grupy Armii nadal nie starało się w istotny sposób wpłynąć na proces koncentracji sił i odtwarzania ich nadwątlonej zdolności bojowej.
- Przez Wisłę w rejonie Baranowa dniu 11 września przeprawiały się oddziały generała Szyllinga. 23 i 55 Dywizje Piechoty posiadały wciąż około 50 % pierwotnych stanów bojowych, podobnie Krakowska Brygada Kawalerii, która jednak miała bardzo słabą artylerię. Armię “Kraków” wzmacniała chwilowo grupa sandomierska w sile aż ośmiu batalionów z silną artylerią ppanc ppłka Sikorskiego. Armię “Kraków” osłabiało znacznie kompletne rozbicie wskutek paniki i karygodnych błędów dowódcy 22 Dywizji Piechoty Górskiej, z której pozostały luźne grupki żołnierzy podążające na wschód i jako jedyny zwarty oddział 2 Pułk Strzelców Podhalańskich w sile dwóch słabych batalionów z częścią artylerii dywizyjnej włączony w skład Grupy Fortecznej “Śląsk”, która jako całość prezentowała siłę brygady. Oddziały te naciskane przez VII i VIII Korpusy Armijne czekał jeszcze odskok za San.
- Nad Wereszycą organizowano nową linię obrony stanowiącą osłonę Lwowa z aktywowanych naprędce oddziałów zbiorczych i przebywających w pobliżu jednostek zapasowych. W samym Lwowie oczekiwano przybycia pierwszych transportów 35 Dywizji Piechoty i Grupy “Grodzieńskiej”.
Zanim właściwie generał Sosnkowski był w stanie stworzyć jakąś koncepcję działań podległych sobie sił, sytuacja uległa gwałtownemu zdramatyzowaniu. Wspomniany ruch odwrotowy 3 Brygady Górskiej nad Górny Dniestr odbywał się bez wiedzy, a tym bardziej aprobaty polskiego dowództwa. Mało tego — przełożony płka Kotowicza, czyli generał Łukoski oczekiwał zebrania się brygady w rejonie Dobromila. W efekcie przed niemiecką grupą bojową “Geiger” otwarła się droga przez Krościenko na Lwów. Całkowicie niezależnie od sztabu 24 Dywizji Piechoty, dowódca Frontu Południowego dostrzegł szansę pobicia części sił niemieckich nacierających na Birczę (2 Dywizja Górska) polecając kontratak 11 Dywizji we współpracy z 24 Dywizją trzymającą rejon Birczy. Do współdziałania jednak nie doszło — generał Łukoski, nie otrzymawszy rozkazu dowódcy Frontu o przeciwuderzeniu uznał, że nie jest w stanie zorganizować go wyłącznie siłami 11 Dywizji, a 38 Dywizja jest za daleko w związku zresztą ze skrupulatnym realizowaniem uprzednich poleceń dowódcy Grupy Operacyjnej “Południowej” i odwołał akcję zaczepną zaplanowaną na dzień 12 września. Nie poinformował przy tym dowódcy 24 Dywizji Piechoty o zmianach w uprzednio wydanych rozkazach, w efekcie dywizja ta poniosła bardzo ciężkie straty w dramatycznej walce w rejonie Birczy. Dywizja wielkim kosztem starała się uporczywie utrzymując pozycje obronne możliwie silnie związać od czoła niemiecka 2 Dywizję Górską, by ułatwić zadanie siostrzanej 11 Dywizji. Co gorsza, dowódca 24 Dywizji trzymał w odwodzie sporą cześć posiadanych sił, by móc ich użyć zaczepnie dla spotęgowania efektu ataku 11 Dywizji, który jednak nie nastąpił. Po walce stan bojowy 24 Dywizji spadł do około 2500 bagnetów, a co gorsza odcięty został 17 Pułk Piechoty (bez 1 batalionu), który usiłował samodzielnie przebijać się na wschód. Po śmierci w walce dowódcy pułku, ppłk Beniamina Kotarby pod Czarnym Potokiem zdemoralizowane pododdziały rozpadły się i w większości po bezcelowym błąkaniu się po okolicy złożyły broń, lub rozeszły się.
Porażka pod Birczą nie miała jednak tak dużego wpływu na sytuację sił generała Łukoskiego, jak konsekwencje działań sił 1 Dywizji Górskiej na ich tyłach. W efekcie odwrotu 3 Brygady Górskiej na drodze maszerujących na północny wschód sił niemieckich stała w Samborze jedynie niewielka grupa trzech improwizowanych batalionów polskich ppłka Pretscha. Były to pododdziały 2/155 Pułku Piechoty Rezerwowej, batalion Oddziały Zapasowego 22 Dywizji Piechoty Górskiej i improwizowanego batalionu z nadwyżek 6 Pułku Strzelców Podhalańskich. Niemiecki oddział rozpoznawczy z marszu wtargnął do słabo ubezpieczanego Sambora w godzinach popołudniowych, co wywołało panikę wśród obrońców. Znaczna ich część uciekła w stronę Stryja, a pozostałe w okolicy Sambora dwie niepełne kompanie piechoty nie były w stanie w żaden sposób powstrzymać szybkiego ataku niemieckiej grupy bojowej, która o poranku 12 wrześniu rozpoczęła marsz na Lwów. W ślad za błyskawicznie manewrującymi grupami bojowymi 1 Dywizji Górskiej granicę polsko-słowacką przekroczyła niemiecka 57 Dywizja Piechoty. 12 września 1939 roku w godzinach popołudniowych Grupa Bojowa “Schörner” w sile kombinowanego batalionu złożonego ze strzelców górskich i pionierów wdarła się do Lwowa wzdłuż ulicy Gródeckiej. Pierwszy impet atakujących z kompletnego zaskoczenia sił niemieckich został powstrzymany przez improwizowane oddziały marszowe 26 i 48 Pułku Piechoty. Niemcy zatrzymali się, ale po przybyciu 2 batalionu 99 Pułku Strzelców Górskich ppłka Seitza ponownie podjęli systematyczny atak wzdłuż ulicy Gródeckiej dochodząc aż do Kościoła Św. Elżbiety. Ostatecznie przybywające spontanicznie w rejon walk siły złożone z funkcjonariuszy Policji Państwowej i kompanii wartowniczej odrzuciły Niemców za miasto. Dowódca 1 Dywizji Górskiej z napływających meldunków sytuacyjnych zorientował się w sile polskiego garnizonu i zdecydował się przejść siłami grupy bojowej “Schörner” do obrony. W nocy z 12 na 13 września na przedpola Lwowa przybyły także 1/99 Pułku Strzelców Górskich, oraz niepełny 98 Pułk Strzelców Górskich. Nad ranem dołączyły także dwie baterie 445 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej i 1/100 Pułku Strzelców Górskich. Mimo znaczącego wzmocnienia potencjału grupy bojowej “Schörner” wcale nie uzyskała ona przewagi nad siłami obrony miasta, z uwagi na przybycie do Lwowa pierwszych transportów oddziałów z północno wschodniej Polski. 13 września w mieście było już szesnaście polskich batalionów i sporo artylerii. Lwów został wprawdzie zabezpieczony, ale oddziały niemieckie na jego zachodnich przedpolach odcinały od miasta wszystkie siły polskie stojące nad Sanem, a nawet tworzoną dopiero linią obrony Wereszycy. Z uwagi na odejście 10 Brygady Kawalerii na Jaworów oddziały niemieckiej 4 Dywizji Lekkiej wraz z głównymi siłami 2 Dywizji Pancernej zlikwidowały improwizowane oddziały broniące przepraw na Sanie i przy minimalnym oporze zajął obszar od Lubaczowa, poprzez Niemirów, aż do Jaworowa. Wszystkie te wydarzenia miały kolosalny wpływ na rozwój sytuacji sił polskich w Małopolsce Wschodniej.

W zaistniałej sytuacji, pozostając pod olbrzymim wrażeniem łatwości z jaką siły niemieckie (zresztą zupełnie przesadnie identyfikowane pod względem siły bojowej, co wskazuje na ogromny spadek morale wyższej kadry oficerskiej) podeszły pod Lwów, generał Sosnkowski poczuł się zmuszony całkowicie zrewidować swe zapatrywania na organizacje obrony Małopolski Wschodniej. Podjął decyzję o wyprowadzeniu wojsk na linię Górny Dniestr-Lwów-Górny Bóg i zdecydował o konieczności podjęcia przez gros swych jednostek szybkiego marszu i koncentrycznego ataku na zgrupowanie niemieckie pod Lwowem. Dowództwa zgrupowań poinformowano o nowej koncepcji obrony droga lotniczą. Generał Sosnkowski polecił generałowi Szyllingowi ponownie przejąć dowództwo nad Grupą Operacyjną “Boruta” i 10 Brygadą Kawalerii. To najsilniejsze z polskich zgrupowań operacyjnych miało jednak (oprócz 10 Brygady) do pokonania najdłuższą drogę, częściowo już zresztą zablokowana postępami niemieckiego XXII Korpusu armijnego — w rzeczywistości, siły generała Szyllinga by dotrzeć pod Lwów musiały przebijać się przez niemieckie wojska pancerne. Nieco łatwiejsza wydawała się sytuacja Grupy operacyjnej “Południowej”, znajdującej się na dość dużym obszarze w rejonie Przemyśla. Generał Sosnkowski doszedł do wniosku, że to właśnie te jednostki mogą osiągnąć przedpola Lwowa jako pierwsze i pokonać niemieckie zgrupowanie na zachód od miasta. Jednocześnie będąc bardzo niezadowolonym z poziomu dowodzenia prezentowanego przez generała Łukoskiego postanowił przekazać dowodzenia nad tym zgrupowaniem dotychczasowemu dowódcy Armii “Małopolska” — generałowi Fabrycemu. Podczas dyskusji nad sposobem przedostania się nowego dowództwa do sił polowych doszło do gorszących scen — generał Fabrycy okazał jawne tchórzostwo odmawiając kategorycznie przeloty na nowe stanowisko dowodzenia. Kompletnie zdetonowany postawą generała Fabrycego dowódca Frontu Południowego wyraził zgodę na wyjazd tego pierwszego do Naczelnego Wodza przebywającego wówczas we Włodzimierzu Wołyńskim, choć w zasadzie powinien zostać on aresztowany. Zupełnie inną postawę zaprezentował dotychczasowy szef sztabu Armii “Małopolska”, płk dypl. Morawski, który natychmiast zadeklarował wolę pozostania u boku dowódcy Frontu południowego wraz z częścią sztabu. Będąc postawionym pod ścianą, generał Sosnkowski postanowił osobiście objąć dowództwo nad dywizjami generała Łukoskiego i przedostać się do jednostek drogą lotniczą. Także i w tym zamiarze poparł go płk dypl. Morawski prosząc generała Sosnkowskiego o możliwość towarzyszenia mu w tej wyprawie. Zupełnie źle świadczy o stanie ducha dowództwa Frontu zapytanie płk Maczka o perspektywę przygotowania siłami 10 Brygady wypadu, by dowódca Frontu mógł dotrzeć do swych sił w rejon Przemyśla drogą lądową. Ostatecznie dowódca Frontu Południowego wraz z płk Morawskim wyleciał do Przemyśla 13 września około godziny 5.00 z Biłki Szlacheckiej. Posunięcie to należy ocenić jako akt wielkiej odwagi i determinacji generała Sosnkowskiego, ale patrząc nań w sposób pragmatyczny nie sposób ocenić tego posunięcia jednoznacznie negatywnie. Pozostawiony na czele zgrupowania lwowskiego generał Langner nie posiadał ani dostatecznego autorytetu, ani kompetencji, by skutecznie przeciwdziałać siłom grupy bojowej “Schörner”. Bardzo zły wpływ na poziom dowodzenia miało zdekompletowanie sztabu Frontu południowego, a do tego jeszcze dowódca frontu zredukował się do roli dowódcy jednego ze zgrupowań. Co najbardziej szokujące w całej tej sytuacji — po przybyciu do Naczelnego Wodza, generał Fabrycy otrzymał nominację na stanowisko dowódcy nowej armii “Karpaty” tworzonej nad Dniestrem z zadaniem obrony “Przedmościa Rumuńskiego”.
12 września, zanim jeszcze gros sił generała Szyllinga osiągnęło linię Dolnego Sanu, zgrupowanie generała Spiechowicza odeszło znad tej rzeki na kolejną linię obrony położona nad Tanwią. Ruch ten rozpoczęty zanim jeszcze udało się skoncentrować wszystkie siły 21 Dywizji piechoty generała Kustronia stanowił przykre zaskoczenie dla generała Szyllinga zmierzającego do zakończenia koncentracji całości sił polskich pod swym dowództwem w sposób zwarty. 13 września rano, znajdujące się w Biłgoraju dowództwo Grupy Operacyjnej “Boruta” dowiedziało się o powrocie pod rozkazy dowódcy Armii “Kraków”. Liczne te oddziały dzieliła od Lwowa duża odległość, oraz — co gorsza — silne zgrupowanie pancerne przeciwnika, a informacja o załamaniu się obrony linii Sanu wpłynęła na sztab generała Szyllinga bardzo przygnębiająco — wkrótce poszczególni dowódcy zaczęli przejawiać symptomy paniki objawiającej się niesubordynacją i narastająca tendencją do jak najszybszego “wyrwania się z okrążenia”, co w poważnie utrudniało proces dowodzenia silnym wciąż zgrupowaniem.
10 Brygada Kawalerii staczając sporadyczne walki z niemieckimi oddziałami rozpoznawczymi odeszła do Żółkwi, którą osiągnęła 13 września rano. Ponieważ następnego dnia rano oddziały niemieckie zajęły Zboiska siły płka Maczka także nie miały bezpośredniej łączności z załogą Lwowa. Dowodzący grupą bojową pod Lwowem płk Schörner wyczuwając słabość i bierność strony polskiej jeszcze 13 września podjął aktywne działania zajmując stopniowo dominujące nad okolicą wzgórze 374, a później także wzgórze 324 i Zboiska, rozbijając po kolei słabe siły polskie, które nie otrzymały żadnego wsparcia zasadniczej części garnizonu Lwowa. Sukcesy niemieckie na przedpolach miasta otrzeźwiły wreszcie polskie dowództwo, które podjęło wprawdzie kontrakcję, ale z uwagi na rozdrobnienie sił mających kontratakować (dwa osobne ataki, w których użyto pojedynczych batalionów bez wsparcia artylerii), nie przyniosła ona powodzenia, przy ciężkich stratach własnych.

W związku z ogólna sytuacją dowódca 14 Armii podjął 12 września wieczorem następujące decyzje”
- XVIII Korpus Armijny wzmocniony 3 Dywizją Górską wyłączoną ze składu XXII Korpusu Armijnego miał rozbić siły polskie znajdujące się w rejonie Przemyśla i opanować Lwów.
- XXII Korpus Armijny w składzie 4 Dywizji Lekkiej i 2 Dywizji Pancernej miał poprzez Zamość i Rawę Ruską osiągnąć Włodzimierz Wołyński, by podać rękę nacierającemu z północy w ten rejon XIX Korpusowi Guderiana.
- XVII Korpus Armijny swymi trzema dywizjami miał przekroczyć San w jego dolnym biegu i zabezpieczyć ruch XXII Korpusu pozostając w gotowości do dalszych działań zarówno na Przemyśl, jak i na Lwów.
- VIII Korpus Armijny miał przekroczyć San i wraz z VII Korpusem Armijnym uderzyć na północny wschód w celu zniszczenia sił polskich grupujących się na lubelszczyźnie.
- 5 Dywizja Pancerna wraz z 57 Dywizją Piechoty miała po dotarciu nad Górny Dniestr uderzyć w rejon Zagłębia Borysławskiego i zająć ten strategicznie ważny obszar.
Wkrótce, OKH zaaprobowało generalny zamiar dowódcy 14 armii, ale naniosło poprawki — w ich myśl 3 Dywizja Górska ponownie zmieniła przydział, gdyż została wyłączona ze składu XVIII Korpusu Armijnego i przekazana do dyspozycji OKH. Skierowała się ku Słowacji, by w raz z pozostającą w rezerwie Grupy Armii “Południe” 62 Dywizją Piechoty odejść na Zachodni Teatr działań. W myśl poleceń OKH kampania w Polsce wchodziła w swoja ostatnia fazę i należało pomyśleć o stopniowym kierowaniu sił na Zachód, co nie było prostym zadaniem wobec bardzo słabej sieci drogowej wschodniej Polski i odległości od czynnych linii kolejowych.
6. Ostatnie walki w Małopolsce Wschodniej.
Generał Sosnkowski po przybyciu do sztabu Grupy Operacyjnej “Południowej” skonstatował ze zdumieniem, że dowódcy 11 i 24 Dywizji posiadają po około 30 % wyjściowych sił swych związków. W tych okolicznościach, główną siłą bojową pozostawała nieużyta w walce 38 Dywizja Piechoty płk Konasa. Zgodnie z rozkazami generała Sosnkowskiego oddziały polskie podjęły marsz w ogólnym kierunku na Sądową Wisznię, którą planowano osiągnąć głównymi siłami 15 września. Straż tylną stanowić miała składająca się z zaimprowizowanych oddziałów załoga Przemyśla. Już na wstępnym etapie próba koncentracji sił i podjęcia marszu na wschód napotkała trudności, gdyż 11 Dywizja Piechoty by móc dołączyć do głównych sił musiała się pod Łętownią przebijać, co jej się ostatecznie powiodło. Ku swemu zaskoczeniu, dowódca 38 Dywizji na podejściach do Sądowej Wiszni stwierdził obecność sił przeciwnika, którym okazały się elementy Pułku zmotoryzowanego SS “Germania”. W nocy z 13 na 14 września czołowy 98 Pułk Piechoty z marszu przeszedł do natarcia i wyrzucił nieprzyjaciela z miasta. Polskie patrole stwierdziły obecność nieprzyjaciela na wschód od zajętej pozycji — w rejonie Gródka Jagiellońskiego dalszą drogę na wschód zamykała już także grupa bojowa “Utz” ze składu 1 Dywizji Górskiej. Sytuacja sił dowodzonych osobiście przez generała Sosnkowskiego stawała się zatem dramatyczna, gdyż z zachodu szybkim marszem podchodziły z kilku kierunków silne oddziały idących w drugim rzucie korpusów niemieckiej 14 Armii.
Naczelny Wódz wyłączył z podległości generała Sosnkowskiego siły generała Szylinga, które zostały podporządkowane dowódcy Frontu Środkowego, generała Piskora, który otrzymał zadanie przejścia w rejon Lwowa — jak wiemy wiązać się to musiało z operacją przebicia się przez siły niemieckie blokujące drogę na południowy wschód. Naczelny Wódz o swej decyzji nie powiadomił ani generała Sosnkowskiego, ani dowodzącego w rejonie Lwowa generała Langnera. 14 września położenie sił polskich na obszarze Wschodniej Małopolski stawało się już w najwyższym stopniu krytyczne i to pomimo znacznego rozciągnięcia sił niemieckich, z których najbardziej na wschód wysunięta część musiała być zaopatrywana z powietrza. Największym problemem było ustanie dowodzenia na szczeblu frontu po wylocie generała Sosnkowskiego do Przemyśla, gdzie dołączył do Grupy operacyjnej “Południowej”. Dezorganizacja dowodzenia ujawniła się z całą ostrością w chwili podjęcia ruchu przez siły polskie zmierzające na Lwów, którego bardzo silna załoga wraz z pozostająca na zewnątrz obwodu obronnego 10 Brygadą Kawalerii płk Maczka nie zrobiły absolutnie nic, by wspomóc zmierzające w stronę stolicy Małopolski Wschodniej wyczerpane oddziały.

W ciągu 14 i 15 września trwał odwrót dywizji generała Sosnkowskiego, który w znacznym stopniu wyczerpał siły 24 Dywizji Piechoty zmuszonej do bezustannego ucierania się z postępującą w ślad za nią 2 Dywizja Górską. 15 września na dalekich podejściach do Lasów Janowskich zatrzymany został także ruch 38 Dywizji Piechoty, której czoło w postaci 1 batalionu 96 Pułku Piechoty wpadło w zasadzkę i zostało całkowicie rozbite. Nadal, mimo ogromnego wysiłku marszowego pozostawała 11 Dywizja Piechoty. Generał Sosnkowski zorientował się, że siły niemieckie zamykają mu drogę na Lwów. Mimo własnej słabości postanowił przebijać się w stronę miasta poprzez Lasy Janowskie. Nie rozważano nawet możliwości odejścia na południowy wschód — w stronę Dniestru. W nocy z 15 na 16 września, w pośpiechu zmontowano natarcie z użyciem 11 Dywizji nacierającej na Mużyłowice i 38 Dywizji przedzierającej się w dwóch kolumnach szturmowych przez Hartfeld i Tuczapy. W drugim rzucie posuwać się miała zamykająca pochód kompletnie wyczerpana 24 Dywizja Piechoty. Zupełnie szczęśliwie główna oś natarcia 11 Dywizji wiodła przez pozycje przeciwnika obsadzone przez słabo wyszkolony i kiepsko dowodzony Pułk SS “Germania”. Nocny atak na bagnety wykonany przez polskie oddziały doprowadził do całkowitego rozbicia tej jednostki, która w panice porzuciła stanowiska obronne pozostawiając w rękach zwycięzców mnóstwo sprzętu. W ślad za siłami płka Ketlinga przez wyłom przeszła 24 Dywizja Piechoty i obie te jednostki zajęły nowe pozycje obronne na zachodnim skraju Lasów Janowskich. Znacznie gorzej powiodło się 38 Dywizji Piechoty — z uwagi na bardzo złą prace sztabu dywizji i silny opór głównych sił grupy “Utz” polska dywizja poniosła podczas przedzierania się na wschód ogromne straty — w zasadzie przestała istnieć artyleria dywizji, całe jej zaplecze, a Lasy Janowskie osiągnęła tylko część piechoty i to w stanie kompletnego wyczerpania. W ciągu niewielu godzin pościg niemiecki wziął do niewoli ponad 6000 żołnierzy. Bardzo słabo wypadł podczas walki dowódca dywizji, który się zgubił, a ponieważ szef sztabu, ppłk Wallich (nota bene pozostający z płk Konasem w konflikcie) dostał się do niewoli, w ciągu kolejnych godzin po walce nie było nikogo, kto mógłby próbować zebrać ocalałe bataliony do kupy. Koniec końców, oddziały polskie zebrały się w Lasach Janowskich w stanie bardzo uszczuplonym po to, by stwierdzić, że drogę na Lwów zamyka kolejna zapora złożona z innych oddziałów niemieckich, tymczasem realną siłę jednostek polskich zebranych w rejonie Janowa ocenić należy na słabą dywizję piechoty. Generał Sosnkowski postanowił pozostać na zajmowanej rubieży przez cały kolejny dzień chcąc dać szansę dołączenia do głównych sił 38 Dywizji Piechoty. Ta ostatnia zbierała się bardzo powoli z uwagi na wyczerpanie wojsk i rozpad sztabu. Ostatecznie, płk Konas odnalazł się i ponownie objał dowodzenie nad swoją dywizją. Przebicie się przez Mużyłowice nie poprawiło sytuacji zgrupowania polskiego, które silnie naciskane od zachodu miało coraz większe problemy z odrywaniem się od pościgu, by kolejnymi etapami zając pozycje wyjściowe do ostatecznej próby przebicia się do Lwowa. Fatalne konsekwencje przyniosła zatem decyzja o czekaniu na 38 Dywizję. Ostatecznie siły polskie zdołały przedostać się wśród ciężkich walk z rejonu Janowa ku Rzęsnej Ruskiej, pozostawiając z tyłu 11 Dywizję, z która nie było łączności i którą uznano za zniszczoną. Działająca na prawym skrzydle 24 Dywizja Piechoty usiłująca pokonać opór grupy bojowej “Kress” w rejonie Rzęsnej Ruskiej poniosła podczas walk tak duże straty, że w zasadzie przestała istnieć jako zwarty oddział bojowy — jej resztki dołączyły do pozostałych dwóch dywizji sposobiących się 18 września do skoku na Lwów. Morale w polskich jednostkach było już bardzo niskie — poszczególne oddziały niszczyły ciężki sprzęt, a siłę bojową całego zgrupowania oceniano na zaledwie około 3000 bagnetów. Sam dowódca zgrupowania skłaniał się ku przejściu do działań partyzanckich, zatem także w dowództwie zgrupowania wola walki zaczynała zanikać. Grozę położenia potęgowała także informacja o wkroczeniu do Polski sił sowieckich. Tymczasem późnym wieczorem, po zaciętej walce pod Lelechówką zachowując wzorową postawę żołnierską resztki 11 Dywizji dołączyły do głównych sił zgrupowania. W tej sytuacji generał Sosnkowski odwołał poprzednie polecenia dotyczące niszczenia ciężkiego sprzętu i podjął decyzję o podjęciu próby przedarcia się przez niemiecką zaporę. Po zaciętych walkach siły polskie 19 września przebiły się kosztem ciężkich strat przez Jaśniska i podejmując kolejne natarcie przez Hołosko. W ostatnim rozpaczliwym ataku przez pozycje niemieckie w rejonie Zboisk w nocy z 19 na 20 września. Śmiertelnie wyczerpane oddziały stoczyły heroiczny bój, ale zostały w znakomitej większości przez Niemców powstrzymane. Do Lwowa przedostały się jedynie resztki 1 Pułku Piechoty KOP ppłka Ziętkiewicza i drobne elementy ze składu 11 Karpackiej Dywizji Piechoty. Ostatni zorganizowany atak pozostałych jeszcze sił rozpoczął się około 4.00 rano i niemal natychmiast załamał się wśród huraganowego ognia sił niemieckich. Jeszcze około 8.00 rano, a potem także około 12.00 w południe poszczególne oddziały podejmowały próby przebicia się, ale wszystkie okazały się nieudane. Ostatecznie, po interwencji grupy bojowej ze składu 5 Dywizji Pancernej zgrupowanie polskie się rozpadło na drobne grupki nie dowodzonych już żołnierzy — jedynie wspaniała postawa kanonierów artylerii ogólnego działania podtrzymała jeszcze żywot resztek grupy generała Sosnkowskiego. Wieczorem 20 września polski dowódca rozwiązał podległe sobie oddziały, których żołnierze w przeważającej mierze w ciągu następnych 24 godzin dostali się do niemieckiej niewoli. Sam dowódca na czele niewielkiej grupy liczącej około 300 ludzi podjął próbę obejścia niemieckich stanowisk. Do rana grupa ta, która skutkiem błądzenia stopniała do około stu ludzi dotarła do Dublan, skąd następnie przez Melechów przedostała się do Lwowa. W sumie ze zgrupowania generała Sosnkowskiego do miasta dotarło około 500 rozbitków, którzy tegoż 22 września na mocy rozkazu generała Langnera poddali się Sowietom, którym polski dowódca oddawał miasto. Sam generał Sosnkowski wraz z ppłk dypl. Demelem z Dublan wyruszył pieszo na południe kierując się ku granicy węgierskiej, którą osiągnęli 4 października 1939 roku. Gdy ginęło w ostatniej walce zgrupowanie generała Sosnkowskiego dopełniał się też los pozostałych jednostek polskich w Małopolsce.

Drugim posiadającym wciąż poważny potencjał zgrupowaniem działającym na południowym skrzydle frontu były siły generała Szyllinga, które za Sanem ponownie scaliły się w jedną armię. Od początku jednakże dowodzący częściowo odtworzonym zgrupowaniem generał Mieczysław Boruta-Spiechowicz nie bardzo starał się ułatwić dowódcy Armii “Kraków” starania o skoncentrowanie mocno już uszczuplonych, ale wciąż zdolnych do walki oddziałów. Za Sanem w nocy z 13 na 14 września znalazły się 6, 21, 23, 55 Dywizje Piechoty, Grupa Forteczna wzmocniona pozostałościami 22 Dywizji Piechoty i większa część Krakowskiej Brygady Kawalerii. Jak wiemy, położenie tych jednostek było bardzo ciężkie — niemieckie związki pancerne poprzez zajęcie rejonu Tomaszowa Lubelskiego i Zamościa — o czym sztab Armii “Kraków” wiedział — w zasadzie ograniczyły do zera możliwość planowego i spokojnego odwrotu na południowy wschód. Nie wiedział sztab armii o bardzo szybkim marszu niemieckiej piechoty, która sprawnie wypełniała lukę w przestrzeni operacyjnej. W ślad za związkami pancernymi przez San przeprawiała się 45 Dywizja Piechoty, a za nią do rzeki podchodziły już także 44 i 28 Dywizje Piechoty. W rejonie ujścia Sanu do Wisły pojawiły się także 8, 27 i 68 Dywizje Piechoty. Widać zatem wyraźnie zarysowujące się kleszcze operacyjnego okrążenia sił generała Szyllinga, za którymi, w rejonie południowej lubelszczyzny koncentrowały się oddziały Armii “Lublin”. W tej sytuacji, jeszcze wieczorem 13 września generał Szylling podjął decyzje o marszu swymi siłami przez Lubaczów w kierunku na Lwów, broniony jak wiemy przez napływające siły Grupy Grodzieńskiej i 35 Dywizji Piechoty Rezerwowej i licznymi batalionami marszowymi i improwizowanymi. Pomiędzy tymi dwoma zgrupowaniami działała 10 Brygada Kawalerii płk Maczka, której współpraca z jednym, bądź drugim zgrupowaniem mogła mieć bardzo duże znaczenie. Sytuacja Armii “Kraków” bardzo już niewesoła miała się wkrótce pogorszyć jeszcze bardziej, gdyż podejmujące marsz ku południowemu wschodowi dywizje były bardzo od siebie oddalone i w zasadzie nie były w stanie wzajemnie się w spierać. Związki polskie zajmowały obszar o długości około 90/100 kilometrów i w większości poszczególne dywizje oddzielał od siebie przynajmniej jeden dzienny etap marszowy. Niezbyt rozsądnie zdecydowano o skierowaniu 10 Brygady Kawalerii do walki o odzyskanie Zboisk i wzgórz pod Lwowem. Po zaciętych trzydniowych walkach, siły płka Maczka ostatecznie zdobyły wzgórze 324 i Zboiska, dzięki czemu udało się brygadzie odzyskać bezpośrednie połączenie z garnizonem Lwowa. Nie na wiele się to zdało, gdyż tego samego dnia, po wkroczeniu na terytorium II RP sił sowieckich naczelny Wódz polecił dowódcy 10 Brygady natychmiastowe zerwanie kontaktu z przeciwnikiem i odejście przez Halicz na Stanisławów. Już 18 września siły brygady przegrupowały się dalej, ku granicy węgierskiej, którą przekroczyły 19 września w godzinach popołudniowych. Pozostawione samemu sobie oddziały polskie we Lwowie obsadziły odbite przez żołnierzy płka Maczka pozycje bardzo słabo i utraciły je już ostatecznie jeszcze tego samego dnia. Ponadto, zajęcie opuszczonego przez 10 Brygadę obszaru w rejonie Żółkwi przez grupę bojową ze składu 2 Dywizji Pancernej w zasadzie wykluczało możliwość przebicia się do Lwowa najkrótszą drogą siłom generała Szyllinga.
Generał Szylling dostrzegając jeszcze niewielką szansę na wyjście z matni postanowił natychmiast przystąpić do przegrupowania swych sił po osi Lubaczów-Janów, gdzie dostrzegał możliwość nawiązania współdziałania z dywizjami zgrupowania generała Sosnkowskiego. Aby było to możliwe należało jak najszybciej uchwycić rejon Lubaczów-Oleszyce-Cieszanów. Dowództwo armii zaplanowało marszrutę obu dywizji generała Spiechowicza tak, by pozostająca wyraźnie z tyłu (o jeden dzienny przemarsz) 6 Dywizja Piechoty nawiązała kontakt z postępującą na czele 21 Dywizją generała Kustronia. Tak się jednak nie stało, gdyż generał Spiechowicz nie potrafił zgrać w czasie manewrów obu swych wielkich jednostek — w efekcie zamiast 6 Dywizja doganiać 21 Dywizję podczas forsownych marszów, jeszcze bardziej traciła do niej dystans. Należy tutaj zwrócić uwagę, że los całej armii zależał tym samym od siły przebojowej Grupy Operacyjnej “Boruta”, która delikatnie rzecz ujmując prezentowała dużo niższą wartość bojową od jednostek Grupy Operacyjnej “Jagmin” generała Sadowskiego stanowiącej obecnie ariergardę maszerującego zgrupowania. Siły generała Spiechowicza były dość mocno zdemoralizowane uprzednimi porażkami, a próby powiększenia potencjału bojowego poprzez włączenie do struktur pułkowych rozmaitych grup rozbitków — jak na przykład zbiorczej kompanii z pozostałości zniszczonej jeszcze w pierwszych dniach wojny 7 Dywizji Piechoty — wprowadziły we w miarę jeszcze karne szeregi element rozsadowy, który ujawnił się podczas odejścia znad Tanwi w stronę Oleszyc i Lubaczowa. Sytuację pogarszał fatalny stan piaszczystych dróg, który ograniczył zdolność dziennego etapu marszowego do zaledwie około 20, 25 kilometrów i przede wszystkim poprzez zmęczenie jeszcze bardziej rozkładał morale. W chwili podjęcia marszu przez siły generała Spiechowicza najwyższą wartość bojową prezentował Zbiorczy Pułk KOP, a pozostałe jednostki wyraźnie odeń odstawały pod względem morale. Generał Józef Kustroń już 14 września poczuł się w obowiązku wydać bardzo ostre zarządzenia dyscyplinarne dla zachowania porządku marszowego swych pododdziałów — te coraz bardziej rozłaziły się w terenie i ponosiły coraz większe straty marszowe. 15 września po południu doszło jednocześnie do trzech starć spotkaniowych. Otóż opóźniona 6 Dywizja Piechoty natknęła się niemieckie oddziały właściwie od razu po przekroczeniu Tanwi pod Podsośniną Łukowską. Zdając sobie sprawę z konsekwencji rozdzielenia sił stanowiącej czoło armii Grupy generała Spiechowicza generał Szylling polecił dowódcy 6 Dywizji przejść do natarcia całością sił i odtworzyć łączność z dochodząca już do Oleszyc 21 Dywizją. Krótko potem w sztabie armii dowiedziano się o wejściu do walki czoła 21 Dywizji w rejonie Dachnowa i Oleszyc. Jakby tego było mało, straże tylne armii zostały zaatakowane przez oddziały niemieckie, które przekroczyły San. Mimo bardzo trudnej sytuacji, generał Szylling oczekiwał od 21 Dywizji utrzymania się na zajmowanym obszarze, od dowódcy 6 Dywizji złamania niemieckiego oporu na wzgórzach na południe od Tanwi i wsparcia siostrzanej dywizji, a od oddziałów Grupy Operacyjnej “Jagmin” przyspieszenia marszu i połączenia się z oddziałami generała Spiechowicza. Jednocześnie nie widząc możliwości dotarcia gros swych sił w rejon walk w ciągu kolejnego dnia polecił dowódcy 6 Dywizji kontynuować natarcia na Łukową, a 21 Dywizji odejść w rejon Huty Różanieckiej. Z uwagi na bierność dowódcy grupy, generał Szylling usiłował kierować walką osobiście, co było szalenie trudnym przedsięwzięciem z uwagi na bardzo duże niedostatki łączności. W konsekwencji dość chaotycznych posunięć strony polskiej Krakowska Brygada Kawalerii nie zdołała wesprzeć wysiłku sił generała Spiechowicza, gdyż jej atak na Tarnogród załamał się już na przedpolach tej miejscowości. Zanim 16 września polskie oddziały były w stanie wznowić swe wysiłki dla przebicia się przez niemiecką zaporę na drodze do Lwowa, siły nieprzyjaciela ściągane zewsząd forsownymi marszami przechwyciły inicjatywę i przystąpiły do natarcia na polskie stanowiska. 6 Dywizja Piechoty z trudem utrzymywała swe pozycje pod Aleksandrowem i Józefowem i nie było mowy o wznowieniu ataku na Łukową. Co gorsza, na tyły trzymającej się rozpaczliwie masywu leśnego pod Dachnowem głównych sił 21 Dywizji Piechoty wychodzić zaczęły niemieckie pododdziały piechoty zmotoryzowanej. Około godziny 10.00 do sztabu armii przyjechał generał Tadeusz Piskor, który przejął dowództwo nad Armią “Kraków” w myśl rozkazu Naczelnego Wodza z dnia 13 września. Generał Piskor nie przybywał sam — do armii dołączyła Warszawska Brygada Pancerno-Motorowa, co miało ogromny wpływ na decyzję o dalszych działaniach. Dowodzący brygadą płk Rowecki oświadczył, że jego oddziały wobec braku paliwa zmuszone są do przemieszczania się wyłącznie szosami, zatem nie byłyby w stanie wejść do walki nad Tanwią. Brygada znajdowała się w marszu na Tomaszów Lubelski i tędy nowe dowództwo Armii “Kraków” zamierzało podjąć próbę przebicia się na południowy wschód. Dla pozostałych związków armii oznaczało to zmianę kierunku marszu i w tym duchu zredagowano nowe dyspozycje. Po południu 16 września udało się nawiązać łączność z 21 Dywizją Piechoty, której położenie pogorszyło się jeszcze. Główne siły dywizji próbujące wyrwać się z okrążenia zostały całkowicie rozbite, a osobiście kierujący natarciem generał Józef Kustroń poległ. Ostatecznie, do głównych sił Armii “Kraków” dołączyły tylko drobne grupki żołnierzy, którzy zdołali przedostać się z powrotem na północny brzeg Tanwi.
Podejmując ostatnią już próbę wyrwania się z saka generał Piskor popełnił błąd usiłując zająć Tomaszów Lubelski siłami płka Roweckiego z marszu. Nawet, gdyby sztuka ta płk Roweckiemu się powiodła, oddziały generała Sadowskiego dowodzącego Grupą Operacyjną “Jagmin” miały do pokonania około 60 kilometrów, czyli dwa dzienne etapy marszowe, należało się zatem liczyć z dużymi trudnościami w utrzymaniu zdobytych pozycji w przypadku niemieckiego kontrataku. Ponadto, siły polskie musiały wytrzymywać napór niemieckich dywizji piechoty znad Sanu. Natarcia niemieckie prowadzone 16 września nie doprowadziły wprawdzie do przełamania polskiej obrony, ale unaoczniły siłę nieprzyjaciela — zwłaszcza doskonale strzelającej artylerii. Porażka pod Oleszycami i Lubaczowem nie tylko osłabiła polskie zgrupowanie o utratę gros 21 Dywizji Piechoty (jako zwarta formacja pozostał jeszcze niepełny 3 Pułk Strzelców Podhalańskich), ale także opóźniła ruch jednostek i przede wszystkim, pozwoliła niemieckiemu dowództwu dokładnie zlokalizować polskie oddziały, co ten wykorzystał ściągając pod Tomaszów i Zamość liczne jednostki. Podjęty 18 września atak brygady płka Roweckiego faktycznie nie przyniósł powodzenia — w pierwszym zaskoczeniu polscy żołnierze przetoczyli się przez linię ubezpieczeń biorąc jeńców i wdzierając się w głąb zabudowań Tomaszowa, ale ostatecznie w efekcie niemieckich kontrataków polscy strzelcy i czołgiści zostali z miasteczka wyparci ponosząc duże straty w ludziach i sprzęcie. Brygada nie otrzymała wsparcia ze strony oddziałów 23 Dywizji Piechoty, które w swym marszu ku pozycjom wyjściowym do ataku zmuszone były odpierać ataki napierających już zewsząd sił niemieckich. Mimo niepowodzeń i opóźnień, generał Piskor oczekiwał do rana 19 września ukończenia przegrupowania swych sił i zamierzał siłami WBPM wspartej elementami 23 Dywizji (11 Pułk Piechoty) i Krakowskiej Brygady Kawalerii ponownie uderzyć na Tomaszów, jednocześnie wprowadzając do walki w rejonie Maził drugą kolumnę szturmową składającą się głownie z żołnierzy 6 Dywizji Piechoty. Jeszcze 18 września oddziały polskie otrzymały wiadomość o opuszczeniu terytorium kraju przez Rząd RP i Naczelnego Wodza, co mimo prób utrzymania tej informacji w tajemnicy przed wojskiem wpłynęło fatalnie na morale. Generał Piskor usiłując nie dopuścić do rozpadnięcia się oddziałów i jednocześnie starając się podnieść siłę przebojową swych jednostek liniowych zarządził likwidację części taborów i uzupełnienie kompanii liniowych uzyskanymi w ten sposób zasobami ludzkimi. Sytuacja sił polskich komplikowała się z godziny na godzinę — z uwagi na utratę łączności z Grupą Operacyjną “Boruta” nie udało się jej przesłać rozkazów dowództwa. Co gorsza, generała Spiechowicz podjął samowolne działanie kierując swoje siły bardziej na południe w próbie obejścia niemieckiego rygla. Opuszczone przez 6 Dywizję Piechoty pozycje natychmiast zajęły oddziały niemieckie, które podjęły ataki na podchodzące siły polskiej 55 Dywizji Piechoty. Mimo tych trudności dowodzący dywizją płk Kalabiński zdołał wydzielić do wsparcia kolejnej próby zdobycia Tomaszowa 203 Pułk Piechoty Rezerwowej. Nocny szturm nie przyniósł powodzenia — niemieckie pozycje były już silnie obsadzone i mogły liczyć na poważne wsparcie artyleryjskie, którego Polakom coraz bardziej brakowało. Co gorsza nie udało się zgrać wystąpień zaczepnych poszczególnych związków, które uderzyły o różnych porach na dość szerokim froncie. Natarcie niemal natychmiast załamało się, gdyż świadomi podchodzenia polskich kompanii Niemcy rzęsiście oświetlali przedpole swych pozycji rakietami i dzięki doskonałej widoczności ogniem karabinów maszynowych i dział rozbili atak. Nad ranem uderzenie z inicjatywy płka Roweckiego wznowiła WBPM, ale tak jak poprzednie próby i ten atak załamał się. Niepowodzeniem zakończyła się także próba ataku Krakowskiej Brygady Kawalerii.

W tym samym czasie oddziały generała Spiechowicza — 6 dywizja Piechoty i Grupa Forteczna podjęła ruch na Narol i Bełżec odchylając oś swego działania od ogólnej osi działania armii bardziej na południe. W efekcie o współdziałaniu całości sił polskich w próbie wyrwania się z okrążenia nie mogło być mowy. Generał Spiechowicz pozostający przy sztabie Grupy Fortecznej wydał rozkaz do ataku około 10.00 rano 18 września i niemal od razu siły polskie wpadły w poważne tarapaty. O ile bowiem 6 Dywizja nie miały kontaktu z wrogiem, oddziały płka Klaczyńskiego wpadły w rejonie Łosińca na przeważające siły niemieckie i utknęły tam na dobre. Generał Spiechowicz polecił Grupie Fortecznej wytrwać na zajmowanych pozycjach do czasu uderzenia 6 Dywizji na Narol, nie był jednak w stanie z uwagi na fatalną łączność zgrać działań obu związków. Wieczorem dopełnił się los Grupy Fortecznej, która została po desperackiej walce zgnieciona przez przeważające siły niemieckie, a płk Klaczyński poległ. Z całej grupy w stanie szczątkowym wyrwał się jedynie 4 batalion 73 Pułku Piechoty, który jednak w rejonie Bełżca wpadł w zasadzkę i został doszczętnie rozbity. Sam generał Spiechowicz pozostawił swój sztab, który 19 września pod Paarami dołączył do 6 Dywizji, zamienił mundur na ubranie cywilne i tak dotarł do Lwowa. Początkowo 6 Dywizji radziła sobie lepiej — do wieczora jej natarcie w rejonie Paar przyniosło częściowe powodzenie, ale ostatecznie zostało zatrzymane. Generał Mond postanowił wznowić atak o poranku 19 września, wchodząc do Narola zajętego przez siły 12 Pułku Piechoty jeszcze 18 września po południu, o czym dowództwo dywizji nie wiedziało. Mając chwilową swobodę działania, generał Mond sądził, że zdołał wyrwać się poza kocioł w którym tkwiło gros polskich sił i to stosunkowo małym kosztem. W sztabie dywizji nic nie wiedziano o losie Grupy Fortecznej aż do rana 19 września. Dopiero po przybyciu do Paar oficerów sztabu generała Spiechowicza, gen Mond zorientował się w położeniu swej dywizji. Mimo propozycji szefa sztabu dywizji — płka Zycha — wyruszenia z pomocą pozostałym siłom armii generał Mond zdecydował o podjęciu marszu na Rawę Ruską zamierzając samodzielnie przebijać się do Lwowa. W rzeczywistości położenie dywizji było bardzo złe i osaczały ją nadal duże siły niemieckie, o czym sztab dywizji przekonał się jeszcze przed południem 19 września, gdy oddziały niemieckie zaatakowały opuszczany właśnie przez kolumny marszowe Polaków Narol. Co gorsza — od czoła, w rejonie Werchraty przystąpiły do ataku elementy niemieckiej 2 Dywizji Pancernej, które ponownie zamknęły dla sił generała Monda kierunek lwowski. W tej sytuacji generał Mond nawiązał ponownie łączność z dowództwem armii i poprosił o rozkazy. Generał Piskor nie będąc w stanie w żaden sposób wspomóc dywizji polecił jej przebijać się na Rawę Ruską.

19 września rano udało się skoncentrować do natarcia całość sił 23 Dywizji Piechoty, która wsparta całością artylerii polowej miała wziąć na swe barki główny ciężar natarcia. Oddziały polskie ponosząc duże straty zdołały posunąć się nieco naprzód, ale dowództwo polskie pozostając pod wrażeniem rosnącego oporu sił niemieckich i coraz większego nacisku na własną ariergardę postanowiło przełożyć szturm na godziny nocne. Sytuacja armii stawała się już wówczas beznadziejna — ze Lwowa doszły wiadomości o utrzymywaniu się garnizonu w mieście i bezskutecznych próbach przebicia się sił generała Sosnkowskiego, a 55 Dywizja Piechoty stanowiącej osłonę od zachodu zaczynała się już rozpadać. Jedynie zaciekły opór 201 Pułku Piechoty Rezerwowej zapobiegł rozcięciu polskiego zgrupowania na dwie części. Ostatni próba przełamania się przez niemieckie pozycje, podjęta w nocy z 19 na 20 września nie powiodła się. Wspierające natarcie polskie czołgi zostały obezwładnione ogniem artylerii ppanc na przedpolu niemieckiej linii obrony, a skoncentrowany i skuteczny ogień artylerii całkiem sparaliżował próby ataku piechurów. Jako pierwsze w zaistniałej sytuacji swój sprzęt bojowy niszczyć zaczęły pododdziały Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. Jej zupełnie złamani moralnie żołnierze masowo opuszczali pole walki uchodząc do lasów w rejonie Zielonego i Ulowa. Pozostała jeszcze na polu walki 23 Dywizji Piechoty usiłowała mimo wszystko samodzielnie kontynuować natarcie w godzinach rannych 20 września, ale osamotniona zaległa na przedpolach Tomaszowa. Widząc załamanie się ostatnich prób natarcia generał Piskor podjął decyzję o kapitulacji zgrupowania. Próbował nadal przebić się generał Piasecki dowodzący Krakowską Brygadą Kawalerii, ale jego wyczerpane siły po krótkiej walce także złożyły broń. Także 20 września broń złożyła osamotniona 6 Dywizja Piechoty, mająca w chwili kapitulacji na stanie około 3000 żołnierzy. Pod Tomaszowem Lubelskim zaś do niemieckiej niewoli powędrowało około 20 000 polskich żołnierzy.
Dwa dni po kapitulacji sił generałów Piskora i Szyllinga w rejon Tomaszowa Lubelskiego podeszły od północnego wschodu siły Frontu Północnego w zupełnie już desperackiej próbie przebicia się ku granicy węgierskiej. Po całej serii starć mającej miejsce pomiędzy 22 a 27 września i to zgrupowanie polskie zostało całkowicie rozbite i w znacznej mierze trafiło do niemieckiej niewoli. Należy zwrócić uwagę, że dowodzący Frontem Północnym generał Biernacki — postać całkowicie skompromitowana w pierwszej fazie kampanii wrześniowej — mimo zbieżnego z siłami generała Piskora kierunku marszu nie usiłował w żaden sposób nawiązać współdziałania, ani nie potrafił przyspieszyć marszu swych jednostek, których aktywny udział w bitwie tomaszowskiej od 19 września był jak najbardziej możliwy. W efekcie tej niefrasobliwości jego własne siły podzieliły los osamotnionych w walce jednostek Armii “Lublin” i “Kraków”.

Sam Lwów ostatecznie złożył broń 22 września przed oddziałami sowieckimi. Wcześniej, wskutek inwazji sowieckiej zwinęła się improwizowana dopiero obrona “Przedmościa Rumuńskiego”, która wraz z generałem Gustawem Paszkiewiczem w dniach 15–17 września organizował generał Fabrycy — były już dowódca Armii “Małopolska”. W tych dniach oddziały polskie, wśród których pewną wartość bojową miały jeszcze dwa karpackie pułki KOP składające się z dwóch batalionów każdy i 2 batalion 155 Pułku Piechoty Rezerwowej usiłowały powstrzymać ruch niemieckiej 57 Dywizji Piechoty na obszar Zagłębia Naftowego tocząc dwudniowe starcia o Stary Sambor. Ostatecznie, po rozbiciu 17 września pododdziałów 155 Pułku Polacy ustąpili. Sytuacja sił polskich w tym rejonie była beznadziejna i bez wejścia Sowietów, gdyż 57 Dywizja wzmocniona została 5 Dywizją Pancerną, która 18 września opanowała Stryj. Ponieważ siły niemieckie nie starały się prowadzić pościgu polskie zgrupowania były w stanie oderwać się od nieprzyjaciela i podjąć marsz ku granicy. Przez Przełęcz Użocką na Węgry przeszła rankiem 19 września 3 Brygada Górska płka Kotowicza wraz ze 216 Pułkiem Piechoty Rezerwowej ppłka Semergi. W godzinach wieczornych tegoż 19 września przez Przełęcz Wyszkowską terytorium Polski opuściły także grupa złożona z funkcjonariuszy Policji Państwowej ppłka Wisłoucha, zgrupowanie piechoty ppłka Bezega i improwizowany w Ośrodku zapasowym Podolskiej Brygady Kawalerii pułk dowodzony przez ppłka Gilewskiego. Pozostałe jednostki polskie wchodzące w skład zaimprowizowanej osłony Przedmościa od zachodu, nazwanej Grupą “Stryj” przez granicę przeszły 21 września pod Ławocznem.
7. Analiza problematyki skuteczności działań sił polskich na podstawie działań w Małoposce.
Oceniając przyczyny całkowitej klęski sił polskich walczących w Małopolsce nie powinno się ograniczać do stwierdzenia traktowanego wielokrotnie jako aksjomat, mianowicie podkreślania przewagi niemieckiej w sile żywej i środkach technicznych. O ile opinia o niemożności stawienia skutecznego oporu w obliczu tak przeważającego wroga na trwałe zagościła w pamięci zbiorowej o przebiegu walk we wrześniu 1939 roku wypada jednak pochylić się nad całą złożonością położenia sił polskich na poszczególnych etapach kampanii włącznie z oceną przygotowania armii do działań wojennych na wszelkich możliwych płaszczyznach. Wyłącznie wtedy jasną i oczywistą stanie się odpowiedź na pytanie, jak mogło dojść do tak całkowitej i kompletnej klęski w ciągu właściwie trzech tygodni walk.
W zasadzie za pierwszą przyczynę klęski przyjąć należy fatalne planowanie mobilizacji i początkowego rozmieszczenia sił polskich na Południowym Teatrze Działań Wojennych — tym samym obarczyć odpowiedzialnością polskie Naczelne Dowództwo. Nie przyjmuję tutaj do wiadomości stosowanej często w formie usprawiedliwienia takich a nie innych decyzji Marszałka Śmigłego konieczności stoczenia bitwy obronnej w zasadzie na granicy państwa. Marszałek Śmigły jako istotny czynnik polityczny w rzeczywistości II RP miał o tyle komfortową sytuację, że w niewielu sprawach związanych z organizowaniem obronności liczyć się musiał z głosem władz cywilnych. Pod tym względem cieszył się zupełnie nieznaną na przykład w państwach demokratycznych swobodą całkowicie samodzielnego podejmowania decyzji strategicznych i realizowania wyłącznie własnych koncepcji na styku wojskowości i polityki. Dlaczego zatem zdecydował się na stoczenie bitwy obronnej w pasie przygranicznym, co po wejściu w marcu 1939 roku na Słowację sił niemieckich od razu stwarzało groźbę głębokiego obejścia wysuniętych na zachód na Śląsku sił Armii “Kraków”, zwłaszcza, jeśli nie potrafił wiosną i latem 1939 roku stworzyć skutecznej zapory przeciw takim działaniom? Wydaje się, że Marszałek mając w istocie dość ograniczone horyzonty intelektualne w sprawach złożonych, dotyczących zagadnień strategicznych, a zwłaszcza wykraczających poza sferę stricte wojskową zdawał się wyłącznie na opinie podwładnych nie usiłując nawet samodzielnie analizować konkretnych okoliczności. W decyzji o obronie pasa granicznego kluczową rolę odegrał nie strach przed rezygnacją państw sojuszniczych z udzielenia Polsce aktywnej pomocy, lecz budowane od połowy lat trzydziestych przeświadczenie, że bez kontroli nad zasobami województw zachodnich Polska nie będzie w stanie na dłuższą metę prowadzić wojny. To rozumowanie poniekąd miało bardzo silne podstawy merytoryczne — województwa zachodnie były wyraźnie lepiej rozwinięte gospodarczo wytwarzając dwu, lub nawet trzykrotnie wyższy dochód niż województwa Polski Środkowej, o Wschodniej Polsce nie wspominając. Potencjał, który się na ich terenie znajdował nie ograniczał się jedynie do ludności i przemysłu rozumianego jako zdolność wytwórcza środków niezbędnych do prowadzenia działań wojennych (górnictwo, stal), ale także w produkcji rolniczej, bez której państwo polskie miało by olbrzymie trudności w zabezpieczeniu potrzeb zmobilizowanej armii i społeczeństwa, gdyż — paradoksalnie — produkcja żywności w typowo rolniczych województwach wschodnich wskutek niedoinwestowania i technicznego ubóstwa była bardzo niska i z trudem pokrywała potrzeby miejscowej ludności. Kolejnym ważnym czynnikiem wymuszającym niejako automatycznie decyzję o toczeniu bitwy na granicach państwa był fakt budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, który z założenia miał podczas wojny przejąć rolę dostarczyciela wszystkiego co niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania armii. Sęk w tym, że Centralny Okręg Przemysłowy nie był w stanie wyprodukować niczego bez surowców i półproduktów pochodzących ze Śląska. Wypada jednak zatrzymać się w tym miejscu i pochylić nad konstrukcją sposobu myślenia Marszałka Śmigłego, gdyż założenie o konieczności utrzymania zaplecza przemysłowego i żywnościowego determinujące ramy takiego a nie innego planu działań wojennych jest z gruntu fałszywe. Oczywistym jest, że Polska była w stanie prowadzić wojnę z Niemcami wyłącznie w oparciu o sojusz z Wielką Brytanią i Francją. Oczywistym jest, że w pierwszym rzędzie należało stałość i siłę oddziaływania takiego sojuszu zabezpieczyć w sposób formalny. Oczywistym jest z uwagi na elementarny interes polityczny Mocarstw Zachodnich podjęcie przez te decyzji o przystąpieniu do wojny z Niemcami w wypadku niemieckiej agresji. Biorąc zatem pod uwagę usytuowanie geostrategiczne III Rzeszy aktywny udział sił Aliantów w wojnie musiał stosunkowo krótkim czasie doprowadzić Niemcy do upadku, lub do konieczności podjęcia rozmów dyplomatycznych, gdyż Wehrmacht był w stanie jedynie przez czas dość ograniczony działać ofensywnie na wschodzie jednocześnie zabezpieczając zachód. Kluczową sprawą był tutaj czas trwania oporu sił polskich, który strona polska podczas poufnych rozmów na szczeblu państwowym oceniała na przynajmniej cztery do sześciu tygodni. Skoro zatem działania wojenne miały w założeniu trwać tak krótko i mieć charakter bardzo dynamiczny uruchamianie zaplecza przemysłowego musiało mieć wątpliwy efekt ta zdolności oporu polskich sił zbrojnych, zdanych wyłącznie na posiadane w rezerwie strategicznej zasoby. Rysuje się zatem głęboka dychotomia w założeniach strategicznych planu obronnego — armia musi utrzymać niezbędne dla funkcjonowania w warunkach gospodarki wojennej obszary jak najdłużej, ale fakt ich utrzymywania nie ma, bo mieć nie może na wzrost potencjału obronnego. Ma to szczególnie duże znaczenie przy świadomości wybitnie niekorzystnego ukształtowania głównego pasa obrony poprzez taki, a nie inny bieg granic państwa. Kluczowe jest tutaj także zupełny brak ustalenia jakichkolwiek ram poważnej współpracy z sojusznikami i ograniczenia się do dość górnolotnych i mało precyzyjnych ustaleń rozpoczęcia ofensywy na zachodzie około 14 dnia po rozpoczęcia przez Francję mobilizacji.
Jeśli Marszałek Śmigły planując wojnę obronną kierował się wzajemnie sprzecznymi przesłankami, to sam sposób prowadzenia bezpośrednich przygotowań do wojny, czyli mobilizacji i rozwinięcia wojsk był po prostu katastrofalny. Jako pierwsze odnotować należy zupełnie nieracjonalne użycie mobilizowanych na wschodnich i południowych kresach państwa wielkich jednostek, ale także skierowanie na martwe kierunki operacyjne, lub w obszary zupełnie nie do utrzymania (Wielkopolska i Pomorze) aż 25 % pozostających w dyspozycji sił. Wadliwą naturę planu mobilizacyjnego rozwinięcia wojsk do obrony granic państwa widać szczególnie w obszarze Małopolski. Jeśli już Naczelny Wódz postanowił utrzymywać cały obszar Małopolski, to należało w sposób racjonalny wykorzystać mobilizowane siły, przy czym mówiąc “racjonalny” mam na myśli także sensowne wykorzystanie posiadanego taboru kolejowego niezbędnego do zrealizowania planu transportu mobilizowanych sił. Oczywistym było zagrożenie skrzydeł Armii “Kraków”, jako największego niebezpieczeństwa dla trwałości polskiego frontu obronnego, ale mimo posiadania sił i środków do właściwego zabezpieczenia krytycznie ważnych kierunków operacyjnych w okresie marzec-sierpień 1939 roku nie zrobiono właściwie nic, by należycie przygotować się do niemieckiej agresji na tym obszarze, co było o tyle prostym zadaniem, że Naczelne Dowództwo posiadało dostatecznie dużo informacji na temat niemieckich planów operacyjnych. Jeśli mowa o ekonomii sił wypada zapytać dlaczego zabezpieczenie szczególnie ważnych w świetle niemieckich zamiarów skrzydeł Armii “Kraków” sprowadzono do jednostek szczebla batalionowego lub pułkowego, w znacznej części o charakterze milicyjnym? W efekcie tych decyzji, a właściwie braku decyzji w ciągu pierwszych 48 godzin wojny cała obrona państwa stanęła w obliczu poważnego kryzysu, którego konsekwencji nie zdołano naprawić do końca kampanii, a co więcej — właściwie cały jej przebieg był prostą wypadkową nieumiejętnego konstruowania planu operacyjnego. Oczywistym było, że skromne odwody Armii “Kraków” nie będą w stanie podtrzymać oporu stosunkowo słabych, a przede wszystkim osamotnionych jednostek. Siły Obrony Narodowej, formowane dopiero jednostki KOP i minimalne wojska regularne tworzące w pierwszych dniach wojny rdzeń Armii “Karpaty” nie były w żadnym wypadku zdolne do zabezpieczenia tyłów Armii “Kraków”. Wskazując na możliwe alternatywy należy jasno wskazać, że istniały siły zdolne do zbudowania trwałego pasa obrony na obszarze Karpat zagrożonym niemieckim wystąpieniem zaczepnym ze Słowacji. Naczelny Wódz mógł uniknąć głębokiego oskrzydlenia jednostek Armii “Kraków” przez Beskid dokonanego siłami XXII Korpusu Armijnego, a następnie przerwania linii obrony Dunajca i Prudnika w rejonie Nowego Sącza siłami 2 Dywizji Górskiej i wreszcie krytycznego zupełnie w konsekwencjach przebicia się 1 Dywizji Górskiej przez Sambor na Lwów. Należało bezwzględnie użyć mobilizowanej w alarmie 22 Dywizji Piechoty Górskiej do zamknięcia pasa Nowy Targ-Czorsztyn- Poprad, jednocześnie tworząc odwód w ręku dowódcy armii w rejonie Tarnów-Nowy Sącz-Gorlice w postaci lwowskiej 5 Dywizji Piechoty. Obie te jednostki mobilizowały się na terenie Małopolski i ich ewentualna koncentracja w takich obszarach nie nastręczała poważnych trudności, a spowodowałaby znaczące usztywnienie polskiego frontu obronnego opierającego się o dość trudny teren. Jednak w myśl planów Naczelnego Wodza zaplanowano użycie obu tych jednostek w zupełnie innych obszarach operacyjnych — bardzo zresztą odległych. Koniec końców ostatecznie 22 Dywizja Piechoty Górskiej trafiła do Armii “Kraków”, ale w bardzo złych warunkach i stale pogarszającej się sytuacji operacyjnej. To ewidentne marnotrawstwo posiadanych sił symbolizujące totalny brak zrozumienia dla zasady ekonomii sił miało fatalne konsekwencje dla trwałości oporu sił polskich, które działając w korzystnym, pociętym pasami wzgórz i licznymi ciekami wodnymi biegnącymi południkowo terenie byłyby w stanie stawić dużo skuteczniejszy opór nacierającym siłom niemieckiej 14 armii. Należy odrzucić przy okazji tendencyjne stwierdzenie, że z powodu niskiego stanu wód rzeki w Małopolsce nie stanowiły poważniejszej zapory dla atakujących Niemców. Nie stanowiły, ponieważ w większości przypadków albo nie były wcale obsadzone, albo usiłowano je utrzymywać improwizowanymi i słabymi jednostkami. Nawet przy spowodowany letnią suszą niskim stanie wody charakterystyczne ukształtowanie dolin rzecznych w pasie podkarpackim w rzeczywistości mogło, a nawet powinno nastręczyć siłom niemieckim olbrzymie trudności z uwagi na mocno ograniczoną zdolność pokonywania takiego terenu przez posiadane przez stronę niemiecką pojazdy pancerne. Zwłaszcza, gdyby wykonano system inżynieryjnych przeszkód i zapór, o czym jednak przed wybuchem wojny nie pomyślano. Co ważne, sam plan mobilizacji oparty o trzy fazy (alarm, I fala mobilizacji powszechnej i II fala mobilizacji powszechnej) była także niekorzystna. Należy zdać sobie sprawę, że całość w zasadzie musiała trwać przynajmniej dwa tygodnie i to w obliczu nacierającego przeciwnika, przy własnych ograniczonych zdolnościach przewozowych. Świadomość przewagi w sile żywej i technice wojennej obu potencjalnych wrogów powinna była wpłynąć na bardziej racjonalne myślenie w zakresie czasu trwania mobilizacji i rozmieszczeniu ośrodków mobilizacyjnych. Ogromnym błędem było także odrywanie ośrodków zapasowych poszczególnych wielkich jednostek, co skutkowało finalnie brakiem możliwości uzupełniania strat bojowych przez większość polskich jednostek, czyli stałą erozją poziomu wartości bojowej mająca duży wpływ na przebieg działań. Ponadto, mimo świadomości zakresu zdolności manewrowych przeciwnika nie potrafiono zmienić rejonów koncentracji związków rezerwowych mających mobilizować się w czasie X plus 7 w rejonach odległych od granicy państwa o kilkadziesiąt kilometrów. W konsekwencji szereg jednostek nie zostało zmobilizowanych wcale, lub w znikomej części, tak jak rezerwowa 45 Dywizja Piechoty przewidziana dla Armii “Kraków”. To zaniechanie zupełnie niezrozumiałe, gdyż w obliczu konieczności podejmowania walki w warunkach przewagi przeciwnika oznaczało świadome zrezygnowanie z pewnej części posiadanych sił. Absurdem było także łączenie w ramach struktur jednej wielkiej jednostki sił mobilizowanych w alarmie z siłami mobilizowanymi w mobilizacji powszechnej. W efekcie takich działań cały szereg jednostek przez dłuższy czas nie był zdolny do podjęcia aktywnych działań, lub jeszcze gorzej — osiągał rejon koncentracji przewidziany planem bez krytycznie ważnych elementów składowych.

Naczelny Wódz ponosi także osobistą odpowiedzialność za kolejny czynnik mający wybitnie negatywny wpływ na przebieg działań — fatalną komunikację z podwładnymi. Rezygnując świadomie ze szczebla pośredniego pomiędzy własną kwaterą główną, a poziomem dowództwa armii Marszałek Śmigły brał na swoje barki odpowiedzialność za bezpośrednią koordynację działań przynajmniej ośmiu związków operacyjnych, co zdecydowanie przekraczało jego możliwości. W konsekwencji, przez większą część kampanii dowódcy polskich armii i samodzielnych zgrupowań niższego szczebla w zasadzie nie znali sytuacji sąsiadów, o innych, bardziej odległych związkach nie wspominając. Mówiąc o sytuacji mam na myśli nie tylko aktualne położenie, ale także siłę bojową oddziałów i ich zadania. O ile Naczelny Wódz w pierwszej fazie kampanii przebywał ze swym otoczeniem na przygotowanym stanowisku komunikacja przebiegała jeszcze jako tako, ale załamała się w znacznym stopniu po wyjeździe do Brześcia. Pod koniec wojny Naczelny Wódz zredukował się właściwie do roli biernego obserwatora wydarzeń, a próba usprawnienia dowodzenia poprzez powołanie do życia trzech dowództw frontów nie przyniosła powodzenia wobec braku właściwej synchronizacji ich poczynań. Co dziwne — Marszałek Śmigły usiłujący z jednej strony całkowicie kontrolować poczynania dowódców armii i mniejszych zgrupowań nie potrafił w wielu przypadkach wyegzekwować podejmowanych przez siebie decyzji, właściwie z założenia aprobował samorzutnie podejmowane decyzje — często sprzeczne z jego własnymi zamysłami — i przede wszystkim już podczas działań wojennych nie potrafił uwolnić się przy podejmowaniu decyzji personalnych od oceny przydatności konkretnych oficerów na bazie ich politycznej lojalności. Skandaliczne były decyzje o powierzeniu kolejnych dowództw wyższego szczebla osobom takim jak generałowie Fabrycy, czy Biernacki. Jeśli już znajdujemy się przy ocenianiu decyzji personalnych warto przyjrzeć się zachowaniu poszczególnych składowych kadr Wojska Polskiego i ich przygotowania do działań wojennych.
Ocenę taką kadrze oficerów wyższych należy wystawić zdecydowanie negatywną. Poszczególne przypadki pozytywnych zachowań w obliczu przeciwnika w rzeczywistości tylko podkreślają powszechne dyletanctwo i fatalną słabość procesu dowodzenia. Wracając jeszcze do Naczelnego Wodza widać wyraźnie postępująca od właściwie pierwszych godzin wojny utratę kontroli nad przebiegiem działań. W przypadku działań w Małopolsce Naczelny Wódz definitywnie stracił panowanie nad sytuacją w okresie 5–7 września. Od tego momentu nie potrafił za pomocą żadnych środków odzyskać realnego wpływu na przebieg zdarzeń. Z grona dowódców wyższych uczestniczących w walkach na obszarze Małopolski należy zdecydowanie wyróżnić generałów Szyllinga i Sadowskiego, którzy przede wszystkim potrafili realizować jakiś zamysł operacyjny. Nie tracąc z oczu sporej dozy szczęścia w postaci kontynuowania odwrotu dokładnie na styku odpowiedzialności dwóch niemieckich armii nacierających na dwóch różnych kierunkach operacyjnych obaj ci dowódcy potrafili relatywnie długo utrzymać spoistość i względnie wysoką wartość bojową powierzonych ich pieczy wielkich jednostek, oprócz nieszczęsnej 22 Dywizji Piechoty. Bardzo słabo natomiast zaprezentował się generał Spiechowicz, który okazał niebywale słabą odporność psychiczną w obliczu pierwszego poważniejszego kryzysu i nie odzyskał równowagi już do końca kampanii. Bardzo słabo dowodził generał Łukoski, który zupełnie nie potrafił skoordynować pracy sztabów podległych sobie jednostek, był pasywny i niezdolny do konsekwentnego trzymania się raz powziętych decyzji. Skandalicznie dowodził generał Fabrycy — możemy zrozumieć brak ducha walki i poczucie beznadziejności własnego położenia w świetle oczekiwań Naczelnego Wodza i posiadanych sił i środków, ale dowódca Armii “Karpaty” nie zrobił literalnie nic, by choć spróbować przygotować swe nieliczne wojsko do działań bojowych. Najlepszą ilustracją procesu dowodzenia niech pozostanie proces decyzyjny dotyczący zdolności do utrzymania linii Dunajca przez 24 Dywizję Piechoty. Koniec końców, generał Fabrycy okazał się nie tylko nieudolny. Okazał jawne tchórzostwo opuszczając sztab i wyjeżdżając do Naczelnego Wodza. To zresztą kluczowy moment kampanii w Małopolsce, gdyż od tego momentu poszczególni dowódcy polscy nie potrafili już do końca opanować sytuacji pozostawiając oś niemieckiego natarcia praktycznie bez wojsk. Nie można wystawić pozytywnej oceny nawet generałowi Sosnkowskiemu. Potrafił wprawdzie dość dobrze ocenić sytuację i zachować spokój wobec sytuacji operacyjnej swych wojsk, ale jako dowódca frontu nie miał prawa pozostawić podległych sobie zgrupowań bez centralnego dowództwa i z własnej woli zrezygnować z kierowania całością sił na rzecz jednego ze zgrupowań. W roli dowódcy zgrupowania też nie wypadł przekonująco wytracając swe siły w bezustannych zwrotach zaczepnych nie próbując nawet nawiązać współpracy z innymi zgrupowaniami, lub w najgorszym razie, zejść z osi natarcia przeciwnika i wyprowadzić swe siły z zagrożenia okrążeniem. Osobista odwaga nie powinna tutaj była przesłonić nadrzędnej roli dowódcy związku operacyjnego, który swymi decyzjami wpływa na całokształt sytuacji. Fatalnie wprost dowodził garnizonem lwowskim generała Langner, którego pasywność i niezdolność do zorganizowania działań w dużym stylu skutkowała niezdolnością do rozbicia, albo choć wyparcia od miasta grupy bojowej 1 Dywizji Górskiej, co spowodowało katastrofalne konsekwencje dla zgrupowania generała Sosnkowskiego i pośrednio także dla grupy wojsk generała Piskora.
Bardzo szczególnie wypada ocenić oficerów dowodzących polskimi wielkimi jednostkami — dywizjami i brygadami. Szczegółowa analiza ich postępowania w toku kampanii nasuwa dość ciekawy wniosek, otóż ich postawa w ogromnej mierze zależała od wyniku pierwszych poważniejszych starć z wrogiem. Jeśli debiut bojowy wypadł pozytywnie, z reguły do końca kampanii zachowywali sprężystość i przytomność umysłu, jak w przypadku płk Powieży, Kalabińskiego, Maczka, czy Prugar-Ketlinga. Z drugiej strony, pierwsze poważniejsze niepowodzenia, lub po prostu konieczność cofania się bez walki miały dewastujący wpływ na sposób dowodzenia wielu innych oficerów — jak w przypadku Kustronia, Monda, Krzyżanowskiego, czy Endel-Ragisa. Ten brak stabilności psychicznej wobec zmieniających się okoliczności dotyczył także dowódców związków niższych — pułków i batalionów. Także w przypadku oficerów niższych, podoficerów i szeregowych da się zauważyć niezwykłe rozchwianie emocjonalne, od niebywałej wprost odporności psychicznej, po niezwykle silną skłonność do wpadania w panikę lub niewiarę we własną zdolność do skutecznego stawiania oporu. Już najprostsza analiza behawioralna wskazuje wyraźnie głęboki i strukturalny problem w zakresie przygotowania materiału ludzkiego na trudy działań bojowych. W Wojsku Polskim na wszystkich szczeblach panował przez lata prawdziwy kult własnej siły i gotowości do walki i oddziaływał on na wszystkie szczeble armii, a także poprzez oficjalną propagandę państwową także na potencjalnych poborowych i rezerwistów tworzących armię czasu wojny, po mobilizacji. W efekcie tak silnego akcentowania własnej potęgi i zdolności militarnej projekcji siły w trosce o morale wojsk osiągnięto efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego — pierwsze zderzenie z rzeczywistością pola walki w wypadku niepowodzenia wręcz obezwładniało wolę walki kadr Wojska Polskiego. To Wojsko Polskie, mimo oczywistych słabości względem potencjalnego przeciwnika prezentujące się korzystnie na tle porównywalnych państw europejskich pod względem wyszkolenia bojowego i posiadanego sprzętu natrafiwszy na racjonalnie walczących żołnierzy niemieckich używających lepszego lub porównywalnego sprzętu, przy odczuwalnej przewadze liczebnej bardzo szybko załamywało się psychicznie i rozpadało. To przemotywowanie żołnierzy skutkowało ogromnymi stratami wynikającymi z niewiarygodnych wręcz rozmiarów dezercji, często ukrywanych jako “straty marszowe”. Sięgając po pierwszy przykład z brzegu — licząca około 15 500 ludzi w chwili rozpoczęcia działań wojennych 21 Dywizja Piechoty Górskiej straciła w swym pierwszym poważnym starciu pod Biskupicami około 1000 żołnierzy, potem także około 1000 ludzi w walce pod Kolbuszową, a nad Tanew doszło w stanie szczątkowym licząc wszystkiego nieco ponad 4000 żołnierzy. Co stało się z resztą? Nawet utrzymujące cały czas wysokie morale dywizje generała Sadowskiego wychodząc nad San 12 i 13 września stopniały do około połowy swej pierwotnej liczebności. Kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na zły stan moralny polskich żołnierzy był sam proces szkolenia i przyjęte zasady taktyczne. Żołnierz polski w obrębie swego pododdziału tracił swoją indywidualność, która roztapiała się w masie. Nacisk na działanie zbiorowe zamiast indywidualnego spowodował w konsekwencji zjawisko znane z późniejszych doświadczeń armii japońskiej lub sowieckiej. Zanik któregokolwiek ogniwa nadzoru i kontroli powodował gwałtowny spadek morale w efekcie narastającego poczucia osamotnienia i niezdolności do podejmowania racjonalnych indywidualnych decyzji na polu walki. Krótko mówiąc, żołnierze porzucali szeregi, lub walczyli do upadłego dokładnie z tego samego powodu — pozbawienie w znacznej mierze własnej tożsamości i indywidualizmu nie byli zdolni do psychicznego udźwignięcia odpowiedzialności za swój własny los popadając w potęgowaną przez narastające wyczerpanie fizyczne apatię. Warto zastanowić się także nad problemem dostarczania zaopatrzenia dla walczących jednostek. W tym aspekcie siły niemieckie wypadły o niebo lepiej od sił polskich. Miało to o tyle duże znaczenie, że w związku z dużo gorszym poziomem bytowania polskich rekrutów przed mobilizacyjnym włączeniem ich do szeregów, z założenia musieli oni prezentować dużo mniejszą odporność na fizyczne trudy działań wojennych od ich niemieckich rówieśników, którzy odżywiali się znacznie lepiej dzięki bogatszej w białka i witaminy diecie. Jeśli różnica w odporności na trudy nie wystąpiła w ciągu pierwszych dni wojny, to narastające wyczerpanie wraz z coraz słabszym strumieniem zaopatrzenia kumulowało się, by wyczerpać totalnie siły polskich żołnierzy w ciągu drugiej dekady września. Paradoksalnie — wielki ubytek liczebny wielu wielkich jednostek tymczasowo polepszył ogólną kondycję żołnierzy, gdyż stale zmniejszający się strumień dostaw malał wolniej niż stany liczebne dywizji lub brygad, ale po odcięciu dostaw z zaplecza wskutek dynamiki niemieckich uderzeń problem wyczerpania sił fizycznych wystąpił ze zdwojoną siłą.
Reasumując — niemiecki żołnierz nie był żadnym nadczłowiekiem. Rozkładające równomiernie nacisk na przygotowanie indywidualnie i zbiorowe do walki szkolenie, kompetentne i racjonalne dowodzenie nacechowane dużą swobodą podejmowania decyzji na wszystkich szczeblach dowodzenia okazało się znacznie skuteczniejszym od preferowanego w Wojsku Polskim. Polski żołnierz załamywał się — w miarę przebiegu walk coraz słabszy fizycznie i coraz słabiej reagujący na bodźce wytwarzane przez wojenne otoczenie, kierowany przez oficerów kompetentnych, ale podejmujących decyzje w oparciu o ścisły gorset niejasno określonej podległości, nie potrafiących psychicznie sprostać dynamicznej rzeczywistości, wobec której ich wola wykonania zadania topniała w miarę narastania bezradności. Proces ten przyspieszał wraz z narastająca bezradnością wobec skuteczności niemieckiej techniki wojennej, która jednak miała na ową destrukcję moralnego kręgosłupa armii znaczenie znacznie mniejsze niż się powszechnie sądzi. Dominacja w powietrzu, potęga artylerii, czy siła uderzeń broni pancernej nawet w części nie były tak skutecznym czynnikiem rozkładowym, jak słabe przygotowanie psychofizyczne żołnierzy Wojska Polskiego. Przebieg działań bojowych w Małopolsce we wrześniu 1939 roku jak w soczewce uwypukla wszystkie trudności i jest znakomitym materiałem poglądowym na zasadnicze przyczyny błyskawicznego załamania się oporu sił polskich w 1939 roku.
Drogi Czytelniku , jesli ten artykuł przypadł ci do gustu – udostępnij go i postaCzytelnikuw Autorowi kawę, link do kawomatu: buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz