Dzisiaj jest Święto Matki Boskiej Zielnej, kończy się długi weekend i kończy sezon. Już niedługo słońce czerwone ze wstydu, że w tym roku zawiodło, schowa się za morzem. – Lato się we mnie przełamało – myślę słowami Wiktora z „Panien z Wilka” i przygotowuję się do zwinięcia straganu.
Ze smutkiem obserwuje weekendowych wczasowiczów szukających ostatnich przygód i przemijających smaków lata. Patrzę na rozgorączkowanych młodzieńców z butelkami piwa w rękach krążących po bulwarach, na dziewczyny w opaskach z pulsującymi czerwonym światłem różkami na głowach, podrygujące w nadmorskich tancbudach. Na prostytutki, które w szczycie sezonu, ściągnęły do naszego kurortu z sąsiednich Międzyzdrojów. Pracownice seksualne paradują na promenadzie, polując na wytatuowanych, obwieszonych złotem facetów w nadziei zarobku. Z prostytutkami konkurują atrakcyjne, obarczone koszami róż panny, zaczepiające brzuchatych, podchmielonych tatusiów, którym chcą sprzedać kwiaty.
Patrzę na smutne wesołe miasteczko przez całe lato świecące pustkami, które wygasiło karuzele i spuściło powietrze z nadmuchiwanych zjeżdżalni.
Czescy właściciele wesołego biznesu, bo przemysł rozrywkowy na Zachodnim Wybrzeżu opanowali Czesi, pakują manatki i wracają bez zarobku do Pragi.
W tym roku nad polskim morzem było wyjątkowo dużo Czechów. Nasi południowi sąsiedzi, wystraszeni cenami w Chorwacji, usiłowali wypocząć nad Bałtykiem. Użyli jak koty w studni, więc wątpię, czy wrócą w przyszłym roku. Ale na straganie często słyszałem czeską mowę – Pane, kolik stoji ta husa? – pytali Czesi, kiedy chcieli zafundować swoim pociechom gąskę.
Za to Niemcy byli cisi i skromni. Po skończonych zakupach uśmiechali się grzecznie, skwapliwie dziękując w kulawej polszczyznie, jakby byli wystraszeni, rozpowszechnianymi przez media opiniami o wrogich, niemieckożerczych nastrojach panujących wśród Polaków.
I ja z niepokojem spoglądam w niebo – na horyzoncie zbierają się chmury. Prognozy zapowiadają dzisiaj burze, powoli zwijam interes i zamykam książkę, którą czytałem w chwilach między nieczęstymi klientami. – „Zmartwychwstanie” Tołstoja.
Nad straganem słychać łabędzi śpiew gęsi, więc kończę pisać felieton. Przed publikacją, jeszcze raz sprawdzam tekst i zauważam, że uległem presji poprawnościowej nowomowy.
W zdaniu o prostytutkach użyłem modnego eufemizmu – „pracownice seksualne”. Zapewne nie zwróciłbym uwagi na to przekłamanie, gdybym akurat nie czytał Tołstoja.
Posłuchajcie, jak o „pracownicach seksualnych” pisał Lew Nikołajewicz !
Cyt: „Odtąd zaczęło się dla Masłowej życie wypełnione: cukierkami, alkoholem, tytoniem i rozpustą z mężczyznami przeróżnego stanu, wieku i charakteru: młodymi, w średnim wieku, półdziećmi i zgrzybiałymi starcami, kawalerami, żonatymi, kupcami, subiektami, Ormianami, Żydami, Tatrami, ordynarnymi, delikatnymi, zdrowymi i chorymi, pijanymi i trzeźwymi… Życie wypełnione ustawicznym naruszaniem boskich i ludzkich przykazań, jakie wiodą setki tysięcy kobiet nie tylko za zezwoleniem, lecz pod opieką państwa troszczącego się o zdrowie swoich obywateli, życie, które dla dziewięciu kobiet na dziesięć kończy się chorobami, przedwczesną zgrzybiałością i śmiercią”
O czym ze świątecznego Dziwnowa donosi Wasz straganiarz moralista – Szarek.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz