W lipcu, 2017 r. na cmentarzu w Branicach, na którym pochowani są zmarli w tamtejszym szpitalu pacjenci – odbyła się na wskroś religijna uroczystość – poświęcenia kamienia nagrobnego na mogile, w której pochowany jest Marian Henel. Byłem tym trochę poruszony, bo od wielu lat zmagam się z pewnym, dręczącym mnie wyrzutem sumienia. Dylematem moralnym – wynikającym z roli jaką odegrałem – odkrywając jego talent, inspirując go do twórczości, roztaczając nad Henelem przez 13 lat parasol ochronny, który ułatwiał mu nie tylko tworzenie, ale także niestety – ułatwiał mu wykonywanie niecnych jego praktyk i realizację – sadystycznych skłonności. Z jednej strony bowiem byłem zafascynowany jego możliwościami, pozwalającymi mu rozładowywać napięcie seksualne tkaniem olbrzymich dywanów, zdolnością przystosowania się do każdych warunków, z drugiej strony odrzucały mnie od niego jego praktyki dewiacyjne, oraz brak u niego jakichkolwiek hamulców etycznych. Książkę, którą wspólnie z doktorem Krzysztofem Czumą o nim napisaliśmy – zatytułowaliśmy „Diabelski pomiot w szpitalu psychiatrycznym, czyli życie i twórczość Mariana Henela ” Diabelskim pomiotem nazywał Henela inny wybitny artysta art.-brut chorąży WP, także wieloletni rezydent Pracowni Ekspresji Sztuki Psychopatologicznej – Ksawery Zarębski.
Wspomnienia, które Henel snuł – wiążąc kolorową włóczkę – wydawały mi się nieprawdopodobne. Jego przy tym uwagi:” iż nigdy nie przypuszczał, że jak wydłubuje się łyżeczką do herbaty komuś oko, to wyciąga się taaka dłuuuga żyła”- odbierałem jako mające mi dokuczyć jego zmyślenia. Chociaż, po pewnym zdarzeniu, o którym opowiem poniżej nie byłem już taki tego pewny.
Nowy, przybyły na miejsce Z. Jackowiaka dyrektor Andrzej Różycki okazał się prawdziwym reformatorem szpitala i obyczajów w nim panujących. Wyrazem tego było – jak sam doktor Andrzej Różycki po latach wspomina, zwiększenie swobód obywatelskich, zniesienie bezprawnej kontroli korespondencji, zdjęcie krat z okien oddziałów, likwidacja tzw.” wybiegów”, powszechność przepustek poza oddział, dobrowolność w podejmowaniu pracy, udostępnienie prywatnych ubiorów dla pacjentów i udzielanie urlopów poza szpital .
Wtedy to Henel zaczął z takiego urlopu jednodniowego korzystać. Oszczędzał przez cztery miesiące pieniądze, żeby raz na kwartał wybrać się w dniu targowym do pobliskich Głubczyc. Jeździł do miasta autobusem, musiał przy tym pokonywać chorobę lokomocyjną, ale wracał podniecony dokonanymi zakupami, syty przy tym wrażeń bo się do woli naoglądał grubych bab na rowerach. Na taki wyjazd oczekiwał jak na upragnione święto.
Coś go jednak pokusiło i zamiast do Głubczyc wybrał się, do odległego od Branic o 40 kilometrów Raciborza. Stamtąd jednak wrócił cały z przerażenia roztrzęsiony. Potem przez wiele dni był bardzo przygaszony. Po upływie jednak pewnego czasu wyjawił mi, że najprawdopodobniej spotkał kogoś ,kto skojarzył go z oprawcami z UBe. Poruszając się bowiem, pośród tłumu zaabsorbowanych bywalców targowiska- m zauważył w pewnym momencie, że ktoś mu się bacznie przygląda, że chodzi za nim, aż w końcu go zagadnął, pytając o Kluczbork, wymieniając przy tym pewne, takie, które nie były mu obce – nazwiska. Wtedy w największej panice – Henel uciekł z targowiska na dworzec autobusowy i skrył się w okalających stację krzakach, czekając na autobus i jak mógł najszybciej – wrócił do Branic do szpitala. Po tym zdarzeniu już nigdy i nigdzie nie wyjeżdżał, a nawet przestał wychodzić poza teren szpitala! Na samo wspomnienie tego spotkania wzdrygał się przepełniony lękiem.”
Marian Henel figuruje w Wikipedii , jest wymieniany w specjalistycznej literaturze historyków sztuki. Telewizja publiczna nakręciła i emitowała o nim dwa filmy :”Maniuś” i „Galeria lęku”. Miejscowość w której się urodził szczyci się tym faktem na swojej ,gminnej stronie internetowej ( jeszcze brakuje tego ,a jego imieniem nazwą tam szkołę, albo ulicę).Jego dywany były wielokrotnie eksponowane nawet w tak szacownych salach jak Muzeum Śląskie w Katowicach w Radomiu. Miał dwa lata temu dużą na którą waliły tłumy wystawę we Wrocławiu, zatyt: Obłęd. Jeden z jego dywanów „grał” w kultowym, nakręconym wg powieści Stanisława Lema przez Edwarda Żebrowskiego filmie ”Szpital Przemienienia”.
Karierę artystyczną jego dzieła mają pewnie jeszcze przed sobą – żyjąc niezależnym od twórcy istnieniem ,stanowiąc niesamowity wręcz przykład sublimacji tego co mroczne, ciemne, okrutne ,gwałtowne, ociekające spermą ,krwią menstruacyjną ,moczem i kałem .Stworzone w głębokiej suterynie ,przesiąkniętej kloacznym odorem błyszczą barwą i grzeją przyjemną w dotyku fakturą. Henel doczekał nowych czasów, kiedy to legł w gruzach system, któremu tak dzielnie w przeszłości służył. Nie był tym zachwycony . Na krótko przed śmiercią, w filmowym wywiadzie mówił : „teraz wszystko się popierdoliło” a potem się rozmarzył ,że ”jakby był młodszy to on by wiedział jak z tym zrobić porządek, tego go uczono w UB”.
Analizując jego życie i prace – nieodparcie nasuwa się mi następująca refleksja, iż w istocie – Marian Henel był ojcem, czy raczej dziadkiem – prekursorem wielu zachowań i dokonań współczesnych artystów, o których recenzenci poczytnych czasopism z zachwytem piszą .Począwszy od tych, którzy zaskakują pomysłami publicznych instalacji artystycznych mających epatować publiczność prostotą skojarzeń i uniwersalnością przesłania. No bo przecież – kiedy Henel smarował z samego rana swoim gównem klamki u drzwi pracowni w której tworzył i czekał, zerkając zza węgła, kto się z jego kałem pierwszy zetknie ? Czy wtedy nie eksperymentował instalacyjnie ? Nie przekazywał ważnego komunikatu? A artystka – wieszająca genitalia na krzyżu, w jakimś sensie jego nie naśladuje ?Albo – drący na strzępy biblię celebryta – ,czy też nie czerpie z jego bluźnierczych zachowań wzoru? Albo ta pani ,utytułowana licznymi nagrodami – inna artystka, , która przyczepiła sobie męską płeć i ze sztucznym penisem filmowała siebie nago w męskiej łaźni – nie jest bliską krewną Henela?
A ci co tak teraz paradują w przebraniach podczas przeróżnych Love Parad – nie są jego godnymi i licznymi następcami?
Lecz trudno dzisiaj o odpowiedź, bo może przyjść do domu policja i przyskrzynić – za – sianie mowy nienawiści, wiec skupmy się na moim dylemacie bo w końcu y nie byłem jego wychowawcą. Nie byłem jego strażnikiem moralnym. Byłem jego odkrywcą. A odkrywca nie odpowiada za to, co odkrywa. Odpowiada tylko za to, czy patrzy uczciwie. Mój parasol ochronny miał dwa skutki Dobry: – pozwolił mu tworzyć, – pozwolił mu przetrwać, – pozwolił mu stać się kimś, kogo dziś opisują historycy sztuki. Zły: – dawał mu swobodę, którą wykorzystywał także do zachowań sadystycznych, – chronił go przed konsekwencjami, – pozwalał mu działać w cieniu mojej fascynacji. Co wy na to?
Zostaw komentarz