Dostałem list od niewiele młodszej ode mnie znajomej z Kanady, która poza utyskiwaniem na narzucony przez władze reżim sanitarny zwierzyła się ze swojej nowej pasji… iż gra w tamtejszego totolotka i wokół tego koncentrują się jej myśli, a nawet kształtuje rytm dnia.
Hm, pomyślałem, mając takie marzenia, jakże ona jest w porównaniu ze mną jeszcze młoda, bo moje fantazje na temat szczęścia, które chciałbym, żeby przyniosła mi przyszłość na przykład – jutro, sprowadzają się do tego, żeby znowu móc sobie popływać trzy, a nawet tylko dwa razy w tygodniu – krytą żabką w basenie, który mam dosłownie pod nosem, a który już drugi raz w tym roku został z powodów epidemicznych zamknięty. Ta niemożliwość niedostępność , jest dla mnie ciężkim, trudnym do zniesienia u schyłku życia doświadczeniem.
Poza tym mam w zasadzie wszystko.
Nie śnię już, nie marzę o czymś innym. O nowej kobiecie też nie, bo przyzwyczaiłem się do tej, którą mam obok siebie od 55 lat. Nowszego samochodu też nie potrzebuję, bo ten, którego nie tak dawno kupiłem, ma czujniki cofania i w trosce o naturalne środowisko gaśnie na skrzyżowaniach ze światłami – ale nie jeździ, to znaczy jeździ, ale tak najwyżej 2 tys. km rocznie. Bo przecież tu gdzie mieszkam, w kurorcie położonym nad Wisłą, wszędzie jest płasko i nawet starsze ode mnie, tak na oko o 10 lat niewiasty pedałują na rowerach. Codziennie jem niedzielne obiady. Nie fantazjuję o wygraniu milionów (co bym nieszczęsny z nimi robił?) i kupnie wilii z basenem, bo pewnie i w niej mój pokój, jak wszystkie dotąd, w których mieszkałem — przypominałby pracownię, a przejmować bym się musiał wybijającym szambem, czy dziurawymi rynnami.
Nie czuję się samotnym, wykluczonym społecznie, chociaż przez zarazę ograniczyłem przebywanie wśród tłumów, no może za wyjątkiem tej „cholernej Biedronki”, ale gdzieś przecież whisky muszę kupować.
Narzuconą pandemiczną sytuacją samoizolację – kompensuje mi wyglądanie przez okno na Facebook i zagadywanie wirtualnych znajomych.
Reasumując: co tam Putin z Łukaszenką, Biden z Markel , prezes z Tuskiem czy inflacja –
Pan jest pasterzem moim,
Niczego mi nie brakuje,
Na niwach zielonych pasie mnie,
Nad wody spokojne zaprowadzi mnie,
gdzie do woli, cztery razy w tygodniu, może nawet codziennie będę mógł godzinkę, no może 45 minut – popływać krytą żabką.
Zostaw komentarz