Polska prawica ostrzegała przed Angelą Merkel. Słusznie. Merkel uzależniała Europę od rosyjskiego gazu, Orbán politycznie osłaniał interesy Moskwy, a Trump otwiera przestrzeń dla handlu rosyjskim dieslem. Różne metody, ale wspólne pytanie: kto ponosi koszty, a kto czerpie korzyści?
Merkel forsowała Nord Stream, ignorując ostrzeżenia Polski i Ukrainy. Niemcy budowały energetyczną współzależność z Rosją, a Kreml zyskiwał pieniądze i narzędzie nacisku na Europę.
Orbán przedstawiał się jako obrońca suwerenności, a jednocześnie utrzymywał bliskie relacje z Putinem, bronił rosyjskich interesów energetycznych i utrudniał europejskie wsparcie dla Ukrainy. Jego epoka na stanowisku premiera Węgier dobiegła końca, ale pozostaje pytanie, dlaczego tak wielu polskich konserwatystów uznało go za wzór do naśladowania.
Trump jest nadzieją części polskiej prawicy na silny Zachód. Tymczasem decyzja jego administracji o czasowym poluzowaniu sankcji na rosyjski diesel rodzi pytanie, dlaczego Rosja ma otrzymywać kolejne możliwości zarabiania na eksporcie paliw, gdy jej wojna nadal zagraża Ukrainie.
To nie są identyczne polityki ani dowód na tajny sojusz z Kremlem. To trzy przykłady, jak interesy gospodarcze, kalkulacje polityczne i decyzje strategiczne mogą wzmacniać pozycję Rosji.
I tu zaczyna się problem polskiej prawicy: Merkel potrafiła rozpoznać jako zagrożenie, ale Orbán i Trump zyskali kredyt zaufania, którego nie powinien otrzymać żaden zagraniczny polityk.
A do Ukraińców, którzy większe nadzieje wiążą dziś z Niemcami niż z Polską: pamiętajcie, że Berlin przez lata rozwijał współpracę gazową z Kremlem, mimo polskich ostrzeżeń.
Nie oceniajmy polityków po deklaracjach, ideologii ani sympatii. Oceniajmy ich po decyzjach i ich skutkach dla Polski i Międzymorza.
Międzymorze nie może być zakładnikiem Berlina, Budapesztu, Waszyngtonu ani Moskwy. Polska racja stanu ponad politycznymi idolami!
Zostaw komentarz