Przyznam, że z jednej strony trudno pohamować uśmiech, widząc starego demagoga usiłującego zaszkodzić Polsce w kolejny sposób. Z drugiej zaś człowieka pomału ogarnia przerażenie, gdy uświadamia sobie, że „wolność mediów” to tylko mrzonka.

Za Onetem:

Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik w święto Konstytucji 3 maja oraz w Światowym Dniu Wolności Prasy na łamach szwedzkiego dziennika „Dagens Nyheter” zwraca się z prośbą o wsparcie finansowe Fundacji Gazety Wyborczej.

Całostronicowa reklama zawiera tekst Michnika zatytułowany „Nie ma wolności bez solidarności”, w którym redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” porównuje „atak polskiego rządu na ekonomiczne podstawy wolnych mediów” do ataku zwolenników prezydenta USA Donalda Trumpa na Kapitol, jaki miał miejsce 6 stycznia.

Autor pisze, że 30 lat po upadku muru berlińskiego oraz upadku Związku Radzieckiego polskie społeczeństwo ponownie zmuszone jest bronić wywalczonej za ogromną cenę demokracji.

Pod artykułem znajduje się apel do Szwedów o „wsparcie niezależnego dziennikarstwa”. „Pomóż nam uratować wolne media w Polsce. Wesprzyj Fundację Gazety Wyborczej” – głosi napis, pod którym dołączony jest adres strony internetowej umożliwiającej wpłatę pieniędzy.

Redaktor naczelny „Dagens Nyheter” Peter Wolodarski napisał w mediach społecznościowych, że reklama „Gazety Wyborczej” została opublikowana bezpłatnie.

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/adam-michnik-prosi-o-wsparcie-finansowe-w-szwedzkim-dzienniku/8pcbe20,79cfc278

Peter Wolodarski to syn marcowych emigrantów z Polski. Jego ojciec przed 1968 był w Polsce architektem.

Z kolei dziennik Dagens Nyheter w Szwecji nazywany jest liberalnym, co w warunkach polskich oznacza ultralewicowość na pograniczu lewactwa.

Jako że żurnaliści Gazety Wyborczej publikowali już w szwedzkim dzienniku nie powinno dziwić, że Michnik tam zdecydował się umieścić swoje kolejne antypolskie dzieło.

Wcześniej np. Anna Bikont pisała o narastającej fali antysemityzmu w Polsce, choć w odróżnieniu od Szwecji właśnie (nie wspominając już o Francji czy Niemczech) w Polsce Żydom nie groziła i nie grozi agresja fizyczna.

Teraz Michnik łka, bo GazWyb została odcięta od dotacji ze Skarbu Państwa!

To ja się pytam, her Michnik, jakie to jest niezależne dziennikarstwo, skoro bez kasy od Państwa istnieć nie może?

Aj waj, her Michnik, to już przecież przed wojną wasze uważały, że czyja kasa, tego racja (vemens gelt iz rekht).

Czyli jak Państwo płaci, to jest demokracja i należy je chwalić, jak jednak skończą się dotacje, to mamy koniec demokracji, trzeba je zatem tępić?

A może po prostu pan nie wytrzymujesz konkurencji? Wolny rynek, o którym GazWyb piała od końca lat 1980-tych najwyraźniej był dobry, ale dla innych. GazWyb przez prawie 30 lat była pod kloszem i zwyczajnie nigdy nie nabyła umiejętności egzystowania w warunkach konkurencji.

Wygląda więc na to, że całe to niezależne dziennikarstwo rodem z Czerskiej to tylko przejaw tzw. demokracji portfelowej.

Mówiąc zaś językiem bardziej zrozumiałym – to, co zrobił Michnik jednoznacznie pokazuje, że na Czerskiej siedzą zwyczajne kurwy, których przychylność nabyć można wyłącznie za pieniądze.

Jeśli zatem tak jest (doświadczenie życiowe autora uczy, że na pewno tak jest w małych, lokalnych środowiskach) powinniśmy niezwłocznie wrócić do doświadczeń PRL-u i reaktywować pan-koncern prasowy RSW.

Bo nawet wtedy dziennikarze mieli więcej swobody, niż teraz, gdy linię pisma określają jego reklamodawcy. Wtedy całkiem spora grupa piszących walczyła z urzędem cenzorskim, czytelnicy zaś nauczyli się czytać między wierszami.

Ale to se ne vrati. Nowe pokolenie nauczyło się czytać jedynie tytuły, w razie wątpliwości jedynie sięga do wikipedii nie bacząc, że zwłaszcza tam spotykamy głównie lewicowy punkt widzenia, oczywiście podany jako jedyna i niepodważalna prawda.

Tymczasem mamy problem. Dziennikarze, którzy powinni być kolejną władzą, czy jak kto woli uosabiać głos społeczeństwa, stali się jeno wyrobnikami pióra, sprzedającymi swoje treści pod konkretne zamówienie.

Uzależnienie od pieniędzy wpłacanych przez tych, którzy mogą (a czasem nawet powinni) być negatywnymi bohaterami reportaży interwencyjnych całkowicie przekreśla rolę mediów nawet tak ograniczoną, jak w PRL-u.

I tak dochodzimy do sedna. Mediom sponsorowanym wierzyć nie można. Z kolei pośród niezależnych odsetek oszołomów jest wyjątkowo wysoki, a póki co brak jest metody pozwalającej odróżnić półgłówka od w miarę normalnego na podstawie tylko kilku jego tekstów.

Pozostaje więc komparatystyka, czyli czytanie wszystkiego zarówno z lewa jak i prawa. Co jednak będzie, gdy obie strony mają tego samego sponsora?

Przerabialiśmy wszak już taki scenariusz, gdy (za rządów PO-PSL) media publiczne oraz niezależne mówiły jednym głosem.

Istniejący stan wyklucza niezależność mediów zarówno teraz jak i w nie dającej się przewidzieć przyszłości. Zamiast niewidzialnej ręki rynku (nrr) politykę mediów kształtują bowiem reklamodawcy. To tak, jakby wyrok sądowy uzależniony był od wysokości wniesionej przez stronę opłaty.

Podnoszone coraz wyraźniej głosy piętnujące stronniczość poszczególnych mediów (ostatnio np. R. Mańka pisał o TVN) wynikają z niezrozumienia podstawowego faktu.

Otóż media tylko pozornie działają zgodnie z art. 1 ustawy Prawo prasowe, czyli urzeczywistniają prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej.

Tak naprawdę są to tylko kolejne na rynku przedsiębiorstwa nastawione wyłącznie na zysk. Niestety, tak się po 1989 roku porobiło, że tzw. sektor państwowy jest największym graczem na rynku reklam.

Zatem dobry układ z władzą oznacza pieniądze.

Stąd „dynamiczne napięcie” na rynku medialnym wywoływane jest po prostu odcięciem od głównego źródła przychodów.

Sytuacja, gdy media faktycznie stały się niezależne od… czytelników, uzależnione natomiast od reklamodawców.

De facto przedstawiają nam obraz świata taki, jaki oni sobie zażyczą. Często zaś, co nawet jest jeszcze gorsze, taki, jaki zdaniem rednacza chcieliby oglądać.

Ujawnianie afer, gdy sięgnąć głębiej, najczęściej wynika z rozstania się dotychczasowych partnerów biznesowych.

Przy czym biznes ten najczęściej jest… polityczny.

Nie brak uwag, że nagłe wypłynięcie długoletnich afer w Gliwicach wiąże się z konfliktem pomiędzy pewną nadambitną radną, przy tym żoną za chwilę już byłego przewodniczącego pewnej opozycyjnej partii, a obecnym prezydentem miasta.

W tle oczywiście stołek, a nawet pewna ich ilość.

Oczywiście wścibscydociekliwi lokalni żurnaliści akurat przez przypadek wyciągnęli brudy na wierzch teraz, a nie dekadę temu, choć już wtedy wróble ćwierkały, co się wyrabia w pewnej polsko-niemieckiej instytucji, by o sieciach metropolitalnych nie wspominać.

Nie udawajmy, że w Polsce jest inaczej. Jako redakcja wiemy jedynie o kilku miastach i miasteczkach, gdzie lokalne media uczestniczą w chowaniu pod dywan lokalnych brudów, bowiem są obficie dofinansowywane przez lokalny samorząd.

Wiemy również o niszczeniu niezależnego dziennikarza przez lokalny samorząd, co zamiast zawodowej solidarności budzi jedynie agresję innych lokalnych mediów spokojnie żerujących u koryta.

Dołóżmy do tego jeszcze sztandarowy ongiś projekt KUKIZ’15, jakim były JOW-y, a wtedy prowincja zacementuje się na wieki.

Jedyny pożytek będzie taki, że szary obywatel znowu będzie żył w poczuciu otaczającej go pełni demokracji.

Niezadowolonym zaś pozostanie niczym w minionym ustroju science fiction oraz pisanie wierszy.

I to by było na tyle, jak mawiał dwojga imion Jan Tadeusz Stanisławski.

.

4.05 2021

.

Ps. Zawsze, gdy ktoś zaczyna mi mówić o niezależnych mediach przerywam mu dodając, że również banki w Polsce są instytucjami zaufania publicznego. 😉

fot. pixabay