Nieostrożny spacerowicz, który zszedłby z głównej alei Parku Nadmorskiego w Dziwnowie w kierunku wydm, potknąłby się o ukryte w trawie kawałki starych cegieł.
Owe kupki ceglanego gruzu, to jedyna pozostałości po Kurhausie Ost Dievenow, do którego na przełomie XIX i XX wieku zjeżdżało najlepsze towarzystwo Europy.
Kurhaus gościł w swoich pokojach: herbowych grafów, tęgich burżujów i wziętych artystów epoki fin de siecle. Otwarcie obiektu w 1890 r.uświetnił swoją obecnością sam kaiser Wilhelm, który wraz z rodziną, wypoczywał w cesarskim Heringsdorfie, położonym na nieodległej wyspie Uznam.

A gdyby nasz, nieostrożny przechodzeń zechciał, poświęcić trochę czasu na odwiedziny Muzeum Historii, znajdujące się w sąsiadującym z Dziwnowem Kamieniu Pomorskim, mógłby tam, zobaczyć pożółkłą od wilgoci, cudem ocalałą z katastrofy, księgę gości hotelowych Kurhausu Ost Dievenow.
Wśród wielu innych znalazłby w niej nazwiska osób, pojawiające się na kartach księgi regularnie: hrabiny Heleny Puttkamer, rezydentki pobliskiego pałacu we Fritzow oraz dr. Gustava von Aschenbacha zamieszkałego w Monachium przy Prinzregentenstrasse 1.
Jeśli by ów, hipotetyczny spacerowicz pamiętał szkolne lekcje polskiego, kojarzyłby miano hrabiny Heleny z postacią Marii Ewy Puttkamerowej czyli Maryli Wereszczakówny, adresatki słynnego wiersza Do M***(Precz z moich oczu), w której nieszczęśliwie zakochał się młody Mickiewicz.
Kiedy wieszcz ją poznał, Maryla była panną, ale kiedy poeta pisał swój pożegnalny erotyk, dziewczyna była już żoną hrabiego Wawrzyńca Puttkamera, potomka starego, prusko-pomorskiego rodu osiadłego na Litwie. Plotka głosi, że w pierwszych latach małżeństwa zakochana w Adamie kobieta stroniła od męża, a ich związek pozostawał nieskonsumowany.
Dlatego wiadomość o ciąży, w którą Maryla zaszła zaraz po ślubie, wywołała wśród przyjaciół poety niemałą konsternację. Niektórzy podejrzewali, że ojcem dziecka mógł być Mickiewicz.
Narodziny małej Helenki Puttkamer odbyły się w Wilnie, dokąd zazdrosny mąż wysłał brzemienną Marylę. Tam też ochrzczono dziecko. Przypadkowymi rodzicami chrzestnymi dziewczynki zostali: pisarz grodzki Michał Dziekoński oraz zakonnica Joanna Horainówna.
Wersja oficjalna mówi, że dziecko zmarło w dwa tygodnie po urodzeniu i zostało pochowane na cmentarzu w Bieniakoniach. Jednak żadnemu z późniejszych badaczy – mickiewiczologów nie udało się odnaleźć ani aktu zgonu, ani mogiłki zmarłej Helenki.

Gdyby nasz spacerowicz z dziwnowskiego parku był obdarzony bogatą wyobraźnią, mógłby wysnuć teorię, że dziewczynka wcale nie umarła, tylko hrabia Wawrzyniec zniechęcony do owocu wiarołomnego związku, upozorował śmierć dziecka, które w rzeczywistości odesłał do pałacu swoich dalekich krewnych w pomorskim Fritzow.
I że tak często obecna na liście gości Dievenowskiego Kurhausu grafini Helena Puttkamerowa i, rzekomo, zmarła tuż po narodzeniu Helenka, córka Maryli, to jedna i ta sama osoba.

Pałac we Fritzow znajdował się w odległości pięciu kilometrów od Dievenow. Od czasu uruchomienia Kurhausu w 1890 roku, każdego lata, Helena wraz z ulubionym chrześniakiem Taddlem zajeżdżali, ona wierzchem, on w pałacowym powozie do Domu Zdrojowego, gdzie zajmowali, zawsze ten sam, apartament nr. 5. Natomiast czas zimowy grafini spędzała samotnie, lecząc swój reumatyzm kąpielami solnymi w leżącym 6 kilometrów na wschód od Fritzow – Solbadzie w Cammin in Pommern, czyli w dzisiejszym Kamieniu Pomorskim.
Więc, jeśli by nasz ciekawski flaneur po wizycie w Muzeum Historycznym, zechciał, poszwendać się trochę po mieście, mógłby trafić na zaniedbany budynek zwieńczony klasycystycznym gankiem z jońską kolumnadą, podtrzymującą architraw z wymalowanym na nim napisem – Zakład Przyrodoleczniczy.
Ten nieczynny od lat zakład, to pozostałość po dawnym Solbadzie, w którym zażywała kąpieli pani Puttkamerowa.

Mimo pruskiego otoczenia w jakim się obracała, Helena mówiła i czytała w języku ojczystym. Na półkach jej biblioteczki stała bogata kolekcja polskich książek, a wśród nich dzieła Mickiewicza – jej domniemanego ojca.
Oczkiem w głowie rezydentki był najmłodszy syn grafa Bogislava von Puttkamera – Thaddaus.
Hrabina została jego matką chrzestną. Na jej specjalną prośbę chłopcu nadano imię, jakie nosił tytułowy bohater mickiewiczowskiej epopei.
Helena nie była piękna w znaczeniu, jakie do tego wyrazu ludzie przywiązują. Ta niewysoka blondynka o niebieskich oczach zachowywała się w sposób nieco ekscentryczny. Nie tylko paliła fajkę, grała w szachy i odbywała długie konne wycieczki, ale również obwieszczała światu o swych nastrojach kolorem przywdzianej szarfy – czarnej, różowej, bądź błękitnej. Ten szczególny sposób bycia oraz brak perspektyw na posag odstraszył kawalerów i zdecydował o jej staropanieństwie.

Hrabianka odstąpiła od swoich utartych zwyczajów urlopowych, tylko jeden, feralny raz.
Zimą 1913-tego, zamiast udać się jak zwykle do Cammin, pojechała do Dievenow, aby w kryształowej sali Kurhausu świętować nadejście Nowego Roku. Spotkała się tam, jak zawsze, ze stałym bywalcem Ostbadu, doktorem Gustavem Aschenbachem, literatem i uznanym poetą, twórcą epopei o życiu Fryderyka Wielkiego oraz autorem namiętnej rozprawy o Duchu i sztuce.
Po zabawie sylwestrowej suto zakrapianej szampanem hrabina udała się na spoczynek, a mocno wstawiony doktor Aschenbach wyszedł, jeszcze, na przeszkloną halę plażową, oglądać wzburzone morze. Zmęczony i pijany zasnął na leżaku z kieliszkiem koniaku w dłoni.
Takim zastała go śmierć. Ponad trzymetrowe fale sztormu, który podczas sylwestrowej nocy przekroczył 10 stopniową skalę Beauforta, rozbiły szyby werandy, wdarły się do środka i zalały wnętrza.
Następnego dnia rano znaleziono sponiewierane przez wodę zwłoki literata na hotelowej plaży. Fale wyrzuciły Aschenbacha na zewnątrz budynku, odarły go z fraka i zmyły z jego zaczernionych włosów całą, kunsztownie nałożoną przez hotelowego balwierza, farbę.
Z Kurhausu w pośpiechu ewakuowano pozostałych gości. Naruszone przez sztorm ściany budynku, w każdej chwili, groziły zawaleniem.
Ciało autora epopei – “Fryderyk Wielki”, obłożone suchym lodem zostało przetransportowane specjalnym wagonem pocztowym do Monachium, gdzie spoczęło w rodzinnym grobowcu von Aschenbachów. W pogrzebie doktora, oprócz rodziny, wzięli udział przedstawiciele miejskiego patrycjatu, delegacja Dievenowskiego Kurhausu, oraz pisarze i literaci z całego kraju. Jedyną osobą, uczestniczącą w ceremonii pogrzebowej, której tożsamości nie udało się ustalić reporterowi lokalnej gazety, była niewysoka dama z piersią przewiązaną czarną kokardą, którą prowadził pod rękę jasnowłosy chłopiec o urodzie greckiego efeba.
Dzieje katastrofy Dievenowskiego Kurhausu odnotowały gazety w całym Cesarstwie Niemieckim zaś dokładne sprawozdanie z okoliczności śmierci i pogrzebu doktora Aschenbacha, zamieścił miejscowy dziennik Munchner Neuesten Nachrichten. Jest wielce prawdopodobne, że zamieszkały wówczas w Monachium pisarz, przyszły laureat nagrody Nobla czytał ten artykuł.

Więc gdyby nasz, nieostrożny lecz dociekliwy i obdarzony bujną fantazją spacerowicz z dziwnowskiego parku, zechciał zajrzeć do internetowych screenów monachijskiego dziennika z 1914 roku, związałby oba wątki tej historii w jedną opowieść.

Autor: Marek Szarek