I. Polityczny teatrum i sejmowa zamrażarka: Zasłona dymna nad sprawami istotnymi

​W ostatnich dniach polska scena polityczna ponownie stała się areną gwałtownych emocji. Po ponad 800 dniach przetrzymywania w tzw. „sejmowej pralni” – Komisji Nadzwyczajnej – uchwalono poprawki do prawa aborcyjnego, znoszące karanie za pomocnictwo oraz przywracające przesłankę embriopatologiczną. Jako duszpasterz i obserwator życia społecznego nie potrafię odepchnąć od siebie przemożnego wrażenia cynizmu, jaki towarzyszy temu procesowi.

​Dlaczego po ponad dwóch latach paraliżu i „zamrożenia” dyskusji projekty te odblokowano właśnie teraz? Każdy, kto wnikliwie obserwuje mechanizmy władzy, widzi wyraźnie: powrót do tematu aborcji w tym konkretnym momencie służy jako polityczna zasłona dymna. Ma przykryć narastające kryzysy gospodarcze, spory wewnątrzkoalicyjne, trudne pytania o stan finansów publicznych i niepopularne reformy.

​Życie ludzkie, dramat kobiet, rozterki rodziców i zdrowie nienarodzonych dzieci zostały po raz kolejny potraktowane czysto instrumentalnie – jako wygodny detonator emocji społecznych, który ma odciągnąć uwagę obywateli od bieżących problemów państwa. Sprowadzanie najtrudniejszych pytań etycznych do poziomu politycznego spektaklu jest moralnie niszczące i godzi w godność człowieka.

​Gorzką prawdą jest to, że cała ta polityczna dyskusja nie rozwiązuje ani jednego realnego problemu. Zamiast budować systemy opieki, państwo stwarza pozory działania, a ułatwienie aborcji staje się dla niego najwygodniejszą drogą na skróty – sposobem na bezkosztowe „pozbycie się problemu” chorych dzieci i potrzebujących rodzin, za którymi nie idzie żaden konkretny program wsparcia.

​II. Doświadczenie konfesjonału: Tragedia samotności i błędnych diagnoz

​Moje spojrzenie na ten problem nie kształtowało się w gabinetach polityków ani w akademickich dysputach. Wyrosło z wieloletniej posługi w konfesjonale – zarówno w Polsce, jak i podczas pracy duszpasterskiej we Francji – a także z codziennej pracy z osobami chorymi, cierpiącymi i umierającymi.

​Spotkałem w swoim życiu kapłańskim wiele kobiet, które zdecydowały się na przerwanie ciąży. Znam ich cichy, niesiony przez dziesięciolecia ból. Wiem, jak straszliwym i nieodwracalnym obciążeniem dla psychiki oraz duchowości jest ta decyzja – najczęściej podejmowana pod wpływem paraliżującego lęku, presji otoczenia, braku perspektyw lub poczucia całkowitego opuszczenia. W konfesjonale nie widzi się „zwolenniczek aborcji” – widzi się zranione, samotne kobiety, które w najtrudniejszym momencie swojego życia nie znalazły ani jednego otwartego ramienia, które zaoferowałoby im realną pomoc.

​Ale spotkałem również matki, którym medycyna roztaczała najczarniejsze scenariusze. Mówiono im z nieustępliwą pewnością, że ich dzieci urodzą się nieuleczalnie chore, że nie będą w stanie samodzielnie żyć, że ich egzystencja będzie wyłącznie pasmem cierpienia. I widziałem te same kobiety, które mimo lęku zdecydowały się urodzić – a po porodzie okazywało się, że rzeczywistość była zupełnie inna, że diagnoza stawiana na podstawie badań prenatalnych nie była w 100% trafna, a dziecko, choć czasem potrzebujące opieki, przyniosło ze sobą niewyobrażalne dobro i miłość.

​Musimy głośno mówić o granicach diagnostyki medycznej. Choć nowoczesna medycyna czyni cuda – a polscy chirurdzy wykonują genialne, ratujące życie operacje wewnątrzmaciczne na płodzie traktowanym jak pełnoprawny pacjent – to badania prenatalne wciąż bywają niejednoznaczne. Pomyłka diagnostyczna w przypadku wyroku śmierci jest błędem nieodwracalnym.

​III. Teologia Ojców Kościoła i misja nauczania: Życie jako dar i wartość

​Wobec sporu politycznego musimy powrócić do źródeł naszej wiary. Fundamentalnym zadaniem duchownych i całego Kościoła jest nieustanne nauczanie, jak cenne jest każde ludzkie życie i jak wielką, nienaruszalną wartość ono stanowi. Nie chodzi tu o ideologię, lecz o ewangeliczną prawdę o człowieku stworzonym na obraz i podobieństwo Boga.

​Ojcowie Kościoła konsekwentnie przypominali, że rodzice nie są „właścicielami” swoich dzieci, lecz ich opiekunami powierzonymi przez Boga. Rodzicielstwo to nie jest akt posiadania ani prawo do dysponowania drugim człowiekiem – to misja przekazywania nie tylko życia fizycznego, ale przede wszystkim wartości duchowych w ramach „domowego Kościoła” (Ecclesia domestica).

​Święty Dionizy Areopagita pisał, że ze wszystkiego, co istnieje, najbardziej boską rzeczą jest „stać się współpracownikiem Boga” (theou synergon genesthai). Współpraca ta polega na czynnym, pełnym miłości uczestnictwie w Bożym dziele zbawienia, podtrzymywania życia i oświecania innych.

​Być współpracownikiem Boga to nie znaczy krzyczeć na manifestacjach politycznych ani narzucać surowe paragrafy ustawowe. Być współpracownikiem Boga to znaczy wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za drugiego człowieka – zwłaszcza tego najsłabszego, niezdolnego do obrony.

​IV. Cywilizacyjny rozłam i bierność władzy: Gdzie są dzieci czekające na adopcję?

​Obserwując tę dyskusję z szerszej perspektywy, nie sposób nie dostrzec głębokiego, niepokojącego rozdźwięku, jaki trawi współczesną cywilizację. W tle naszych krajowych debat widzimy często polityków i środowiska zagraniczne, które z jednej strony promują łatwy dostęp do przerwania ciąży, a z drugiej strony przeforsowują rozwiązania prawne pozwalające parom homoseksualnym na adopcję dzieci. Stajemy tu wobec przerażającego paradoksu moralnego: z jednej strony odmawia się prawa do narodzin najsłabszym, a z drugiej – stwarza mechanizmy mające zaspokajać dążenia dorosłych niezdolnych z natury do prokreacji.

​Jednak na naszym własnym podwórku ujawnia się równie dramatyczny grzech zaniechania. Warto zadać proste, a zarazem fundamentalne pytanie: dlaczego polscy posłowie nie dyskutują na sali sejmowej o tym, jak realnie rozbudować i dofinansować opiekę prenatalną oraz stworzyć potężny system wsparcia dla rodzin wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami?

​Dlaczego z taką samą gorliwością parlamentarzyści nie podejmują tematu pieczy zastępczej i procedur adopcyjnych? W polskich placówkach opiekuńczo-wychowawczych, domach dziecka oraz rodzinach zastępczych przebywają dziesiątki tysięcy dzieci, a tysiące z nich oczekuje na uregulowanie sytuacji prawnej i na miłość nowej rodziny. To tysiące złamanych dziecięcych losów, wobec których państwo pozostaje bezradne, opieszałe i biurokratycznie sparaliżowane. Tymczasem politykom sprawa ta najwyraźniej nie spędza snu z powiek – nie generuje bowiem tak łatwych i krzykliwych nagłówków prasowych.

​Dyskusja o aborcji stała się nośnym, dyżurnym tematem, którym można przysłonić absolutnie każdą bierność i zaniechanie ustawodawcy. Zamiast mozolnej pracy nad reformą opieki społecznej i wsparciem adopcji, politycy serwują społeczeństwu światopoglądową wojnę.

​V. Od politycznych przepychanek do konkretnej infrastruktury

​Każdy z zarejestrowanych w Polsce chrześcijańskich związków wyznaniowych – niezależnie od różnic doktrynalnych czy historycznych – ma w swoich fundamentach wyznanie wiary w tego samego Boga i Jezusa Chrystusa. To zobowiązuje.

​Ewangelią nie da się żyć wyłącznie na poziomie deklaracji politycznych. Jeśli jako chrześcijanie mówimy „NIE” aborcji, musimy jednocześnie powiedzieć pełne miłości i odpowiedzialności „TAK” dla konkretnej, systemowej i materialnej pomocy matkom, rodzicom i dzieciom.

​Stanięcie po stronie najsłabszych wymaga od nas – jako Kościołów oraz od instytucji państwowych – budowania realnej infrastruktury wsparcia:

  1. ​Rozwoju i pełnego finansowania hospicjów perinatalnych, w których rodzice dowiadujący się o ciężkiej wadzie dziecka otrzymują bezpłatną, profesjonalną opiekę lekarską, psychologiczną i duszpasterską.
  2. ​Tworzenia i utrzymywania profesjonalnych Domów Samotnej Matki, które dają bezpieczeństwo, dach nad głową i możliwość usamodzielnienia się bez lęku o jutro.
  3. ​Zapewnienia długofalowej, dożywotniej opieki finansowej, medycznej i wytchnieniowej dla rodzin wychowujących dzieci z ciężką niepełnosprawnością – tak, aby narodziny chorego dziecka nie oznaczały dla rodziny popadnięcia w skrajną nędzę i osamotnienie.

​Słowa o ochronie życia stają się faryzejską hipokryzją, jeśli za uchwalaniem lub znoszeniem zakazów nie idzie potężny wysiłek finansowy i organizacyjny zarówno państwa, jak i wspólnot wyznaniowych.

​VI. Podsumowanie: Kościół jako szpital polowy i obowiązek patrzenia władzy na ręce

​Praca w kościołach w Polsce i na Zachodzie nauczyła mnie jednego: człowiek w kryzysie nie potrzebuje potępienia, wykładów z prawa kanonicznego ani politycznych haseł. Potrzebuje Chrystusowego pochylenia się nad jego ranami. Kościół musi być szpitalem polowym.

​Walka o życie nie toczy się w Sejmie podczas głosowań nad Kodeksem karnym. Walka o życie toczy się w sercu kobiety, która w gabinecie lekarskim słyszy trudną diagnozę, w domu, w którym brakuje pieniędzy na leki, oraz w konfesjonale, w którym płacze człowiek przygnieciony ciężarem swoich decyzji.

​Dlatego dzisiaj – bardziej niż kiedykolwiek – naszym chrześcijańskim i obywatelskim obowiązkiem jest patrzeć politykom na ręce. Musimy wnikliwie obserwować to, co robią nasi przedstawiciele, i rozliczać ich nie z deklaracji, krzyków czy uchwalania kolejnych paragrafów, ale z konkretnych owoców ich pracy: z tego, ile dzieci w pieczy zastępczej znalazło dom, ile rodzin otrzymało realne wsparcie finansowe i medyczne oraz czy kobieta w ciąży kryzysowej otrzymała od państwa pomoc, czy tylko obietnice i polityczny cynizm.

​Jako kapłani, chrześcijanie i obywatele mamy obowiązek zerwać z tą polityczną grą. Naszym powołaniem jest stać się theou synergon – realnymi współpracownikami Boga – poprzez budowanie świata, w którym żadna kobieta nie będzie czuła się tak samotna i przerażona, by w walce o swoje przetrwanie musiałaby poświęcić życie własnego dziecka.