Jakub Nowykiw-Krzemiński
Romana Grabowska

„Ludzie z klasą potrafią wzajemnie się uszanować ponad różnicami”
Regina Lewandowska

„Nie zgadzam się z wielu pana tezami. Ale ich szanuję, jak i pana przekonania,
bo są szczere, stanowcze, również uzasadnione historycznie”
Mikołaj Konszyn

„Przed opuszczeniem starego mieszkania, gdzie spędziłeś
wiele lat, chcesz zamknąć drzwi – a ktoś mówi do ciebie:
poczekaj, jeszcze coś tu zapomniałeś …”
Ukraińska Wiedźma

To czarno-białe zdjęcie sprawia wrażenie fotografii z początku XX wieku.

Tak zapewne pomyślałbym.

Gdyby tego zdjęcia miesiąc temu nie sprezentował mi jeden z tych widocznych na nim.

Ono zrobione jednak w drugiej połowie XX wieku, w 1972 roku, sowiecką kamerą Czajka (Mewa).

Ten z lewej żył na początku XX wieku, bo urodził się w wieku XIX.

A ten z prawej w zeszłym wieku pozostał.

———————————-

Jeżeli chodzi o ironię losu, to piękne oraz bardzo sprytne określenie.

Pod skromną nazwą „los” ukrywa się bowiem największy Dowcipiarz w przyrodzie: Pan Bóg.

Zresztą On sam lubi się ukrywać w cieniu różnych przedmiotów, zdarzeń, zjawisk i określeń. A my ze swej strony udajemy niewiedzę i chętnie sugerujemy że cechą losu ironia.

Zdarza się jednak czasem, że Dowcipiarz wyjdzie z ukrycia. Wtedy mianowicie, kiedy wydarza się coś, co przypadnie Mu do gustu w sposób szczególny.

Nie jest bowiem scenarzystą.

Szanuje Swój dar – naszą wolność.

1.

– Dzień dobry, panie Czesławie!

Tego dnia po raz kolejny na prośbę kolegi, tego właśnie Czesława, zastępowałem go w pracy, konsultowałem i leczyłem chorych w prywatnym centrum rehabilitacji.

– Nie jestem Czesław, tylko Jakub, proszę pana. Ale pracujemy tutaj razem z Czesławem.

Pacjent był wysoki, szczupły, ubrany na czarno, klasyczny elegancki płaszcz. Zacnie wyglądający starszy pan. Rasowa inteligentna twarz z białą bródką w stylu zeszłych wieków, prostokątne okulary w metalowej oprawce. Świetna dykcja u tego, dla kogo słowo i retoryka są chlebem powszednim.

– O, bardzo dobrze, panie Jakubie! Czyli to pan mnie przekonsultuje?

– Tak, oczywiście. Zdjęcia MRT ma pan ze sobą?

Pacjent pospiesznie pokazał teczkę z logotypem zakładu badań MRT. No, i super. Gestem ręki zaprosiłem go do gabinetu, gdzie zwykłe konsultujemy chorych, również nowo przybyłych.

– W takim razie, proszę.

2.

Tak, owa dziwna przygoda zaczynała się zupełnie rutynowo. Zwykła konsultacja. Zwykły dla specyfiki tego centrum chory, schorzenie kręgosłupu, dyskogenne, syndrom bólowy. Codzienność.

Natomiast niecodzienną była uwaga, zaraz po tym jak zlokalizowałem chory dysk przy pomocy prostego badania klinicznego, jak to się robiło już od wieków. Jeszcze przed obejrzeniem zdjęcia MRT, gdyż było to proste nawet dla studenta IV roku studiów po wykładach z neurologii. Jednak pacjent potraktował to po swojemu:

…- pan jest geniuszem!

– Proszę pana, to proste zadanie –

– powiedziałem. Z odpowiedzią nie zwlekał:

– A czyżby? Nigdy się nie zwracałem do lekarzy!

W tym temacie zawsze mam coś do powiedzenia, nawet wiele.

– Brawa dla pana. To rozsądnie! Bo po cóż mieć do czynienia z mordercami i oszustami w białych mundurkach. Zaraz pan się o tym przekona!

Wspólny i szczery śmiech. Jeszcze nie wiedziałem, że to jest uwertura. Tym bardziej nie wiedziałem do czego właśnie to uwertura.

A samo to słowo okazało się być bliskim dla nas obu.

3.

A ściślej, to świat teatru okazał się być bliski obu nam. Pytanie o zawód i miejsce pracy jest obowiązkowe przy pierwszej wizycie chorego. Mój nowy pacjent odpowiedział jednym słowem:

– Aktor!

I podał nazwę teatru, w jakim służy. Tak, wówczas mawiali: „służę w teatrze”. Nie „pracuję” ani „gram”.

To zachęciło mnie do kolejnego pytania:

– A czy zna pan Romka Rodnickiego, reżysera?

– A jakżeby nie! Znam, nawet zagrałem u niego w „Prostym sposobie” Leskowa.

4.

Pamiętam ten spektakl Romana Rodnickiego, utalentowanego młodego reżysera, z którym napisałem wspólny dramat. Dokładniej, ilustracje dramatyczne do powieści Paulo Coelho „Weronika postanawia umrzeć”. Nazywa się „A resztę wymyślimy”, dobry wyszedł dramat. Powiedziałem o tym pacjentowi Mikołajowi Siergiejewiczowi.

Pod okularami nagły błysk zainteresowania. I nieukrywane zaskoczenie, a cóż to, lekarzyna, i nagle dramat. A to przecież jeden z moich zawodów. A dla Mikołaja Siergiejewicza teatr jedynym zawodem, jedną sprawą życia.

Tak wtedy pomyślałem.

Błędnie, jak się miało później okazać.

5.

Rosja ma w sobie to za co ją sprawiedliwie nienawidzą.

Także Rosjanie.

Resztek złudzeń w stosunku do Rosji pozbawił mnie Katyń 10 kwietnia 2010 roku.

No, i kto by pomyślał, że moje życie… no, tak, właśnie, skoryguje ten fakt że na wąskiej życiowej dróżce stanę oko w oko – z kimże?

Ze szlachcicem, narodowcem, monarchistą.

Tym rosyjskim.

Uczniem, wychowankiem, osobistym sekretarzem absolutnie wyjątkowej postaci w historii – znowuż rosyjskiej.

Szlachcica, monarchisty, narodowca – rosyjskiego. Tego, który przyjął akt abdykacji z rąk cara Mikołaja II, jednego z ojców Białego Ruchu. I jeszcze… długo by mówić. Zamieszkał, więc, w podręcznikach historii…

Tej rosyjskiej.

A jego uczeń, faktycznie przybrany syn, powiedział do mnie po przeczytaniu tej powieści:

– Nie zgadzam się z wielu pana tezami. Ale ich szanuję, jak i pana przekonania, bo są szczere, stanowcze…

Dodał:

– …również uzasadnione historycznie.

6.

Wypełniając historię choroby, poprosiłem Mikołaja Siergiejewicza o numer jego telefonu komórkowego. W odpowiedzi usłyszałem:

– A nie mam komórkowego, i nigdy nie miałem. Nie doskwiera mi też brak komputera, i internetu.

Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając równy rząd zębów. Implanty, czy własne, trudno powiedzieć.

– Pozostałem w XX wieku.

Niezbyt mnie to zdziwiło. Komórki, komputery, gadżety i sam Wielki Inet to nie tylko udogodnienia, a wręcz informacyjna oraz komunikacyjna rewolucja. Jak swego czasu wynalazek druku Johanna Gutenberga. Ale obecna rewolucja jakoś nie podnosi poziomu intelektu, wykształcenia, oświaty i kultury większości ludzi, nie uszlachetnia serc i pomysłów. Wręcz odwrotnie, na potęgę płodzi kolejnych buców, analfabetów i rzesze pospolitego buractwa, mnoży stada hejterów. No, i szczęścia jakoś szczególnie nie przyniosła ta rewolucja, pomimo ciągle rosnącej liczby i coraz wyższej jakości mądrych gadżetów. Tak uważam, mimo iż sam mam komputer, parę gadżetów od Apple (na jednym z nich piszę to wszystko, a propos), a to wszystko podłączone do światowej Sieci. Nie mówiąc o komórkowych, tych aż trzy. Wygodne, ważne, niezbędne. Ale…

Później zapytałem:

– Czy odczuwa pan spokój duszy dzięki temu że żyje pan w XX wieku?..

Pan Mikołaj skinął głową.

– Oczywiście że tak. To dodaje mi poczucie spokoju i sensu.

W tym momencie jeszcze nie wiedziałem do końca, co znaczą słowa „żyję w XX wieku”. Ale już się domyśliłem, że nie o zwykłe zacofanie chodzi…

7.

Kiedy Mikołaj Siergiejewicz dowiedział się żem Polak, od razu opowiedział o ciekawym zdarzeniu ze swego życia aktorskiego.

– …Byliśmy w Łodzi z spektaklem „Na złotym dnie” Mamina-Sybiraka, grałem tam adwokata pijaka, wiecznie nachlanego. Tam w Łodzi zawarłem znajomość z polskim aktorem. I wie pan, przyszło mi do głowy, aby wykonać pewien monolog tego wiecznie pijanego mecenasa w języku polskim, z pomocą tego aktora, poprosiłem by przetłumaczył i nauczył mnie jak to mówić. Jak pomyślałem, tak i zrobiłem! Zaś główny reżyser o tym nie wiedział, bo i po co? Ale była niespodzianka! Widzowie klaskali jak najęci, okrzykom „brawo!” nie było końca, kwiaty leciały na scenę, wyobraża pan to sobie? A po spektaklu główny reżyser do mnie: to było niepotrzebne, panie Mikołaju, nie trzeba nam polskiego! Ale mało mnie to obeszło. I nazajutrz, tak samo, po polsku! Podziw, owacje! Na pożegnalnym bankiecie też przemawiałem po polsku, taki to toast był! I oklaski, i kwiaty, i uściski! A po powrocie premii mnie za to pozbawili, ha ha ha!

Pan Mikołaj tak szczerze i wesoło się roześmiał że nie mogłem nie spytać :

– To co, czyż nie było warto? Co tam panu po premii, a takiej historii w życiorysie aktorskim za żadne pieniądze nie sposób kupić!

Odpowiedz była natychmiastowa i jednoznaczna, wypowiedziana z tą specyficzną lekkością, typową dla aktorów czasów minionych…

– No, oczywiście! Co tam premia, była i nie ma. A jakie wspomnienie pozostało!..

To wspomnienie w pierwszym dniu naszej znajomości wyglądało na jeden z zabawnych epizodów, bez jakich po prostu niemożliwe jest nie tylko aktorskie ale w ogóle jakiekolwiek twórcze życie.

Później okazało się, że ta życiowa anegdota tak naprawdę jest historyczną.

8.

Zaproponowałem panu Mikołajowi leczenie, kinezyterapię z laseroforezą, wymieniłem cenę.

Zgodził się od razu. Tylko zapytał:

– A do kiedy mam się leczyć, dopóki pieniądze się nie skończą?

Roześmiałem się, można rzec homerycznie. Wyjaśniłem, że my nie jesteśmy maszynką do wysysania pieniędzy. Teraz śmialiśmy się już w duecie.

I tak oto zaczęła się ta dziwna przygoda. Dziwna i niepojęta, jak jej Reżyser z góry. Piszę to i staram się pojąć to boskie „zadanie główne”. Znaczy: tożsame, z całym tworzonym spektaklem. Termin zaczerpnięty z teorii gry teatralnej Stanisławskiego.

9.

Ta sama teoria Stanisławskiego stała się tematem naszych z panem Mikołajem pierwszych rozmów w trakcie jego leczenia. I w ogóle wszystko co związane z teatrem. Dla mego pacjenta teatr jest zawodem. Dla mnie – zawodem jaki mógłby zostać moim. Ale nie został.

Po maturze pomyślnie zdałem egzaminy wstępne w Wyższej Szkole Teatralnej im. Borysa Szczukina w Moskwie, do klasy gdzie mistrzem był bardzo znany aktor. Pamiętam sprzeczkę z pewną dziewczyną, szczyciła się tym że grała w amatorskim teatrze, ale w tamtym sporze to ja miałem rację. Jednak długo tam nie zabawiłem, zabrałem dokumenty po tym, jak w kampusie studenckim na ul. Tryfonowskiej zobaczyłem pewne rzeczy i usłyszałem od studentów starszych roczników coś takiego, co było dla mnie nie do zaakceptowania. A konkretnie to, że homoseksualizm w tym środowisku to codzienność. Nie podobała mi się także ogromna zależność aktorskiego zawodu, bycie „farbą reżysera”. Kiedy zabierałem dokumenty, patrzyli na mnie jak na skończonego wariata, a raczej debila – na egzaminie około tysiąca osób na jedno miejsce. Ale zabrałem papiery i złożyłem do Instytutu Medycznego. Czas pozwalał, egzaminy na uczelnię aktorską były w czerwcu, a do tej medycznej w sierpniu.

Potem różnie tę decyzję oceniałem. Czasami żałowałem (co prawda, nie o tęczowej codzienności tamtego środowiska), zwłaszcza kiedy rozczarowałem się do medycyny, gdzieś na trzecim roku studiów. Chciałem ją porzucić, ale straszono mnie, że alternatywą jest wojsko.

Wtedy nie wiedziałem tego co wiem dziś, że rekrutacją do wojska zajmuje się nie tyle komisarz wojenny, co zupełnie inna Instytucja. Dlatego później trafiłem do wojska, nie na dwa lata, tylko na 16. I służba nie była bynajmniej parkietową.

Ale teatr i twórczość na zawsze pozostały pasją mojego życia. Niespodziewanie dla samego siebie zostałem dramaturgiem, pisarzem. Teraz zdarza mi się nawet słyszeć, że marnuję czas jako lekarz. Choć w zawodzie medycznym ostatnim nie jestem, też tak mówią…

Mikołaj Siergiejewicz, kiedy usłyszał o powodach, dla których scena nie została moją placówką, zauważył:

– Cóż, u nas w Szkole Studium MChATu porządki były bardziej konserwatywne, chociaż zdarzało się wszystko, oczywiście. No, nie było to pana losem, i bardzo dobrze. Pan i tak naszych spraw nie omijał, czyż nie?..

Nie, nie omijałem. I nie tylko przez kilka napisanych dramatów.

I, jak się okazało, nie ja jeden wśród lekarzy. Przyjacielem pana Mikołaja był Jurij Miszunin, lekarz z powołaniem od Boga i posiadacz wielu innych talentów. Będąc wybitnym dziecięcym anestezjologiem – reanimatologiem, doktorem habilitowanym, Miszunin był także twórcą i kierownikiem znanego w mieście studenckiego teatru Eskulap, pisał świetne skecze, także dramaty. Był dobrym, inteligentnym człowiekiem,o bardzo wyrazistej osobowości. Uratował wiele dzieci. Był, – bo dowiedziałem się od Mikołaja Siergiejewicza, że nie tak dawno Miszunin zmarł…

10.

Stanowczo uważam że bez się zainteresowania pacjentem, bez nawiązania z nim przyjaznego kontaktu leczenie może być mniej skuteczne. Leczy i uzdrawia nie tylko lek czy aparat, zabieg itp. A raczej nie one przede wszystkim. Jeśli nie ma nici porozumienia między tobą i chorym, cały arsenał medyczny jest bezradny. Bez podłączenia do internetu przez wi-fi czy kable nie wyślesz maila. Tym wi-fi czy kablem jest obcowanie z człowiekiem, rozmowa z nim na tematy życiowe.

Dla mnie i pana Mikołaja tym tematem jest teatr. Dla mnie jako dramaturga, dla niego jako aktora.

Mikołaj Siergiejewicz opowiedział mi o reżyserze Romku Rodnickim, który jeździ od jednego teatru prowincjalnego do drugiego. Typowy los utalentowanego, i nie tylko w Rosji. Chociaż tak jaskiniowo jak w Rosji ta sprawa nigdzie indziej na świecie nie wygląda. Może że w Afryce. Wiem bo jeżdżąc po świecie, między innymi byłem też w Afryce.

Poruszaliśmy nie tylko tak ponure tematy, a generalnie takie najrzadziej. Przypadki z życia teatralnego pana Mikołaja niezmiennie wyzwalały u mnie ataki śmiechu.

– …Gra Zołotuchin rolę Pawła Własowa w „Matce” Gorkiego. A tam takie słowa są: „Nie ma Ruskich, Żydów, Polaków i Niemców, są bogaci i biedni”. To cóż, wyszedł Zołotuchin na scenę, trochę „wczorajszy”, i mówi: „…Nie ma Żydów… Żydów… Żydów… i Żydów. Są bogaci i biedni Żydzi!”.

Nawet pisząc to, roześmiałem się.

11.

– Śmiech śmiechem – powiedziałem – ale boję się nawet wyobrazić sobie, co po tym monologu zrobił z nim Lubimow…

Juri Lubimow, jego już nie ma. Był założycielem i głównym reżyserem, legendarnego Teatru na Tagance w Moskwie.

– U! Ten to nie znał sentymentów. Okrutny to był człowiek… Nie miał litości, i wcale nie wynikało to z konsekwentnego dążenia ku doskonałości, tylko z czystego sadyzmu. Mistrzem był wielkim, ale jego narcyzm i sadyzm dominowały…

Cóż, nie on jeden. Andriej Gonczarow, główny reżyser moskiewskiego Teatru Majakowskiego, a przed tym innych prowadzących teatrów Moskwy, też był znany bynajmniej nie z miłosierdzia. Nie jednego aktora, nie jednego reżysera doprowadził do wylewu czy zawalu. Nie jednemu wydał bilet wilczy, a dla aktora to śmierć. Alkoholowe czy narkotyczne zamroczenie, może miesiąc, może dziesięć lat. Potem wczesny grób, któremu towarzyszyły złośliwe komentarze i cichy pogrzeb.

Temu zawodowi obca jest litość. Z małymi wyjątkami.

– Ale Leonow zwyciężył, czyż nie, Mikołaju Siergiejewiczu?

Mikołaj Siergiejewicz wysoko podniósł brwi, po czym przytaknął, i powiedział swoim wyraźnym, dobrze ustawionym scenicznym głosem:

– …No, tak! Jego talent zwyciężył, ale jak on zmarł? Czy pan pamięta?

Tak, pamiętam. Genialny rosyjski aktor teatralny i filmowy, mistrz szerokiego spektrum wcieleń, wspaniały człowiek, rzadki przykład kryształowej uczciwości w teatralnym środowisku, nigdy nie zniżający się do pochlebstw wobec reżyserów i w ogóle żadnych mocarzy, szczerze lubiany przez miliony, uwielbiających go nie tylko w jego kraju, Jewheni Leonow przeżył śmierć kliniczną w czasie wyjazdu ze spektaklami do Niemiec. Zawał, szok kardiogenny. Przeżył, ale niedługo po tym doznał powtórnego zawału. Ostatniego. Przez ciężki zawód, w jakim nie oszczędzał siebie, po drugie. Przez permanentną bezlitosną wojnę podjazdową, zazdrość, zawiść i nienawiść po pierwsze. Nie on pierwszy, nie on ostatni.

12.

– …Ot, Leonow nie poddał się typażowi…

Pan Mikołaj miał rację. „Typaż”, główny wróg każdego aktora, zwłaszcza tego utalentowanego. Jedna pomyślna rola, jaka się przykleja do końca życia. A propos, istnieje eisensteinowska koncepcja „typażu”, polega na doborze wykonawców o powierzchownościach sugerujących przynależność do określonych grup społecznych.

Jeden po mistrzowsku stworzony obraz zostaje tą samą maską Marcela Marceau, z tego skeczu Wielkiego Mistrza Pantomimy, gdzie zmienia on ruchami dłoni mnóstwo masek, z których ostatnia tak przyrosła do twarzy że jej nie da się zedrzeć nawet paznokciami.

Taką ostatnią maską dla aktora od Boga Spartaka Miszulina z moskiewskiego Teatru Satyry został „pan dyrektor” z „Knajpy 13 krzeseł”, głupiej sowieckiej parodii na nas i nasz kraj. To go męczyło do samej śmierci. Sytuacji nie uratował nawet słynny Said z kultowego „Białego słońca pustyni”. Dożywotni „pan dyrektor”. A dla większości i po przejściu na tamten świat.

Zresztą byli i tacy, którzy akceptowali ten „typaż”, był traktowany jako furtka do prestiżu, tytułów, pieniędzy. Na początku był akceptowany. Ale brak samorealizacji w zawodzie robił swoje. No, i co też typowe, alkohol, narkotyki, depresja…

Jewhenija Leonowa ów kielich omijał. A tak naprawdę, on sam omijał ten kielich za cenę piekielnych wysiłków i wczesnej śmierci. Cóż, przynajmniej wywalczył wolność, jaka nigdy się nie kojarzyła z tym ich scenicznym zawodem.

13.

Nie sposób ten temat pominąć, kiedy rozmawiamy o tym trudnym, ale wymarzonym przez wielu zawodzie:

– …przecież w żadnym innym zawodzie nie ma takiego ostrego podziału na stołecznych i prowincjalnych, jak w aktorskim? Czyż nie prawda, Mikołaju Siergiejewiczu?

Pan Mikołaj potwierdził. Z wielką, nieukrywaną przykrością.

– Niestety, panie Jakubie. Tak było za sowieckich czasów, i wcześniej, tak jest i teraz, niestety. A czy wie pan, że za sowietów skierowanie do teatru miejskiego było wyrokiem? Z obwodowego jeszcze można było jakoś się wyrwać. A z miejskiego, prawie niemożliwe!

Nie, o tym nie wiedziałem. Poprosiłem, więc, o konkrety. Pan Mikołaj chętnie wyjaśnił, leżąc na czerwonym funkcjonalnym stole norweskiego rehabilitacyjnego zestawu Red Cord (stół, nawiasem mówiąc, polski):

– Teatr obwodowy to jednak państwowy, znajduje się w centrum obwodowym, należy do Ministerstwa Kultury. A miejski jest municypalnym, jak prawidło jest w jakimś centrum gminnym. No, i sam pan rozumie…

Cóż, jasne. Nie tylko z takiego na pół wiejskiego teatrzyku nie da się trafić na „wielką scenę”. Z obwodowego to też sztuka. A może i wręcz niemożliwe.

„Dynastie”…

14.

One, „dynastie”, a dokładniej nepotyzm i protekcjonizm w sterze twórczej to straszna choroba. Niszczy bowiem w pień wszystko co utalentowane, na rzecz miernot, żon, dzieci, kochanek – także kochanków – bonzów teatru, kina, sztuki pięknej i całej reszty.

W tej rozmowie wspomniałem Siergieja Sołowiowa, reżysera filmowego. Nakręcił on film Anna Karenina, w głównej roli żona (czasami była), kompozytorem córka, ta to zawsze przy tacie, pomimo że spieprzyła z niebezpiecznej Moskwy do Niemiec (także już zresztą nie cichych, Allah przecież jest akbar). Ot, i pytają się tego mistrza: czy nie ma nikogo bardziej obdarzonego talentami od twej żony i córki? A on na to: mamy tradycję rodzinną, przecież jak wiecie, są dynastie, na przykład hutników, dlaczego więc nie powinna być owa tradycja kontynuowana w rodzinach filmowców?

Cudna odpowiedź, bardzo chciałbym zobaczyć żonę pana reżysera przy piecu hutniczym, jest z rodziny małomiasteczkowych Żydów, którzy dalej niż stołeczne sowieckich resorty nie odbiegali w dziedzicznych tradycjach. Także córkę chętnie bym zobaczył, nie mówiąc o samym głównym hutniku.

A z córką to też bardzo ciekawa sprawa. Kiedy usłyszałem muzykę do tej dynastycznej Anny Kareniny, odruchowo krzyknąłem:

– Tóż to Kuriochin, jasna cholera!!

Tak, Sergiej Kuriochin, kompozytor z Sankt-Petersburgu, a wcześniej Leningradu. Mistrz muzyki awangardy i undergroundu światowej sławy, obecnie już nie żyje. Zmarł w 1996-m na rzadkie schorzenie onkologiczne, sarkoma serca. Jego śmierć była straszna, w wielkich mękach. A był obecny przy tym okropnym zgonie stary przyjaciel oraz imiennik konającego, Sołowiow. Zaś nieszczęsny Kuriochin posiadał wiele nieznanych, nieupublicznionych utworów.

Nie mam twardych dowodów na to, że córeczka wzmiankowanych wyżej ogrzała nie bardzo hutnicze łapska o spa-manikiurze na owocach geniusza zmarłej gwiazdy awangardy i undergroundu. Ale nawet ich nie potrzebowałem, słuch wszakże mam dobry. I nie ja jeden.

No, dynastia, cóż zrobisz.

Tylko reszta utalentowanych chłopców i dziewcząt przez te „dynastie” od siedmiu boleści, ze swego talentu guzik mają, i to delikatnie mówiąc. A z nimi kino, teatr, literatura, dziennikarstwo, no i dalej według listy.

Pan Mikołaj, kiedy przywołałem nazwisko Kuriochina, zareagował natychmiast.

– Znam, no, oczywiście. On uczył się w Konserwatorium z moją siostrą…

I dodał:

– Emil Horowitz, pianista, pewnego razu powiedział: „W muzyce i na ogól w sferze twórczej osiągnąć coś znaczącego można tylko i wyłącznie należąc do mafii żydowskiej lub mafii gejowskiej. Mam szczęście: należę do obu!”.

Śmiech był szczery, głośny, wspólny.

15.

Kwestia dynastii pojawiła się jeszcze, w innym kontekście.

– Czy zauważył pan, panie Jakubie, że w otoczeniu Nikity Michałkowa nie ma nikogo innego oprócz gejów i osób biseksualnych?..

Pytanie Mikołaja Siergiejewicza było jak najbardziej uzasadnione. Dlatego przytaknąłem:

– Oczywiście, i dodam, że nic dziwnego w tym nie widzę. Michałkow reklamuje siebie jako brutalnego macho i tradycjonalistę, zaś realnie jawi się jako zwykły pederasta. A machizm jest typowy dla sodomitów, chyba pan wie…

Chciałem dodać: oraz dla państw i krajów lubujących się w pederastii. Ale nie dodałem. Zwykłe dorzucam i po prostu mówię takie prawdy o Rosji. Ale tym razem nie chciałem sprawić przykrość współrozmówcy, rozumiałem że ten jest rosyjskim patriotą.

Dziwne… Dotychczas nigdy nie przepuszczałem okazji dla powiedzenia najgorszych, bo prawdziwych opinii o Rosji. Szczególnie w obecności rosyjskich patriotów. Nigdy nie odmawiałem sobie skonstatowania ponurej prawdy o przyszłości Rosji, a konkretnie jej rozpadu, na jaki ona w pełni zasługuje, będąc odwiecznym zaborcą i katem narodów, zaczynając od mojego.

A teraz pohamowałem się, dlaczegoż?..

Kiedy już później rozmawialiśmy o Katarzynie II, powiedziałem na początku, jak zawsze, „Kaćka”. A prawdę mówiąc, dodawałem jeszcze „k…a szkopska”. A tym razem…

– …przepraszam, Katarzyna. Pan przecież jest monarchistą…

Pan Mikołaj podniósł głowę z czerwonego miękkiego podgłówka funkcjonalnego polskiego stołu i uśmiechnął się.

16.

W czasie tych „teatralnych rozmów” nie zauważyłem jeszcze niczego szczególnego, co wyróżniało by nasze kontakty od zwykłego obcowania, zwolennikiem jakiego jestem przy pracy z pacjentami. Tym bardziej z pacjentem zawodowo zaangażowanym w sprawie, jaka, szczerze mówiąc, jest jedną z moich dawnych pasji. Po prostu bardzo interesujące dla mnie rzeczy opowiadał pan Mikołaj, absolwent Szkoły Studium przy Teatrze MChaT, ojczyzny teorii – i praktyki – Konstantego Stanisławskiego, prawdziwego rewolucjonisty w historii teatru. Ta teoria i praktyka po dziś dzień króluje w wielu ogólnie znanych na świecie teatrach, w wielu krajach. Nawet w Hollywoodzie.

Mistrzem pana Mikołaja był bezpośredni uczeń Stanisławskiego oraz jego sprzymierzeńca i przyjaciela Włodzimierza Niemirowicza-Danczenki, znany aktor Paweł Massalski. Jeden z patriarchów Teatru MChaT. Arystokrata w każdym rozumieniu, zaczynając od wąsików modnych na początku XX wieku, stroju, do stylu życia i sposobu bycia. Nosił krawatkę, jaką sprezentował mu, podobnie jak innym aktorom, sam Stanisławski…

– O! w Massalskim były zakochane wszystkie nasze studentki z kursu! Wygląd, maniery, garnitury… Wykształcenie encyklopedyczne, a to wśród aktorów zjawisko nie tak częste…

Tak, prawda. A wśród dzisiejszych to w ogóle rewelacja.

– Mikołaju Siergiejewiczu, słyszałem że Massalski był także wspaniałym pedagogiem?

Widać było, że ten temat był bliski mojemu rozmówcy, i pan Mikołaj miał bardzo dużo do powiedzenia, i na dodatek sprawiało mu to nieukrywaną przyjemność.

– Pedagog z najlepszych! Jedno słowo: mistrz! Umiał przekazać to co posiadał, a posiadał mistrzostwo aktorskie zupełnie wyjątkowe. No, i czyim uczniem był, to pan wie. Taka szkoła musi zaowocować, a kiedy jeszcze uczeń o takich wrodzonych zdolnościach…

Nie mogłem nie dodać do tych słów:

– …Też nie został niewolnikiem „typażu”. Zagrał w filmie „Cyrk” u Aleksandrowa drania rasistę, a ten obraz jakoś się do niego nie przykleił. Może Aleksandrow tą rolą go uratował przed losem „aktora typażowego”, przecież tyle wysiłków podjął Massalski by w następnych rolach nie powtarzać tego rasisty, zrozumiał że to rola propagandowa, i dlatego niesie ryzyko…

Uczeń Massalskiego nie zaprzeczył.

Bardzo możliwe. Po „Cyrku” zagrał pospolitego złodzieja Montparnasa w „Gawroszu”. A przecież, w tej roli, w porównaniu z „Cyrkiem”, to nie ten Massalski, który nas uczył, jakiego widziałem na scenie. I nie o wiek chodzi, nie o doświadczenie. Raczej o ogrom talentu… Najbogatsze spektrum, a do tego umiejętności pedagogiczne, no, po prostu od Boga. Takie w sobie skojarzył, arystokratyczne obycie nie byle jakie – a prosty był w kontaktach z ludźmi, o godności dygnitarza, siła tuza teatru, – lecz zero snobizmu, słownictwo wyszukane, a jednocześnie na puryzm nie cierpiał. Nie, nie przeklinał, ale soczystej mowy potrafił użyć, literackiej zresztą…

Pan Mikołaj roześmiał się, przypomniał sobie coś innego.

– Wie pan, między repetycjami wychodziliśmy z chłopakami na papierosa. Widzimy: podchodzi do nas Włodzimierz Wysocki. A nas to nie obchodzi, żaden z nas do niego się nie zwracał. No, gwiazdor wielki jest, to co, sami już mistrzami jesteśmy, dwadzieścia z czymś tam mamy, i czart nam nie brat!..

Śmiech Mikołaja Siergiejewicza wręcz zaraźliwy. Był po browarku, widać było, że jest miłośnikiem tego napoju.

– …palimy, i Wysocki sobie popala, tak trochę z boku stoi. Przerwa się skończy, my do sali repetycyjnej, a Wysocki za nami w ogonku. Usiadł sobie skromnie, z tyłu, my na scenie, on z sali obserwuje, jak gramy. A Massalski też na sali, kieruje repetycją. Wtem Massalskiemu coś się nie spodobało: „Stój, stój! Pijaka grasz, nachlanego, a jak poruszasz się po scenie? Jak kapral na defiladzie! Wyprostowany, kroki sztywne. No? A mówisz? Jak Demostenes jakiś tam…”. I wtem do Wysockiego: „Włodziu! Ile byś wódki musiał wypić, jakbyś zechciał to wiarygodnie zagrać?!”. A Wysocki tak cichuteńko: „No, nie wiem, Pawle Władimirowiczu… Może jakieś… dwa kielichy”. Massalski do studenta: „A grasz, niby wypiłeś jeden kielich!”. Był Wysocki już w tym momencie znany przez miliony, gwiazda pierwszego rzędu, na spektakle z nim, na koncerty biletów nawet za wielkie pieniądze nie można było kupić, kolejki dłuższe od tych do mauzoleum, przepełnione sale – a tutaj tak nieśmiało mówił, jak zielony student… Szanował przecież Massalskiego bezgranicznie, był jego uczniem… Jednym z uczniów.

I żeby podkreślić, dodał:

Gribow Aleksiej Mikołajewicz, też przecież tuz i patriarcha we MChATu był, – a pedagog kiepski. Kursy Gribowa znane były pod nazwą: pechowe. Powie: graj tak i owak. A co, po co, szkolić w cierpliwości, – tego zwyczajnie nie potrafił.

17.

Chodziło nam o Moskwę, której już nie ma i nigdy nie będzie. Którą wszakże pamiętamy obaj.

To była metropolia, stolica imperium zła. Dzisiaj to wiocha z metrem, ta dzika, zbrodnicza, allahowa. Źródło i ognisko światowych wojen. Była tym zawsze i pozostała do dziś. 1 i 17 września 1939 roku, 10 kwietnia 1940 i 2010 roku, – to wszystko z Moskwy. Chociaż Moskwa tylko oprawcą…

Kiedyś londyńscy fartuchowi klienci tych wszystkich i wielu innych masakr, tragedii, zbrodni i krwawych wojen z milionami ofiar, na czele z Rothschildami i Rockefellerami postanowili zmienić imperium Romanowów na imperium sowieckie.

Trzy lata Piotrogród i Moskwa były opustoszałe, od 1917 roku po 1921. Wyrżnięta, zakatowana, umęczona i wystrzelana została praktycznie cała ludność tych dwóch stołecznych miast. Motłoch lumpowski i bandycki chadzał z nożami, siekierami, pałami, karabinami po ulicach, po domach i mieszkaniach, po pałacach i ubogich budach. Zabijali wszystkich. Szlachtę i robotników, kupców i lekarzy, inżynierów i właścicieli restauracji, nie oszczędzając nawet akuszerek i nauczycieli, handlarzy i profesorów. Kobiety, starców, dzieci. Wszystkich. Trupy słały się przerażającym dywanem w mieszkaniach, domach, czy wprost na ulicach, pływały w rzekach Newie i Fontance. Katownie CzeKa tonęły we krwi po sufit, kaci pracowali bez wytchnienia, całodobowo, bez przerwy.

Właśnie wtedy powstały tak zwane „komunalne mieszkania”. Nie przez brak mieszkań, tych były tysiące, także domów, które stały puste, osierocone. Ludzie, którzy z różnych przyczyn nie mogli uciec z Piotrogrodu i Moskwy, bali się o swe życie, zagrożeni przez lumpów i łobuzów, morderców, maruderów, pogromców. Zbierali się po kilka rodzin w jednym mieszkaniu, z bronią, z ogromnymi psami, te były wtedy na wagę złota. Brak mieszkań był później, kiedy bolszewickie władze w 1921 roku masowo przesiedlały do dwóch stolic lumpowski motłoch z wioch (wiejskich gospodarzy też zdążyli wymordować). Dołączyli, więc, do lumpów miejskich.

Lumpy przywłaszczyły sobie nie tylko mienie, również dokumenty ofiar dzikiego bestialstwa. Pozmieniali imiona, nazwiska. Ich samych wystrzelał już w latach 30-tych – 40-tych wspólnik i jeden z prowodyrów towarzysz Stalin. Bo wiedział, jak bardzo są niebezpieczni, sam przecież był jednym z nich.

Terror w sowieckim imperium był permanentny, nigdy nie ustawał. W efekcie zmienił się wizerunek nie tylko Piotrogrodu czy Sankt Petersburgu oraz Moskwy. Lumpy i łobuzy zostali gospodarzami i wizytówką całego kraju.

Jednak, nawet takiemu nieludzkiemu imperium nie udało się zniszczyć wszystkich zdolnych do budowania i tworzenia. A zresztą, nawet i nie stawiano przed sobą takiego zadania. Ktoś musi przecież budować, tworzyć, produkować, choćby broń, bomby i rakiety dla lumpów państwowych. Zajmować się nauką i edukacją, tą wyższą – pod kontrolą lumpów. Służyć ku rozrywce rządzących lumpów. Mamić kraj i świat dobrymi utworami literackimi, poezją, filmami, muzyką, spektaklami, baletami Wielkiego Teatru – tkwiąc w błędnym przekonaniu, że nikogo i w żaden sposób nie oszukują. Czy raczej tworząc pozory takiego mniemania…

Nie wszyscy z nich byli sprzedajnymi oszustami, judaszami, kłamcami, karierowiczami, intrygantami. Nie wszyscy mieli złe intencje. Dobry utwór ze złymi intencjami to rzecz niemożliwa. Istnieli, więc, w jednym z ognisk światowego zła. Tworzyli, tacy jakimi byli, tak jak dyktowało im serce. Jak na przykład aktor Jewgienij Leonow. Jak inny aktor i pedagog Paweł Massalski, jego uczeń Włodzimierz Wysocki. Jak reżyser filmowy Eldar Riazanow, kompozytor Mikael Tariwerdiew, poeci Andriej Wozniesieński, Robert Rożdestwieński, Bella Achmadullina, pisarz Bazyli Aksionow. Jak mój mniej znany ogółowi pacjent i współrozmówca aktor Mikołaj Konszyn…

Jego ojciec, jak i większość z tych którzy przeżyli liczne, kolejne fale terroru, wylądował w GUŁAGU, a po łagrowej katordze na 101-m kilometrze. Czyli: nie miał prawa mieszkać bliżej niż 100 km od stolic i wielkich miast. Jak i reszta takich „wrogów narodu”. W ten sposób same stolice i wielkie miasta zostały 101-m kilometrem, tym prawdziwym, lumpowskim, kryminalnym, zacofanym, jaskiniowym.

W 1991-m ponieśli i wilka. Rothschildowie i Rockefellerowie ograniczyli sowieckie imperium do terrorystycznego złodziejskiego państewka na czele z trzecim – czwartym pokoleniem tych lumpów, morderców, maruderów i bandytów, jacy chadzali z siekierami i pałami po piotrogrodzkich i moskiewskich mieszkaniach i pałacach – oraz „kucharek, jakie mogą rządzić państwem” według Lenina. Zaś Moskwa i Sankt-Petersburg ostatecznie stały się wiochami czy islamskimi kiszlakami z metrem.

Lecz my z panem Mikołajem pamiętamy inną Moskwę, metropolię i stolicę sowieckiego imperium, pełnego lumpów od szczytu do dołu. Jednak z tymi, nielicznymi co prawda, budującymi i tworzącymi.

Tacy byli naszymi, moimi i pana Mikołaja, mistrzami.

18.

Czasy tych naszych mistrzów odeszły razem z nimi. Ich miejsce zajęli… no, właśnie, lumpy. A z nich składa się już nie większość, ale zdecydowana większość społeczeństwa Rosji. Poziom poparcia arcylumpa Putina: 85%. A tak naprawdę, to wyrok.

Mikołaj Siergiejewicz opowiedział o przygodach jednego takiego z tych obecnych. Siergiej Garmasz, bardzo znany aktor teatralny i filmowy „nowej Rosji”.

– …wracał z Mińska do Moskwy, odwiedził Smoleńsk, zatelefonował do mnie, wszak jesteśmy znajomymi. Przychodzę do restauracji „Centralna” – a on tam sam siedzi, nikogo więcej nie ma, przed nim na stole butelka koniaku, i to nie pierwsza. Wywołał awanturę z milicjantami, z wielkim trudem udało się go za łapówkę uwolnić. A miał jechać na imprezę premiowania konkursu telewizyjnego Nika. „Nic mi tam nie dadzą, pozostanę tutaj!” – krzyczał. Kupiłem mu bilet, a przed odjazdem pociągu ten znowu pędzi do dworcowej restauracji… Tam jeszcze narąbał się, ja już się modlę w myślach, oby odjechał z Bogiem… No, czas wsiadać do mińskiego pociągu, na Mińsk, tam był zaangażowany w seriale Kamieńska – a ten nie chce! Bo premię nie dadzą! Ile wysiłku kosztowało mnie, by go wreszcie wsadzić do tego pociągu… W domu późnym wieczorem oglądam w telewizorze tę Nikę – w pewnej kategorii nominacji ogłaszają: Siergiej Garmasz! „Gdzie on jest? Dlaczego go tu nie ma?” – pytają ze sceny. A ja siedzę i umieram z chichotu. Wiem przecież dlaczego…

Uśmiech nagle znika z twarzy pana Mikołaja.

– …Za parę latek znowu pojawił się w Smoleńsku. Na festiwal filmowy przyjechał. Witali go jak króla, no, taki gwiazdor… Ale tym razem nie zatelefonował. Kiedy się spotkaliśmy na tym festiwalu, – dwa słowa, „cześć – do zobaczenia”, i tyle. Już wysoko nosa zadzierał, no, to co, bywa.

Wzruszył ramionami, nic nadzwyczajnego. W ramach i limitach ich mentalności i obyczajów.

„Ich”, hm… Na wspaniałych rodzimych salonach też takiego asortymentu bynajmniej nie brakuje, czyż nie, panie towarzyszu Olbrychski? Wieczna „wczorajszość” a la Kwaśniewski, pijackie jazdy w poczuciu bycia „świętą krową”, – a to jeszcze nie najgorsze, sądząc po perełkach takich kodowskich trefnisiów i dowcipnisiów, jak Maciej Stuhr…

Pozostaje jedno pytanie, kto kurką, a kto jajkiem. Przecież nie przypadkowo wzmiankowanego pana Garmasza tak ochoczo zaangażował stary esbecki salonowiec Andrzej Wajda w swym sprytnym filmiku na straszny temat Katynia (kuriozalnym jest to że właśnie pan Mikołaj tłumaczy za kadrem to co mówi sam Wajda w nowym filmie dokumentalnym na rosyjskim kanale telewizji Kultura). Przebiegła rólka „innego Rosjanina”, ukłon swym prowadzącym.

Ci „inni”, jeden z punktów moich rozmyśleń w trakcie pisania tego wszystkiego.

19.

A czy „inni”?..

W tym dniu Mikołaj Siergiejewicz poprosił mnie o przełożenie jego kolejnej wizyty w Centrum z piątku na poniedziałek.

– W piątki pracuję, proszę pana.

Przeniosłem wizytę na poniedziałek, zapisałem to w recepcji.

– Kogoż pan ma zagrać? Czyżby znowu Dziada Mroza?

Pan Mikołaj grał tego absurdalnego Dziada w spektaklu „Morozko”, chociaż od Sylwestra minęło już sporo czasu. „No, przedłużę im nastrój sylwestrowy” – mawiał ze śmiechem. On, a propos, lubi się pośmiać. I tym razem odpowiadał z uśmiechem spod starannie podstrzyżonych siwych wąsów, i takiej samej staromodnej siwej bródki:

– Nie, nie, nie Dziad Mróz. Będę spikerem!

To mnie zaintrygowało, cóż to ma zapowiadać, zapytałem o konkrety.

I usłyszałem w odpowiedzi:

– To na wiecu pod ratuszem się odbędzie. Z okazji przyłączenia Krymu do Rosji.

Jeślibym to usłyszał nie od Mikołaja Siergiejewicza, a od kogo innego, pogoniłbym bez wahań w diabła. Nie jestem fanatykiem Przysięgi Hipokratesa. Medycyna jest tylko jednym z mych zawodów. A po przeczytaniu Raportu pani poseł Małgorzaty Gosiewskiej o wojennych zbrodniach moskalskich bestii na Donbasie w nastroju byłem szczególnym. Zwłaszcza, że w tej kwestii nie znam kompromisów.

– Czy pan nie rozumie tego, że to hitleryzm? To tak samo jak hitlerowski Anschluss Austrii czy aneksja Sudetów…

Skądże miałem wiedzieć, że mówię to do osoby, czyjej mistrz publicznie witał i chwalił Anschluss, również aneksję Sudetów, w dziennikach, czasopismach i książkach, jak i w przemówieniach. Także Hitlera (co do niego, pochwały póżniej zmieniły się w przeklęcia) i Mussoliniego.
A mistrzem tym nie był Massalski…

– …pan wie czym to się zakończyło dla Hitlera i Niemiec. Z Sudetów przyszło spieprzać z walizkami, kopniakami ich wypieprzali. Z Krymu też przyjdzie wiać, z Donbasu też. Potem – Trybunał. Dla wszystkich, proszę pana. Po co pan „autoryzuje” swoim udziałem w tej szopce wojenne zbrodnie i wspiera zbrodniarzy, chce pan zostać jednym z ewentualnych oskarżonych?

Mikołaj Siergiejewicz wzruszył ramionami, kładąc się na polskim stole z norweskiego zestawu do kinezyterapii.

– Toż to Chruszczow sprezentował Krym Ukrainie, a teraz powrócili…

Przygotowując pacjenta do kolejnego etapu rehabilitacji, powiedziałem:

– Mikołaju Siergiejewiczu… Proszę mi wierzyć, nie chciał bym wchodzić w próżne dyskusje historyczne, przecież poruszamy się obaj w tematach, w jakich chyba z nikim innym nie jest to możliwe, przynajmniej tu w Smoleńsku…

Tak, to co tu opisuję, odbywa w Smoleńsku.

– …opowiem tylko panu, jak byłem w Sachsenhausen. Jak pan wie, ten obóz zagłady był pod samym Berlinem. Dla vipowskich klientów, używając współczesnego języka. Bandera, syn Stalina… Tam jest taka uliczka, bardzo piękna, na niej przytulne kotedżyki z końca XIX wieku, jak z obrazków, drzewa, kwiatki, trawniczki. Na płotach drut kolczasty, z tego samego Sachsenhausen, tylko już z Memoriału obecnego, a wcześniej i z obozu, potem się o tym dowiedziałem, od jednego z mieszkańców. Uliczka ślepa, na końcu mur i komin gigantyczny. Straszny to widok…

Mikołaj Siergiejewicz słuchał uważnie, w milczeniu, leżąc twarzą w dół na czerwonym funkcjonalnym stole wykonanym w Polsce.

…jak już powiedziałem, udało się mi porozmawiać z jednym mieszkańcem kotedżyku na tej uliczce z obozem zagłady na jej końcu. W czasie Drugiej Wojny Światowej był on małym dzieckiem, mieszkał tutaj z rodzicami, a dom odziedziczył po nich w spadku. Pytam się: czy nie zastanawialiście się co to za komin ogromny na końcu ulicy, co to za mur wysoki, dlaczego drut kolczasty, co tam w ogóle jest? On na to: „a po cóż by to nam było, jest jak jest, tak ma być, i tyle. Jednak potem zaczęliśmy dociekać…”. Pytam się: po skapitulowaniu Wehrmachtu? On: „nie, wcześniej. Kiedy zaczęli nas bombardować Anglicy i Amerykanie, ich „fortece latające”. Kiedy pierwsza bomba na naszej ulicy eksplodowała, straszne to było”. Niech pan powie, panie Mikołaju, po co dążyć ich szlakiem? Jedna rzecz to miejscowa łobuzeria, lumpy, śmiecie, chamy, buraki, ale pan?..

…Wstając ze stołu, Mikołaj Siergiejewicz wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

– Wie pan, tam mnie nawet na scenie nie będzie, na tym wiecu, tylko mój głos. A przecież już od dziesiątek lat byłem tym spikerem, na wszystkich demonstracjach, defiladach, za czasów Związku Radzieckiego i później. Ot, w maju 1991-go była ostatnia pierwsze-majowa demonstracja, już wielu wiedziało, że KPZR się kończy. A urzędasy pierwsze wiedziały. Cóż, przyszedłem tam zapowiadać program w dobrym duchu i nastroju…

No, to typowo po aktorsku, dobry duch, a zwykle wywołany browarem czy czymś mocniejszym. Po raz pierwszy w tym dniu uśmiechnąłem się.

– …no, i powiedziałem do urzędasów przed końcem demonstracji: ot, teraz zawołam: niech żyje komunistyczna partia! Ci rękami zamachali: zwariowałeś, zabraniamy, w żaden sposób! A ja patrzę, idzie przez plac Lenina obok trybuny ostatnia kolumna, gmina Smoleńska, wieśniaki, po samogonce, z harmoszkami. To zawołałem donośnie do mikrofonu: niech żyje komunistyczna partia Związku Sowieckiego!!!

Z recepcji przybiegła zaniepokojona pielęgniarka, uspokoiłem ją, wróciła na swoje miejsce. Pan Mikołaj był zadowolony z efektu wywołanego swoim scenicznym głosem, donośnym bez różnych tam mikrofonów:

– …a tamci z wioch, jak jeden mąż: hurra!..

To hurra brzmiało już dużo ciszej, nie tak potężnie, jak na placu Lenina.

– …a za chwilę zobaczyłem: jestem na trybunie sam! Uciekły mi urzędasy!

Nasz wspólny śmiech znaczył jedno: po tysiąckroć gnuśny swoją istotą oraz aktualnością temat kremlowskiej agresji i okupacji nie jest w stanie zepsuć naszego obcowania. Bo jest coś, co dominuje w naszych sercach i głowach. I to nie tylko teatr…

20.

W poniedziałek przywitaliśmy się ciepło:

– Witam pana, panie Jakubie!

– Witam, panie Mikołaju! To co, pięć minut hańby, i po sprawie?

Oczywiście, miałem na uwadze ten przeklęty wiec. Pan Mikołaj roześmiał się i machnął ręką.

– Jużem o tym zapomniał. Drobiazg!

Ten przykład uliczki w Sachsenhausen pod Berlinem wydawałby się tutaj swoistym i pasującym. Dla Rosji to tak. A dla mego pacjenta… Dziwna rzecz, coś mi nie pozwalało łączyć go z resztą mieszkańców tego zbrodniczego kraju. Nie wiedziałem jeszcze, co to było dokładnie. Nawet teraz nie wiem do końca…

A wtedy powiedziałem:

– Pan należy do jakiejś tak specyficznej kategorii, że ta odbywająca się piekielna zabójcza ohyda i brzydota jakoś pana nie dotyczy. I nie tylko dlatego, że jest pan aktorem…

Odpowiedzią był znowu uśmiech, któremu towarzyszyły słowa:

– Wie pan co? Moja lewa noga boli mniej. Już lepiej chodzę, również po schodach. Działa!..

– A to tak zwany „środkowy efekt”, panie Mikołaju, środkowy etap leczenia. Początkowy już był. Dążymy, więc, do końcowego.

Odpowiedzią na moją propozycje było waleczne:

– Naprzód!

21.

Następnego dnia pan Mikołaj przyszedł do Centrum w wyjątkowo dobrym stanie ducha i nastroju. Przyczynę owych, napoczętą małą buteleczkę piwa, trzymał w prawej dłoni.

– Przyszedłem wcześniej, jak zawsze! –

– ogłosił.

I rzeczywiście, nigdy nie przychodził później, niż kwadrans przed wyznaczonym czasem. To cecha zawodowa, swego czasu sam Stanisławski kazał przychodzić o kwadrans wcześniej na repetycje.

Ale tym razem, z trudem opanowując śmiech zauważyłem:

– Pan czas poplątał, miał pan przyjść godzinę wcześniej.

Usłyszawszy to, Mikołaj Siergiejewicz z niezwykłą pasją pokutującego, bo niegodnego miana wychowanka szkoły wielkiego Stanisławskiego, jaki bezczelnie naruszył jej święte postulaty, zawołał:

– Capem jestem!! Ale idiota ze mnie! Jak mogłem się tak pomylić! Hańba!

Pocieszyłem natychmiast delikwenta, tak żarliwie wyznającego „mea culpa”:

– Co też pan wygaduje, aż cap, na Boga! Każdemu się takie pomyłki zdarzają, nic takiego, żadna tragedia.

Nie przestając siebie karcić i obrzucać, mniej i bardziej wymyślnymi epitetami, pan Mikołaj wszedł z ganku do Centrum, zaczepił przy tym czubkiem czarnego buta o mały próg, a z tej przykrej okazji powiedział swym świetnie ustawionym aktorskim głosem:

– Kurwa!

Po czym postawił swą buteleczkę na białą kanapkę. Zabrałem ją stamtąd i umieściłem obok kulera z wodą. Wieszając czarny płaszcz na wieszaku w szafce, pan Mikołaj ostrzegł:

– Ta butelka państwa skompromituje! Cóż na ten rekwizyt powiedzą chorzy?..

Uspokoiłem go słowami, że nas już nic nie skompromituje, chorzy wiedzą co to browar, a buteleczka z nim to nie pas z trotylem, więc, pan Mikołaj może się nie bać o nic i spokojnie kontynuować leczenie.

Chyba zabrzmiało to dosyć przekonująco, bo Mikołaj Siergiejewicz nieco się uspokoił, przestał wspominać capów oraz inne niezbyt mądre zwierzęta, i udał się razem ze mną do pokoju z zestawem norweskim i polskim stołem, i oczywiście laserem.

22.

Mimo, iż naszym rozmowom z panem Mikołajem często towarzyszył śmiech, obecnie nie opuszcza mnie refleksja, że były one swego rodzaju spacerem po nekropolii. Przecież chodziło nam o tych którzy odeszli, jedni wcześniej, drudzy później. Oraz o to co odeszło. Nekropolia ludzi i czasów.

Mój pacjent przywołał u mnie wspomnienia okresu moskiewskiego. Jako człowieka, jako Polaka ukształtowano mnie w rodzinie. A jako, przykładowo, lekarza – w Rosji, także w Moskwie. Pracowałem w wielu krajach na świecie. Ale trzej pierwsi oraz ostatni moi mistrzowie w dziedzinie medycyny należą do rosyjskich szkół lekarskich. Jeden Rosjanin, dwóch Żydów. Rosjanin Filip Iwanow, niesamowity człowiek i wybitny chirurg, studia kończył w latach 20-tych XX wieku, uczeń legendarnych chirurgów tamtych czasów, Spasokukockiego, Rozanowa, Judina. Żyd profesor Aleksander Borochow, internista, kardiolog i pulmonolog o światowej sławie. Oni żyli w Smoleńsku, gdzie studiowałem w Instytucie Medycznym – urodziłem się i wyrosłem na wygnaniu. A drugi Żyd, profesor fizjologii i psychologii Anatol Kotlarski akurat z Moskwy, szkoła psychofizjologa i cybernetyka, profesora Piotra Anochina. Po rozpadzie Związku Radzieckiego wylądował w Budapeszcie. Dwóch pierwszych już nie ma, trzeci żyje, Bogu dzięki.

To tacy, powiedzmy, moi Massalscy.

No, i gadaliśmy o tamtych, w większości już nie żyjących. O tamtych nielicznych jasnych postaciach, pośród ogromu lumpów i motłochu, gospodarzy imperium zła i jego stolicy. Potrzebni byli tym lumpom, ot, i tułali się drzazgami dawno odeszłego świata. Z czasem odeszli sami.

Brzmiały w naszych pogadankach imiona także bardzo znanych z tych drzazg.

Będąc studentem pan Mikołaj był odpowiedzialny za spotkania w Szkole Studium przy MChATu im. Nemirowicza-Danczenki z gwiazdami tych czasów, lat 70-ch zeszłego wieku. A to były prawdziwe gwiazdy. O niektórych z nich nie zapomniano po dziś dzień, i nie tylko w Rosji.

– …Ja tych bardzo znanych po prostu znajdowałem: telefon informacji, 09! Wtedy oni podawali telefon domowy, zapisuję sobie, i hej! Tak znalazłem Bułata Okudżawę, podali telefon, dzwonię: Bułacie Szałwowiczu, zapraszamy do Szkoły Studium MChATu! Ten: dobrze, przyjadę. Wyznaczyliśmy dzień, przyjechał, jak obiecał. Odpowiada na pytania, a z sali proszą: niech nam pan zaśpiewa. No, przecież bard kultowy, a jak… Ten się zgadza – ale gitary nie ma! Wszyscy na mnie wilkiem patrzą. Mówię do Okudżawy: za chwilę będzie pan miał gitarę, proszę zaczekać. Wybiegam z sali, z gmachu Szkoły, pędzę do kampusu naszego, dobrze że jest blisko. Wdarłem się do pierwszego lepszego pokoiku na parterze, krzyczę: gitarę macie?! Patrzą na mnie jak na wariata, myślą żem narąbany, pokazują na ścianę. A tam gitara wisi, cała w naklejkach. Chwytam, pędzę z powrotem, wpadam na scenę, podaję gitarę Okudżawie. Ten: dzięki. Pobrzdąkał próbując struny, podebrał dla siebie tony – i śpiewał godzinę. No, jasna rzecz, pełen tryumf, kwiaty, uściski, łzy podziwu, ciotki na szyję skaczą. Gitarę oddałem, podziękowałem, chłopcy na to: nie ma sprawy. Dobra, mija pewien czas, siedzimy w barze z kumplami, delektujemy się browarkiem. Wtem mój kolega mówi: dziwne, cholera, Okudżawa miał gitarę, no, dokładna kopia mojej, nawet dziewki te same na naklejkach są! Pytam się: w jakim pokoju mieszkasz? On podaje numer, a to ten sam pokój, gdzie gitarę schwyciłem, tylko go wtedy nie było. Mówię: to właśnie była twoja gitara. No, i opowiadam, jak to było. Widziałby pan jego twarz! Sam zapłacił za nas wszystkich, wyglądał, jakby o milionowym spadku nagle się dowiedział. A tak przecież na to wtedy patrzyli, było droższe od każdej kasy…

…Bardzo możliwe, że w tym samym czasie, w czasie tej estetycznej uczty na scenie, w sali Szkoły Studium im. Niemirowicza-Danczenki niedaleko stąd, w jednym z bunkrów Sztabu Generalnego Sowieckiej Armii czy w gmachu Ministerstwa Obrony na Frunzeńskiej Nabrzeżnej pułkownik Ludowego Wojska Polskiego Ryszard Kukliński opracowywał razem z ruskimi towarzyszami szatański plan masowej zagłady Albatros, przy którym Auschwitz wydaje się dziecięcym ogródkiem. Wedle tego planu kremlowskie oraz peerelowskie rządzące szczury miały ukryć się w tajemnych podziemnych bunkrach w trakcie zmienienia Polski, naszej Ojczyzny, oraz całej Europy Środkowej i Zachodniej w nuklearną pustynię. I tak by się zapewne stało. Jeśliby nie samo poświęcenie Żołnierza Niezłomnego Ryszarda Kuklińskiego, obecnego patrona Żołnierzy Wyklętych.

Czy wiedzieli o tym wszystkim, o innych licznych zbrodniach przeciw człowieczeństwu, których źródłem jest Moskwa, chłopaki i dziewczęta, w przyszłości aktorzy i aktorki, ich mistrz Paweł Massalski, bard i poeta Bułat Okudżawa? Oczywiście że nie.

Czy jest w tym ich wina? I tak, i nie. Nie – nie tylko dlatego że moskiewscy wrogowie świata i człowieczeństwa starannie przechowywali – i przechowują po dziś dzień, swoje piekielne tajemnice.

Ci na scenie i na sali robili, co mogli, na swój sposób, dla rozpędzania dziedzicznego i propagandowego zamroczenia w duszach i głowach. To nie czyn bohaterski, żołnierski, ofiarny naszego Ryszarda – „swój życia los na stos, na stos”. Do takiego czynu, jak i dla czynów rotmistrza Pileckiego, generała Fieldorfa „Nila”, majora Szendzielarza „Łupaszki”, Księdza Maksymiliana Kolbego, a później Księdza Jerzego Popiełuszki – trzeba być Polakiem. Tym prawdziwym. Stronnictwa ruskiego, niemieckiego i dowolnego, unijnych ciot i kogokolwiek na takie nie stać.

Robili, więc, wedle umiejętności i imperatywów moralnych. Na ile pozwalała mentalność, nieuleczalnie chore społeczeństwo, zakłamana oraz złowroga rzeczywistość drugiego imperium zła.

Tuz teatru, mistrz sztuki aktorskiej Paweł Massalski w swym dzienniczku z lat 60-tych pisał, że odpoczywa całą duszą tylko na swej daczy pod Moskwą. A w teatrze, jaki od dawna był jego domem, rodziną, całym życiem, samym powietrzem:

„…Co się dzieje w teatrze, to katastrofa. Aktorzy spóźniają się na repetycje, pracownicy teatralni plują na wszystko i wszystkich, kurtyna się podnosi, a oni stoją razem z aktorami… Coś fatalnego… Chaos, totalne zaniedbanie. Starców naszych niezapomnianych już w większości nie ma, duch ich odszedł razem z nimi, jest już po nich, a będzie i po nas. My występujemy jak nikczemni statyści, żałosne pionki w czyjejś tam brudnej grze o obce interesy kogoś tam. Trzeba coś zrobić, coś z tym wszystkim zrobić…”.

Niedługo w dzienniczku Massalskiego pojawia się inny wpis:

„…Widzę dla siebie tylko jedno uczciwe wyjście: pracować oddając ukochanemu memu teatrowi całego siebie. Pracować niestrudzenie bez odpoczynku, nie zważając na wiek ani choroby, dniem i nocą, dopóki serce bić nie przestanie”.

Uczynił dokładnie tak jak napisał. Chwała mu za to.

Dotychczas nie wiem, czym tak naprawdę jest ten brak zdolności by walczyć na barykadach, tej naszej, prawdziwych Polaków.

Tylko niewolniczą cechą?

Czy częścią planu Boga?

Całodobowy, wyczerpujący, tytaniczny wysiłek ruskiego aktora Pawła Massalskiego wraz z walecznością i ofiarnością żołnierza polskiego, pułkownika Ryszarda Kuklińskiego?

Różne rodzaje poświęcenia siebie w imię miłości?

Kukliński ocalił przed niechybnym unicestwieniem Polskę i Europę, została po nim ocalona Ojczyzna i kontynent. A po Massalskim? Po jego uczniach? Po mych dwóch zmarłych mistrzach i trzecim żyjącym?

Chyba też coś się pozostało, skoro nad tym się zastanawiam i o tym piszę. I pewnie nie ja jeden.

O piekielnych tajemnicach moskali słyszałem jeszcze jako dziecko od mej Wołyńskiej rodziny. A raczej wygnańców z Wołynia. Nie powiedziałbym, że to wiedza która uszczęśliwia. Choćby się i mówiło: niechaj okropna, lecz prawda. Ta oto prawda jest ciężarem nie do wytrzymania, ciężarem mogącym złamać kark.

A tak nawiasem mówiąc, ta przepowiednia o krzyżu, jakiego Bóg udziela każdemu ściśle po jego siłach, – też nie próżnym bełkotem…

23.

Kiedy powiedziałem Mikołajowi Siergiejewiczowi że tragedia 10 kwietnia 2010 roku tu, w Smoleńsku, to żadna katastrofa czy wypadek lotniczy, tylko zbrodnia, masakra, akt terroru państwowego, Drugi Katyń, początek Trzeciej Wojny Światowej – on się nie zdziwił, nie protestował.

Widać, że to nie było dla niego żadną nowością.

Jak, nawiasem mówiąc, i dla zdecydowanej większości mieszkańców Smoleńska.

W odróżnienie od rodzimego lemingowskiego, KODowskiego podłego i tępego stada, zdrajców i esbeckiego pomiotu, trojańskich koni, zmanipulowanych owiec i pożytecznych idiotów.

O jedno tylko zapytał mnie pan Mikołaj:

– Pan przecież rozumie, że każda zbrodnia ma nie tylko oprawców, lecz klientów? Tym bardziej taka zbrodnia globalna, faktyczny precedens do światowej wojny?

Teraz to ja nie zaprzeczyłem.

– Tak, oczywiście, proszę pana. Owszem, są klienci. I bynajmniej nie wszyscy z nich są w Moskwie, na Kremlu. Jak i było przed II WS. Bo klienci, tak i oprawcy Katynia i Smoleńska ci sami, tylko ich następne pokolenie…

I dorzuciłem:

– …mamy taką powtórkę bo w Norymberdze klienci sądzili i skazali oprawców. Dopóki nie załatwimy tych klientów, scenarzystów, reżyserów teatrzyku na morzach krwi, szachistów, których pionkami miliony ludzkich istnień, – kolejnych powtórek z Katynia i Smoleńska nie zabraknie. Także światowych wojen, nowych planów Albatros. Aż świat zniknie.

Piszę to nazajutrz po szóstej Rocznicy Smoleńskiej.

24.

– …Ku rocznicy odkrycia naszej Szkoły Studium – a to był listopad 1943 roku – dostałem polecenie: zwrócić się do Lewitana, oby nagrał swym głosem komunikat Sowinformbiura od tego dnia…

Juri Lewitan był tym samym spikerem, który odczytał w radiu apel Mołotowa 22 czerwca 1941 roku, w dniu kiedy Hitler uderzył w byłego sojusznika Stalina by uprzedzić prewencyjny cios Stalina 6 lipca w niego, Hitlera, i to gigantycznymi siłami. W apelu oczywiście o tym nie informowano, a jakże by inaczej.

Także w następnych komunikatach agencji Sowinformbiuro, gdzie informacje o sytuacji na licznych frontach były skąpe, a bardzo bogate w opisy o masowym bohaterstwie, którego wiele przykładów po mistrzowsku wymyślono z pomocą różnych propagandystów, pisarzy i po prostu dziennikarzyn (jak 28 panfiłowców i dywersantka Zoja Kosmodemiańska, którą wydali Niemcom na powieszenie sami ruscy chłopi, przecież paliła ich domy na rozkaz tow. Stalina, tzw. koncepcja „wypalonej ziemi”).

Pomimo to, na owe komunikaty czekali jak na głos Pana Boga (będąc w większości ateistami), mając nadzieję choćby cokolwiek się dowiedzieć o sytuacji, walkach i ich wynikach.

Komunikaty czytał zwykłe Juri Lewitan swym rzadko spotykanym, przenikliwym, aksamitnym basem. Głosem, który mocne zapadł w świadomość (też w podświadomość) milionów sowieckich obywateli, jako symbol wojny i cierpliwego czekania na głos wyroczni z czarnego radiowego talerza na słupie czy na stole. Zbierały się wokół tych talerzy wielkie tłumy, w milczeniu chłonąc z zapartym tchem każde słowo, każdą zmianę intonacji Lewitana…

Pan Mikołaj kontynuował.

– …jak zawsze, dzwonię na 09, podają mi ogromną listę telefonów tych kto się nazywa Jurij Lewitan. Telefonuję. Gdzieś na środku listy słyszę: jego głos. Po krótkiej rozmowie Lewitan zaprosił mnie do swego mieszkania żeby uzgodnić szczegóły spotkania.. Mieszkał przy samej ulicy Gorkiego, za hotelem Mińsk. O wyznaczonym czasie dzwonię do drzwi. Myślałem że jakiś mocarny wujek stanie w drzwiach, głos przecież miał taki potężny, mocny, no. A tymczasem na progu stał mały, niski stary Żyd. W sfatygowanych sportowych spodniach, pranych ze sto razy, w znoszonych kapciach… Zaprosił do przedpokoju i powiedział że jutro nagranie już będzie gotowe. Uzgodniliśmy, że mam do niego zadzwonić. Nazajutrz odebrałem nagranie od Lewitana. O! Nie jeden potem nabrał się kiedy słyszał przez telefon ten głos! To była jedna z ulubionych naszych zabaw! Przecież go pamiętali…

I nie tylko jego, Lewitana. Pamiętali także to co nie trafiało do komunikatów Sowinformbiura, czytanych mocnym głosem Lewitana, małego, niskiego Żyda w starych spodniach i kapciach, jakim był poza studiem, w codziennym życiu.

Pamiętali pogromy i maruderstwo w Moskwie w październiku 1941 roku, masowe dezercje z miasta w czasie niemieckiej ofensywy.

Pamiętali palenie dokumentów w resortach i przedsiębiorstwach, kradzieże i wywóz wartościowych rzeczy ciężarówkami przez naczelników i partyjnych bonzów.

Pamiętali chaos na dworcach, gdzie stały specjalne luksusowe pociągi dla rządzących, a przeciętni ginęli pod pociągami w tłumach uciekających z Moskwy, także od kul żołnierzy NKWD i milicjantów.

Pamiętali tych którzy mawiali: Bogu dzięki, przyjdą Niemcy, to europejska nacja, wybawią nas nareszcie od upiora Stalina i jego parchatej zgrai.

Pamiętali strzały i krzyki ofiar, kiedy po 20 października 1941-ego na ulicach stolicy ZRSR uzbrojone patrole miały prawo rozstrzelać na miejscu, każdego człowieka, bez sądu.

Pamiętali zagony NKWD za plecami frontowych żołnierzy, rozkaz: ani kroku do tylu.

Pamiętali wysyłanie do GUŁAGu rodzin razem z dziećmi, tych co trafiali do niewoli.

Pamiętali słowa rzeźnika, kata, chama, pechowca i miernoty, a według propagandy „marszałka zwycięstwa” Żukowa: „niech sobie giną, baby jeszcze urodzą”.

Pamiętali nieludzką falę przemocy, grabieży, gwałtów, masowych bestialskich mordów na „wyzwolonych” terytoriach. Także w naszych polskich miastach i wioskach.

Pamiętali szał na Czerwonym Placu w maju 1945 roku, kiedy jedni jedli kawior i ciasta, a drudzy dostawali mizerne kromki chleba na kartki żywnościowe. Taki przydział.

Pamiętali kilometrowe kolejki na zakupy z tych kartek, astronomiczne ceny spekulantów, czarny rynek broni z frontu, sabat bandytyzmu i ulicznej przestępności w Moskwie i wszędzie.

Pamiętali jak w jeden dzień znikli z ulic miast inwalidzi bez rąk i nóg, by wylądować w strasznym głodowym łagrze na wyspie Wałaam, w byłym klasztorze, a potem zostać pogrzebanymi w bezimiennych grobach.

Pamiętali jak zabraniali pod groźbą zesłania do tego samego GUŁAGu gromadzić się frontowym żołnierzom i oficerom za rok, 9 maja 1946 roku, dla świętowania zwycięstwa, jakiego nie było…

Ale kto lepiej wie jak to było, – oprócz żywych świadków? Jak się da stworzyć rozdział religii kłamstwa pod nazwą „wielka ojczyźniana wojna”, kiedy żyją ci którzy znają, niech nie całą, lecz prawdę? Kto nie potrafi po nachlaniu się tanią wódą ryczeć: dziady wojowali!!!

Bo to oni wojowali, te same dziady. Którzy obecnie przewracają się w grobach za swych wnuków…

Nie bez przyczyny dzień 9 maja (8 maja do dla amoralnego Zachodu) został oficjalnym „świętem zwycięstwa” dopiero w 1965 roku, już za Breżniewa. Bo świadkowie wymierali, a ci co pozostali – milczeli. Okres od 22.06.1941 po 08.05.1045 stał się przedmiotem szamaństwa na państwowym poziomie, pogańskiego religijnego kultu.

Czarno-brązowa „gwardiejska”, a potem „gieorgijewska” kokarda z tamtych czasów teraz została symbolem terroryzmu, ludobójstwa, nieludztwa od zdarzeń na Kijowskim Majdanie, na Krymie i Donbasie.

– …Czy udałoby się wmówić tę „religię” pana mistrzowi Massalskiemu, Lewitanowi, ich kolegom, rówieśnikom i im współczesnym, tym nie należącym do władz, NKWD, MGB, KGB? Jak pan uważa, Mikołaju Siergiejewiczu?

Mikołaj Siergiejewicz pokręcił głową.

– Oczywiście że się nie udałoby, panie Jakubie. Dla nich to było codziennym życiem, z kłopotami, troskami, niepokojami, bojaźnią o bliskich, chorobami, realizacją kartek żywnościowych…

Odezwałem się na tę tezę mego współrozmówcy:

– Życie lepszym lekiem na fałszywe religie. Dla tych kto żyje…

Pan Mikołaj spojrzał na mnie, a w jego spojrzeniu można było wyczytać: życie tego człowieka jest fabułą, i bynajmniej nie na małą opowieść, według pisarza Antoniego Czechowa.

Miał minąć jeszcze pewien czas, zanim się dowiedziałem: dlaczego.

25.

Ja nie lubię historii jako nauki, roszczącej sobie prawo do miana źródła wiedzy.

Bo w przeważającej większości podręczniki, książki, opracowania historyczne, zawierają w sobie kłamstwa i manipulacje. Uczciwi historycy są, ale jest ich moim zdaniem znikoma ilość.

Wolę pierwsze źródła, te z archiwów za siedmioma pieczęciami. Także relacje naocznych świadków.

I to nie wszystkich.

A takich, przykładowo, jak pan Mikołaj.

Wiedziałem już od początku naszej znajomości, że on pochodzi z rodziny „wrogów narodu”, i sam nie bardzo lubił, delikatnie mówiąc, sowiecki ustrój. Przynajmniej jakaś jego część…

Na razie nie znałem konkretów.

A od tych konkretów zaczęło się nasze prawdziwe wzajemne poznanie.

Nie tylko w ramach obcowania na styku lekarz – pacjent.

Również jako dwojga ludzi z różnych światów bądź planet.

Które to światy i planety, są wobec siebie wrogimi.

A my, przedstawiciele tych planet – wrogami się nie okazaliśmy…

26.

– Wie pan? Będąc studentem, obracałem się w kręgu dysydentów, tych moskiewskich…

To nie mogło mnie nie zainteresować. Od razu poprosiłem o bliższe szczegóły.

– Ale nie byłem z nimi długo, panie Jakubie. Wkrótce odszedłem. A stało się, co następuje. Jakiś tam profesor Kozłow napisał niepochlebny artykuł o nowej książce Lwa Gumiliowa…

…Lew Gumiliow, syn poetki Anny Achmatowej i poety Mikołaja Gumiliowa, rozstrzelanego przez bolszewików po bestialskich torturach w piotrogrodzkim CzeKa w latach „czerwonego terroru”. Profesor, wybitny naukowiec, wszechstronnie wykształcony, o encyklopedycznej wiedzy, filozof, historyk, etnograf, socjolog, znawca literatury, sztuki pięknej. No, i z punktu widzenia sowieckiego imperium, „myślący inaczej”, – przede wszystkim z powodu pochodzenia.

– …ot, i kazali nam młodym chłopakom starsi koledzy dysydenci za tę recenzję Kozłowa pobić. Cóż, poszliśmy późnym wieczorem do jego bloku, sprawiliśmy żeby wyszedł na ulicę. Obserwujemy z ukrycia, wyszedł z podjazdu ten Kozłow. Mały, szczupły, niski, słaby, jak dziecko. I nie młody już. I tyle. Ani ja, ani reszta chłopaków nie potrafiliśmy takiego chuchra pobić. Rozejrzał się Kozłow, nie ma nikogo. I z powrotem do podjazdu. A my rozeszliśmy się do naszych domów. I nigdy już nie odwiedziliśmy ani widzieliśmy tych dysydentów…

Żadna nowość, ani rewelacja. Wśród ówczesnych dysydentów lat 70-tych nie brakowało takich samych bolszewików, tylko innego koloru. A jeszcze więcej prowokatorów, tajniaków KGB, agentów służb obcych krajów. A i masonerii bez liku.

Nie brakuje takich i dzisiaj wśród tak zwanej „opozycji innej Rosji”. A raczej cała jest taka. Ostatnią uczciwą działaczką opozycji była Waleria Nowodworska. Za to ją i zatruli. I nie ją jedyną.

– Pan godnie oraz mądrze uczynił, panie Mikołaju. Ja, przykładowo, nie lubię Puszkina, a Dostojewskiego po prostu nie cierpię. Uważam że tylko dwóch wartościowych jest w całej ruskiej literaturze: Lew Tołstoj i Antoni Czechow. To cóż, pobić mnie za to trzeba czy zabić… A pan z kolegami mógł zostać ofiarą prowokacji, kagiebowskiej lub masońskiej. No, i trafilibyście za kraty…

Pan Mikołaj uśmiechnął się.

– Otóż to, trafilibyśmy. Nic z tego nie wyszło, bo choć młodzi byliśmy, głupi, ale nie do końca naiwni…

Na to odpowiedziałem:

– Dobrzy byliście i jesteście. Sumienie posiadaliście i posiadacie. Nie stać was było na pobicie słabego i starego. A będąc dobrymi, można nabyć i mądrość. W odróżnienie od tych starszych kolegów, a raczej guru. To dopiero bolszewicy, ci przefarbowani. Bądź agenci. Jak zresztą i obecni.

Mikołaj Siergiejewicz skinął głową i westchnął.

– Niestety. Ale my się na to nie nabraliśmy, Bogu dzięki…

27.

Jak każda nietuzinkowa osobowość, pan Mikołaj kojarzy w sobie cechy, które z pozoru wydają się nie do pogodzenia.

On naprawdę żyje w XX wieku, nawet w jego wczesnych latach. Począwszy od zewnętrznego wyglądu. Nawet jego aktorska lekkomyślność, zamiłowanie do browaru, zabawnych dowcipów, – to nie bierze się z obecnych czasów wirtualnych próżności. Takimi byli bohaterowie ówczesnego dramaturgi lat 60-tych – 70-tych XIX wieku Aleksandra Ostrowskiego (nie mylić z pisarzem bolszewikiem Mikołajem Ostrowskim). Przykładowo, aktorzy, Szczęśliwcew i Nieszczęśliwcew.

– Szczęśliwcewa i Nieszczęśliwcewa nie zaprosili na kolację u gubernatora. „Bo zapomnieli!” – biadoli Nieszczęśliwcew. „Nie! Bo pamiętają!” – śmieje się Szczęśliwcew.

Ta teatralna anegdota z czasów owych bardzo mnie rozbawiła. Możliwe, że mój pacjent pan Mikołaj usłyszał ją od swego mistrza Massalskiego. Jak i tę drugą, która rozweselił mnie jeszcze bardziej:

– Aktorka mówi do drugiej aktorki: „Wiesz co, miałam dziś w nocy taki sen, że umarłam, stanęłam u bram Raju, a święty Piotr zwracając się do mnie, mówi: „Zapomnij, córo, wam aktorom i aktorkom wstęp do Raju zabroniony”. Bramy są otwarte, a ja za nimi widzę ciebie. Po prostu wściekłam się. „Jak to zabroniony, jak ją tam w Raju widzę” ” – powiedziałam gniewnie wskazując w twoją stronę. Święty Piotr na to: „E tam, czyżby to aktorka…”.

Ten stary jak świat dowcip, skupia w sobie jak w soczewce całą prawdę o teatrze, tę niedostępną dla oczu widza. Z jego nie tyle rywalizacją, co wręcz – wojną wewnętrzną. Z zazdrością i zawiścią nie mającymi sobie równych.

Pan Mikołaj jednak dorzucił:

– Wśród pisarzy dzieje się tak samo.

Zgodziłem się z tym, lecz nie do końca.

– Tak, racja. Ale jest pewna różnica. Pisarze tworzą i pracują każdy u siebie, a rzucają się sobie do gardeł tylko kiedy się zbierają, przykładowo na salonach, a to nie tak znowu częste wydarzenie. Generalnie złoszczą się i zazdroszczą za plecami, zaocznie. A jak tworzy i pracuje aktor? Reżyser? Repetycje, generalne próby, czytanie nowych dramatów z listy repertuarowej – to wszystko wspólnie. Zbiorowa twórczość. Ta codzienna. Każdego dnia razem, w jednym pudle. Z przyjaciółmi, jak i z wrogami. Tych ostatnich aktor zmuszony jest oglądać każdego dnia – i z nimi nie tylko współpracować, również wspólnie tworzyć. Teatr dla was nie jest miejscem zatrudnienia, ale drugim domem. Dla niektórych i pierwszym. Ot, najgorsza tortura… A w moskiewskich teatrach – strach się bać…

Pan Mikołaj nie zaprzeczył.

– Oczywiście że tak. Bogu dzięki, nie pozostawili mnie w Moskwie. Byłbym już na cmentarzu…

Wkrótce miałem się dowiedzieć, z jakiej przyczyny pana Mikołaja nie pozostawiono w Moskwie.

28.

W trakcie rozmowy o mej Ojczyźnie Polsce oraz o małej Ojczyźnie, Wołyniu, Mikołaj Siergiejewicz pewnego dnia zapytał:

– A czy zna pan Napoleona Ordę?

Słyszałem wcześniej, ale bardzo mało.

I pobieżnie.

Przekonałem się o tym, kiedy zacząłem odnawiać wiedzę w tym temacie.

Ale to też było nieco później.

Kiedy na scenę wyszedł Reżyser.

29.

A na razie Reżyser ukrywał się za kulisami. Dlatego, choć tematy teatralne w naszych rozmowach były kontynuowane, na plan pierwszy wybijał się ich dość ponury kontekst.

Zaczynając od rozłamu we MChATu w końcu lat 80-ch.

Złowroga wizja Pawła Massalskiego dotycząca jego ojczystego teatru od lat 60-tych, przedsmak katastrofy zarysowany w jego dzienniczku, za ćwierć wieku stały się okrutną realnością. I nie tylko we MChATu.

Chodziło nie tyle o ambicje dwóch jego uczniów, Olega Jefremowa i Tatiany Doroninej, nie tyle nawet o ich różne wizje teatru, społeczeństwa i kraju.

Oni zostali narzędziami, marionetkami w rękach tych obcych, czyje „obce interesy” zauważył Massalski jeszcze na początku lat 60-tych. Także bycie „statystami i pionkami” w obcych rękach.

Okazał się jasnowidzem.

Jeden mały w szeregu tych obcych, nie żyjący już, wpływowy krytyk teatralny i tuz telewizji Witalij Wulf, zarzucał samemu Massalskiemu „niewielki rozum i skłonność do biesiady”. Z pewnością czytał dzienniczki Massalskiego. Z pewnością widział i rozumiał filozoficzny, a nawet proroczy poziom tych dzienniczków. A jednak przypisał mu „niewielki rozum”.

To już nie zwykła zawiść, będąca normą w teatralnych kręgach czy typowa złośliwość krytyka, znawcy teatru, wobec tego, kto nie krytykuje, a błyszczy na scenie.

To niechęć Żyda do goja. To też norma.

Myślę jednak, że nie tylko oni, Żydzi, są sprawcami tego, o czym z gorzką ironią powiedział Mikołaj Siergiejewicz:

– Teatr raczej martwy niż żywy…

Nie, Żydzi to takie same pionki i lalki, w innym strasznym teatrzyku trzystu rodzin „czarnej arystokracji”, która rządzi światem od czasów starożytnych Egiptu i Babilonu. Chociaż…

„Twórczy kac” podpowiedział aktorowi Zołotuchinowi zaprawdę trafny monolog: „Nie ma Żydów… Żydów… Żydów… i Żydów. Są bogaci i biedni Żydzi!”.

Ci bogaci nie są już, bynajmniej, pionkami.

Chociaż królami też nie. Ani królowymi. Te miejsca są bowiem zajęte, i to od wielu wieków. Pomimo to, udało się tym nie-pionkom wrzucić dziewuchę z gniazda tych „starszych w wierze”, Kate Middleton, do Domu Windsorów, stojącego na czele wzmiankowanych trzystu rodzin. Przynajmniej na razie…

…A w teatrach – niekoniecznie ruskich – ton nadają jednak pionki. W tych prowincjonalnych także gojskie.

– …Wie pan przecież, co to za pani dyrektor u nas. Zajmowała się do czasu swego dyrektorowania wszystkim oprócz teatru. Dlatego i teraz zajmuje się wynajmem pomieszczeń arendatorom komercyjnym, a z repertuarem i resztą zupełna klęska. Główny reżyser to zasłużony działacz sztuki Republiki Białoruś, jest z Witebska…

Dalej pan Mikołaj mógł nie kontynuować. Kto jest „zasłużony” na osobistym folwarku barona bazaru cygańskiego, żula, łobuza, dyktatorka Łukaszenki – no comment…

– …lubi często powtarzać: mam ośmioro wnuków! No, właśnie, od różnych żon, to i tyle się uzbierało…

No, tak. Już w latach 60-tych przewidział taką przyszłość mistrz i męczennik teatru Paweł Massalski – tych wielodzietnych dziadziów oraz cioty, miłośniczki arendatorów. Cóż, nie bez przyczyny przewidział…

Sprawą, pasją i sensem życia Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki, jego mistrzów, był teatr i jego sukces. Nawet w czasach, kiedy mówią armaty, a muzy milczą. Ich spotkanie w moskiewskiej restauracji Słowiański Bazar dało początek rewolucji w teatrze.

Ale wybuchła inna rewolucja, „obcych interesów”.

Dwóch przyjaciół i sprzymierzeńców nie pozwoliło teatrowi umrzeć. Przeciwnie, w czasie ich działalności teatr naprawdę tryumfował, ich nowatorska teoria gry teatralnej zyskała rozgłos, praktycznie na całym świecie. Za piekielnych rządów upiorów Lenina i Stalina oni rozbudowali nie jeden teatr, wychowali uczniów. Autorytet i sława, również dyplomatyczne zdolności tych królów teatru stwarzały im swoisty „glejt”, i ratowały przed unicestwieniem ich życiowej misji w czasach i warunkach nieludzkiej realności sowieckiego imperium degradacji, zniewolenia i zagłady tak pojedynczych osób, jak całych narodów.

Lecz po ich śmierci zapanowały „obce interesy”. Oraz tacy propagatorzy i orędownicy tych interesów, jak pan Wulf Witalij.

Inaczej być nie mogło.

„Nie wyrosnąć różom na śmietniku światowego zła. Marna nadzieja”.

Logika historii jest bezlitosna. Ona nie liczy się z wysepkami piękna na ogromnym śmietniku, ognisku i owocu światowej zarazy. Taka jest jej, historii, sprawiedliwość.

Lecz po coś tam żyli, tworzyli, męczyli się, cierpieli oraz tryumfowali tacy jak Stanisławski i Niemirowicz-Danczenko, ich uczeń Massalski, potem uczniowie samego Massalskiego. Po coś tam żyje i tworzy jeden z uczniów Massalskiego oraz mój pacjent i współrozmówca Mikołaj Konszyn.

Nawet teraz (a może właśnie teraz…), kiedy Rosja obnażyła się przed całym światem już ostatecznie, jako światowy śmietnik, szatański producent terroryzmu, inicjator wojennych zbrodni przeciwko ludzkości, i jawnego ludobójstwa.

Poczynając z Gruzji i Smoleńska. Kontynuując w Ukrainie.

Zresztą…

…jako oprawca.

Zapomnieć o światowych klientach czy nie brać ich pod uwagę w ogóle – znaczy przymykać oczy, dając milczące przyzwolenie na kolejne powtórki masakr i wojen.

Znaczy pójść na pasku tych samych klientów, pozostać profanem brnącym w ciemności niewiedzy, więc, walczyć ze swym odpowiednikiem (czy sobowtórem) zamiast zwalczać wspólnego z nim wroga i najemnika wroga.

Także spychać poza margines tych, choćby nielicznych wśród oceanu lumpowskiej zdecydowanej większości, czyich życiowy testament pochodzi nie od tych lumpów czy ich – oraz ich światowych pastuchów – zgniłego i konającego imperium.

Tylko od Boga.

30.

Pewnego dnia, będąc w Centrum medycznym, odebrałem telefon od kolegi z Międzypaństwowego Projektu „Ukraina – Polska”. W obecności pana Mikołaja, a rozmawiałem po polsku. Kiedy zakończyłem rozmowę, mój pacjent nie krył podziwu:

– Ot, prawdziwy agent!

Obaj wybuchnęliśmy śmiechem, a ja odpowiedziałem:

– No, to cóż, jeśli towarzysz Beria był angielskim agentem, dlaczego ja nie miałbym mieć prawa być agentem polskim?

Mikołaj Siergiejewicz skwapliwie przytaknął.

– Ma pan prawo, a jak!..

I dorzucił:

– …akurat mojego ojca skazano jako angielskiego agenta.

Jak zawsze, poprosiłem o szczegóły, nie każdego dnia masz do czynienia z synami agentów Jej Majestatu (uściślając, w owym czasie to był jednak Jego Majestat Król George VI).

-…Szedł ojciec moskiewską ulicą, na kalendarzu 1932 rok. Wtem przed nim na chodniku pojawił się Anglik, dyrektor fabryki dziadka, jaka była za cara w Moskiewskiej guberni, a przed rewolucją ojciec tam z tym dyrektorem pracował. A dziadek był znanym przedsiębiorcą, z tych pierwszych… Rozpoznał ojca Brytyjczyk, radość, uściski. Anglik, jak się okazało, pracował w tym momencie w ambasadzie Wielkiej Brytanii. Udali się tam na kolację. A po niedługim czasie ojca zaaresztowano. I skazano przez rewolucyjną trójkę, tak zwane Osobliwe Posiedzenie, jako angielskiego szpiega na piętnaście lat łagrów. Najstraszniejszych łagrów na Kołymie…

Mikołaj Siergiejewicz opowiadał o tym jak o zabawnym przypadku. Podziwiam tych, którzy potrafią tak przeżywać osobiste tragedie. To tylko podkreśla ich prawdziwą skalę – tragedii jak i ludzie…

– …kiedy ojciec przeczytał „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Sołżenicyna, uśmiał się: „ten Iwan Denisowicz w sanatorium był”. Ojciec nocował w tencie – i to na kołymskim mrozie! Na katorżniczych robotach. Na gołej ziemi… Plecy w czasie snu przymarzały do niej.

Straszne. A przecież mogło być jeszcze gorzej.

– Pana ojciec miał mimo wszystko szczęście. Skazano go w 1932-tym. Pięć lat później byłby z pewnością rozstrzelany.

Pan Mikołaj potwierdził.

– Nie mam co do tego wątpliwości. A bywało jeszcze i tak: skazanych wcześniej na łagry, jak ojciec, w 1937-tym znów „sądzili”, a wyrokiem była wyłącznie kara śmierci. Podwójne szczęście, więc, miał ojciec…

——————————-
Takiego „szczęścia” nie mieli i nie mogli mieć moi Rodacy w kwietniu 1940 roku. Leżą w katyńskich dołach śmierci. Także w Ostaszkowie, Miednoje, w Bykowni, pod Grodnem. I jeszcze w innych miejscach.

Wyrokiem, tym ostatecznym, było samo ich polskie pochodzenie. Przynależność do Elity naszego narodu, wierność Przysiędze żołnierza polskiego.

Także zlecenie angielskiego wywiadu, którego prawdziwym agentem, w odróżnienie od ojca pana Mikołaja, był zbrodniarz ludobójca Ławrentij Beria, inicjator Zbrodni Katyńskiej. Co nie wyklucza, a tylko powiększa jednoznaczną winę innych kremlowskich ludobójców, zaczynając od Stalina.

Im wszystkim była niepotrzebną Rzeczpospolita na mapie świata. Przynajmniej jako niezależne państwo.

A my jako wolny naród. A raczej jako naród w ogóle. Tylko jako trupy. Pozostać miała tylko niewielka liczba, jako niewolnicy. „Biali Murzyni”.

Niepotrzebna. Podobnie jak i obecnej Unii Europejskiej, kolejnego tworu światowej sitwy.

Jak Berlinowi, Londynowi.

Nie mówiąc o Moskwie.

Jedną ciepłą kompanią ci misterzy, lordowie, herrowie i towarzysze.

Dlatego od dawna nie odbieram i nie uznaję pojęcia „Zachód”. Bo ten „Zachód” to zarówno francuski generał Maxime Weygand, który tworzył razem z nami Cud nad Wisłą, – jak i wróg polskiego narodu i państwa, stary mason Winston Churchill. Także inny wróg i mason Franklin Delano Roosevelt.

Na Zachodzie byli i są nasi sojusznicy, a nawet przyjaciele.

Ale rządzą tam nie oni.

Nas nie zdradzono w Teheranie i Jałcie. To był nowy pakt, już nie Mołotowa-Ribbentropa. Tym razem pakt Roosevelta-Stalina-Churchilla. Pakt trzech wrogów nas i Polski.

Katyń to też koszmarny owoc ich zmowy.

Zamach na generała Sikorskiego nad Gibraltarem – tak samo.

Także Smoleńsk.

Tylko inne nazwiska.

A propos, fali masowego terroru w ZRSR, także w obecnej Rosji – skutek tej samej współpracy zachodniej i moskiewskiej filii Komitetu Trzystu, tych samych rodzin władców świata.

Ze względu na to jestem twardym i stanowczym przeciwnikiem wszelkiego porównywania wewnętrznego terroru w ZRSR z tym, co pozostało czarną kartą w historii Europy i świata, i dostało nazwę Zbrodni Katyńskiej.

Także haniebnego porównywania naszych Bohaterów i Męczenników tej zbrodni ludobójstwa na Polakach z ofiarami wewnętrznego terroru w Związku Sowieckim czy Rosji.

Sowieckich obywateli wrzucano do GUŁAGu, katowano i mordowano rękoma ICH WŁASNEGO LUDOBÓJCZEGO RZĄDU, który popierali w różny sposób, ukryty i jawny, jego mocodawcy i szefowie od rządu światowego.

Ich katowano i mordowano NA ICH ZIEMI przez takich samych sowieckich obywateli, jak oni.

Zaś naszych oficerów katowano i uśmiercono w bestialski sposób rękoma obcych oprawców, na obcej ziemi.

Wcześniej obywatele Rzeczypospolitej stali się jeńcami obcych obozów koncentracyjnych, na przykład w Kozielsku. Oni nikogo nie napadali, tylko bronili Polski przed naporem dwóch agresorów, wyhodowanych przez rząd światowy.

Naszą Elitę zamordowano, mimo iż nie była, bo nie mogła być zgrozą dla nikogo. Pokojowo, spokojnie żyła na swej ziemi. Pracowała, tworzyła, budowała, wychowywała dzieci. Kochała. Broniła to co kochała.

Za to właśnie została unicestwiona przez światowe zło.

Za bycie Polakami. Za bycie Polską Elitą. Za zrezygnowanie z przestępczej roli popleczników zaborcy, zdrajców narodu.

Za wierność Bogu, Honorowi, Ojczyźnie.

Porównywanie tych Bohaterów i Męczenników z milczącymi (czy wołającymi pod murem: „niech żyje Stalin!”) ofiarami masowego wewnętrznego terroru w ZRSR uważam za bluźnierstwo z premedytacją wobec ich pamięci.

Takie porównywanie jest częścią kłamstwa Katyńskiego.

To kłamstwo zwalczamy już od 76 lat. Razem z kłamstwem Smoleńskim – od sześciu lat.

Pierwsze i drugie kłamstwo mają źródło w Moskwie i rzekomym „Zachodzie”. Dokładniej, we władcach Zachodu. A jeszcze dokładniej, prawdziwych władcach Zachodu i świata, Komitecie Trzystu, de facto rządzie światowym.

Obecnie dążącym do bycia owym de jure.

Na Polskim Wojennym Cmentarzu w Katyniu na Murze Pamięci za ołtarzem i na osobnych tablicach napisano imię każdego z Męczenników. To honorowa zasługa wielu Polaków, w tym Andrzeja Przewoźnika i Stanisława Mikkego, zamordowanych już w Smoleńsku równe siedemdziesiąt lat po zbrodni Katyńskiej.

To nie tylko pamięć. To głoszenie prawdy i zwalczanie kłamstw oprawców i klientów.

Ta prawda była i jest niemile widzianą tak przez „Zachód”, jak przez władze „nowej Rosji”, centralnej i miejscowej.

Również przez większość mieszkańców Rosji.

A cóż jest mile widzianym przez nich wszystkich?

Co widzimy w „rosyjskiej dzielnicy”, na tym samym miejscu, w Katyniu, blisko naszych grobów?

W tych dołach to nie nasi, tylko ICH obywatele.

I cóż?

Żadnego imienia.

Żadnego nagrobka.

Żadnej tablicy.

Żadnego Memoriału, czy przynajmniej przyzwoicie uporządkowanych grobów.

Tylko samotny, wielki, brzydko wypełniony (raczej umyślnie brzydko…) prawosławny krzyż.

Na nim żadnego imienia ofiar.

Żenada, wstyd, hańba, barbarzyństwo.

Bezbożność pod płaszczykiem Prawosławia.

Nieludztwo, także preludium do nowych zbrodni ludobójstwa.

Na innych narodach, na resztkach prawdziwych Rosjan. Czyli Słowian.

A ile u nich takich bezimiennych, nieznanych bratnich grobów? Nawet bez takiego krzyża, jednego na wszystkich? W bagnach, lasach, na lodowatych i piaszczystych pustyniach?..

…No, i proszę: Smoleńsk.

Przed nim Gruzja.

Po nim Krym, Donbas.

To szatańska tradycja moskiewskich i światowych ludobójców: pogarda dla życia.

Po Zbrodni Smoleńskiej Moskiewski Patriarchat kazał wybudować przed Cmentarzem w Katyniu ogromną… hm… świątynię.

Zamiast dwóch kaplic: katolickiej i prawosławnej.

Żadnego imienia. Żadnej ekshumacji. Żadnej identyfikacji szczątków. Żadnego godnego upamiętniania.

A proszę, „świątynia”.

Niech nie mówią że Chrystusowa. Bo czyja tak naprawdę, to wiemy.

——————————

Ojciec pana Mikołaja też nie uczynił nikomu nic złego. Też spokojnie żył i pracował. Nie miał żadnych powiązań z MI5 ani MI6, czy innymi służbami specjalnymi Zjednoczonego Królestwa. Ani jakimikolwiek innymi światowymi służbami.

Był muzyką, pianistą, uczył się w Konserwatorium z znanym kompozytorem Dmitrijem Kabalewskim, pianistą mistrzem i wspaniałym pedagogiem Lwem Oborinem. Cieszył ludzie wykonaniem przepięknych utworów muzycznego geniusza wielu wielkich.

Pomimo to, spędził 15 lat w obozach masowej zagłady, w tych najgorszych w samym GUŁAGu, kołymskich, opisanych w przerażających powieściach Warłama Szałamowa, ich jeńca, a po strasznych latach katorgi pisarza.

Czymże był jego – i milionów innych sowieckich obywateli – wyrok bez winy i katorżnicza epopeja?

Rachunkiem za grzechy poprzedniego imperium, którego człowiekiem był pan Siergiej Konszyn, rosyjski szlachcic, syn znanego przedsiębiorcy?

Wynikiem bierności i tolerancji wobec tyranów i tyranii, tych cech rosyjskiej mentalności, przez które cierpią zarówno oni sami, jak Bogu ducha winni ich sąsiedzi, także my Polacy?

Czy po prostu woli boskiej?

Los tego człowieka jest męczeńskim. Ale jego męczeństwo nie było świadomie zmotywowane wiernością Ojczyźnie, chrześcijańskiemu, szlacheckiemu obowiązkowi.

Nasi przyjęli cierniowy wieniec za konkretne czyny dyktowane poczuciem Honoru.

Pianistę pana Siergieja skazano na męki piekieł ziemskich za to czego on nigdy nie uczynił.

Za nic.

Chociaż, nie do końca za nic.

W ZRSR trwała szatańska selekcja. Zaplanowana i wprowadzana z premedytacją, krok po kroku.

Jej celem było unicestwienie ludzi, którzy związani byli z POPRZEDNIM IMPERIUM. Tym Rosyjskim, carskim. Zaś rząd światowy potrzebował nowego imperium.

Na miejsce carskiego imperium miało przyjść nowe sowieckie. Imperium lumpów.

Miejsce ludzi byłego imperium mieli zająć inni, lumpy, genetycznie ujemny motłoch. Szarikow, człowiek-pies, bohater Psiego Serca Bułhakowa.

I przyszedł.

Twórcą bułhakowskiego Szarikowa był znakomity chirurg profesor Preobrażeński. Patronem i inspiracją – małomiasteczkowy Żyd, drań i szubrawiec, Szwonder. Ten drugi to nie mniej genialny pomysł literacki Bułhakowa, niż Szarikow.

Niezwykle trafna metafora.

Szarikow oprawcą, Szwonder klientem.

Mechanizm i schemat wszystkich zbrodni, wojen, masakr.

W tym Katynia i Smoleńska.

W tym schemacie nie mieści się ani pan Siergiej, ani jego syn pan Mikołaj.

A jednak pan Siergiej przeżył katorgę. Natomiast jego syn ukończył prestiżową Szkołę teatralną, pod mistrzowskim okiem samego Pawła Massalskiego, którego piekielny schemat także nie obejmował. Chociażby przez jego pochodzenie – „biedny, ale szlachcic”, jak sienkiewiczowski Rzędzian.

Paradoks? Czy logika?

A skoro logika, – to czyja?

A więc, czas na wyjście Reżysera.

31.

W trakcie spektaklu każdy aktor wie, po jakiej frazie ma wyjść na scenę.

Zaś Reżyser tego misterium postanowił wyjść zza kulis w momencie, w którym padło pytanie:

– Czy wie pan, panie Jakubie, kto to jest Szulgin?..

Tak, wiem.

– To rosyjski nacjonalista początku XX wieku, proszę pana.

Mikołaj Siergiejewicz uważnie spojrzał na mnie, leżąc twarzą do góry na funkcjonalnym stole.

– Tak. Był deputowanym kilku kadencji Dum Państwowych, nawiasem mówiąc z Wołynia…

Pan Mikołaj już na początku naszych wzajemnych kontaktów dowiedział się ode mnie, że pochodzę z Wołynia. Zresztą, są również przodkowie z Podola…

– …za Mikołaja II. A w 1917 roku Szulgin przyjął abdykację z rąk Mikołaja II, razem z Guczkowem, w Pskowie…

Po pauzie, oczywiście nie teatralnej, pan Mikołaj powiedział:

– Jestem wychowankiem Wasyla Witaliewicza Szulgina. Byłem też jego osobistym sekretarzem, będąc młodszym chłopcem. Do samej jego śmierci.

32.

Zaskoczył mnie.

Ot, teraz stało się dla mnie jasne, skąd się wzięły opinie, o Krymie i prezentach Chruszczowa…

Wasyl Witaliewicz Szulgin używał słowo Ukraina tylko w wielkim cudzysłowie. Także słowo Ukrainiec. Wolał „małoros”, też „Małorosja”. Siebie także nazywał „małorosem”.

I w ogóle był ten Szulgin rosyjskim imperialistą do szpiku kości…

– …Pan tak blisko znał Szulgina? Panie Mikołaju?..

Mikołaj Siergiejewicz spoważniał. Mimo uśmiechu nie schodzącego z twarzy. Spoglądając na mnie powiedział:

– …Byliśmy sąsiadami z Wasylem Witaliewiczem, mieszkaliśmy w jednym bloku. To było we Włodzimierzu. Tam Szulgin żył po latach więzienia i po Domu Starców na zesłaniu. Jak i mój ojciec. Kiedy ojciec zmarł, Szulgin zaopiekował się mną. Zastąpił mi ojca…

33.

W tym momencie jeszcze nie zrozumiałem, nie uświadomiłem sobie, że taka zmiana dekoracji oznacza początek czegoś, co stało się motywacją do napisania tego wszystkiego co masz teraz przed oczyma, drogi Czytelniku.

Ale nagle poczułem, że zbliża się coś, co podyktuje mi nie podejmowane nigdy wcześniej tematy do rozmyśleń. I do wyprowadzenia niespodziewanych wniosków.

Niespodziewanych, bo prawdziwych.

Nie chodzi mi o to, że mój pacjent i rozmówca pan Mikołaj okazał się osobą mającą bezpośredni związek z bardzo kontrowersyjną postacią, jaka już od dawna zapisała się w historii. Tej rosyjskiej.

Nie zrozumiałem jeszcze, raczej przeczuwałem, że rozmawiam nie wyłącznie z pojedynczą osobą. Raczej, że obcuję ze światem, jaki zawsze uważałem za wrogi i obcy.

A jakim jeszcze może być imperialny rosyjski świat dla polskiego niepodległościowca. Pokolenia moich przodków wojowały z Rosją (jak i z Niemcami) o wolną Polskę. Mam w rodzinie Powstańców, Kościuszkowskich, Listopadowych, Styczniowych. Wszystkich oprócz Warszawskich.

I tę tradycję powstańczą mam we krwi.

Natomiast tym razem, nie wiedzieć czemu, nie było w moim sercu zwykłej dla mnie wrogości. Chociaż świat, na jaki natrafiłem (czy to on na mnie…) wydawał się tak samo obcym, jak i wcześniej.

Lecz z jakichś niepojętych powodów, nie czułem teraz potrzeby by go zwalczać.

Tylko ciekawość.

Bez ciekawości nic ważnego nie zaczyna się na tym świecie. Możliwe że i na tamtym.

Nigdy nie przepuszczam okazji, aby czegoś się dowiedzieć od naocznego świadka. Zdarzeń, życia kogoś, kto wywarł wpływ na historię naszego świata.

A Szulgin taki wpływ wywarł. Mimo wszystko.

I nie tylko moim zdaniem.

34.

Rzecz jasna, w domu odświeżyłem moją wiedzę o Szulginie. Korzystając z internetu który posiadam, w przeciwieństwie do pana Mikołaja, żyjącego w XX wieku.

Ja sam zresztą, z różnych przyczyn, nie potrafię dokładnie określić, do jakiego stulecia należę.

I cóż? Wasyl Szulgin – prawdziwy kłębek sprzeczności.

Zawzięty monarchista – i zwolennik ograniczenia władzy monarchy, konstytucyjnej monarchii, on to po Lutowej Rewolucji 1917 roku przyjmował abdykację cara Mikołaja II w Pskowie, 2 (15) marca razem z antymonarchistą Guczkowem, nawet w dzienniczku samego obalonego cara znajduje się informacja o jego roli w tym wydarzeniu.

Poseł z Wołynia na II, III, IV Dumę Państwową, parlamentarzysta o wielkim doświadczeniu, mistrz sztuki oratorskiej – i zdeklarowany przeciwnik parlamentu oraz parlamentarnego ustroju, pragnący rozstrzelać parlament z karabinów maszynowych.

Jeden z ojców Białego Ruchu, wojującego z bolszewikami, twórca i naczelnik wywiadu Białej Gwardii o nazwie Azbuka – i jeden z głównych (do dnia dzisiejszego błędnie sugeruje się, że nieświadomy) uczestników czekistowskiej Operacji Trest, prowokacji Dzierżyńskiego i jego poplecznika Artuzowa, skierowanej na rozgromienie podziemia Białego Ruchu w ZRSR.

Z przekonania przeciwnik Żydów, przytacza liczne ku temu przekonaniu argumenty, w krytycznej książce o żydostwie „Co się nam w nich nie podoba”: „A więc, jestem antysemitą. „Mam odwagę” ogłosić to publicznie” – i broniący w 1913 roku oskarżonego o mord rytualny na ukraińskim chłopaczku Żyda Mendla Bejlisa na łamach swej gazety Kijówczanin w czasie szeroko znanego, rezonansowego, odnotowanego na kartach historii „procesu Bejlisa”. I to narażając siebie nie tylko na potępienie, lecz na uwięzienie.

Zwalczał bolszewików – a na jego książce Trzy Stolice sam arcyzbrodniarz Dzierżyński napisał rezolucję: „Do druku”. Został zaproszony jako gość na XXII zjazd KPZR. Za Chruszczowa zagrał sam siebie w sowieckim filmie Przed sądem historii (reżyser Friedrich Ermler), film wszedł na ekrany w 1965 roku już za Breżniewa, i po trzech dniach został zdjęty z ekranów i zakazany.

Podziwiał Mussoliniego i Hitlera (zdanie co do tego drugiego póżniej zmienił…), witał Anschluss Austrii (ot, skąd ten „prezent Chruszczowa” z ust jego wychowanka pana Mikołaja…) – a sam został ofiarą moskiewskich ojców i sojuszników Hitlera, i skazany na 25 lat łagrów, z których 12 spędził w znanym więzieniu we Włodzimierzu, „Wladimirski Centrał”.

Był świetnym analitykiem, miał jasny rozum do ostatniego dnia swego 98-letniego życia – i do ostatniego dnia był pogrążony w mistycyzmie, ostatni jego rękopis tak się i nazywa: Mistyka.

Et cetera, et cetera, et cetera.

Kontrowersje, przeciwności, alogizm…

A czy alogizm?

Może właśnie czysta logika?

Zastanawiam się nad tym nawet teraz, pisząc tę powieść.

35.

Szczerze mówiąc, w pełni podzielam krytyczne poglądy Wasyla Szulgina odnoszące się do parlamentu i parlamentaryzmu w ogóle.

Kiedyś, w czasach feudalnych, setki lat temu, był to system niewątpliwie atrakcyjny, postępowy. Przynajmniej zachowywał pozory wpływu narodu na to, co się dzieje w państwie.

Zaś obecnie, na początku trzeciego tysiąclecia, parlamenty nawet wysoko rozwiniętych krajów – także Stanów, i ojczyzny systemu parlamentarnego, Wielkiej Brytanii – wyglądają na marne dekoracje dla dyktatury światowego rządu i jego oligarchicznych lokajów.

Demokracja to władza narodu, w tłumaczeniu z greckiego.

Posiadacze ogromnych zasobów pieniężnych, razem z kupką nie mających na nic wpływu buraków, trefnisiów i pionków w światowych parlamentach – czyi to przedstawiciele?

Czyżby narodu?

Na Boga dobrego, co za bzdury.

Wybory tych „ludowych przedstawicieli”, ten festiwal astronomicznych kosztów, czarnego piaru, kłamstw i manipulacji na tłumach, a raczej stadach bezmyślnego plebsu – gdzie tu jest naród? No, jednak jest, – na pasku medialnym, na łańcuchu, trzymanym przez zewnętrznych sterników.

I czyich to przedstawicieli ma on w takim razie wybierać?

I czy wybierać? Raczej, jak pod hipnozą zatwierdzić wybór. Wybór o dużo wcześniej wybranych, którzy potem decydować będą o jego, narodu, losie?

Czy może nas jeszcze cokolwiek dziwić w kolejnym cyrku małp, jakimi nas niezmiennie raczą te „izby parlamentarne”, a raczej tanie bazary oraz oddziały zamknięte?

Czy może nas jeszcze cokolwiek dziwić w haniebnej, upokarzającej szopce, jaką obecnie urządza nam w Sejmie pan Paweł Kukiz, dzielny rockman, żałosny zarówno jako polityk, jak i człowiek?

Czy tak bez powodu Marszałek Piłsudski przychodząc do Sejmu, wchodził do sali posiedzeń z uzbrojonymi żołnierzami i policjantami? Ostrzegał posłów: broń was Boże sprzedawać Polskę.

Bo większość w tym cyrku małp stanowią sprzedawczyki.

Bo właśnie po to zasiadają w tych ławach.

Bo tych osłów w złotej obroży dzieli od narodu kosmiczna odległość, mierzona latami świetlnymi.

Są, byli oraz będą bowiem marionetkami oligarchów, za którymi stoi Komitet 300 z licznymi filiami, lożami.

Ta marna, prymitywna i fantastycznie kosztowna witryna oszukańczych i mamiących gierek partii i ugrupowań, w jaką ostatecznie się zmienił współczesny parlament, przeżyła sama siebie.

Jak i sama rzekoma „demokracja”. Ten zacofany, słaby, archaiczny, w żadnej mierze nie odpowiadający realiom nowego wieku kształt rządów odchodzi w niebyt na naszych oczach.

Propaganda Komitetu 300 sugeruje, że alternatywą dla parlamentaryzmu jest wyłącznie dyktatura czy autorytaryzm.

To ich kolejne kłamstwo.

Mimo, że czasem potrzebna także dyktatura, taka tymczasowa. Jak na przykład w Hiszpanii, Portugalii czy w Chile, gdzie dyktatura Franco, Salazara i Pinocheta ocaliła te kraje przed czerwonym zniewoleniem i nieuniknionym upadkiem. Także przed degradacją narodu.

Lecz nawet takie tymczasowe „patriotyczne dyktatury”, alternatywne dla dyktatury niszczącej, – także powoli odchodzą w przeszłość.

Zwłaszcza obecnie, kiedy na tle rewolucji informacyjnej narodził się postulat „sieciowego samorządu”. Czyli: wspólnota, także krajowa, rządzi sama sobą, między innymi przez lokalne sieci. I sama sobie jest siecią komunikacyjną.

To jest przyszłością świata. I to wyrzuca na pyski wszystkich nikczemnych i szkodliwych nierobów i pasożytów, tak zwanych „zawodowych polityków”. Ich po prostu nie będzie. Bo już dzisiaj nie są potrzebnymi.

To wyzeruje wszystkie dekoracje, bałagany i cyrki rządu światowego, Komitetu 300.

Także szopki parlamentarne, fantastycznie drogie, irytujące, próżne, zupełnie bezużyteczne.

Całą tę szyderczą ściemę o nazwie „demokracja” światowych skrytych w cieniu dyktatorów.

Będąc posłem aż na trzy kadencje Dumy Państwowej jeszcze za cara, Wasyl Szulgin świetnie poznał mechanizmy oraz cenę tej „parlamentarnej demokracji”, – a raczej jej parodii, zwiastuna klęski imperium, której jako żarliwy patriota, był walecznym zwolennikiem.

36.

Dzisiaj pan Mikołaj przyszedł do Centrum z wielką tekturową teczką. Postawił ją na białej kanapce ze słowami:

– Mam coś, co pewnie pana zainteresuje.

Wyjął z teczki duży album i podał mi go. Na wyszukanej okładce piękny obrazek i napis ułożony z brązowych, stylizowanych na starożytne liter:

NAPOLEON ORDA.

Napis w języku białoruskim.

Otworzyłem album. Przepiękne wydanie, doskonałej jakości papier. Na nim to, co początkowo wydało mi się miedziorytem. Widoki pałaców, budynków, kościołów, stara Polska, stary Wołyń, stara Litwa.

Na mistrzowskich „estampach”, jakie w istocie okazały się ołówkowymi rysunkami, zobaczyłem napisy informacyjne w języku polskim, pod nimi tłumaczenie na białoruski. Wstęp także po białorusku. Mińskie wydanie.

I rzadkie, bardzo rzadkie. Biały kruk, rarytas.

Napoleon Orda, wszechstronnie utalentowany, zwłaszcza muzycznie i malarsko. Pochodził z tatarskiej szlachty Rzeczypospolitej herbu Orda, imię otrzymał na cześć Napoleona Bonapartego. Powstaniec Listopadowy, odznaczony orderem Virtuti Militari. Na emigracji poznał i zaprzyjaźnił się z Fryderykiem Szopenem, Adamem Mickiewiczem, Honoriuszem Balzakiem, wielu innymi wybitnymi artystami. Kiedy nadarzyła się sprzyjająca okazja, powrócił do Ojczyzny, i podróżował po Polsce, Litwie, Ukrainie, Białorusi (także ówczesna Litwa).

Wszędzie, gdzie był, rysował. Utrwalał ołówkiem pałace, budynki, kościoły, zamki, fortece, krajobrazy, majątki szlacheckie, magnackie, domy chłopskie, mieszczańskie, nawet fabryki, stajnie, budowle przemysłowe. Wszystko co było pobudowane rękami obywateli Obojga Narodów. Jego prace są fotograficznie precyzyjne, a w nich na zawsze zamieszkała dusza malarza, artysty, kochającego jego i nasz kraj, znającego serce Rzeczypospolitej.

Wstęp do Pana Tadeusza serdecznego przyjaciela Mickiewicza, – to jego malarska wersja. Głęboka tęsknota za ukochaną Ojczyzną. Za jej odchodzącym pięknem. Talent i miłość Ordy przechowały dla nas obrazy setek krajobrazów, starożytnych budynków i parków stworzonych mistrzowskimi rękoma naszych Rodaków różnych epok.

Po wielu z nich pozostały gruzy…

Jak po pałacu Romana Damiana Eustachego księcia Sanguszki w Sławucie. W 1914 roku moja Babcia mając siedem latek, spacerowała po tym parku w towarzystwie Ewy, przybranej córy księcia, gdy gospodarz i Babci ojciec, a mój pradziadek Antoni, rozprawiali o jakichś sprawach w gabinecie księcia. W parku dziewczynki natknęły się na wielkiego psa, rasy myśliwskiej, a Ewa wytłumaczyła Babci, że nie musi się bać, bo pies jest przyjazny, i nie kąsa, tylko szczeka na obcych, a Babcia jest z nią, Ewą, więc nie jest obcą, może nawet pogłaskać Patroklesa…

Przypomniałem sobie tę opowieść z dzieciństwa, patrząc na jeden z obrazków w albumie Ordy. Inne refleksje przychodziły do głowy przy oglądaniu gruzów Ostrogskiego Zamku. Niedaleko Zamku zaczynała się nasza ulica…

Potem dowiedziałem się że to najlepszy z obrazów przedstawiających Zamek Ostrogski.

Oglądając te widoczki, z wielkiej miłości tworzone mistrzowską ręką wielkiego artysty pana Napoleona, na chwilę przeniosłem się z tej przesiąkniętej polską krwią ziemi smoleńskiej, okupowanej przez moskali już od 350 lat, do stron ojczystych…

– …panie Mikołaju, to jest wspaniałe, że posiada pan coś tak pięknego…

Pan Mikołaj uściślił:

– Teraz to pan posiada. To dla pana.

Zaskoczył mnie ogromnie.

– Panie Mikołaju, nie mogę przyjąć takiego prezentu. To biały kruk, rarytas, w dodatku posiadający wartość historyczną, powinien, więc, także kosztować niemało…

Jeszcze nie wiedziałem że album ten jest prosto z muzeum Napoleona Ordy w Janowie na Białorusi, który zwiedzał pan Mikołaj. To był rodzinny majątek Ordów, mała Ojczyzna i miejsce wiecznego spoczynku pana Napoleona. W 1980 roku moskalscy nieludzcy barbarzyńcy i ich białoruskie przydupasy zniszczyli cmentarz w Janowie, gdzie był także grób Napoleona Ordy…

– Panie Jakubie, bez dyskusji. Zdecydowano i podpisano. U mnie to leżało, tylko miejsce zajmując. A co to znaczy dla pana…

Pan Mikołaj spojrzał na mnie znacząco. Przyglądał mi się, gdy oglądałem obrazki Ordy z polskimi napisami, jakie wykonał sam mistrz.

– …Album już jest pański. A teraz, pójdziemy się leczyć?..

– zapytał Mikołaj Siergiejewicz z szerokim uśmiechem. I dodał:

– …wiedziałem jak pan to odbierze…

37.

Po zakończonej pracy wróciłem do domu, a prezent z wrażenia zapomniałem zabrać, został w Centrum.

Zabrałem nazajutrz, sfotografowałem w domu iPhone’m okładkę i niektóre obrazki – między innymi pałac w Sławucie – i wysłałem mailem do kraju, mojej Siostrze. Dostałem odpowiedz:

„Nie dostałbyś w kraju takiego prezentu”.

Tak, racja: nie dostałbym.

38.

Już bardzo dawno, tam w Moskwie, zrozumiałem pewną bardzo ważną rzecz.

Świat nie dzieli się wertykalnie, lecz horyzontalnie.

Czyli: nie tak jest że mieszkający w Londynie jest szlachetniejszym, znaczniejszym czy ważniejszym od mieszkającego w Pierdzielowicach.

A jest tak: warstwy społeczne przechodzą tak samo przez Londyn, jak przez Pierdzielowice.

Tak wyższe, jak niższe.

W taki sposób, szlachetna, ważna, również wpływowa i znaczna osoba – jak i niska, nikczemna -może okazać się mieszkańcem Pierdzielowic. I nie tylko teoretycznie.

A kloszard czy lump jest owym choć tam, choćby w Londynie. Mieszkając pod mostem Waterloo, przykładowo.

Metropolia daje perspektywy. Ale uzależnianie wysokiego statusu od życia w metropolii czy wielkim mieście jest kolejną ściemą i oszustwem propagandy światowego rządu. Bo w metropolii łatwiej trzymać pod kontrolą posiadaczy wysokiego IQ, oraz ich gromadzić.

Sam Napoleon Orda mieszkał będąc emigrantem w Paryżu, a sercem pragnął ojczystego Janowa na Litwie. Tam też spoczął…

W życiu spotkałem wiele przykładów, kiedy najbardziej wpływowe osoby mieszkały w małych miasteczkach czy wręcz wiochach Europy – kiedy ona była jeszcze Europą, a nie obecnym obozem lumpów, również tych islamskich. A także spotkałem wielu ludzi nic nie wartych, marnych, zerowych czy zwykłych lumpów w światowych metropoliach.

U nas w Polsce po wiekach rozbiorów i okupacji, po masakrach ludobójstwa, Katyniu i Wołyniu, zebrała się również olbrzyma masa lumpów, tępego, sterowanego, podłego stada bez Boga, Honoru, Ojczyzny. Bez duszy i serca. W stolicy, wielkich miastach, jak i na wiochach. Niezależnie od wykształcenia – wśród stada są także profesorowie, generałowie etc. No, i „politycy”,oczywiście, jakie stado obędzie się bez capa prowokatora.

Targowica, PZPR, ZOMO, ORMO, UB, SB, KOD, – nazwy różne, czasy różne, stado jedno.

Tacy nie mają zielonego pojęcia o Napoleonie Ordzie, jego wielkich przyjaciołach. A kto ma mieć, – „polskość to nienormalność” według niejakiego Tuska D., buraka, chama, folksdojcza (a raczej niemieckiego Żyda), zbrodniarza i zdrajcy stanu, jednego ze Smoleńskich spiskowców i zamachowców, także brukselskich kozłów prowokatorów.

Nieszczęściem jest, i to ogromnym, że takich osobników jest w kraju wielu, nawet zbyt wielu.

To jak mógłbym dostać od nich taki prezent, jaki otrzymałem od ruskiego monarchisty Mikołaja Siergiejewicza.

Zresztą także wielu naszych intelektualistów – w tym szczerych patriotów – nie bardzo stać na takie prezenty, z różnych przyczyn. Tak już jest.

No, i mamy paradoks.

Czy logikę.

Uczeń, wychowanek i osobisty sekretarz jednego z zaciekłych rosyjskich imperialistów, znanego z tych imperialnych idei na całym świecie, – wiedział, jak odbiorę przepiękne polskie, litewskie, ukraińskie widoki mistrzowskiej ręki wielkiego artysty i patrioty Napoleona Ordy.

A dokładnie: z przeszywającym uczuciem nostalgii i polskim patriotyzmem.

Nie ukrywam tego żem polski patriota i niepodległościowiec. Zwolennik Międzymorza – współczesnego odpowiednika Rzeczypospolitej od morza do morza. Także przed Mikołajem Siergiejewiczem – patriotą rosyjskim. Również szlachcicem, tym rosyjskim.

I ot, zażyczył sobie żebym miał przy sobie jedno ze źródeł, budzących i motywujących polski patriotyzm, silne dążenie do polskiej niepodległości, wywalczania, odzyskania potęgi i chwały czasów owych.

To wszystko jest obojętnym dla stada. Tego nawet nie chce okupacyjny polskojęzyczny motłoch posiadający polskie dowody osobiste. A tak naprawdę – wróg wewnętrzny.

Nie pomylił się, więc, pan Mikołaj: odtąd ten album moją codzienną lekturą. Będzie ze mną wszędzie, gdzie zaprowadzi mnie Gospodarz losu.

Tak, „horyzontalnie” dzieli się nasz świat…

39.

Postać Szulgina stała się tematem wiodącym moich rozmów z panem Mikołajem. W czasie jednej z nich, uczeń Szulgina, a mój pacjent, stwierdził:

– Wasyl Witaliewicz był wielkim dyplomatą…

I podał swoisty przykład dla uwiarygodnienia tej opinii:

– …Pewnego razu w szkole na zajęciach z historii nauczycielka opowiadała o zdarzeniach po Lutowej Rewolucji 1917 roku, o Rządzie Tymczasowym, że powołano go było w kiblu. Podniosłem się z miejsca, powiedziałem: pani mówi nieprawdę, nic takiego nie miało miejsca, znam członka Tymczasowego Rządu, pani też go zna, możemy go zapytać, jak było naprawdę. Nauczycielka historii, perfidna i mściwa Żydówka, zaczęła krzyczeć: „wasz Szulgin to sklerotyk, marazmu ma”! A ja kontynuuję: pójdziemy do Wasyla Witaliewicza, zapytamy go, dowiemy się prawdy od świadka wydarzeń, a nie z pani wypocin. Cóż, w przerwie kilku chłopców wyraziło chęć, żeby pójść ze mną do Szulgina. No i poszliśmy do niego po zajęciach. Przychodzimy, ja wyłuszczam o co nam chodzi, proszę Wasyla Witaliewicza żeby opowiedział nam prawdę o tym okresie. A on… już herbatkę przygotował, ciasto też czekało na stole. I tak jakoś niepostrzeżenie, pomalutku, przeszedł na inne tematy. Ciekawe tematy, nieciekawie nigdy nie opowiadał. Ale nie o Rządzie Tymczasowym…

Po wysłuchaniu tej opowieści pana Mikołaja, z okresu końca lat 60-tych wyraziłem swoje zdanie.

– Uważam że mądrze uczynił Szulgin, panie Mikołaju. Jeśliby opowiedział to co było naprawdę, pan z kolegami uczniami wywalilibyście to na kolejnych zajęciach. A ta Żydówka takiej konfrontacji by wam nie odpuściła. Posypałyby się donosy, znamy to dobrze w Polsce ze strony tych rodzimych… Spotkałyby was szykany i wielkie nieprzyjemności ze strony KGB, a waszych rodziców też by one nie ominęły. Nie o sobie myślał Szulgin, nic przecież nie miał do stracenia. Także wiek… O panu myślał, o pańskich kolegach…

Mikołaj Siergiejewicz był takiego samego zdania.

– Nie chciał nas narażać na ryzyko, tak. Bo naprawdę nie odpuściłaby…

40.

Wiem „za co oni się mi nie podobają” według Szulgina.

A raczej to za co my się im nie podobamy.

Jeśli pokrótce: za to żeśmy się nie urodzili Żydami.

To dzicz wschodnia, pięć razy starsza od tej moskalskiej. Dlatego pomyślnie steruje moskalską, jak i resztą światowej dziczy, tak wschodnią, jak i zachodnią.

Znam ich od wczesnego dzieciństwa, potem w różnych zakątkach świata, a w ich kraju spędziłem ponad cztery lata, służbowo. Hebrajski znam płynnie, Torę, Talmud, Misznę czytam w oryginale.

Zapoznałem się tam w Izraelu z profesorem medycyny Har Elem. W tłumaczeniu z hebrajskiego Har El to „góra Boga”. Był już sędziwym starcem w tym 1993-m.

Postanowiła mnie zaskoczyć ta „góra Boga”, – i muszę przyznać, to mu się udało.

– …Wiesz co? Studiowałem medycynę w Niemczech, od 1934 po 1938 rok. W Berlinie!

W hebrajskim nie ma zwrotu „pan”, „pani”, wszyscy są na „ty”, tak rodzinnie. Już zrozumiałem, bom wiedział, o jakie to „studia” biega. Lecz udałem Greka:

– I cóż, profesorze Har El? Nie zabili, nie wrzucili do obozu zagłady ciebie tamci od SS? Czy gestapo?..

Wygląd „góry Boga” nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do jego narodowości, a nosem tej „góry” można było otwierać butelki z browarem i puszki z konserwami. „Góra”, wzrostem sięgający mi mniej więcej do pasa, zlustrował z góry na dół głupiego laika i profana. Odrzekł:

– Z Hitlerem, Himmlerem, Goebbelsem, Bormannem obcowałem jak teraz z tobą, chłopie.

No, proszę, parteigenosse Bormann, kasa partyjna NSDAP. O czym miał gadać ten tuz Trzeciej Rzeszy oraz reszta tuzów, z samym führerem na czele z żydowskim smarkaczem dwudziestolatkiem, „studentem medycyny”, tym przedstawicielem „bezwartościowej rasy”, nadającej się co najwyżej, według ich „rasowej teorii” do ludobójczych eksperymentów, i ostatecznie do totalnej zagłady?

A było o czym.

„Góra Boga” studiował medycynę w stolicy Tysiącletniej Rzeszy. Studia były jedynie przykrywką dla głównej działalności. Bo tak naprawdę pracował dla znanej Żydowskiej Agencji SOHNUT. Ona istnieje po dziś dzień, zajmuje się przemieszczaniem Żydów z całego świata do Izraela i ich zaadaptowaniem na ziemi obiecanej.

A wtedy, w okresie lat 30-tych XX wieku, kiedy Izraela jako państwa jeszcze nie było, a był „iszuw”, żydowski samorząd Palestyny, kolonii Wielkiej Brytanii, – SOHNUT pełnił te same funkcje, jak obecnie MOSSAD.

Czyli, wywiadowcze.

Profesor Har El, „góra Boga”, zajmował się wykupem bogatych Żydów w celu przeniesienia ich następnie do Stanów, Wielkiej Brytanii, Australii itd. Nie przeszkadzało, że był wtedy jeszcze smarkaczem. Zaufaniem się cieszył ten gówniarz z pewnych powodów. Zajmował się tym, więc, w Niemczech hitlerowskich przez cztery lata, wraz z takimi samymi od SOHNUT-u, jak też innych służb.

Tym razem służb cudnego „Zachodu”, który bardzo lubi pieniążki, one przecież nie pachną. Także szefowie z Komitetu Trzystu nie przeszkadzają w tym procederze, – wręcz odwrotnie, to wszystko jest z ich rozkazu. Szwajcaria na przykład chętnie przechowywała skarby III Rzeszy. A coś niecoś przechowuje jeszcze po dziś dzień w swych zacnych bankach.

A więc, bogatych Żydów za ogromny wykup wywozili pod ochroną wojsk SS do niemieckich portów morskich Hamburg i Kil. Stamtąd na statkach – naprzód, ku świetlanej przyszłości. „Ku chwale pieniędzy”. Kogoś stać było na samoloty prywatne.

A ci biedni i średni – uprzejmie prosimy na Holocaust. Teoria „suchych gałęzi”, jakie się odcina, oby drzewko nie chorowało. To pieniądze. Teoria syjonistyczna, a tak naprawdę talmudyczna.

…No, i cóż może się jeszcze dziwić?

Z pewnością nie zbrodnie ludobójstwa na nas Polakach, – także na biednych i średnich Żydach – jakich ogrom popełniono od 1939 roku po dziś dzień przez te „góry” (raczej jednak nie Boga…) oraz ich górali.

Szulgin między innymi mawiał:

„Jeśli Żydzi są za Rosją, jestem za Żydami. Jeśli Żydzi przeciwko Rosji, jestem przeciwko Żydom”.

Podpisuję się pod tym, zamiast Rosji pisząc „Polska”.

Tylko pokażcie mi tych wśród obecnych, kto z nich „za Polską”.

Oj, mało ich jest. Bardzo mało, mizerna garstka. Ale szczerze mówiąc, im też do końca nie ufam. Zasada „podwójnej lojalności”, krajowi przebywania i synagodze, gdzie decydują bynajmniej nie interesy kraju przebywania – tej zasady nikt nie zawiesił, ani odwołał.

Wielowiekowej poręki kręgów też.

Nie dam, więc głowy, że ci państwo nie są w cichych konszachtach z tymi swymi rodakami, którzy rządzą w obozie otwartych wrogów Polski, narodu i państwa. Z różnymi tam szejnfeldami, schnepfami i resztą adasiów, kto szykuje się dzisiaj na kolejny zamach stanu, krwawe uliczne zamieszki dla obalenia Prezydenta i Rządu Rzeczypospolitej. Za kasę Rothschildów i Rockefellerów, czyich wiernym i niezmiennym pośrednikiem jest Soros.

Zbyt dużo wiem o tych „górach” i góralach żeby im ufać.

W takim razie „zaryzykuję” i powiem słowami Szulgina: „A więc, jestem antysemitą. „Mam odwagę” ogłosić to publicznie”.

Tylko słowo „antysemita” ma być w cudzysłowiu. Tym wielkim. Bo ten sztuczny termin i jarłyk wobec każdego kto im się nie podoba, wymyślony na Pierwszym Światowym Syjonistycznym Kongresie w Bazeli (1897 rok), używać na poważnie, jest jakoś nieprzyzwoicie.

Kuriozalne to: mieć choćby jakiekolwiek wspólne poglądy polskiego niepodległościowca z rosyjskim imperialistą.

A może sama logika. Szulgin przecież był szczerym patriotą, niechaj rosyjskim.

Przeto inwektywy „agent Putina” nie da mi się przypisać w żaden sposób.

Chociażby dlatego że ów Putin o honorowym tytule „chujło” (piosenka z Charkowa jest światowym hitem nie mającym równych sobie) – też pochodzi od tych górali.

Także wielu w cyrku małp „światowej polityki”. Oj, wielu.

A z gojskimi miłośnikami srebrników to cała armia.

Także nazizmu nie uda się mi przyszyć KOD-owskim, szejnfieldowskim, michnikowskim szujom i szumowinom.

150 000 Żydów i Niemców o żydowskich korzeniach w Wermachcie, – a w Sztabie Luftwaffe na przykład nawet wśród dowództwa, generalicji – hm…

Szulgin podziwiał Mussoliniego i Hitlera otwarcie (Hitlera zresztą za pewny czas potępił, uważając go za światowe zło).

A tamci, w tym wermachtowski dziadzia Tuska D. – „prawdziwi Aryjczycy”, a dziadzia to aż Kaszub, ot, tak.

Rodzony wnuk Adolfa Hitlera mieszka w Izraelu, Hans Hiler się nazywa. Nazwisko bez litery „t”, – nie prawdziwy Aryjczyk już z niego jest, tylko prawdziwy wybrany.

Jeszcze jeden izraelski wnuś, – żony ministra propagandy III Rzeszy Josefa Goebbelsa, Magdy, i jej pierwszego małżonka Haima Arłozorowa, jednego z ojców syjonizmu i państwa Izrael. Jest oficerem CAHAL, Armii Obrony Izraela, – Wermacht od dawna skapitulował (w odróżnienie od III Rzeszy, sic). Ma na imię Haim, jak dziadzia Arłozorow.

Takich potomków prowodyrów III Rzeszy, wermachtowców, SS-manów a-la Tusk D. wśród obywateli państwa Izrael obecnie jest jakieś 300 osób.

Jest nad czym się zastanowić.

Także o prawdziwych korzeniach, genezie nazizmu.

41.

Sam Szulgin, podziwiając Hitlera i Mussoliniego, umieszczał w swoich tekstach przemyślenia dosyć dziwacznie jak na faszystę. Pisał na przykład tak:

„…Nie kieruj się, naśladując Niemców, poglądem, że „Ojczyzna jest nade wszystko”. Ojczyzna, owszem, jest ponad wszystkie wartości ludzkie, ale ponad Ojczyzną jest Bóg. I kiedy ty zechcesz „w imię Ojczyzny” napaść bez przyczyny na sąsiedni naród, wspomnij sobie, że przed Bogiem to grzech, i powinieneś odstąpić w Imię Boga od swych zamiarów… Kochaj swoją Ojczyznę „jak samego siebie”, ale nie rób z niej boga… nie bądź bałwochwalcą”.

Tak, dziwny z niego „faszysta”…

Ojczyzna na trzecim miejscu także w naszej polskiej Trójce, dwa pierwsze miejsca zajmują Bóg i Honor. Dla rosyjskiej szlachty to Bóg i Car. Car na miejscu Honoru to moim polskim zdaniem bardzo zła opcja.

Ale Bóg jednak na pierwszym…

…Spotkaliśmy się z uczniem, wychowankiem i osobistym sekretarzem Wasyla Szulgina, potomkiem rosyjskiej szlachty, ruskim aktorem Mikołajem Konszynem akurat w okresie bestialskich wojennych zbrodni putinowskiej Rosji na Donbasie. Krew stygnie w żyłach przy czytaniu dokumentu zespołu pani poseł Małgorzaty Gosiewskiej o tych nieludzkich, szatańskich zbrodniach przestępczego terrorystycznego państewka, jakim jest obecna Rosja.

I jej diabelskich obywateli.

Wołają te zbrodnie o pomstę do Nieba.

A skoro tak, pomsta będzie.

Przy okazji zapytałem pana Mikołaja:

– Czy wierzy pan że Rosja może stać się w przyszłości potęgą, gdyż obecnie jest ona konającym ogryzkiem imperium, niosącym śmierć, cierpienia, nieszczęścia, wojnę i znienawidzonym przez cały świat?

Pan Mikołaj powiedział:

– Tak, kiedyś będzie. Tylko…

…i zacytował poetę Niekrasowa:

„…жаль, только жить в эту пору прекрасную
уж не придется, ни мне, ни тебе”.

„…szkoda, lecz żyć w tę porę przepiękną
już wszak nie przyjdzie, mi, ani tobie”.

No, cóż…

– I to pana zdaniem ma być imperium? Jak zawsze?

Pan Mikołaj odpowiedział „tak”, a moje kolejne pytanie wynikało logicznie z poprzedniego.

– Pan marzy o nowym rosyjskim imperium, zaś ja nie tylko marzę, jeszcze i czynię wraz ze sprzymierzeńcami wszystko dla odrodzenia Wielkiej Rzeczypospolitej, tej od morza do morza. Oczywiście, to będzie coś odpowiadającego nowym czasom oraz zmodyfikowanym starym koncepcjom, idei Międzymorza. I będzie to jeszcze za naszego życia, proszę pana. To niech pan sobie wyobrazi: odrodziło się Rosyjskie Imperium, jak też Wielka Rzeczpospolita. I cóż? Znów Rosyjskie Imperium zniewala inne narody, wojuje z sąsiadami? Z nami, Najjaśniejszą Rzeczpospolitą?

Pan Mikołaj zdawał się być szczerze zdziwiony.

– Wojować? A po co nam z wami wojować? Niech Izrael wojuje, u nich ziemi jest mało. A u nas ziemi ogromne połacie, stoi pusta, nam ją zagospodarować trzeba, po co mam nowe ziemie. Nie wojować, – budować trzeba, przyjaźnić się z wami. Wtedy Rosja będzie wielką!.. Toż to nie imperia poprzednich czasów, te wojowały, zniewalały, a teraz tak nie można, świat dziś wygląda zupełnie inaczej …

I dorzucił:

– …nie wiem, jak inni, ale ja tak właśnie uważam.

…Jak „inni”, to wiemy z raportu zespołu pani poseł Gosiewskiej. Ale ot, uczeń Szulgina innego zdania… Ciekawe to imperium, o którym marzy…

Utopia? Może i tak…

– …Lecz pan przecież widzi, panie Mikołaju: obecnie to imperium się wali, rozpada się…

Pan Mikołaj nie zaprzeczał.

– Tak, wali się, i rozpada. To sowieckie. Przecież to co mamy, to jest jednak wciąż sowieckie. Musi się rozpaść, a na jego miejscu ma powstać już ta prawdziwa Rosja.

Prawdziwa Rosja… Obecnie uważam, że każda wersja Rosji jest bezdyskusyjnie zagrożeniem. Dla nas, dla sąsiadów Rosji, dla Europy, całego świata. Ale…

…Jak każdy pisarz, mam w sobie odrobinę fantasty, utopisty, – chociaż twardo stąpam po ziemi grzesznej obiema nogami. A skoro tak, dopuszczam i taką myśl: co by to była za Rosja, w której rządziliby nie lumpy, a tacy jak mój pacjent?..

Ale skąd takich wziąć? Można powiedzieć że pan Mikołaj przeżył cudem. Dlatego pozostał w XX wieku. Po falach terroru, jaki trwa po dziś dzień. Po diabelskiej selekcji, kiedy teraz w tej Rosji rządzi czarci duet, Szwonder i Szarikow. I rządzi piątym pokoleniom Szarikowa, człowieka – psa.

Nie wiem. Ale pomyśleć mam prawo.

Wywarło na mnie wrażenie to: „niech Izrael wojuje”. Pan Mikołaj wydaje się być człowiekiem dobrze poinformowanym, nie tylko w tematach aktorskich. No, przecież jest uczniem nie tylko Massalskiego…

– …Bardzo trafna Pana uwaga odnośnie Izraela. Oni taką samą filią Londynu, Komitetu 300, ale ich ślad jest wszędzie. Także na Majdanie. Także na Donbasie. Także w Moskwie, 3-4 października 1993 roku…

…Jestem uczestnikiem tych krwawych moskiewskich październikowych zdarzeń. Wiem, że z Izraela wysłano do Moskwy 18 snajperów z podwójnym obywatelstwem Izraela i Rosji. Uzbrojenie snajperskie wydał im po przybyciu naczelnik osobistej ochrony Jelcyna, generał Michaił Korżakow. Porozmieszczali ich na najwyższych punktach Moskwy, na najwyższych gmachach. Oni strzelali do wszystkich. Niezależnie od strony konfliktu. Do przypadkowych przechodniów, do ludzi w oknach… Dwa krwawe dni.

Jak na kijowskim Majdanie 20 lutego 2014 roku.

Żydzi, moskale, Szwonder, Szarikow…

Jak na Donbasie – po obu stronach lubawiczowscy chasydzi z Ruchu Habad. W kierownictwie też. Tak kijowskim, jak „DNR – LNR”.

Tacy sami są na Kremlu.

Często tam gości lubawiczowski chasyd Berl Łazar. Oficjalnie „główny rabin Rosji”. W rzeczywistości – osobisty rabin Putina.

Wśród Niebiańskiej Sotni – żadnego takiego nie było.

Wśród poległych na Donbasie – biedni i przeciętni Żydzi.

Na szczycie po obu stronach wojny – ci bogaci, razem z gojskimi szujami, dnem, łobuzami, lumpami. Bogactwo jednych rośnie. A bieda, nędza, rozpacz drugich – też.

Ta sama para: Szwonder, Szarikow…

„Niech Izrael wojuje”.

Dobre życzenie wychowanka Szulgina. Godne jego mistrza.

Stanowczo popieram: niech wojuje tamten kraj.

Czyim obywatelem wnuk Adolfa Hitlera, i jeszcze około 300 takich.

Tamta armia, gdzie oficerem Haim, wnuk Magdy Goebbels i bossa syjonizmu Haima Arłozorowa.

To jest państwo, które „zwalcza nazizm”, a samo jest azylem (a raczej nie tylko azylem) dla potomków arcynazistów, katów, gdzie wśród ofiar tych bestii wielu ich własnych rodaków.

Tych biednych, „suchych gałęzi” na złotym drzewie Izraela, czyim owocem srebrniki.

A my? My, Słowianie, – nie mongolski motłoch, nie dzicz wschodnia wszelkich ras, ta zdecydowana większość szatańskiej Moskowii, jaka kłamliwie i szydercze nazywa siebie „Rusią prawosławną”?..

„Rozproszeni po wszem świecie, gnani w obce wojny”…

Jak w Marszu Polonii…

Może wtedy nie będą nas gnali w obce wojny, w wojny londyńskich szachistów, izraelskich satanistów i bandytów, brukselskich oszustów i kremlowskich rewizjonistów, anty chrześcijan, masonów, syjonistów, – kiedy zapytamy i uświadomimy sobie: czyje to wojny?

Może wtedy przestaniemy być Szarikowymi na smyczy u światowych Szwonderów?

A zostaniemy tym samym „dzielnym narodem”?

Może wtedy wycofamy z Afganistanu naszych chłopców z WP, którzy giną za obce, wrogie, żydowskie i fartuchowe interesy, za geopolityczne gierki światowych panów z Komitetu Trzystu? Za ich „sterowany chaos”?

Za New World Order?

Co zrobili dla nas ci łaskawcy po Smoleńsku?

Ukrywali oprawców – i swój udział w zbrodni.

Udział jako klientów.

Byli w pierwszym szeregu kłamców Smoleńskich, oraz są nadal. Są źródłem tego kłamstwa.

Do ostatniej chwili zamiatali pod dywan sprawę Litwinienki.

A obecnie kłamliwie oskarżają uczciwego Rosjanina, wygnańca, prawdziwego dysydenta, obywatela Wielkiej Brytanii Włodzimierza Bukowskiego o „przechowywanie dziecięcej pornografii”, – bo zwalcza ich moskiewską filię. Bukowski ogłosił strajk głodowy.

Godna demokracja.

Główna siedziba światowej masonerii w Londynie, Komitet Trzystu, broni swoją zbrodniczą terrorystyczną kremlowską filię.

Żeby obronić siebie.

42.

– …Różnimy się z panem nie tylko poglądami, Mikołaju Siergiejewiczu. Jesteśmy z różnych planet, różnych światów. Dlaczegoż w takim razie nie złościmy się, nie przeklinamy siebie, nie bijemy się, nie czepiamy się za włosy i brody? Chyba właśnie dlatego że nie należymy do dołów społeczeństwa, jakie tak właśnie z sobą postępują…

Mikołaj Siergiejewicz uśmiecha się, siedząc na białej kanapce.

– No, jakież doły… Pan jest polskim szlachcicem, a jam szlachcic rosyjski…

Uzupełniłem:

– Ale niemało szlachetnych i poczciwych pochodzi na przykład z chłopstwa…

Pan Mikołaj spojrzał na mnie uważnie.

– Widzi pan… Wśród chłopów niemało jest potomków nieślubnych dzieci szlachciców…

Tak, również są. Zgodziłem się, bo to prawda.

43.

Wszak nie bijemy się, nie kłócimy się, nie przeklinamy siebie z panem Mikołajem. Bo oboje wiemy, czyje to są naprawdę wojenki, te między dołami społeczeństwa.

Nie jesteśmy, więc, Szarikowowie. Tak, również przez pochodzenie.

– …Łączy nas coś ważniejszego, coś co nie pozwala na tanie kłótnie i wojenki pospolitych buraków na zlecenie Szwonderów. Ot, pan ma sprawę życia… Podobnie jak ja…

Pan Mikołaj odezwał się:

– Teatr już nie jest najważniejszą sprawą mego życia…

A jak mógłbym nie rozumieć…

– Wiem, panie Mikołaju. Nie chodzi mi o teatr.

Mikołaj Siergiejewicz uściślił:

– …sprawą mego życia jest teraz Życie Wieczne…

44.

Film, w którym Szulgin zagrał główną rolę, a właściwie siebie samego, zatytułowany jest „Przed sądem historii”.

Oglądając ten film, bez trudu zrozumiałem, dlaczego po trzech zaledwie dniach od pierwszych projekcji w 1965 roku został zdjęty z ekranów i zakazany przez sowieckie władze.

Według scenariusza „przed sądem historii” miał stać i zostać skazany Wasyl Szulgin.

A tymczasem stał i dostał wyroku ktoś inny.

Nawet nie ten kiepski aktor, TW, na którego szczurzej, wąsatej mordzie w okularach wypisane było wielkimi czerwonymi literami „KGB”. Ten zagrał rolę „historyka oskarżyciela” pana Wasyla i całego Białego Ruchu. Tępiciela „białej myśli” i wielbiciela „myśli czerwonej”.

Ciekawe, że ten funkcjonariusz najstraszniejszej w historii świata, terrorystycznej przestępczej organizacji po uszy unurzanej we krwi – oskarżał Szulgina i jego sprzymierzeńców o „nienawiść”, a także o „mowę nienawiści”.

Dokładnie, jak PO, Nowoczesna.pl i KOD oskarżają nas, polskich patriotów.

Widać szkolenie nie poszło w las.

(No, i co to za „myśl czerwona”, licho wie, chyba że „jeśli wróg się nie poddaje, to się go niszczy”. A propos, temu żałosnemu kapusiowi udało się tylko jedno: pokazać na swoim przykładzie nikczemną miernotę, aktora nieudacznika, – Paweł Massalski nawet nie spojrzałby w jego stronę, a ze swoich wykładów wygnałby takiego kursanta, pomimo jego kagiebowskich pagonów pod cywilną marynarką i czerwonej legitymacji w kieszeni).

Ale nie tylko Związek Radziecki stał przed tym „sądem”.

Nawet nie tylko KPZR czy KGB.

Nie. Stała Rosja wszech czasów. Także ta obecna.

A Szulgin…

On stał nie przed jakimś mitycznym „sądem historii”, tylko przed nami, widzami.

Stał w całej swej tragicznej samotności. Historyczna postać, nietuzinkowa, wyrazista, heroiczna, tragiczna, samotna, o pogmatwanym życiu, poplątanym losie.

Wiecznie i wszędzie obcy.

Jak każdy, kto żyje „z przekonania”.

To hasło na herbie części moich Przodków. Dlatego jest i moim.

Dlatego tak dobrze rozumiem Wasyla Szulgina. Pomimo tego, że jestem z przeciwnego obozu. Mówiąc wprost, z wrogiego…

W filmie o sobie samym Szulgin zachował się jak profesor Iwan Pawłow z opowieści ucznia i wychowanka pana Wasyla, aktora Mikołaja Konszyna, którego obecną sprawą życia jest Życie Wieczne…

– …Przyjechał Pawłow do Moskwy. Na ulicy zatrzymał się pod prawosławną świątynią, której jeszcze nie zdążyli zburzyć bolszewicy. Zdjął kapelusz, uczynił znak Krzyża, pokłonił się. I usłyszał głos za plecami: „Ech, ciemny jesteś, dziadu, ciemnogród”. To był jakiś tam „marynarz rewolucjonista”. „Tak, tak, ciemny jestem…”” –

– zgodził się z Szarikowem geniusz światowej nauki, członek Królewskiej Akademii Nauk Wielkiej Brytanii i wielu innych, laureat Nagrody Nobla z fizjologii.

Każdy chwyt propagandowy, jaki w zamyśle miał zmiażdżyć Szulgina, – uderzał akurat w Rosję, w jej władze i ludność, w aktorzynę od KGB, drugie pokolenie Szarikowa w okularach naukowca na szczurzym pysku.

W jej… no, tak, historię.

…Białe noce, bal maturzystów, na tle rzeki Newy, jej granitowych brzegów i Petropawłowskiej fortecy rozbawione pary tańczą walca, białe suknie, czarne garnitury. Na to wszystko patrzy samotny Szulgin, z wyszukaną elegancją ubrany starzec z białą brodą. Podchodzą do niego dwie dziewczyny w białych sukniach, rozmawiają z nim po angielsku i francusku, jak z obcokrajowcem. Akcent u dziewczyn dopracowany do perfekcji, nie na szkolnych lekcjach. Szulgin odpowiada świetnym francuskim, z czystym paryskim akcentem:

– Zdradzę wam sekret: jestem Ruski.

– Русский! –

– krzyczą zaskoczone dziewczyny.

Ich zaskoczenie było uzasadnione. I demaskujące, bo ujawniło prawdę o nich samych i ich kraju. Jakże może być Ruskim ten mężczyzna, tak dystyngowanie ubrany, o szlachetnej twarzy, arystokratycznych manierach, stylu i słownictwie, świetnie władający angielskim i francuskim…

Szulgin przyjechał do Leningradu nie z Paryża, tylko z Włodzimierza, gdzie żył na przymusowym zesłaniu po 12 latach więzienia, w tamtejszej Włodzimierskiej tiurmie. A wyglądał jak arystokrata, bo nim po prostu był.

Dla trzeciego pokolenia Szarikowa w białych sukienkach, czarnych garniturkach i krawatach – wyglądał na obcokrajowca.

Przecież takich jak Szulgin ich dziadowie wymordowali w pień jeszcze w 1917-tym, rąbali siekierami, przebijali widłami, zarzynali nożami, zabijali pałami, rozstrzeliwali, chodząc po domach i mieszkaniach. Wyrżnęli, wystrzelali wszystkich, którzy nie mogli uciec. Sami zajęli ich miejsce, ich domy, mieszkania, zabrali ich dokumenty, dowody osobiste. Spłodzili potomstwo, – kto zdążył przed dwiema czystkami towarzysza Stalina, w 1934, po mordzie na Kirowie, i 1937 latach. Nie tolerował towarzysz Stalin tych oprawców jego zadań, – a nuż, znowu o siekierach wspomną…

Oczywiste, że tak doskonały francuski i odpowiedni akcent przeciętnym potomkom tych bestii był obcy, – wzięli więc do filmu jako statystów innych potomków, studentów elitarnego Instytutu Języków Obcych, i Uniwersytetu.

A ci przeciętni wyszukanych garniturków nie nosili, walca ani mazurka nie tańczyli, języków obcych nie znali,- w zwykłej sowieckiej szkole o to wszystko było trudno. Przeto w swym języku ojczystym częściej przeklinali używając pięknego słownictwa mongolskiego. Natomiast byli posłuszni Szwonderom, wódę lubili, a ojczystą partię komunistyczną i sowiecki ustrój jak najbardziej.

Ich następne pokolenie dzisiaj, równy wiek po masakrach w Piotrogrodzie i Moskwie, katuje i zabija na Donbasie. Rozpruwa brzuchy obywatelom Ukrainy za wywieszanie Ukraińskiej Flagi na ukraińskiej ziemi. Obcina głowy. Strzela w tył głowy, jak ich szatańscy dziadowie w Katyniu.

A potomkowie wąsatego szczura „historyka” w okularach, jak też dziewuch w białych sukienkach z francuskim akcentem wszystkim tym kierują. Do czasu kiedy znajdą się na ławach oskarżonych przed Trybunałem Międzynarodowym.

Zadbamy o to.

Również o to, żeby w tych ławach wraz z oprawcami siedzieli – klienci. A nie w sędziowskich fotelach, jak w Norymberdze. Ot, dla tych już angielski i francuski ojczystymi. Także niemiecki. No, i hebrajski, a jakże inaczej. Dla niektórych jidisz.

Nie, nie „przed sądem historii” staną. Nie ma bowiem takiego.

To tania ściema wtajemniczonych, przeznaczona dla laików i profanów.

No, i jak tu nie wspomnieć jednego z tych wtajemniczonych, arcyrzeźnika towarzysza Stalina:

„Każda obiektywna przyczyna ma swoje imię i nazwisko”.

Tu już ów diabelski towarzysz ma zupełną rację.

Tak samo historia.

Nazywa się: nie tyle Katarzyna II, Bismarck, Lenin, Hitler czy Putin. Czy autor samej trafnej tezy.

Lecz: Rothschildowie, Rockefellerowie.

Także: Komitet 300.

I dalej z listy filii.

A co do sądu…

…a raczej tych dwóch, rzeczywiście istniejących: Boga i ludzkiego…

Ten pierwszy od nas nie zależy. A ten drugi to nasz obowiązek. Wobec Boga, Honoru, Ojczyzny.

Wobec Wolności i Prawdy.

45.

Na ekranie Szulgin zwraca się z ironicznym uśmiechem do szczura w okularach:

– Szulgin z siwą brodą to nie Szulgin z wąsikami…

Ten Szulgin z białą brodą nie podziwiał Hitlera, jak tamten ówczesny z czarnymi zawadiacko podkręconymi wąsikami. Uważał go za straszliwe światowe zło, potępiał tych ruskich emigrantów którzy stali po stronie führera Tysiącletniej Rzeszy. Także generała Własowa.

Ale twardo obstawał przy swoim: odróżniać faszyzm Mussoliniego i nazizm Hitlera.

Monarchista przecież. „Silna ręka wodza”. Przemoc dopuszczał, ale bez bestialstw. A będąc starcem, nie tolerował już przemocy w ogóle.

Bo o jednym z ojców Białego Ruchu i Ochotniczej Armii, 29-tym na liście zarządu owego Ruchu, zdeklarowanym monarchiście, który przyjął Akt zrzeczenia od Mikołaja II, założycielu i naczelniku wywiadu Białej Armii o nazwie Azbuka, tym który nawoływał do użycia karabinów maszynowych by ocalić konającą Rosję, można powiedzieć wszystko, – prócz tego że „z przekonania” był mordercą.

Będąc sędziwym starcem, mógł być ostrym, bezkompromisowym, dyktatorem – ale miał dobre serce, lubił ludzie i nie chciał dla nich niczego złego. Bardzo lubił życie i wszystko co żyje, uwielbiał zwierząt, a szczególnie kotów.

Zresztą, nawet w podeszłym wieku miał coś wspólnego z tamtym sobą sprzed lat, tym z wąsikami.

O tym mi opowiedział świadek i uczestnik wydarzenia, uczeń i osobisty sekretarz pana Wasyla, Mikołaj Siergiejewicz.

– …Pewnego razu Wasyl Witaliewicz powiedział do mnie: „Proszę cię, pójdź na telegraf i wyślij telegram z tym, oto, tekstem, pisz”. I podaje mi arkusz papieru. Piszę pod dyktando:

„Moskwa, ul. Łubianka, 2, KGB ZRSR.
Do: Prezesa KGB ZRSR Andropowa J.W.
Szanowny Juriu Wladimirowiczu!
Proszę pozwolić mi na odprawienie nabożeństwa żałobnego w intencji niewinnie zamordowanego Cesarza Mikołaja II i całej Carskiej Rodziny.
Z poważaniem,
Wasyl Witaliewicz Szulgin”

Cóż, idę na telegraf, piszę telegram, oddaję pracownicy. Ta czyta i zastyga w osłupieniu. Słowa wydobyć nie jest w stanie. Zapłaciłem, idę z powrotem. Ale poszedłem inną drogą, szerokim łukiem, zanim znalazłem się na naszym podwórku. Wszedłem i obserwuję z ukrycia. Na podwórko wjeżdża samochód, Wołga, zatrzymuje się pod podjazdem Wasyla Witaliewicza. Wysiadło z Wołgi kilku wujków w garniturach, poszli do podjazdu. I spędzili tam jakieś dwie godziny. Wyszli i odjechali swoją Wołgą. A ja szarżą do Szulgina. Przecież go nie zabrali… Otwiera drzwi Szulgin, i śmieje się. Mówi: „Oni mnie tak prosili, tak prosili! „No, cóż to pan, Wasylu Witaliewiczu, jakże tak można, niech tam pan sobie choćby codziennie te nabożeństwa odprawia, choćby całodobowo, ale pisać do Andropowa, no, po cóż?”. Widzę, widzę, pracować jeszcze umieją!”. Tak to on sprawdzał ich przydatność zawodową…

Powiedziałem na to:

– Ich służba obserwacji zewnętrznej przecież czuwała nad Szulginem. Ich V Zarząd… A skoro pan był jego wychowankiem, a nawet osobistym sekretarzem, to i nad panem…

Pan Mikołaj roześmiał się.

– Sąsiad Szulgina na piętrze był w przeszłości czekistą, a u nich nie ma przecież byłych. Oczko w jego drzwiach prosto na drzwi Szulgina patrzyło. Zobaczył coś tam w oczku, ot, i taka to cała zewnętrzna obserwacja.

Wiedział o czym mówi. Ojciec pana Mikołaja, pomimo że został zrehabilitowany za Chruszczowa, musiał raz na miesiąc zgłaszać się do miejscowej siedziby KGB. Ciekawa była ta ich rehabilitacja…

A w obecnej Rosji wszystko jest jeszcze prościej: tak zwane „rozprawy pozasądowe”.

„Seryjny samobójca”.

Tak samo jak u nas w kraju.

Po dziś dzień, w trakcie wprowadzanej obecnie „dobrej zmiany” oraz „naprawy Rzeczypospolitej”.

46.

W trakcie leczenia stan zdrowia pana Mikołaja ulegał stopniowej, ale wyraźnej poprawie. Ból w lewej nodze ustępował, chodził jeszcze co prawda powoli, ale za to nawet po schodach, co wcześniej sprawiało trudny do pokonania dyskomfort. Również wyniki badań klinicznych świadczyły o postępie w dochodzeniu do sprawności ruchowej.

Widać było, że terapia „działa”.

Stało się już „tradycją”, nasze wspólne wychodzenie na papieroska po zabiegach leczniczych, na ganek Centrum. Potem obserwowałem, jak mój pacjent pokonuje stopnie schodków ganku schodząc na dół. Pytałem go, jak reaguje noga, czy boli.

Tym razem też wyszliśmy na ganek, zapaliliśmy. Pan Mikołaj swoją Bałkańską Gwiazdę, ja Rothmans’a. Mój pacjent przypomniał sobie coś najwyraźniej ponurego, nieprzyjemnego, irytującego:

– Wie pan, wczoraj byłem na fakultecie dziennikarstwa Uniwersytetu Pedagogicznego. Miałem spotkanie ze studentami. Toż to zupełna porażka! Żenada! Coś fatalnego!..

Na twarzy pana Mikołaja odbiło się wielkie oburzenie, gdy gniewnym tonem relacjonował.

– …niech pan sobie wyobrazi: oni nie mają bladego pojęcia o niczym, nie znają nikogo! O Stanisławskim nawet nie słyszeli… O Niemirowiczu-Danczence tak samo. O ich teorii, rzecz jasna, skądże… Mówię do nich: Smoktunowski, Leonow, Jankowski… Ten ostatni przecież nie tak dawno zmarł. Nie znają. Lew Durow, taki przecież wspaniały aktor, znany szerokiej widowni, tylko co odszedł – nie słyszeli. Pytam: to kogo znacie? Wymienili aktora Maszkowa, jeszcze kogoś tam, kogo teraz się lansuje… A resztę nie znają, bo znać nie chcą… Felliniego, Spielberga – też nie znają… Ani swoich, ani zagranicznych, nikogo. Infantylni są, próżni, miernoty jakieś…

Mikołaj Siergiejewicz zaciągnął się papierosem, wypuścił gęsty dym ponad siwą głową w czarnej czapce „kepi”.

– …takie mam odczucie że jakieś zoo odwiedzałem…

Odpowiedziałem na ten pełen zniesmaczenia monolog w sposób raczej nie dyplomatyczny, w jak chyba mógłby odpowiedzieć Wasyl Szulgin.

– Raczej nie zoo, Mikołaju Siergiejewiczu. Pan odwiedzał bydłofarmę. Dla cieląt, baranków, capiąt…

Powiedziałem to co myślałem, „z przekonania”. Przyszli dziennikarze nie znają bo nie chcą znać tych, kto tworzył i miał wkład – oraz tworzy i nadal ma wkład po śmierci – w światową sławę kultury ich kraju.

Dokładniej, resztek kultury.

Kto był tą wysepką piękna i talentu w szarej masie lumpów Szarikowych, takich jak ci sami studenci.

Znakowe postaci europejskiej kultury dla tych także terra incognita, no, właśnie, jak inaczej…

Nie warto, więc, obrażać bydląt. One jednak mają duszę, bywają czułymi, miłymi. Nawet mądrymi. Jak w Betlejemskiej Stajence, przy Żłobku Pańskim.

Nie o bydlęta tu chodzi.

Tylko o lumpów w studenckich ławach.

Oni, lumpy, nie znają dzieł, – a nawet nie słyszeli imion tych kto tworzył tę wysepką piękna. Nie czczą zmarłych mistrzów, po prostu ich ignorują.

I czyżby tylko zmarłych?

Nie znali za życie, nie słyszeli o tych, bycie czyimi współczesnymi jest dumą dla każdego wykształconego człowieka, – także dla każdego człowieka. Tym bardziej dla przyszłego dziennikarza.

Zaprawdę porażka, klęska, prawdziwa katastrofa.

A przecież tam, w tym swym uniwerku, „świadczą o rosyjskim patriotyzmie” – w rozumieniu rządzących Szwonderów, tak po szarikowsku… Całe ich dziennikarstwo będzie dziennikarstwem człowieka vel psa.

…Trzecie pokolenie ciot w białych sukienkach z lat 60-tych, dla jakich elegancki starzec o szlachetnym wyglądzie był obcokrajowcem. Czwarte pokolenie katów Grodna, Katynia i Wołynia – jak i własnych współobywateli. Piąte pokolenie rzeźników, łobuzów i dezerterów, którzy wyrżnęli i wystrzelali ludność Piotrogrodu i Moskwy w 1917-m.

Jakże dobrze rozumiem Szulgina, samotnie stojącego na granitowym brzegu rzeki Newy, z głębokim smutkiem patrzącego na tańczących walca statystów, potomków rzeźników w białych sukienkach i czarnych garniturkach.

Ta sama Petropawłowska Forteca, ten sam Pałac Tawryjski, ten sam Pałac Zimowy.

Cienie tych pałaców, gmachów, mostów. Cień miasta. Cień kraju.

Po powrocie z Leningradu, będącego miastem-cieniem po niegdyś reprezentacyjnym Sankt Petersburgu, Piotrogrodzie, na Szulgina czekało szare życie w prowincjalnym Włodzimierzu wśród zwykłych lumpów, potomków bynajmniej nie tych w białych sukienkach czy garniturkach, tych nie pląsających w rytmie walca…

Zresztą szare życie jest dla szarych osobników. Zaś Szulgin był daleki od wszelkich szarości nawet w więzieniu. Również, w tym więzieniu pod odkrytym niebem, o nazwie Związek Radziecki, cieniu po ówczesnym Rosyjskim Imperium…

Szulgin całkiem szczerze wierzył na początku lat 60-ch że Rosja idzie świetlanym szlakiem, wspaniałą drogą. W tym filmie on jest taki, jaki był w życiu, to sugeruje jego uczeń i faktycznie przybrany syn pan Mikołaj. Znaczy tak jest.

Może i dobrze że tak uważał. Ponad jego siły byłoby cokolwiek zmienić, a gdyby poznał prawdziwy stan rzeczy, zmarłby dużo wcześniej.

A może… może jednak zrozumiał? Przecież był nie tylko świetnym analitykiem, nie tylko znał się na rzeczach na swym najwyższym poziomie? Miał wizje…

Możliwe że Wasyl Szulgin wtedy też miał wizję czegoś takiego, o czym się zastanawiać zacząłem zaraz po spotkaniu z jego przybranym synem i osobistym sekretarzem, a moim pacjentem? Ja, polski niepodległościowiec?..

Bardzo nie lubię tego, „czas pokaże”, „życie pokaże”. Życie i czas są lustrami. Pokażą, więc, nas samych i to co my pokażemy życiu i czasowi.

47.

W jednym ze swych listów Szulgin pisał:

„Należę do ludzie wierzących, a tym wszystko powiedziano”.

Tak, należał, bez wątpienia. Ale tym było powiedziane bynajmniej nie wszystko…

– …Wie pan przecież że Szulgin kształtował swoją osobowość na przełomie XIX i XXw. A wtedy dużą popularnością cieszyły się książki Bławackiej, poglądy Mereżkowskiego i Gippius, wirujące stoliki, wywoływanie duchów… Nie ma więc nic dziwnego w tym, że Wasyl Witaliewicz był pogrążony w mistycyzmie…

Tak, zgadzam się z panem Mikołajem, nic dziwnego. Lecz mistycyzm bywa różny. Chrześcijański, pogański, okultystyczny.

Czy po prostu zabobonny.

Mistycyzm Wasyla Szulgina był dziwną mieszanką mistycyzmu chrześcijańskiego i okultystycznego ze zwykłymi zabobonami.

Kiedy jego druga żona, pani Maria, zmarła w 1968 roku, pan Wasyl, mający wtedy 90 lat, postanowił przenieść się na wieś blisko cmentarzu gdzie pochowano żonę i spędzić tam 40 dni, czyli tyle, ile według prawosławnej tradycji tułają się po świecie dusze, zanim znajdą się w raju. Bądź w piekle…

„…Powoli ginące szczątki nie czują nic. Zaś dusza, niewidzialnie stojąca nad mogiłą, widzi i słyszy wszystko, chociaż bardzo mało rozumie. Ale za czterdziestu dni zrozumie, oswoi się z nową sytuacją, dojdzie do wniosku, że tutaj więcej już nie ma co robić, i odejdzie tam gdzie sądzono jej rozpocząć nowe życie na określony czas. Zmarła Raba Boża Maria znajdzie swoje stałe mieszkanie.
W przedostatnim dniu życia, kiedy ona już jasno zrozumiała, że umiera, powiedziałem do niej:
– Ty odchodzisz… Zaś ja nie mogę odejść teraz, ale poczekaj tam na mnie.
Ona była w pełni przytomna, dlatego od razu mnie zrozumiała i odpowiedziała:
– Poczekam”.

Te poruszające słowa są słowami prawosławnego chrześcijanina.

„Wasyl Witaliewicz ze swej natury jest ukształtowanym mistykiem: wierzy snom, wróżkom, Sferom Wyższym, Losowi… Opowiada z pełnym przekonaniem: Maria Dmitrijewna wywróżyła go sobie, wymusiła miłość ku niej na całe życie, wkładając jabłka do butów. Przecież po tym – porzucił żonę dla niej, młodziutkiej, która doprowadziła do rozłąki z żoną. Kontynuuje opowieść:
Jabłka w butach, to niezawodny sposób. Na sobie wypróbowałem! I jeszcze pewien skuteczny chwyt: przy nowiu księżyca zacisnąć w garści monetę, zdążyć pomyśleć: „Mam wiele pieniądzy!” – i cały miesiąc będziesz miał kasę!””.

O tym zaświadczył Michał Balterman, znajomy Szulgina.

Jeszcze jedna kontrowersja.

Głęboka wiedza o największych tajemnicach Wiary, Życia Wiecznego – i pospolitość zabobonów, godnych ciemnego wiejskiego dziada.

Cóż to za Wyższe Sfery, jakim wierzył Szulgin?

A to słowa samego Michała Baltermana, który był obecny na obiedzie po pogrzebie pani Marii:

„…Przy stole bardzo niezrozumiale, z tajemniczym przekazem wystąpił Szulgin. Powiedział kilka słów, którymi wystraszył wszystkich: „Usłyszałem polecenie z Góry – powinienem wykonać znaczną pracę – udzielę tym łaskę dla całej ludzkości „. Nie podał konkretów. Obecni trwali w zaskoczeniu – podejrzliwie patrząc na starca”.

Po dziś dzień nie wiadomo, co to za polecenie, co za praca, która miała stać się powodem łaski dla całej ludzkości. Jedno jest dla mnie jasne, – niepotrzebnie przelękli się obecni na tym obiedzie…

„…Wasyl Witaliewicz przyznał się:
– Mój rozsądek jest w takim stanie: jest gotów i potrafi kwestionować aksjomaty. A, ot, ciało… Ono jest słabe… Żyją razem: jasny rozsądek i słabe ciało…
Jego wiedza jest ogromna. Rozum rzadko spotykany, analityczny…”.

To pisze także Balterman.

Ciało słabe. Ale mózg, rozum – jasny, potężny. Te słowa na żałobnej stypie nie były owocem demencji bądź schizofrenii. Coś jednak znaczyły…

A ot, te słowa Szulgina z filmu Przed sądem historii, – są najważniejszymi. Nawet kluczowymi.

„Lenin został świętą relikwią dla Ruskich… Grobowiec Lenina promieniuje swoistym śladem…”.

Te słowa znajdują swoje wyjaśnienie, nie są, przynajmniej dla mnie, tajemnicze,.

I to wyjaśnienie jest straszne. Wprost przerażające.

Owe słowa Szulgina nie mają żadnego odniesienia do ideologii lub polityki.

A do mistyki – odniesienie bezpośrednie.

Tej okultystycznej.

Pisałem o tym w powieści Kłos, ot, ten fragment.

48.

„Grobowiec dla tego, kto jeszcze żyje, szykują w dwóch przypadkach.

Jeśli przyszły lokator jest wschodnim despotą. Lub tym, kogo planuje się zabić.

Wladimir Iljicz Uljanow vel Lenin był jednym i drugim.

Szczerze mówiąc, jego następcy Stalin i Hitler byli przy nim wychowankami przedszkola, lub nawet żłobka. Jeśliby nie wczesna śmierć przez trucizny kolesiów i syfilis o czterech krzyżach według Wassermana, nabyty w życiu pederasty i zboczeńca jakich mało, – ofiary dziadka Lenina sięgałyby setek milionów. Uczniowie cieszyli się tylko dziesiątkami.

Takiego upiora, jak on, nie widział świat.

Oraz nie ujrzy.

Można zrozumieć tych „życzliwych” wobec Ruskich i reszty ludzkości, którzy wówczas wybrali go na rolę ewentualnego terafima – zmumifikowanego według rytualnych przepisów trupa. Nie kogokolwiek, tylko określoną osobę, wyróżniającą się wyjątkowo potwornymi cechami.

Ciała i ducha.

Po to żeby te nieludzkie jakości nabyła ogromna ludzka masa.

W licznych – a lepiej niezliczonych pokoleniach.

To jest bardzo starożytny ryt Egipcjan, Chaldejów, także Azteków (niektórzy uważają że ma on korzenie w słynnej Atlantydzie).

Ich piramidy mają różną architekturę, ale jeden sens oraz zadanie.

ZIKKURAT.

Rytualna budowla.

Jeden kształt – czteropoziomowa piramida.

Jeden materiał – granit, i to bardzo specjalny.

Jedna geometria – kąty, ich skojarzenie.

Na dolnym piętrze – terafim.

I to koniecznie.

Bez terafima zikkurat nie oddziaływa.

Rosja zawsze była krajem szatana.

Ale w latach 20-ch XX wieku po tysiącach lat w niej powstał zikkurat na wzór piramid Egiptu i Kraju Azteków. Na szczycie tych drugich były składane całodobowo ofiary z ludzi.

W taki sposób Rosja została światowym centrum czarnego rytu śmierci i niszczenia.

Jakim pozostaje po dziś dzień.

Do Październikowego Przewrotu 1917 roku Rosja poświęcała miliony swych obywateli i ludzi innych narodów.

Pod różnymi pozorami i płaszczykami. Na przykład, Trzeci Rzym. Lub: Prawosławie, Monarchia, Narodowość.

W Domu Romanowych, na wszystkich poziomach imperium kwitł okultyzm, nie ustawał szabat czarownictwa i magii.

I to wszystko pod maską „prawosławia”, czego kwintesencją został Grigory Rasputin.

Od 1917 roku obrzęd masowego poświęcenia ludzkich ofiar został w Rosji OFICJALNA IDEOLOGIĄ.

A czarna magia OFICJALNĄ RELIGIĄ.

Ze swymi anty kapłanami i rzeźnikami.

Jak w Kraju Azteków.

Tym razem pod maską „nauki Karola Marksa”.

Owa powstała jako teoretyczne uzasadnienie kultu fizycznego oraz duchowego ludobójstwa, masowej zagłady.

Symbol zaś satanizmu i czarnej magii, pięcioramienna gwiazda czyli pentogram, zajęła miejsce na szczycie państwowego herbu. Oraz na wieżach Kremla, rządowej siedziby.

Wtajemniczeni spadkobiercy egipskich pomagierów szatana i piekła pobudowali w nowej starej stolicy Rosji zikkurat według postulatów ich ludożerczego kultu i rytu.

Położyli na jego dolnym piętrze terafima, jak najbardziej pasującego dla ich potwornych celów.

Przed tym ukatrupili najlepszego kandydata na rytualną mumię.

Uczynili z jego trupa terafima według klasyki czarnej magii.

ROSJA TO PRZYJĘŁA.

I to chętnie.

Z wielkim entuzjazmem.

Tym przypieczętowała swój czarny los.

Skazała siebie na zbydlęcenie, degradację i fatalną przyszłość na wzór niegdysiejszej Atlantydy.

Na wymazanie z mapy świata, jakie zaczęło się od ZRSR.

……………………………………….

Feliksa Dzierżyńskiego wszyscy znają jako założyciela i pierwszego naczelnika CzeKa-OGPU-NKWD-MGB-KGB-MB-FSK- FSB.

Jako terrorystę N1 XX wieku.

Jako wyjątkowego sadystę, ustępującego tylko dziadkowi Leninowi.

Jako nieludzkiego osobnika.

Upiora.

Potwora.

I to jest prawda.

Lecz tylko nieliczni na tym świecie wiedzą o głównej zbrodnie jednego z najokropniejszych przestępców wobec ludzkości w ciągu całych dziejów świata.

Właśnie on, potwór o ksywce „żelazny Feliks”, odpowiadał za ukatrupienie ukochanego wodza i następnie zmienienie w mumię-terafima, za wybudowanie zikkurata na Czerwonym Placu, za stworzenie systemu przechowywania i konserwacji „wiecznie żywego” idola religii śmierci i masowej degradacji.

Odpowiadał wobec Politbiura Centralnego Komitetu WKP(b), – po drugie.

Wobec przełożonych Wielkiej Loży Memfis Mitzraim, – po pierwsze.

Tej samej, z siedzibą w Leiden, w cichym gotyckim budynku przy kanale.

Zaciągnęli tam Feliksa Edmundowicza w 1902 roku, w Berlinie, kiedy został wybrany na sekretarza Zagranicznego Biura SDKPiL. Bo pokładali w gościu ogromne nadzieje, i jak się okazało – nie zawiódł oczekiwań.

Ponieważ w tym momencie dawno już wyrósł z wieku studenckiego, członkostwo w Bractwie i kielich czarownej stołówki „żelaznego” omijał.

Jak i Wladimira Iljicza, który poznał egipski ryt nieco wcześniej, w Szwajcarii.

Trudno powiedzieć, czy zobaczyli w nim wówczas przyszłego terafima czcigodni przełożeni. Ale że wodza rewolucji szatana, to bez wątpienia.

Nie jest wiadomo także, czy nowicjusz loży towarzysz Lenin sugerował ideę własnego mauzoleum.

Ale dokładnie wiadomo, że ta idea powstała dużo wcześniej od ogłoszenia na antenie Radia im. Kominterna 27.01.1924 o 16.00 za Moskwą: „prosimy o wstawanie, towarzysze, Iljicza opuszczają w mogiłę”.

Jesienią 1923 roku na posiedzeniu Politbiura zapowiedziano zabalsamowanie trupa towarzysza Lenina.

Zapowiedziano przez towarzysza Stalina.

A towarzysz Lenin w tym momencie leżał nie w kostnicy, tylko we własnym łóżku w Gorkach, niedługo Leninowskich. Był czyli nie „wieczne żywy”, tylko jeszcze żył.

Widać że egipski ryt był znany przez tow. Stalina oraz tow. Dzierżyńskiego po prostu doskonałe.

Także przez jeszcze innego towarzysza, Borysa Zbarskiego, w przyszłości profesora biologicznej chemii.

Kiedy towarzysz Lenin nareszcie przeniósł się ku radości reszty towarzystwa (także nie bez ich uprzejmej pomocy) do kostnicy, nastrój nieco zepsuł znany patolog profesor Abrikosow. Nie można zabalsamować tak, oby jak ogórek wyglądał, nauka nie ma takiej możliwości, – zasugerował.

Lecz chyba jest coś ponad nauką.

A raczej pod.

Do pracy przystąpił towarzysz Zbarski Borys. Na osobiste polecenie towarzysza Dzierżyńskiego Feliksa. Jego asystentami był patolog profesor W.P. Worobiow z Charkowa i prosektor o nazwisku Szabadasz.

Worobiow był wtedy naukowcem-patologiem o światowej sławie. A przy Barskim tylko skromnym pomocnikiem.

Po pracy owych odbyło się coś ciekawego.

Młodszy brat Lenina Dmitri Uljanow wybiegł z sekcyjnej sali krzycząc: „Nic nie mogę teraz powiedzieć, jestem przerażony! On leży jakby zmarł przed chwilą!”.

A narodowy komisarz ochrony zdrowia towarzysz Semaszko ogłosił akt komisji rządowej: „Zewnętrzny wygląd znacznie lepszy od poprzedniego, bliski wyglądowi zmarłych niedawno”.

A przed tym był w stanie naturalnego po śmiercu rozkładu, zwłoki rozpadały się.

Ot, tak został „wiecznie żywym”.

A ze zwyczajnie żywymi działo się na odwrót.

Poczynając od brata Dmitriego. Po oglądaniu odnowionego bracha zaczął chorować, i to psychicznie. Schizofrenia. Niejednokrotnie próbował popełnić samobójstwo, choć do żadnych studenckich Bractw nie należał. Skończył życie na oddziale zamkniętym.

Główna osoba tego przedsięwzięcia, towarzysz Dzierżyński, przeżył wodza i sprzymierzeńca w egipskich sprawach tylko o dwa latka.

I to nie przypadkowo.

…………………………………………………………

Odczucia towarzysza Dzierżyńskiego względem Rosjan:

„W dzieciństwie marzyłem, aby zostać niewidzialnym, trafić do Moskwy i zabić wszystkich moskali”.

To dziecięce marzenie kata z powołania spełniło się tak, jak on sam nie mógł sobie wyobrazić w ojczystym Wilnie.

Rozstrzeliwania, katownie, zaścianki CzeKa, w jakich także osobiście „zelazny Feliks” katował i unicestwiał – to wszystko cienki pikuś przy tym co on naprawdę urządził znienawidzonym moskalom.

On po dziś dzień zabija ich i ich kraj za pomocą trupa swego piekielnego wodza i mistrza.

On został ojcem fundatorem i założycielem zakonu rytualnych rzeżników i stróżów ludożerczego kultu.

Ten jest czynny dotychczas.

Prawie tonie w krwi moskalów oraz większości narodów planety.

CzeKa-OGPU-NKWD-MGB-KGB-MB-FSK-FSB.

GUŁAG, oceany ofiar i nieprzestający terror – tylko konsekwencją.

Przyczyna leży w mauzoleum.

Je pilnuje świetnie wyposażone według ostatnich osiągnień światowej nauki i techniki laboratorium.

Nad nią czuwa zespół najlepszych rosyjskich naukowców i specjalistów od przechowywania i konserwacji mumii.

Kolejny od 27 stycznia 1924 roku.

A wszystkie bezprecedensowe w dziejach świata zbrodnie towarzysza Stalina są tylko wynikiem i konsekwencją tej głównej jego zbrodni.

ZIKKURAT ŚMIERCI.

Jednak niedouczony pop towarzysz Stalin, a także nieudany ksiądz towarzysz Dzierżyński nie byliby oczywiście w stanie samodzielnie wymyślić takiego arcydzieła ludożerczego kultu.

Ich zakulisowym konsultantem była bardzo wykształcona osoba.

Profesor Paul Kammerer z Wiednia.

Jeden z największych biologów owych czasów.

Jeden z teoretyków, faktycznie ojców inżynierii genetycznej.

Twórca teorii telegonii – przekazanie w czasie i przestrzeni, w tym na odległość, biologicznych jakości.

Ta teoria nie jest uznawana przez oficjalną naukę.

Natomiast szeroko używa się jej w praktyce okultyzmu.

Bo sam Kammerer był członkiem Wielkiej Loży Memfis Mitzraim o najwyższym 33 stopniu wtajemniczenia.

I jednocześnie bardzo czczonym w Sowieckiej Rosji naukowcem.

Nie patolog profesor Worobiow, a biolog i okultysta profesor Kammerer był prawdziwym mistrzem Borysa Zbarskiego.

Diabelską działalność takich, jak Kammerer, można i trzeba potępiać, gardzić nią.

Ale nie wolno ją negować.

Aby wiedzieć jak ją zwalczać.

Według teorii i praktyki Kammerera zabalsamowany trup i ludzka masa są skomunikowanymi naczyniami.

Skomunikowanymi przez materiał zikkurata: granit i metal.

Przez architekturę zikkurata: czworopoziomowa piramida.

Przez krew i DNA członków ludzkiej masy.

Krew jest ważnym płynem dla okultyzmu i satanizmu.

Nie na darmo ryty szatana związane z przelaniem krwi.

Materiał zikkurata jest swego rodzaju „kablem przekazu” między trupem – terafimem i krwią ludzie.

W ten sposób biologiczne jakości, genetyczny kod terafima przekazuje się masom.

Genetyczny kod zwyrodnialca, zboczeńca, syfilityka, mizantropa, sadysty, despoty Uljanowa vel Lenina.

Fizyczne i psychiczne zdrowie mas żywi terafima.

Masy są w tym przypadku materiałem biologicznym.

Dostają, więc, zamiast zdrowia zdegradowanie, zwariowanie, ciężkie zachorowania, wczesną śmierć.

Z DNA nie ma żartów.

Tak z tą żywą, jak z martwą.

Nie bez przyczyny banda towarzysza Stalina tak wściekłe zwalczała genetykę.

Aby degradacja, jaką raczy Wielka Loża Memfis Mitzraim przez zikkurat i terafima trwała w pokoleniach.

Od pokolenia do pokolenia, coraz gorzej.

Mogłoby to wyglądać na nienaukowe bzdury.

Mogłoby.

Jeśliby nie fakty z historii Rosji.

Zwłaszcza od 1924 roku po dziś dzień.

Jeśliby nie cały czas aktualne pytania.

Dlaczego Rosja jest imperium zła?

Dlaczego w niej tylu alkoholików?

Tylu narkomanów?

Tylu upiorów na czele z obowiązkowym kremlowskim?

Tyle niewolnictwa i pragnień zniewolenia innych?

Tyle miłości – ale do śmierci, rujnowania, zniszczenia, zagłady?

Tyle nienawiści do życia i wszystkiego co żyje?

Tyle wenerycznych chorób?

Tylu wariatów?

Tylu zboczeńców?

Samobójców?

Tyle sadyzmu?

Tyle masochizmu?

Tyle przemocy?

Tyle agresji?

Tyle kłamstw?

Tyle kryminału?

Tyle wojen, jakie Rosja rozpętała?

I jeszcze ma rozpętać?

Tyle pogardy do człowieka?

Do jego wolności?

Do jego godności?

Do jego zdrowia i życia?

Do całych krajów i narodów?

I TO WSZYSTKO JAK NIGDZIE.

Czemu każdy rosyjski resort jest gniazdem terroryzmu, a moskiewski patriarchiat okazał się w Ukrainie prawdziwie terrorystyczną organizacja?

Czemu takie okropne żebractwo na rosyjskich peryferiach?

A nad tym KULTOWYM żebractwem pomnik Leninowi, cały czy częściowo z granitu?

Czyje to okropne jakości, jakie rozpowszechniono w Rosji tak skutecznie i masowo?

I dlaczego taka histeria rozpoczęła się w tych samych rosyjskich resortach, kiedy pomniki Lenina zaczęli rozwalać się w Ukrainie?

Nie ma sensu szukać odpowiedzi na te pytania w ramach zwykłej logiki.

Rosja nie istnieje według logiki nie z powodu swej rzekomej „zagadkowości” czy „szczególnego szlaku”.

Zresztą, jej zagadkowość polega na dobrowolnym wyborze rytu śmierci.

A szlak w pewnym sensie jest także szczególny.

Szczególnie katastroficzny szlak gniazda światowego okultyzmu, czarnego rytu Memfis Mitzraim.

Właśnie światowego.

Bo miasto Leiden nie jest rosyjskim”.

49.

Właściwie to jest ten sam „niejaki ślad”, o który chodzi Szulginowi.

Właśnie tym „promieniuje grobowiec Lenina”.

Degradacją, tą biologiczną, a co najgorsze, duchową.

Straszna tajemnica, której prawdopodobnie Szulgin był świadom. Może nawet powiedział o tym w filmie, tylko nie wprost, a w języku Ezopa…

…A to jeszcze jeden skutek tego „promieniowania”,które nie ustaje po dziś dzień. O nim także pisałem w powieści Kłos:

„…W niektórych z tych ukraińskich chatek są obrazy Chrystusa i Matki Boskiej.

A właśnie w niektórych, dlatego że większość w tych stronach zwraca się ku północnemu sąsiadowi, czyli jest bezbożną. Co prawda, po anschlussie Krymu i z początkiem wojny na Donbasie ilość takich maleje, choć w powolnym trybie. Trumny, jakie wiozą tu ponurzy chłopcy w kamuflażu z rozmaitymi szewronami, nie sprzyjają empatii do kraju, a że wybrał sobie ryt śmierci i niszczenia niemal sto lat temu – dlatego niesie śmierć i zniszczenie innym narodom. Zresztą i wcześniej w tym kraju czarnych rytów nie brakowało. Tego również dowodzi obecnie przeniesienie się całej agentury rosyjskich służb w tym mieście do „świątyni” moskiewskiego patriarchatu. Jej proboszcz jest dawnym tewu KGB-FSB, a sama „świątynia” pełni rozmaite funkcje, od magazynu broni i materiałów wybuchowych do siedziby miejscowych terrorystów i separatystów.

Niewtajemniczeni uważają że główną „świątynią” tego rytu jest moskiewska „cerkiew Chrystusa Zbawiciela”. To odpowiada rzeczywistości tylko częściowo. Naprawdę „główną świątynią” moskiewskiego patriarchatu jest mauzoleum Lenina na Czerwonym Placu. A prawdziwymi „świątyniami” pomniki stawiane wodzowi światowego proletariatu na granitowych postumentach. Chociaż w „cerkwi Chrystusa Zbawiciela” jest mnóstwo przedmiotów i pomieszczeń, nie ustępujących w „świętości” grobowcowi dziadzi Lenina i jego pomnikom”.

50.

Ale ten „ślad” i uznawanie Lenina za „świętego” przez zdecydowaną większość ludności sowieckiego imperium lumpów nie powstały z niczego, w próżni.

Korzenie tego fatalnego zjawiska i wszystkich poprzednich i kolejnych nieszczęść, tragedii, wojen, masakr i klęsk Rosji i ZRSR trzeba szukać akurat w poprzednim imperium.

W tym carskim, człowiekiem i apologetą którego był Wasyl Witaliewicz Szulgin.

W swej pracy „Przyroda cywilizacji szatana” pisałem:

„Krwawy koszmar rusko-japońskiej wojny 1904 roku, rewolucji 1905 roku, dwóch rewolucji 1917 roku, wojny domowej, dwóch wojen światowych, licznych fal terroru państwowego, bezkompromisowa, okrutna, niszcząca wojna z Ewangelią, Jej wyznawcami i głosicielami – tylko częścią tego co ściągnęła na siebie ludność Rosji, jaka została w swej większości dobrowolnymi zakładnikami czarnych rytów okultystycznych imperialnych władców.
Wystarczyło kiwnięcie palcem z Londynu, i carskie imperium zostało zniszczone, aby następnie przekształcić się w najbardziej ludobójcze imperium sowieckie. Na które także przyszedł koniec – w wyznaczony czas. Jak powiedziałby znany bohater utworu ukraińskiego pisarza Mikołaja Gogola: „ja cię porodziłem, ja cię i zabiję””.

Tu są głębokie korzenie tego co przygnębiło, męczyło, bolało Wasyla Szulgina. To bardzo dobrze widać w filmie Przed sądem historii… Historyczna nauka nie jest w stanie to nawet nie wyjaśnić – po prostu nazwać…

Carskie imperium na swym szczycie było okultystycznym od samego swego zaistnienia aż do końca.

Ot, kim był jej pierwszy Cesarz, a jednocześnie de facto ostatni Romanow (następcy to już obcokrajowcy, generalnie Niemcy i Niemki):

„Masońską lożę powołał Piotr I po swoim powrocie z pierwszej zagranicznej podróży. Niektórzy badacze masonerii nie wykluczają, że sam Kristofer Wren, ojciec twórca nowo-angielskiej masonerii, mógł wprowadzić cara we wszystkie tajemnice ich zakonu. Mistrzem loży, którą powołał Piotr Aleksiejewicz, był Franc Lefort vel Lafert, a pierwszym nadzorcą – Gordon. Samego cara nominowano na drugiego nadzorcę. Dosyć stanowczo o związkach Piotra I z angielską masonerią mówią kapłan Rodion oraz W.F. Iwanow. Ten ostatni pisze że Piotr I, będąc w Anglii w 1696 roku, został zwerbowany do masonerii przez głowę londyńskiej loży i fundatora Katedry św. Pawła sir Chrystofera Rena (Kristofera Wrena)”.

Tezy rosyjskiego badacza masonerii i historyka, profesora W.S. Belycha potwierdzają również pewne fakty oraz dokumenty, – dostępne dla nielicznych, nie upubliczniane.

Za najbardziej wiarygodne dowody uznać należy dzieła pierwszego Cesarza Imperium, a jednocześnie drugiego nadzorcy masońskiej loży Wielkiego Wschodu Anglii.

Dodać jeszcze należy, że od czasu jak został masonem, Piotr I Romanow, Car Moskiewski, stałe i z premedytacją popełniał akty bluźnierstwa wobec Chrześcijaństwa, przykładowo w czasie orgii, jakie nazywał „Wszech pijackimi i wszech błazeńskimi soborami”. Miał tak, widać, od urodzenia, a kolesie z Niemieckiej Słobody w Moskwie, ci zadaniowi od lóż, tylko obudzili to co zawsze drzemało w jego DNA…

A będąc już Cesarzem Całej Rosji, uczynił Cerkiew zwykłym państwowym resortem na czele ze Świętym Synodem, – i zbudował nową stolicę Rosji, Sankt Petersburg.

Po co i w jaki sposób budował, – o tym pisze w poemacie Dziady nasz poeta wieszcz Adam Mickiewicz, we fragmencie poematu Do przyjaciół Moskali:

„Ruskiej stolicy jakież są początki?
Skąd się zachciało sławiańskim tysiącom
Leźć w te ostatnie swoich dzierżaw kątki
Wydarte świeżo morzu i Czuchońcom?
Tu grunt nie daje owoców ni chleba,
Wiatry przynoszą tylko śnieg i słoty;
Tu zbyt gorące lub zbyt zimne nieba,
Srogie i zmienne jak humor despoty.
Nie chcieli ludzie – błotne okolice
Car upodobał, i stawić rozkazał
Nie miasto ludziom, lecz sobie stolicę:
Car tu wszechmocność woli swej pokazał. –

W głąb ciekłych piasków i błotnych zatopów
Rozkazał wpędzić sto tysięcy palów
I wdeptać ciała stu tysięcy chłopów.
Potem na palach i ciałach Moskalów
Grunt założywszy, inne pokolenia
Zaprzągł do taczek, do wozów, okrętów,
Sprowadzać drzewa i sztuki kamienia
Z dalekich lądów i z morskich odmętów”.

Nie bez racji uważamy Adama Mickiewicza nie tylko za geniusza poezji. Jego odczucie wieszcza podpowiada nam prawdziwy cel i zadanie ówczesnej rozbudowy Sankt Petersburga właśnie w tej północnej pustyni, z zabójczym klimatem nie do zniesienia dla człowieka – i właśnie w taki potworny sposób, na ciałach i na kościach niezliczonych tysięcy ludzkich istnień.

Sankt Petersburg zaplanowany był przez masońskich londyńskich patronów Piotra I na „północną Wenecję” i „okno do Europy” – po drugie, a raczej po dziesiąte.

A po pierwsze – jako okultystyczne centrum Rosji, Europy, świata.

Rosyjskie Imperium tym z Londynu było potrzebne jako narzędzie przekroju geopolitycznego.

Ale przede wszystkim jako jedno z światowych centrów ich rytu.

Co się zresztą udało nad wyraz pomyślnie.

W pracy Przyroda cywilizacji szatana także o tym piszę:

„…Petersburg mieści w sobie ogrom okultystycznych budowli i obiektów różnych czasów. Dla ich prostego obliczenia nie wystarczy setek grubych tomów. Cały Sankt Petersburg to jeden całkowity okultystyczny zikkurat pod odkrytym niebem. Wszystkie gmachy, pomniki, rzeźby, planowanie ulic, zaprojektowanych przez najlepszych architektów Europy, zaczynając od Rastrelliego, Tresiniego, Falkoneta, Delamota, – wszystko to zamyślono jak zikkuraty i symbole różnych okultystycznych, pogańskich rytów, babilońskiego, egipskiego, rzymskiego, greckiego, a przede wszystkim judzkiego. Wszystkie stare cmentarze tego okultystycznego miasta, zaczynając od najstarszego Nikolskiego Aleksandro-Newskiej Ławry, pełne są nagrobków o masońskiej symbolice (przykładowo przewrócony fakel, symbol wiecznej śmierci i dążenia do Lucyfera i piekła). Pod tymi nagrobkami leżą tysiące terafimów”.

Ostatniego rosyjskiego cara Mikołaja II jemu współcześni określali jak człowieka rodzinnego, łagodnego, nawet zbyt łagodnego jak na władcę, monarchę. Szulgin mówi o nim, jako o tym, kto „urodził się na schodach tronu, lecz nie dla samego tronu”.

Lecz z zapisków w dzienniczkach ostatniego Cesarza wyłania się obraz innego, oddającego się zdziczałej zabawie, demaskujący okropny rys osobowości, jaki także go cechował. W okresie 1884-1909 r.r. zastrzelił mianowicie 18 679 kotów i 11 582 psów. Ptaków to nie do obliczenia, i nie na polowaniu. Taką miał ulubioną codzienną rozrywkę… A 1909 rok nazwał „wyjątkowo pomyślnym”, bo w tym roku zastrzelił 903 niewinnych zwierząt… Skrupulatnie, jak buchalter, zapisywał wszystkie te straszliwe i dzikie „rozrywki” w dzienniczku…

I to nie jedyny przykład nieludzkich zboczeń w Domu Romanowów.

Czyżby to tylko przypadek? Czy może typowa cecha władców świata, choćby tych pechowych?

Nie łudźmy się: to los każdego kto dobrowolnie poddaje się wpływom okultyzmu i jego czarnych rytów.

…Początek XXI wieku, czyli nasze czasy. Jeden z najgorszych katów, sadystów i wojennych zbrodniarzy na Donbasie, czyjego zbrodnie wołają o pomstę do Nieba, bestia Milczenkow Aleksiej, mieszkaniec Sankt Petersburgu, przed tym jak zaczął katować przed kamerą jeńców ukraińskich, czynił tak samo ze zwierzętami, szczeniętami, kociętami… Umieszczał te bestialskie zdjęcia w Internecie.

Jak Mikołaj II w dzienniczku, Internetu wtedy nie było…

…Cesarz Rosyjski – i bestia lump, pomiot rzeźników 1917 roku, sam rzeźnik.

Różny status, różne wychowanie, różne czasy.

Jedno miasto…

…To okropna lektura dla nas wszystkich.

Arcydzieła rąk ludzkich w Sankt Petersburgu-Piotrogrodzie-Leningradzie cieszą wzrok i obiecują największe estetyczne doznania. I Bogu dzięki że to tak, życie bez sztuki jest niczym.

Ale nie warto zapominać także o ich ukrytej – a czasami jawnej – duchowej treści.

Także o tym że Bławaccy, Mereżkowscy, Gippiusowie, ich poglądy, książki, praktyka, wpływ na świadomość i podświadomość mas i pojedynczych osobników, wysyp okultystów w pewnych epokach, jak sam okultyzm, – nie powstają w pustce, z niczego.

Inaczej narażamy się na ryzyko niechaj nie Mikołaja II czy nieludzkiej istoty Milczenkowa.

Tylko mieszanki mistycznej, jaką posiadał pan Wasyl Szulgin, wyjątkowa osobistość, postać historyczna.

W odróżnienie od umiłowanego cara on nie zabijał i nie krzywdził zwierzęta, wręcz na odwrót, – bardzo je lubił, zwłaszcza koty. Lubił również ludzi i wszystko co żyje, samo życie.

I ta miłość była wzajemną.

„…Nie jestem sam, otaczają mnie przyjaciele, ci prawdziwi przyjaciele, jakich się poznaje w nieszczęściu. Bez tego nawet nie wyobrażam sobie, co mógłbym zrobić samodzielnie – przecież czasami bywam bezradnym. Zew życia we mnie prawdopodobnie jest zbyt mocny. Musi być jakaś przyczyna: przecież taka psychika w dziewięćdziesiąt lat dla mnie samego jest zaskakującą”.

Ale wirowanie stoliczków, wywoływanie duchów, inne złowrogie echa miasta centrum światowego okultyzmu, – także odcisnęły niezatarte piętno na życiu i światopoglądzie pana Wasyla… I to znaczne.

Jego bardzo długie ziemskie życie jest niezwykłą lekturą, wiele bowiem może nas nauczyć…

51.

Kiedy w 1972 roku do Włodzimierza przyjechał ze swymi „eksperymentami psychologicznymi” legendarny jasnowidz Wolf Messing, – jakby mógł to zdarzenie przeoczyć zanurzony w mistycyzmie Szulgin… A jeśliby przeoczył, – wychowanek przypomniałby. Tak się i stało.

– …Przyjechał do nas Wolf Messing, a ja do Szulgina: Wasylu Witaliewiczu, Messing teraz we Włodzimierzu! Rzecz jasna, Szulgin od razu wyraził ochotę, by zobaczyć jego występ. A ja sobie myślę, trzeba jakoś zorganizować spotkanie Wasyla Witaliewicza z Messingem. Poszliśmy z Szulginem na te „psychologiczne eksperymenty”, wywarły one ogromne wrażenie wrażenie na Szulgina, o mnie nawet nie mówiąc. Po występie podszedłem do Wolfa Messinga: „Wolfie Grigoriewiczu, z panem chce się spotkać Wasyl Witaliewicz Szulgin”. Zgodził się natychmiast, poszli obaj z Szulginem do jakiegoś pokoju. I tam, za zamkniętymi drzwiami spędzili jakieś dwie godziny. O co im chodziło, – mogę się tylko domyślać… Tylko wiem że o losu syna Wasyla Witaliewicza…

Ja też mogę się tylko domyślać. Ale dużo bym oddał za nagranie tej rozmowy…

– …Wyszli z pokoju, a ja do Messinga. W zeszłym roku nie powiodło mi się na egzaminach wstępnych do Szkoły Teatralnej, a czy mam szansę w tym roku… Tak też zapytałem Wolfa Messinga, poprosiłem o jego, że tak powiem, prognozę… Miał duże dziwne oczy. Źrenice mętne takie, jakby miał zaćmę… „Nie, nie! Niech pan mi w oczy nie patrzy!” – zawołał. Dobrze, nie patrzę. Messing zamyślił się, a patrzył jak w przestrzeń jakąś tam, jak w pustkę… „Wie co pan, młody człowieku, w czasie egzaminów powinien pan mnie sobie wyobrazić, cały czas mnie wyobrażać. I wtedy wszystko pójdzie pomyślnie, zda pan egzaminy, będzie w Szkole Teatralnej”. Tak się i stało, na egzaminach byłem spokojny, wyobrażałem sobie Wolfa Grigoriewicza. I wszystko było w porządku, zostałem studentem Massalskiego…

Wolf Messing, Żyd polski z Mazowsza, to bardzo tajemnicza postać. Ktoś uważa go aż za wieszcza, ktoś za oszusta, a on sam twierdził, że wszystko czyta z twarzy, z mięśni mimicznych, tak samo sądzili niektórzy naukowcy, z grona tych którzy badali jego fenomen.

Lecz jakże można wyczytać przyszłość z mięśni mimicznych… Czy sprzyjać pomyślnemu wynikowi egzaminów do Szkoły Teatralnej…

W swych wspomnieniach Messing pisze o spotkaniach ze Stalinem, o tym jak przechodził do głównej siedziby NKWD z biletem busowym zamiast przepustki, budząc podziwi Berii, a w banku wybrał wielkie sumy pieniędzy za okazaniem takiego samego, nic nie znaczącego papierka – na prośbę Stalina. Brał udział w śledztwach, wykrywał przestępców, – to już nie tylko z tych wspomnień…

Spotkanie Wolfa Messinga w Wiedniu z Einsteinem i Freudem, publiczne przewidywanie w okupowanej przez Niemców Warszawie klęski i śmierci Hitlera w razie wojny na Wschodzie…

…Było tak czy nie było, – nigdy się już nie dowiemy. Ale pan Mikołaj uczynił tak, jak radził Messing i został studentem. Istnieje wiele takich zaświadczeń. Oraz innych, w tym również budzących przerażenie. Na przykład, przewidywanie przez Messinga zgonu jego żony i asystentki Aidy, – jak i własnego…

W życiu Wolf Messing był dosyć ponurym człowiekiem, rzadko się uśmiechał. I nie tylko dlatego że całą jego rodzinę w czasie II WS unicestwiono w niemieckim obozie zagłady Majdanku i warszawskim getcie.

„Невеселая участь разведчика или провидца
Знать заранее то, что должно или может случиться”.

„Ponury los wywiadowca lub wieszcza
Wiedzieć zawczasu to co powinno czy może się stać”.

Słowa sowieckiego poety Dołmatowskiego. Niewielkiego był talentu , ale tutaj trafił w dziesiątkę.

Kiedy podałem ten cytat panu Mikołajowi, ten był w dobrym nastroju (browaru w pobliżu tym razem nie było), więc, zacytował mi epigram na samego Dołmatowskiego, pióra innego poety, Jewtuszenki:

„Ты Евгений, я Евгений,
Ты не гений, я не гений,
Ты говно и я говно,
Я недавно, ты давно”.

„Tyś Eugeniusz, jam Eugeniusz,
Tyś nie geniusz, jam nie geniusz,
Tyś gówno i jam gówno,
Jam niedawno, tyś od dawna”.

Ta rzekoma „lekkomyślność”, zapożyczona u aktorów czasów owych, – coś w tym jest, tego warto się nauczyć. To jest nie tyle maską, jaka ukrywa prawdziwe uczucia, ile dobrym sposobem na ponurą wiedzę o przyszłości, zwłaszcza w bardzo niebezpiecznych i pełnych niegodziwości naszych czasach.

Zresztą bezpiecznych i miłych czasów nie było nigdy.

52.

W tym dniu przyjechałem do Centrum wcześniej. Wysiadłem z trolejbusu, – a tym samym trolejbusem przyjechał i pan Mikołaj, nie zauważyłem go w salonie.

– Widać że pod pana wpływem sam już czynię według Stanisławskiego, prawda, panie Mikołaju?

Roześmialiśmy, zatrzymaliśmy na fajkę. Pan Mikołaj trzymał w rękach jakiś plastykowy pakiet.

– A mam jeszcze jeden prezent dla pana.

Na początku zaprotestowałem.

– Na Boga, panie Mikołaju, mam już przepiękny prezent od pana…

Pan Mikołaj uśmiechnął się, przewidując moją reakcję na to co miałem za chwilę zobaczyć.

– To jest coś takiego, czy wie pan… W tym mieście pan jest jedynym, kto zrozumie, co to jest. I w ogóle, o co chodzi…

Wyjął z pakietu grubą książkę. Na okładce wielkie zdjęcie Szulgina. Bez wąsików, ale młodego. Napis: Więzienna odyseja Wasyla Szulgina.

Słyszałem o tej książce, jest bardzo rzadka. Tam są kopię protokołów wszystkich przesłuchiwań Szulgina przez funkcjonariuszy Smerszu i NKWD, rzadkich i ważnych dokumentów, wszystkich wniosków i apelów Szulgina w czasie uwięzienia we Włodzimierskim więzieniu.

Tę książkę zdążono jeszcze wydać, tuż przed ostatecznym zamknięciem archiwów przez putinowską terrorystyczną klikę dla ukrycia zbrodni przeciw człowieczeństwu, swoich oraz poprzedników.

Są w niej zdjęcia, także z archiwów, przeto bardzo rzadkie.

Ale Mikołaj Siergiejewicz wyjął spod okładki inne zdjęcia, w przejrzystym pakieciku. Cztery czarno-białe fotografie.

Na pierwszej młodzieniec i starzec.

Jakby zrobione na początku XX wieku, tak oboje wyglądają.

Elegancki klasyczny strój i biała broda starca z podkręconymi wąsami. Wygląd młodzieńca nie pasujący do sowieckich czasów, twarz, typ urody. Ta sama ówczesna klasyka stroju.

Lecz napis na innej stronie: 1972 r., m. Włodzimierz.

Na trzech innych – tylko starzec.

W domowym stroju, na dwóch zdjęciach ze skrzypcami.

Oprócz zwierząt Wasyl Szulgin darzył sentymentem wielu i wiele innych spraw.

Także grę na skrzypcach.

Staliśmy w pobliżu kontenera na śmieci pod ścianą z szarej cegły wielopiętrowego bloku. Wyrzuciłem papierosa, trzymałem teraz w dłoniach te zdjęcia, najrzadsze z rzadkich.

Wtedy zrozumiałem, że powinienem o tym wszystkim napisać.

Reżyser wyszedł zza kulis. A to znaczy że mistyczny Jego dowcip dopiero się zaczyna.

– …To siostra nas fotografowała z Wasilem Witaliewiczem. W mieszkaniu hrabiny Saburowej Ksenii Aleksandrowny, po matce Szeremetiewej. To córa wice-gubernatora Petersburga, jego rozstrzelano w 1918-tym, w Moskwie. A Ksenia Aleksandrowna wtedy przeszła ziemskie piekło w CzeKa, tam wybili jej wszystkie zęby… Mieszkała na zesłaniu we Włodzimierzu, jak my wszyscy. Zmarła w 1984-tym… A resztę zdjęć to ja robiłem, w mieszkaniu Szulgina, sowiecką kamerą Czajka (Mewa).

…W trakcie wykonywania panu Mikołajowi zabiegu laseroforezy, powiedziałem:

– …W Wojnie i Pokoju Tołstoj bardzo sarkastycznie opisuje scenę spotkania Napoleona i Aleksandra I w Tilzycie, wzajemne odznaczenie orderami, również żołnierzy. Pisze że to tanie rycerstwo usprawiedliwia wojny, jakie są masowymi mordami, trzeba skończyć z tym, to i wojen nie będzie. Bo niby ludziom się nie zechce wtedy wojować. Obecnie rycerstwa nie ma, a wojować się chce jak najbardziej. Nie miał, więc, tym razem racji Lew Mikołajewicz…

Pan Mikołaj zgodził się, a ja kontynuowałem:

– Pan zna grób generała Antoniego Skałona w Łopatinskim parku. Wie pan że to był jeden z dowódców ruskiego wojska w czasie szturmu Smoleńska przez Bonapartego. Tam pierwszymi byli, a propos, nasi polscy ułani Józefa Poniatowskiego. Oni też stali z opuszczonymi sztandarami w czasie pogrzebu Skałona, jak i Francuzi. Sam Napoleon był obecny na tym uroczystym pogrzebie. Oddawał hołd odważnemu wrogowi. Chyba nie takie tanie to rycerstwo… Jak i pozostawienie szabli przez Niemców na Westerplatte naszym oficerom, tym którym udało się przeżyć piekło tych dwóch tygodni i trafili do niewoli. Może byli wśród tych Niemców jacyś tam z „von” przed nazwiskiem… Może i bez „von”…

Kiedy paliliśmy na ganku po zabiegach leczniczych – „tradycja” – wspomniałem o zachowanie się dalekiego przodka księcia Romana Sanguszki przed jego męczeńską śmiercią w ojczystej Sławucie, także w 1917 roku, pierwszego listopada, w Dzień Wszystkich Świętych.

– …Pijane bydło żołdackie wdarło się do jego gabinetu, a tam wisiał portret cara Aleksandra II, sam car sprezentował, lubił księcia Romana, kiedy ten służył w konnej gwardii. Kazali mu zdjęć ten portret i deptać nogami. Książę pogardliwie uśmiechnął się i powiedział: „TO NIEMOŻLIWIE”. Aleksander II był katem naszego Styczniowego Powstania 1863 roku. Książę Roman nigdy o tym nie zapominał, sam powstańcem nie był, ale odrodzeniu Rzeczypospolitej sprzyjał jak najbardziej, był pod obserwacją carskiej żandarmerii. I powiedział, jak powiedział, przed twarzą śmierci…

Pan Mikołaj palił i słuchał w głębokiej zadumie. Dorzuciłem jeszcze zdanie.

– …Jakoś czasami zapominamy, kim jesteśmy, jak czynili ONI…

Mój pacjent podchwycił temat.

– Tak, nie potrafimy się powstrzymać, zastanowić się, bo często nas prowokują… Nie jesteśmy aniołami, ani świętymi. Tylko słabymi grzesznymi ludźmi…

Było jednak widać że nie ja jeden wspomniałem o czymś, co różni nas od dołów społeczeństwa, lumpów, Szarikowych na smyczy u Szwonderów.

Co nas łączy.

Co jest sensem i sprawą naszego życia, ponad wszystkimi zawodami.
Ponad wszelkimi różnicami.

Nawet ponad narodowościami.

Jest coś takiego, czego znakiem także „tanie” rycerstwo.

Największy Dowcipiarz w przyrodzie zażartował w Swoim niepowtarzalnym stylu. W pewnych jak najbardziej ważnych rzeczach ten rosyjski narodowiec, imperialista i monarchista, przybrany syn jednego z prowadzących ideologów rosyjskiego nacjonalizmu, imperializmu, – rozumie mnie o wiele bardziej, niż niektórzy tacy sami polscy niepodległościowcy, jakim ja jestem.

A ja ze swej strony, jestem jeden, przynajmniej w tym mieście, który wie o co chodzi…

Cóż chcą tym spotkaniem powiedzieć do mnie Reżyserowie tego misterium – Chrystus i Matka Boska?

53.

Temat Lwa Tołstoja jeszcze raz pojawił się w naszych rozmowach. A konkretnie, ekskomunika pisarza w 1901 roku i wydarzenia mające miejsce przeszło wiek później.

– …Bardzo sprytny był ten patriarcha Aleksij II. Zaapelował do niego prawnuk Tołstoja Włodzimierz z prośbą by odwiesić ekskomunikę pradziadka, a sekretarz patriarchy na to: nie ma przecież człowieka, którego ekskomunikował cerkiewny sąd…

Pan Mikołaj poparł pozycję patriarchy.

– Ano, właśnie, nie ma, miał rację patriarcha. Pod względem kanonicznym wszystko jest prawidłowo, a tak naprawdę i samej ekskomuniki też nie było, przecież i dokumentu takiego nie ma, panie Jakubie…

Odparłem:

– Taki dokument jednak istnieje, panie Mikołaju…

I opowiedziałem mojemu pacjentowi i współrozmówcy co następuje.

24 lutego (według starego kalendarza) 1901 roku w oficjalnym wydaniu Synodu „Cerkiewne wiadomości przy Świętym Rządzącym Synodzie” było opublikowane „Określenie Świętego Synodu z 20-22 lutego 1901 roku N557, z przesłaniem do wiernych dzieci prawosławnej greko-rosyjskiej Cerkwi o hrabim Lwie Tołstoju”.

To jest bardzo sprytny i podstępny dokument, jaki wprowadza w błąd wielu ludzi po dziś dzień, w tym wykształconych, z elitarnych warstw społeczeństwa, jak pan Mikołaj.

W nim są zawarte między innymi takie słowa:

„Przeto Cerkiew nie uważa go (Tołstoja – aut.) za swego członka i nie może uważać, aż nie złoży pokutę i nie wznowi swojego obcowanie z Cerkwią”.

Ta formula różni się od wyroku średniowiecznej inkwizycji tylko w jednym: że pokutę zbuntowany hrabia miał składać jednak nie na stosie.

Chodziło nie o sakralny akt pokuty wobec Boga w cztery oczy z kapłanem, – tylko o publiczne Auto-da-fé Lwa Tołstoja. Ponowienie kontaktu z Cerkwią na oczach żurnalistów i przy oślepiających błyskach magnezji ówczesnych masywnych kamer.

Nic nie przypomina?

W takim kontekście to była kwestia – nie pasterska, nie teologiczna.

To była na chłodno i skrupulatnie zaplanowana polityczna dywersja.

Nie wobec hrabiego Lwa Tołstoja, – tylko wobec rosyjskiego społeczeństwa i samego Rosyjskiego Imperium.

W marcu 2009 roku prawnuk pisarza Włodzimierz Tołstoj trafnie określił cel, znaczenie i konsekwencje ekskomuniki swego pradziada:

„Badałem dokumenty, czytałem dzienniki z tamtych czasów, zaznajomiłem się z materiałami z dyskusji społecznych dotyczących ekskomuniki. I powstało u mnie przekonanie, że ten akt stał się sygnałem ku totalnemu rozłamowi rosyjskiego społeczeństwa. Rozłam nastąpił w carskiej rodzinie, wyższej arystokracji, ziemiaństwie, inteligencji, mieszczaństwie, pospólstwie. Trzask pęknięć przeszył organizm całego narodu rosyjskiego”.

Ten sam „sygnał” i następne „trzaski”, które były potrzebnym, niezbędnym, były głównym, ukrytym celem tego aktu „obrońców wiary”. W rzeczywistości to była eutanazja wiary. Jak również społeczeństwa i państwa.

Londyn szykował się na demontaż carskiego imperium.

Zadziałała agentura, ta w sutannach, owa w mundurach i garniturach, pod maskami „obrońców wiary, cara i imperium”.

Przede wszystkim przy dworze samego cara.

– …Panie Mikołaju, z kanonicznego punktu widzenia wszystko było prawidłowo, pan ma rację. Ale ten rozłam?..

Mikołaj Siergiejewicz zawołał nie kryjąc wzburzenia:

– Oczywiście że tak! Kanonicznie to prawidłowo, ale politycznie? To było okropne! Po prostu okropności!

Zaprawdę okropności.

Bo ekskomunika Lwa Tołstoja nie miała związku z kanonami i postulatami Prawosławia.

Ona była oraz jest modelem i algorytmem prowokowania zamieszek, chaosu, krwawych wstrząsów w dowolnym społeczeństwie, w każdym kraju, we wszystkich czasach.

W momencie wyjścia nakładu „Cerkiewnych wiadomości” od 24 lutego 1901 roku amerykański magnat, Żyd Jacob Shif już na potęgę finansował uzbrojenie i szkolenie Japońskiej Cesarskiej Armii i Marynarki Wojennej na zlecenie Rothschildów i Rockefellerów. Z tych samych źródeł sponsorowano kontrabandę przez handlowy port Odessa, wojenną bazę Kronstadt i lądowe granicy broni strzeleckiej, nabojów, „rewolucyjnej” literatury, dzienników i ulotek z nawoływaniami do buntu. Takie były drukowane także w samej Rosji w podziemnych typografiach – za te same pieniądze.

Trwał wybór „wodzów” przyszłej burdy przez loże, miejscowe na czele z zagranicznymi Wielkimi Wschodami, Wielką Lożą Memfis Mitzraim, wśród miejscowego i emigranckiego motłochu.

A despotyczny i zacofany system okultystycznego od samego swego początku imperium jak najbardziej sprzyjał temu co miało się odbyć za trzy lata – klęsce w wojnie z Japonią. Za cztery lata – rewolucja 1905 roku. Za 16 lat – dwóch przewrotów w jeden 1917 rok, Lutowy i Październikowy…

Rozłam w społeczeństwie przed wojnami i krwawymi zamieszkami.

W taki sam sposób następne pokolenia Rothschildów i Rockefellerów, Komitet Trzystu na czele z nimi, działają po dziś dzień w swych geopolitycznych gierkach.

Również w naszym kraju.

Dlatego ekskomunikowanie 115 lat temu pisarza Lwa Tołstoja nie jest kwestią kanoniczną czy teologiczną. Nie jest zdarzeniem odległych czasów, interesującym wyłącznie historyków, teologów i po prostu ciekawym.

Jego niekanoniczne poglądy na Prawosławie były tylko pretekstem dla politycznej dywersji na wielką skalę.

Tej globalnej, z globalnymi konsekwencjami.

Aktualnej również dzisiaj.

…Co może być wspólnego między ekskomuniką Lwa Tołstoja i tym, co się odbyło 17 sierpnia 2012 roku, w dwa lata po Zbrodni Smoleńskiej, na Królewskim Zamku w Warszawie, gdzie Przewodniczący Konferencji Biskupów Polski, arcybiskup Józef Michalik (znany jak agent SB o pseudo Zefir) podpisał „Apel o pojednaniu i przebaczeniu” z Moskiewskim Patriarchatem?

Może być, oraz jest.

Rozłam w społeczeństwie. Jego pogłębienie, poszerzenie.

Zamiast cesarskiej Japonii – rewizjonistyczna i terrorystyczna Rosja.

Zamiast ówczesnej carskiej Rosji nasz kraj.

Na miejscu Jacoba Shifa – George Soros.

Zamiast Lejby Bronsteina vel Lwa Trockiego, Włodzimierza Uljanowa vel Lenina, Józefa Dżugaszwili vel Stalina – Ryszard Petru, Grzegorz Schetyna, Mateusz Kijowski.

Zamiast bolszewików, mieńszewików, socjalistów-rewolucjonistów – PO, Nowoczesna.pl, KOD.

Jak w ówczesnej Rosji, w kraju „większość gazet należy do Żydów” według Wasyla Szulgina. Telewizji na początku wieku nie było, jak i portali internetowych…

Wtedy media wyglądały inaczej.

Ale szczuły, podjudzały, kłamały, robiły wszystko dla rozłamu i następnych krwawych starć w społeczeństwach dokładnie tak, jak robią ich sukcesorzy w momencie gdy piszę te słowa.

Jak Adam Michnik vel Aaron Szechter, którego Gazeta Wyborcza i holding Agora ustami agenta SB i KGB Bolka vel Lech Wałęsa wściekle wzywają „na barykady”, nawołują do obalenia w zbrojny krwawy sposób wybranych przez nas Prezydenta i Rządu.

Jak TVN24, która ignoruje państwowy pogrzeb narodowego bohatera Polski majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i chętnie transmituje wariackie sabaty KODu, potomków katów Łupaszki i całego naszego narodu.

I to wszystko w czasie, kiedy u samych naszych granic odwieczny moskalski wróg rozpętał wojnę, ćwiczy atak na Polskę, w tym nuklearny. Kiedy samoloty wroga prowokują na Bałtyku, jego śmigłowce naruszają naszą powietrzną granicę, niemieccy „sojusznicy” w NATO są tak naprawdę sojusznikami wroga. A lipcowy (raczej lipny) szczyt samego NATO w Warszawie, na jaki tak czekają nasze naiwne owieczki, zakończy się raczej kolejną dawką nikczemnego bełkotu zamiast wzmocnienia wschodniej flanki tego Sojuszu, a faktycznie prywatnej ochronnej firmy Rothschildów.

Niech koszmarna lektura Rosji będzie dla nas nauką i ostrzeżeniem, niech nie przejdzie bez echa.

Niech w oczach naszych niepodległościowców nie będą stały łzy i smutek, jak w oczach Wasyla Szulgina. Bo został obcokrajowcem we własnej Ojczyźnie.

Nawet człowiekiem bez obywatelstwa, „apatrydą”, – nie przyjął sowieckiego obywatelstwa, żył w ZRSR bez paszportu.

Pozostał obywatelem Rosyjskiego Imperium – w sercu.

Broń i zachowaj nas Boże wobec bycia bezpaszportowymi obywatelami Rzeczypospolitej w unijnym ZRSR-bis, czy apatrydami pod błękitną, tęczową brukselską szmatą z żółtymi pięcioramiennymi gwiazdami „pentagramami”.

A biało-czerwony sztandar z piastowskim czy jagiellońskim Białym Orłem potrzebuje obrony.

O niego walczyły pokolenia Przodków.

W tej polskiej kolejce następnymi my.

Sądząc po wszystkim, nie będziemy ostatnimi.

54.

– …Czy pan już doszedł do stron 8-9, panie Jakubie?

Mikołaj Siergiejewicz pytał o książkę Więzienna odyseja Wasyla Szulgina, którą dopiero zacząłem czytać.

– Jeszcze nie…

Pan Mikołaj uśmiechnął się.

– Bo tam o mnie napisano.

Oczywiście, po powrocie do domu natychmiast zajrzałem na te strony. I przeczytałem:

„…Malarz I.S. Głazunow w swych wspomnieniach pisze: „Od Konszyna dowiedziałem się też, że Wasyl Witaliewicz od sierpnia 1966 roku aż do swego zgonu pisał książkę-dzienniczek swej duszy – pod nazwą Mistyka. Oddał ten rękopis na przechowanie rodzinie Konszynowych, gdzie on znajduje się dotychczas. Ale niedawno rękopis w wielkiej żółtej kopercie został przysłany do mnie ze Smoleńska. Kolia pewnego razu obiecał wysłać go, i jak zawsze danego słowa dotrzymał. Trochę później, już w 2002 roku, nikomu nie znany rękopis Mistyki z pewnymi skrótami został wreszcie opublikowany na łamach czasopisma „Nasz współcześnik”.

Nazajutrz powiedziałem do mojego darczyńcy:

– Udało się panu mnie zaskoczyć. I to bardzo. Czyli, ten rękopis przechowywała pańska rodzina…

Pan Mikołaj potwierdził.

– I malarz Głazunow to pana znajomy?

Ilja Głazunow, bardzo znany malarz rosyjski, i jednocześnie bardzo dziwny człowiek, ma obecnie 85 lat. Kiedyś widziałem na wystawie jego obraz Misterium XX wieku, ogromny i emanujący… bynajmniej nie radością – oględnie mówiąc. W centrum obrazu postać Stalina, leżącego we krwi na postumencie. Obraz niezwykle sugestywny, masz wrażenie, że krew spływa nie tylko na inne osoby widoczne na obrazie, ale również wprost na ciebie… Na dole obrazu lustro – oby każdy ujrzał siebie w Misterium…

Odpowiedz Mikołaja Siergiejewicza nie pozostawiała wątpliwości.

– Nawet przyjaciel. Od moich najmłodszych lat. Wie pan, po pogrzebie Wasyla Witaliewicza, – a pochowali go na cmentarzu obok grobu żony Marii Dmitrijewny, – zebraliśmy się potem na żałobnej obiadowej stypie. A na niej to już ton nadawali i kierowali uroczystością goście, dysydenci z Moskwy, Leningradu, inni, – i wszyscy Żydzi. Przyszedł Głazunow, – a ci Żydzi ostentacyjnie zgorszeni, „jeszcze jeden „antysemita””. No, i z nieukrywaną pogardą wskazali Glazunowowi miejsce na samym końcu stołu. A ja już byłem po kilku kieliszkach… Ale dureń byłem, młody…

Na twarzy Mikołaja Siergiejewicza nad siwą bródką ukazał się uśmiech żalu – czy zadowolenia.

– …to i mówię: a cóż wy parchy jedne, tak Ilię Siergiejewicza nie lubicie…

Nie udało mi się powstrzymać rechotu. Wyobraziłem sobie tę sytuację… Pan Mikołaj wydawał się być zadowolony z wywołanego efektu.

– …przejąłem organizację uroczystego obiadu: „Ilja Siergiejewicz! Proszę na honorowe miejsce! Podać zaraz honorowemu gościowi wszystko!”.

Ale miny mieli w tym momencie ci starotestamentowi… To był luty 1976 roku, ostatni rok studiów Mikołaja Konszyna w Szkole Teatralnej, miał 23. Przyjechał taki sobie chłopak na pogrzeb mistrza, już prawie aktor, wysoki, silny, – gdzie tam do niego tym „starszym w wierze”.

– Brawa dla pana! To jedyny na nich sposób.

Pan Mikołaj uśmiechał się, a ja pomyślałem: Pana Prezydenta Dudę, jak i Pana Jarosława, na takie gesty nie stać. Pierwsza Dama pochodzi z nich, tata Julian Kornhauser pisze czułe wierszyki o pogromcach Polakach i ich (czyli naszych) żydowskich ofiarach. A rządząca partia spija każde słowo z ust tych wybranych, zwłaszcza za oceanem. Takie miłe przemówienia w ich Muzeum: łaskawcy i tyle, Polski bez nich nie ma.

A ja uważam: raczej z nimi.

Przynajmniej, szejnfeldom i schnepfom z michnikami vel szechterami trzeba twardo wskazać gdzie ich miejsce.

Jak to zrobił 40 lat temu mój pacjent Mikołaj Konszyn na żałobnym obiedzie po pogrzebie swego mistrza, który zastępował mu ojca, Wasyla Szulgina.

Też „antysemity”, który „miał odwagę” to publicznie wyznać.

A tak naprawdę, wyznał: „w nich nam się nie podoba” to że oni widzą w nas swych służących, a raczej niewolników. A kto się na taką rolę nie godzi – „faszysta, antysemita”.

Tak w ich Talmudzie oraz w Szulchan Aruch napisano. I jeszcze w wiele innych miejscach. Sam czytałem, w oryginale. Co prawda, „antysemityzmu” jeszcze wtedy nie zdążyli wymyślić, to już dużo później, 1897 rok od Narodzenia Chrystusa, Którego oni nienawidzą przecież bardziej niż malarza „antysemitę” Iljię Głazunowa.

To my Polacy jesteśmy dla was „gorszym sortem”, panowie towarzysze starotestamentowi z KODu.

Michnik vel Szechter tak przecież wykrzykiwał po libacji alkoholowej w Magdalence, przy jednym stole z Jaruzelskim, Kiszczakiem i Bolkiem: pójdziecie Polacy z torbami.

Tak więc: bez obrazy, jakby co.

55.

Jeden z wpisów w dzienniczku Szulgina.

„3 września 1971 roku: „M.D. była (we śnie) tak wesołą, jak jeszcze nigdy od czasu swej śmierci. Przyczyna tego pozostała dla mnie niewiadomą”.

M.D. to Maria Dmitrijewna, żona Szulgina.

Jeden z biografów pana Wasyla, Mikołaj Lisowoj, tak komentuje ten wpis:

„W świecie naszych zmarłych jest swoja logika. Widocznie tego dnia odkryła coś takiego, co jeszcze nie było dane wiedzieć jemu, żyjącemu”.

Sądzę tak samo: Życie Wieczne kieruje się własną logiką. My, tu na ziemi, uważamy ją za ironię losu.

Która to ironia, tak naprawdę, jest kolejnym mistycznym dowcipem Gospodarza losu.

Pana Boga.

W ciągu swojego długiego życia pan Wasyl Szulgin doświadczył wielu takich dowcipów.

Będąc „antysemitą”, bronił Żyda Mendla Bejlisa wobec oskarżeń o rytualny mord.

Stanowczy monarchista, a właśnie on przyjął abdykację ostatniego rosyjskiego cara.

Jeden z ojców Białego Ruchu i Ochotniczej Armii, którzy mieli odrodzić Rosyjskie Imperium, pewnie wiedział że część białych oficerów i żołnierzy wojuje za niezależność byłych imperialnych kolonii.

W szeregach Wojska Polskiego 10 000 Rosjan z Białego Ruchu wojowało ramię w ramię z nami w 1920 roku, broniąc Polski przed najazdem bolszewickich hord.

A dokładniej, rosyjskich.

Jak i dzisiaj, sukcesorzy Szulgina i Białego Ruchu wojują z terrorystyczną bandą „rosyjska armia” i najemnymi rzeźnikami Putina na Donbasie w szeregach Ochotniczych (sic) Batalionów, w tym OUN, UNSO, Samoobrony (przykładowo w Odessie, Odeska Sicz) i Prawego Sektora.

Odessa stałaby się drugim Donbasem – jeśliby nie odwaga i samopoświęcenie tych chłopaków.

W momencie gdy piszę te słowa, oni są gotowi przeciwstawić się krwawej powtórce „ruskiej wiosny” w Odessie. Wczoraj oficjalnie ogłosili, również w telewizji, zamiar „wyniszczenia w pień wszystkich putinowskich agentów i dywersantów w Odessie”. To już iście po szulginowsku, tym „z wąsikami”.

A przecież dla ich ideologicznego ojca fundatora, urodzonego w Kijowie, deputowanego od Wołynia, dla którego także Odessa nie była obcym miastem, – słowa „Ukraina” nie istniało. Tylko „Małorosja”. Za to był prześladowany przez Centralną Radę Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Jak i przez każdy rząd, zaczynając od carskiego, poprzez różne inne.

Ironia czy jednak logika?

Ta z Zaświatów?

Jeden z wojujących po stronie Ukrainy, Kozak doński, powiedział w wywiadzie dla ukraińskiej telewizji:

„…Teraz na Kremlu są neobolszewicy, oni niszczą Rosję i nas. Ci w kozackim uniformie wśród terrorystów, – jacyż to Kozacy? To przebrany na Kozaków motłoch kryminalny. Prawdziwych Kozaków wyniszczyli niemalże wszystkich Trocki i Lenin ze Stalinem. Nas, potomków Kozaków, jest garstka. Jesteśmy tu, wojujemy o Ukrainę i Rosję z ich i naszymi wspólnymi wrogami”.

Czyli: za wolność naszą i waszą. Pod kościuszkowskim hasłem, pod hasłem wszystkich naszych Powstań walczą potomkowie białych Kozaków Wszechwielkiego Wojska Dońskiego (a tamto Wojsko było kiedyś nie z ostatnich w tłumieniu naszych Powstań…).

Czy oni pierwsi? Bynajmniej.

W 2013 roku obchodziliśmy Rok Powstania Styczniowego 1863-1864 r.r. Wbrew zdrajcom i zamachowcom Komorowskiemu i Tuskowi, wbrew sejmowemu dziadostwu, agentom ruskim, niemieckim i Komitetu Trzystu. Wtedy napisałem cykl wierszy Rok Powstania Styczniowego, sam jestem potomkiem ówczesnego Powstańca. Jeden z tych dziewięciu wierszy nazywa się Rosjanie.

——————————————————-

Rok Powstania Styczniowego. Rosjanie.

Na bój z hordą Heroda Polacy chodzili:
Krótkie lufy dwururek przeciwko sztucerom,
Ale szable rąbały i kosy kosiły,
Tak że uciec się chciało ruskim oficerom.

A żołdacy ich ci, niewolnicy mongolskie,
Za armatami stojąc, prosili u Boga,
Oby dał im opuścić to przeklęte wojsko,
Wobec gniewu i kos desperackiego wroga.

Zresztą byli też inni wśród knechtów caratu –
Którzy rwali z ramion nienawistne pagony,
I stawali w szeregi polskich desperatów,
Lub zbierali się w ruskie powstańcze zagony.

Mało było tych Rosjan – o nie, nie kacapów! –
Tych, kto z nami podzielił los naszej Ojczyzny,
Tych, kto wolność pokochał i niszczył satrapów,
Tych, kto poznał, jak my, murawjowskiej wścieklizny.

Rosja wiecznym nam wrogiem, i czynem, i słowem –
Przeto dziś jak najbardziej nam wspomnieć potrzebnie,
Że w swym grobie powstańczym zasnął pod Krakowem
Były carskiego wojska porucznik Potebnia.

Że jak nas, zabijali i torturowali
Byłych ruskich żołnierzy ich kaci rodzimi,
Bowiem ci niewolnicy wolnymi zostali,
Bo kochali ich my, razem bijąc się z nimi.

Ich, jak nas, przeklinali sprzedajni popowie
W opuszczonych przez Pana domach wiecznej śmierci,
Bo przetrwali odważnie przy Chrystusa Słowie
Infernalnego kraju tak pobożne Dzieci.

Śpijcie, więc, Ruski Kwiat Styczniowego Powstania.
Wasze modły w rosyjskim nam wolność wymarzą.
Z Sierakowskim i Trauguttem w Dzień Zmartwychwstania
Jezus Pan do apelu Wam stać hucznie wskaże.

W jednym szarym szeregu z Armią Katyńską,
I pod jednym sztandarem z Elitą Smoleńską
Tym, kto walczył, jak lew, z tą macochą ordyńską,
Zmienią wieniec cierniowy w koronę zwycięską.

Śpijcie, Bracia, czuwajcie. Kraj, co Was porodził,
Zabił, zdradził, zapomniał Was – zmierza do piekła.
Tylko wdzięczny Wam Lach o Was będzie się modlił,
Tylko Polska Was kocha – bo Rosja Was zrzekła.

————————————————————————

Taka jest prawda.

Wasyl Szulgin odnosił się do Ruskiego Kwiatu Styczniowego Powstania raczej jak do zdrajców, – przynajmniej tak uważam, bo nie czytałem u niego nic w tym temacie. Ale 10 000 jego rodaków i sprzymierzeńców za 57 lat „stawali w szeregi polskich desperatów”.

Taki to jest dowcip…

„Szulgin z siwą brodą to nie Szulgin z wąsikami”.

Zaprawdę tak. Bo Szulgin z białą brodą już miał ogromne doświadczenie boskich dowcipów. Dlatego chciał zrozumieć logikę Życia Wiecznego, jakie stało się sprawą życia także jego ucznia i przybranego syna, aktora Mikołaja Konszyna.

Nie przypadkowo oddał rodzinie wychowanka na przechowywanie swój rękopis pod czytelnym tytułem Mistyka.

Również swoje obcowanie z tym jego uczniem uważam za mistyczne. Pomimo że moje rozumienie mistycyzmu bardzo się różni z owym u Szulgina.

To obcowanie wydaje się niejaką nicią, cienką ale mocną, łączącą pokolenia moich i jego przodków, dzieje naszych wrogich sobie narodów i krajów.

Ale jest coś ponad dziejami.

W trakcie spotkań z panem Mikołajem stale towarzyszyło mi wspomnienie o jednym z bohaterów mickiewiczowskiego Pana Tadeusza, dowódcy ruskich jegrów kapitana Rykowa. No, stale.

„…Prawda, słowo dam na nowo —
Rzecze Ryków — ot słowo! Co po waszej zgubie?
Ja człek poczciwy, ja was państwo Lachy lubię,
Że wy ludzie weseli, dobrzy do wypitki,
I także ludzie śmiali, dobrzy do wybitki.
U nas ruskie przysłowie: Kto na wozie jedzie,
Bywa często pod wozem; kto dzisiaj na przedzie,
Jutro w tyle; dziś bijesz jutro ciebie biją;
Czy o to gniew? tak u nas po żołniersku żyją.
Skąd by się człowiekowi tyle złości wzięło
Gniewać się o przegranę! Oczakowskie dzieło
Było krwawe, pod Zurich zbili nam piechotę,
Pod Austerlicem całą utraciłem rotę,
A pierwej wasz Kościuszko pod Racławicami —
Byłem sierżantem — wysiekł mój pluton kosami:
I cóż stąd? To ja znowu u Maciejowiców
Zabiłem własnym sztykiem dwóch dzielnych szlachciców:
Jeden był Mokronowski, szedł z kosą przed frontem,
I kanonierowi uciął rękę z lontem.
Oj! wy Lachy! Ojczyzna! ja to wszystko czuję,
Ja Ryków, car tak każe, a ja was żałuję.
Co nam do Lachów? Niechaj Moskwa dla Moskala,
Polska dla Lacha; ale cóż? car nie pozwala!”.

Ano, nie pozwala…

Teraz cara nie ma, to któż nie pozwala? „Putin chujło”?

Czy jednak pewne cechy dziedziczne? Te lumpowskie?

Pan Mikołaj takich cech nie posiada. On pochodzi z Rykowowych, komu „car nie pozwalał”. A sami szanowali odważnego wroga, „tanie” rycerstwo, jakie wywoływało taki niesmak u Lwa Tołstoja.

Długa jest ta nić, wielu i wiele wiąże…

„…Pewnego razu Wasyl Witaliewicz miał sen. Śniło się, niby w jednym pomieszczeniu, przy „okrągłym stole” zebrali się narodowcy wszystkich nacji, wszystkich rodzajów: Sojusz Ruskiego Narodu, Żydzi syjoniści, litewscy „leśni bracia”, niemieccy rewanżyści… Jednym słowem „międzynarodówka narodowców”. Oni bez problemu doszli do porozumienia, znaleźli wspólny język.
Dlaczego nie miałoby tak być. Przecież wszyscy są w równej mierze – narodowcy.
Niestety słodki był sen, ale gorzkie przebudzenie. „Wtem jasno zobaczyłem że taka międzynarodówka nie jest możliwą. Spróbujcie no przeczytać Litwinowi z Tiutczewa: „Nad ruskim Wilnem starodawnym”, a Czeczenowi – z Puszkina: „Poddaj się, Kaukazie, idzie Jermołow”. Priorytet interesów narodowych „rozciąga” narody w różne strony. Każdy, mówiąc obrazowo, „stoi” drugiemu w poprzek gardła”.

Tak zaświadczył biograf Szulgina Mikołaj Lisowoj.

A po co czytać sobie takie wiersze, gdzie chodzi o przykre sprawy dawnych lat? Czy innych nie ma?

Zaś obecny świat niby taki sam jak setki lat temu, tępy, głupi, obojętny, sterowany, – ale tak naprawdę on w pewnych rzeczach i kwestiach też „o siwej brodzie”.

Przynajmniej jego PRAWDZIWA elita.

Pisząc te słowa, dostaję wiadomości o przerzuceniu do Europy i Turcji oddziałów US ARMY, US NAWY, USAF, i to na bezprecedensową skalę. W kraju i Rumunii są już najnowsze wielozadaniowe myśliwce F22 Raptor, poprzedniego pokolenia F15, szturmowce A10 dla zniszczenia techniki pancernej. Autor artykułu bardzo chce zobaczyć Merkel i Hollanda w jednej ławie oskarżonych z Putinem przed Trybunałem po wojennej klęsce Rosji, jaka właśnie rozpętała kolejną światową wojnę.

Znowu pionki? Oprawcy? Putin, Merkel, Holland? Jeszcze może Obama?

Nie, ja chcę zobaczyć w tych ławach także Rothschildów i Rockefellerów, cały Komitet 300, cały Rzymski Klub, cały Klub Bilderberg, Trójstronną Komisję. I jeszcze wielu innych, w jarmułkach, czarnych kapeluszach i bez owych, w mundurkach i garniturkach, także w łapserdakach i sutannach. Wielka ma być ta ława.

KLIENCI.

SAMOZWAŃCZA ŚWIATOWA QUASI ELITA.

Zaś nam z Mikołajem Siergiejewiczem żadne wojny nie są potrzebne, w najmniejszym stopniu. Jesteśmy z „siwymi brodami”, pan Mikołaj z tą prawdziwą..

Nasi przodkowie wojowali ze sobą. Przodkom pana Mikołaja „car nie pozwalał”, moi – „hej, strzelcy, wraz, nad nami Orzeł Biały”. Szable rąbały, kosy kosiły. Armaty grzmiały. Byli śmiertelnymi wrogami. Ale szanowali odważnego wroga, wzajemnie, „tanie” rycerstwo zobowiązuje i żołnierskie życie.

A dzisiaj pan Mikołaj uważa:

– Po co nam z wami wojować? Niechaj Izrael wojuje.

Na wieki wieków: amen.

Ale z Szarikowymi wojować jednak przyjdzie.

Ukraińcy już wojują.

Także z rodzimymi.

I nas Polaków ten kielich nie omija.

56.

Leczenie pana Mikołaja dobiegało końca. Postęp wyraźny, sam pacjent to potwierdzał. Mógł już chodzić dużo łatwiej, ból w nodze niemalże całkowicie ustąpił.

Przed tym, zanim podałem zalecenia i wyznaczyłem termin wizyty kontrolnej, żeby ocenić tempo powrotu do pełnej sprawności ruchowej, rutynowo za miesiąc, powiadomiłem mojego pacjenta, z którym zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, o swym zamiarze napisania tej powieści. Z umieszczonym w książce prawdziwym zdjęciem pana Mikołaja z Szulginem, pod prawdziwym imieniem pana Mikołaja, i oczywiście z przekazaniem treści naszych rozmów.

– Bardzo dobrze, nie mam przeciwko temu!

Dopowiedziałem:

– Chodzi mi o to że w warunkach obecnej czekistowskiej dyktatury może to zaszkodzić panu czy pana bliskim. Moskalska ambasada czyta po polsku, tym bardziej taki niezależny portal jak Pressmania.pl – a powieść będzie w pierwszej kolejności opublikowana właśnie tam…

Mikołaj Siergiejewicz ze swoim charakterystycznym uśmiechem Szczęśliwcewa skomentował :

– Jestem w takim wieku że nic mi już nie zaszkodzi, nie mam się czego bać. Niechaj pan pisze wszystko co uważa za potrzebne.

I trudno powiedzieć, czy wzmiankowany wiek odnosił pan Mikołaj do metryki, czy wieku w jakim mentalnie przebywa, tym XX. Wśród wielu takich ówczesnych Szczęśliwcewych, spotkać można było także szlachciców, i niekoniecznie tych zubożałych

Na wszelki jednak wypadek, zapytałem:

– O piwie też można?

Rozbawiłem tym pytaniem mojego pacjenta, a teraz i przyjaciela. Śmiech jego był szczery, a odpowiedź taka, jakiej się i spodziewałem:

– A choćby o wódce z bijatyką!

Wspólny śmiech nie był rzadkością w naszych rozmowach, chociaż często chodziło nam o sprawy niełatwe, a nawet tragiczne…

– Jak na razie, wódy ani bijatyki nie było, a fikcja literacka nie bardzo tu pasuje.

Tak więc dogadaliśmy się.

…A przed tym rozmawialiśmy o Katyniu, o nieznanych większości szczegółach tej masakry ludobójstwa. Przecież sam Katyń jest niedaleko…

Przykładowo, o roli brytyjskiego wywiadu, którego dawnym agentem był inicjator Zbrodni Katyńskiej Ławrentij Beria. W przypadku Berii, zarzuty „kontory” postawione mu przed jego rozstrzelaniem,o współpracę z wywiadem brytyjskim, były czystą prawdą, a nie kłamstwem, a to wyjątek w praktykach NKWD.

Kiedy wyszliśmy na papierosa, powiedziałem do pana Mikołaja:

-…Ma pan rację, nas prowokują. Prowokują stale, strasznie, krwawo. Katyniem, Smoleńskiem. Abyśmy nienawidzili i niszczyli siebie wzajemnie. Mówią do nas Polaków o „zbliżeniu z Rosją” dranie na wzór Brzezińskiego i Kissingera, starych masonów, wrogów naszej niepodległości, sępów geopolitycznych. Nie mówią: z Kremlem, z terrorystyczną bandą obciachu na Kremlu, z mordercami naszego Prezydenta, naszej Elity, z tą filią, śmietnikiem światowej synagogi i lóż, Komitetu 300… Z lumpami wszystkich ras. Z krajem, gdzie rządzą i panują lumpy. A wam Rosjanom wmawiają że Polak musi być niewolnikiem lub wrogiem. Nie uściślają czyim, według Talmudu… Budzą tym wzajemną nienawiść. A my z panem, nie ulegliśmy tym prowokacjom. Nie zostaliśmy pionkami Talmudu, Rzymskiego Klubu. Bośmy to my… Bogu dzięki że to tak. Przynajmniej tak…

Pan Mikołaj, słuchając tego wszystko patrzył na mnie uważnie. Po krótkiej pauzie odezwał się.

– Daj Bóg oby tym razem od nas to się rozpoczęło. A nie na nas się zakończyło…

57.

„Nie można zatrzymać historii. Kto ku temu dąży, beznadziejnie przegrywa, pozostawiając sobie tylko wspomnienia o życiu minionym, patrząc z tyłu na odchodzące naprzód pokolenia”.

To z przedmowy do filmu Przed sądem historii. Czyli od autorów. Szulginowi, więc, oni przydzielili rolę „wspomnienia o życiu minionym”, zaś siebie uważali za te „odchodzące naprzód pokolenia”. Ot, na nich miał niby z zawiścią i żalem patrzyć Szulgin, stojąc „z tyłu”.

Masakra. Przerażałaby ślepa, tępa pycha tych Szarikowych – jeżelibyśmy nie wiedzieli, że to Szarikowowie właśnie.

W proroczej pracy Eksperyment Lenina Szulgin pisze:

” …Mój osobisty los – to mizerne ziarnko w olbrzymim „Eksperymencie Lenina”. Niczym nie mogę mu pomóc. Jednak rzeczywiście szczerze życzę żeby ON, eksperyment, był doprowadzony do końca… Nie mogę udawać, sugerując że witam „Eksperyment Lenina”. Jeśliby to ode mnie zależało, wolałbym by ten eksperymentu był przeprowadzany gdziekolwiek indziej, byle nie w mojej Ojczyźnie. A skoro on się rozpoczął i zaszedł tak daleko, niezbędnym jest by ten „Eksperyment Lenina” został zakończony. A możliwe że zakończony nie zostanie, jeśli będziemy zbyt dumni”.

Ten potworny „Eksperyment” jest nie do zakończenia, ani poprawienia.

Za życie Lenina to był eksperyment nie tyle jego, ile jego szefów, pomysłodawców i sponsorów, tych z Komitetu 300, Wielkiej Loży Memfis Mitzraim.

Nie tyle eksperyment, ile na chłodno i z wyrachowaniem zaplanowana zmiana imperium, by dokonać się mógł geopolityczny przekrój.

Lenin był tylko posłusznym narzędziem. Jak też teoria Karola Marksa vel Mordechaja Lewiego.

Po mordzie (sic) na Leninie „eksperymentem” został sam Lenin.

Dokładniej, zabalsamowany trup Lenina. Terafim w zikkuracie śmierci i degradacji, mauzoleum.

Najważniejsza część „eksperymentu”.

Źródło nieszczęść kraju, jego ludności.

Źródło wojen i nieludzkich czynów, tak rządzących, jak i tych, kim oni rządzą.

Źródło nadchodzącego, i nieuniknionego rozpadu.

Źródło tego, za co obecnie cały świat nienawidzi Rosję.

Tak, przede wszystkim ona jest dziś sowiecką pod różnymi płaszczykami i maskami. Rację ma pan Mikołaj.

Ale co tę sowiecką zastąpi…

Przedsmak klęski wyczuwa się we wstrząsającym opowiadaniu Nad wiecznym spokojem, zaciekle prześladowanego przez władze ZRSR pisarza Wasyla Grossmana, napisana w końcu lat 50-tych. Co prawda, o mauzoleum z trupem Lenina w opowiadaniu nie ma nic. Tylko Cmentarz Wagańkowski w Moskwie jako metafora całego kraju.

A Szulgin? Czy wiedział o tym? Czy się przynajmniej tego domyślał, nie będąc nowicjuszem w sprawach mistycznych?

Jak na razie, nie wiem.

Rzecz jasna, że o tym nie mieli zielonego pojęcia autorzy filmu, jacy podawali opinie „na kosmiczną skalę i kosmicznej głupoty” według profesora Preobrażeńskiego, bohatera bułhakowskiego Psiego serca.

Zamknął się upiorny krąg czarnej magii: „eksperymentatorzy” zostali ofiarami „eksperymentu”.

Oni próbowali sądzić tego, kto miał już daleko wszystkie ziemskie sądy. Jeszcze wtedy, kiedy mu pozostawało 12 lat ziemskiego życia.

Już nie był „zbyt dumny”, tylko zachowywał godność.

Nie ciekawiły go bieżące wydarzenia.

I stale myślał o Życiu Wiecznym.

Szczerze wierzył, że kraj, obywatelstwa którego on jednak nie życzył sobie przyjąć, idzie wspaniałym szlakiem.

Według mnie, pan Wasyl zmieniłby swoje zdanie, jeśliby żył dzisiaj.

A czy zmienił TAM…

Któż to wie…

Jasne tylko jedno: przedmowa do filmu z nim to epitafium.

Lecz nie na nagrobku Szulgina.

Chociażby dlatego, że życie każdego człowieka pod hasłem „z przekonania” nigdy nie przechodzi na marno.

To dotyczy także jego ucznia i mego nowego przyjaciela.

– …jak pan uważa, dlaczego ONI Szulgina po prostu nie zabili?..

Sam się nad tym zastanawiałem…

– Może dlatego, panie Mikołaju, że wśród tych rządzących lumpów byli także najbardziej przebiegli, chytrzy. Co zresztą nie znaczy, że rozumni… Jak Chruszczow, Andropow. Nawet Breżniew, póki z niego nie zrobili narkomana. Wykorzystywali przekonania Szulgina, który sądził że sowieckie imperium czyni potęgę z Rosji. Wykorzystali go w swej propagandzie, – na ile to tylko było możliwym… I nie jednego Szulgina, jak pan wie… Po cóż im było zabijać kurkę, jaka nosi złote jajka…

58.

W ostatnim dniu kuracji zapytałem pana Mikołaja czy istnieje możliwość aby zatelefonować do niego, jeśli w trakcie pisania tej powieści pojawią się pytania (a pojawiały się…).

– No, oczywiście! Bardzo proszę. Tylko od 18 do 20 kwietnia mnie nie będzie w mieście, jedziemy ze spektaklami do Tuły…

I zacytował:

„Тяжела и неказиста
Жизнь российского артиста”.

„Ciężkie i brzydkie jest
Życie aktora rosyjskiego”.

Dorzucając z uśmiechem:

– Na naszych „kapustnikach” to stale brzmi. A kiedyś zamiast „rosyjskiego” było „sowieckiego”.

No, właśnie. Tylko nazwa się zmieniła. Również w tym przypadku.

„Kapustnik”, to żartobliwy spektakl – improwizacja w aktorskim środowisku. Sposób, by na chwilkę zapomnieć o trudnych, a często wyczerpujących godzinach posługiwania Melpomenie, greckiej muzie teatru.

Wczoraj wieczorem miałem możliwość zobaczyć posługę pana Mikołaja. Dwa nagrania na youtubie.

Pierwsze krótkie, parę minut. Pan Mikołaj czyta wiersz poety Gennadia Szpalikowa. Był taki poeta w Rosji, bardzo utalentowany, popełnił samobójstwo w 1974 roku, alkohol, ale głównie beznadziejna dola tych utalentowanych, którym przyszło żyć w kraju lumpów.

„…A człowiek gości u was, żegna się i w noc odchodzi…
…dawaj teraz jego zawrócimy, póki on plac przechodzi…”.

Pan Mikołaj czyta ten mały i wstrząsający wiersz, siedząc na zaniedbanym podwórku hotelu Smoleńsk, na tle graffiti ACAB (All Cops Are Bastards).

Drugie nagranie: monodram na wystawie malarskiej. Powieść Mikołaja Gogola, Portret. Tragiczna, złowroga powieść. Młody chłopak, malarz, żebrak, ale o dużym talencie, kupuje sobie za parę groszy portret jakiegoś starca wschodniego, lichwiarza, rachującego złote monety. Starzec ożywa i obdarowuje malarza skarbami. Młodego utalentowanego chłopca bogactwo i sława zmieniają w monstrum, niszczyciela, wroga piękna i harmonii.

Teatr przestał być sprawą życia pana Mikołaja. Osobiście ubolewam nad tym. Chociaż chyba rozumiem, dlaczego przestał.

W tych dwóch małych nagraniach od razu rzuca się w oczy, że Mikołaj Konszyn jest aktorem właśnie szkoły MChATu, – gdybym nawet o tym nie wiedział od niego samego.

Jego mistrz Massalski mawiał: „Jestem całe życie zakochany w Alle Konstantynownie Tarasowej, i nie ukrywam tego”.

Ta aktorka, mistrzyni sceny, w różnych wcieleniach, w każdym obrazie była zupełnie inna, -i nie chodzi przede wszystkim o zachowanie, o emocje. U niej za każdym razem były inne oczy, inne spojrzenie. W nowym obrazie to była kompletnie inna osoba, ze swym wnętrzem, mózgiem i duszą. To wyższy poziom aktorskiej sztuki i jednocześnie piekielny trud, jakiego znieść nie jest czasem w stanie nawet silny mentalnie człowiek…

…Pan Mikołaj tworzy obraz malarza miękkimi tonami – na początku. Słowa opowiadania płyną cicho, – na ile pozwalają sceniczne prawidła, – naturalnie, niby jego własne, w czasie jakiejś prywatnej rozmowy. Zmiany w psychice malarza on ilustruje nie tyle plastyką ciała, gestami i głosem, ile oczyma. Kiedy on mówi „jestem demon”, „zabiorę wam harmonię” – patrzy tak, że się wydaje: to naprawdę demon, diabeł zaraz pójdzie kupować za astronomiczną cenę arcydzieła, żeby je natychmiast zniszczyć…

…Oglądając to nagranie, wspomniałem sobie innego rosyjskiego aktora, mego świętej pamięci przyjaciela Jewgienija Płatochina. On od dawna marzył by zagrać bułhakowskiego Wolanda w Mistrzu i Małgorzacie. Siedzieliśmy u mnie w kuchni przy kieliszku. Zapytałem: a masz już pomysł jak zagrasz Wolanda, w jakim kluczu? Żenia nic nie odpowiadał. W tym momencie przekładałem na talerze kotlety z zielonym groszkiem. Skończyłem, spojrzałem na Żenię. Spod okularów z popękaną prawą soczewką patrzył na mnie Woland. Nie Żenia Płatochin, utalentowany aktor i mój przyjaciel o przezwisku Dupa z racji zupełnego braku zarostu na głowie i twarzy. Przede mną siedziała mądra, potężna, nieśmiertelna istota, ironiczna, przenikliwa, widząca całego mnie razem z przeszłością i przyszłością, jak cały świat i Wszechświat – i bardzo smutna przez swoją olbrzymią nadludzką wiedzę… Woland patrzył na mnie w milczeniu, pozostając w tym niemym dialogu ze mną, – a ja nie byłem w stanie powiedzieć cokolwiek. To spojrzenie mam przed oczyma też teraz. Przy tym spojrzeniu każde znane mi wcielenie Wolanda w spektaklach czy filmach to dla mnie cienki pikuś. Po prostu nic. Zaś Żenia zmarł, a Wolanda i tak nie zagrał…

…Dziwne to tło, na jakim rozgrywał się mono-spektakl pana Mikołaja. Sala wystawowa, malarska wystawa. W krzesłach siedzą chłopaki i dziewczęta o wrażliwych twarzach, jakich raczej nie widziałem w tym Smoleńsku. A gdzieś za kadrem jakiś szum, chichot, ktoś biega, przeszkadza aktorowi. Ale on jakby nie słyszy, odizolowany od wszystkiego co nie istnieje w owych „zaproponowanych okolicznościach”, tych mistycznych, a propos. Domyślać się tylko mogę, ile go to kosztowało, ale fakt pozostaje faktem…

…Czytając wiersz Szpalikowa, pan Mikołaj nie tworzy obrazu, ani niczego. Po prostu mówi, a staje się jasnym że „ludzie się utraca tylko raz”. Krótki wiersz zakończył się, a pan Mikołaj kręci głową, jest zdumiony, smutny, pogrążony cały w jakichś tam wspomnieniach. To nie gra. To już życie i śmierć na kanwie aktorskiego losu.

Po zakończeniu studiów aktorskich Mikołaja Siergiejewicza wysłano na peryferię. W Moskwie nie pozostawili z trzech przyczyn: obce dla lumpów szlacheckie pochodzenie, „syn wroga narodu”. No, a główne – Szulgin.

Pewien kolega po studiach przyznał się: inwigilowałem ciebie na rozkaz KGB.

– …Pensja aktora MChATu to 150 000 rubli. U nas w Smoleńskim teatrze dramatycznym im. Gribojedowa – 16 000 rubli…

Tak, wiem. Dziesięciokrotna różnica, typowe dla nie trzeciego nawet, a czwartego czy siódmego świata.

– Ale Mikołaju Siergiejewiczu… Pan sam słusznie zauważył, że pozostając w Moskwie dawno już wylądowałby pan na cmentarzu…

Mikołaj Siergiejewicz przytaknął.

– A jakżeby inaczej… Wie pan przecież, tam publika nie zna sentymentów. Pajęcze gniazdo, żmije…

Chociaż żmije i pająki pewnie znają więcej sentymentów od tamtejszej „publiki”.

Kiedy oglądałem ten „mono-spektakl andropowskich czasów” (jak śmiejąc się określił go sam aktor po zakończeniu), a okropne spojrzenie pustych oczu demona pozostało tłem dla słów „jam geniusz! jam utalentowany!”, – natychmiast stanęła przed oczyma tłusta, zmarszczona, biała morda Olega Tabakowa, obecnego kierownika MChATu im. Czechowa.

To wprawdzie nie demon, ale sprzedać i przeżreć przez Boga dany talent zdążył w pełni pomyślnie. Obecnie to nie mistrz, nawet nie działacz sztuki teatru – jeden z tamtejszych kwislingów, dziadostwa, kundli arcyzbrodniarza Putina na podobieństwo takiego samego starucha, twórczego bankruta i zera Nikity Michałkowa.

To nawet nie polityka, – zwykła kariera przydupasa, grobu pobielanego, marnej zgniłej choinki ozdobionej nic nie wartymi orderkami.

Bogatego pechowca malarza Czartkowa z powieści Gogola (ale nazwisko…).

Świetnie wcielił się w rolę, i pokazał tego Czartkowa (i Czartkowych) pan Mikołaj, z całą maestrią sztuki aktorskiej. Takie jest moje zdanie.

Można byłoby powiedzieć z żalem: jak przykro, że aktor Mikołaj Konszyn nie gra na stołecznej scenie. Ale nie powiem. Nie tylko przez wzgląd na wczesny grób, jakim prawdopodobnie zakończyłaby się moskiewska kariera pana Mikołaja.

Wiem przecież, CZYJA to stolica.

Tam panują Tabakowowie, Michałkowowie, nikczemne, wstrętne i nudne, zbankruciałe dziadostwo, lumpy wśród lumpów, dobrowolne Szarikowowie na smyczy u Szwonderów.

Nie pasuje obu nam z panem Mikołajem ta smycz. Na to nam „Car nie pozwala”.

Ten Prawdziwy.

59.

– …Wasyl Witaliewicz pomimo swego wieku, miał wielki krąg znajomych. A po tym filmie, no już pielgrzymowali po prostu, inteligencja. Byli Rostropowicz, Głazunow. A w 1972 roku przyjechał Sołżenicyn, dziesięć godzin siedział, czy pan sobie wyobraża? Tyle pytań zadawał, miał ich wielką listę, jak dla przesłuchaniu. Wszystkie o Lutową Rewolucję. Szulgin miał już wtedy 94 lata, ale odpowiadał na każde zapytanie, szczegółowo. A kiedy odjechał Sołżenicyn, Wasyl Witaliewicz podyktował mi dla niego dodatkowo aż 12 teczek, potem my przekazaliśmy do Moskwy , przez naszych znajomych… I cóż?..

Pan Mikołaj ciężko westchnął.

– …czytamy Czerwone Koło Sołżenicyna. A tam Wasyl Witaliewicz… Boże… Jakimże go tam opisano… Jakiś błazen, fanfaron, pisarzyna marny… Tak to było boleśnie, obraźliwie, znieważająco… Podle… Jakaż ohyda…

Ohyda, brzydota, świństwo zwykłe, – ale żadna rewelacja. Nie byłem tym zaskoczony. Dobrze znam bowiem dossier tego pana.

W tym samym,1972 roku, Szulginowi przyśniło się ot, co.

„Sen z 26.8.72.
Gdzieś tam… może w Belgradzie…
Niby gdzieś w przeulku, a raczej przy witrynie, zobaczyłem Nikitę Siergiejewicza Chruszczowa, który zmarł w zeszłym roku. Widywałem go we śnie już wcześniej, ale tamte sny były nieczytelne. A obecny sen czytelny, jasny. Nie dla jego sensu, a dlatego że on wrył się dokładnie w mojej pamięci.
Spotkaliśmy się przy witrynie, poszliśmy razem. On zapytał:
– Wkrótce są wybory. Pan będzie kandydował?
– Nie. Dlaczego? Ot, siedziałem pięć lat, ani słowa nie powiedziałem.
– A cóż pan będzie robił?
– Będę pisał.
– Niech pan pisze. Niech pan pamięta jedno. Jeżeli pan chce żeby pana drukowali, publikowali, to sukces zależy od syjonistów. Niech pan ich chwali, chwali w każdym zdaniu – i wszystko wydrukują”.

Jeśliby Chruszczow przyśnił się Sołżenicynowi, chyba poradziłby: niech pan zostanie pożytecznym, kieszonkowym „antysemitą” u syjonistów, – i wszystko wydrukują.

Nie wiem, czy za radą Chruszczowa, czy kogoś innego Sołżenicyn całe swe życie pełnił obowiązki takiego sobie „podręcznego antysemity”. Pisał brzydoty o Żydach, przykładowo w swej książce 200 lat razem, – o tych biednych i średnich, („opijali Rosjan, nie wojowali” etc.). O tych bogatych – ani mru mru. Sponsorzy przecież, a jak.

A jednocześnie umiał wystawiać na pośmiewisko tych, kto syjonistom rzeczywiście „się nie podobał”.

Jak Szulgina.

I co w tym dziwnego?

Był sobie taki złośliwy, zazdrosny, perfidny, mętny człowieczek, który chciał rywalizować z samym Lwem Tołstojem, nawet brodę podobną miał, stroje narodowe, słownictwo chłopskie. Chciał być mistrzem nacji. Ale skala nie ta, bo talent nie ten. Dlatego gromadził. Kasę, orderki, nakłady. Zarobił. Zmarł.

Żył nie „z przekonania”, tylko dla kasy. Dla prestiżu. Dla marnych ambicji.

Mawiał, głosił: żyć nie z kłamstw.

I to było kłamstwem.

Pochowali go na Dońskim cmentarzu w Moskwie przed samą moskalską agresją wobec Gruzji, 06.08.08.

Tyle.

A mnie ta rada Chruszczowa nie grzeje.

Nawet nie do zaakceptowania.

Niechaj nie drukują, – jak na razie.

Dlaczego tak? Proszę:

EPILOG

W trakcie pisania tej powieści oglądałem mały, ale nakręcony z wielkim smakiem i wielką miłością filmik dokumentalny o Pawle Massalskim. Tam jest bardzo ciekawe nagranie samego Massalskiego, jedno z ostatnich. W tym nagraniu mistrz teatru mówi:

„…Często pytają się: co to jest talent. A rzeczywiście, co to jest talent? Nasz mistrz Niemirowicz-Danczenko podawał nam swoje określenie dla talentu, ono jest bardzo mi bliskim. A więc: „Wyobraźcie sobie: trwa spektakl. Na ciemnej teatralnej sali widz rozłożył się na fotelu, wyjmuje cukierki, papierek od cukierka szeleści , a to przeszkadza aktorom. Bardzo rozprasza. I wtem: na scenę wychodzi aktor. Czy aktorka. I widz nagle zapomina o cukierkach! Nie rozłożył się już na fotelu – wychylił się do przodu. Cały w napięciu, cały jest uwagą, cały jest na scenie. I reszta sali razem z nim. Moim zdaniem, to jest talent. Tak on wygląda…”. Pamiętam czasy swej młodości, gdy nasi teatralni starcy mawiali do nas, ich uczniów: „Nie pochlebiajcie widzowi! Nie róbcie to co chce widz! Nie idźcie do widza! Niech on sam do was idzie”. I zaprawdę, tak jest…”.

Uważam ten monolog wielkiego aktora i pedagoga za jak najbardziej ważny. Za fundamentalny.

Bo jest hasłem każdej prawdziwej twórczości, nie tylko aktorskiej.

Także moim hasłem. Od samego początku pisarstwa, kiedy jeszcze nie słyszałem tych słów Massalskiego.

A usłyszałem je z okazji spotkania z jego teatralnym uczniem.

To chyba jest jednym z wielu sensów tego spotkania.

Tego mistycznego dowcipu.

28.05.2016