Zanim poszłam do kina na film „Kler”, w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego zyskał on sporą popularność swoimi zwiastunami w kinach i w telewizji. Spodziewałam się, że będzie on przerysowany i nie myliłam się. Po jego obejrzeniu uważam, że jako oręż służący do walki z Kościołem jest zrobionym po mistrzowsku i dużo wody upłynie w Wiśle zanim powstanie równie zjadliwy obraz. Ponieważ mocno uderza w wizerunek polskiego Kościoła, odciśnie się on w świadomości społeczeństwa i będzie filmem kultowym przyczyniającym się do coraz większej laicyzacji polskiego społeczeństwa.

Jak czytam, ogromna większość licealistów w dużych miastach nie chodzi już na katechezę. Nie trzeba być jasnowidzem, że po obejrzeniu „Kleru” liczba ich wzrośnie.

Film przedstawia czterech duchownych: alkoholika, który nie przestrzega celibatu i sypia ze swoją gospodynią, homoseksualistę pedofila, kurialistę dążącego do osiągnięcia celu wszelkimi sposobami – nawet wykorzystując szantaż i biskupa wierzącego tylko w kasę i układy.

To, że ma on tak wielką oglądalność nie bierze się z niczego. Za to, że na jego seanse walą tłumy winię nasz Episkopat. Każdorazowo po ujawnieniu przez media faktów rzucających cień na dobre imię Kościoła, natychmiast powinien powołać obiektywną komisję, wyznaczyć jej czas pracy i publicznie ogłosić ustalenia. Gdy zarzuty się potwierdzą błyskawicznie interweniować wyrywając chwasty z korzeniami. Zamiast tego w wielu niewygodnych dla Kościoła sprawach milczy albo zabrania ich ujawnienia.

Tak było w sprawie duchownych współpracujących z SB. Kiedy ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, chciał ujawnić duchownych współpracujących z SB w Krakowie w latach 1980-89, otrzymał od kard. Dziwisza pismo, w którym udzielił mu upomnienia kanonicznego pisząc, że „znajduje się w bliskiej okazji do popełnienia” przestępstwa bezprawnego naruszenia czyjegoś dobrego imienia. Skutek był taki, że ksiądz Tadeusz wycofał się z ujawnienia duchownych agentów SB.

Spotkałam się z recenzjami „Kleru” twierdzącymi, że z pojedynczych przypadków powstał film mówiący, że takie jest całe duchowieństwo. Według nich pokazane przypadki nie stanowią wielkiego problemu. Uważam, że jest inaczej.

To, że alkoholizm wśród księży nie jest zjawiskiem marginalnym wystarczy przeczytać książkę Stanisława Zasady „Wyznania księży alkoholików” z 2011 roku.

Również problemem jest homoseksualizm wśród księży, skoro redaktor naczelny tygodnika „Idziemy”, ksiądz Henryk Zieliński w audycji „Salon Dziennikarski” (01.09.2018) powiedział „Jestem świeżo po rozmowie z księdzem kardynałem Zenonem Grocholewskim, jednym z autorów instrukcji z 2005 roku. Zakazywała ona przyjmowania do seminariów ludzi o utrwalonych tendencjach homoseksualnych bądź wspierających „kulturę gejowską”. Wiemy, że w wielu przypadkach ta instrukcja nie bywała stosowana, także w diecezjach polskich, niestety. (…) „Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu zatytułowanym: „Jak zapobiegać pedofilii w Kościele?”. Kiedy zwróciłem uwagę pewnym gremium kościelnym na konieczność stosowania instrukcji z 2005 roku, instrukcji Stolicy Apostolskiej, zostałem zakrakany, jako homofob i rasista wręcz”.

To nie przypadek, że po ujawnieniu pederastycznych ciągot abp Juliusza Paetza, który przez 10 lat miał molestować kleryków i księży zapadło milczenie. Mało tego, na polecenie papieża Franciszka miał być w odosobnieniu. Jednak po roku zaczął publicznie pokazywać się na najważniejszych uroczystościach kościelnych wśród biskupów i kardynałów.

Oskarżonym o pederastyczną pedofilię był abp Józef Wesołowski, były nuncjusz papieski na Dominikanie oraz ojciec Wojciech Gil z zakonu michalitów.

Natomiast ksiądz Krzysztof Charamsa pracownik Kurii Rzymskiej, członek Kongregacji Nauki Wiary na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, w świetle kamer powiedział – „Jestem gejem, jestem księdzem”.

W filmie pokazana była niezwykła pazerność duchownych na kasę. Jest ona pokazana nie bez podstaw. Wystarczy sobie przypomnieć „aferę salezjańską”, w której główny oskarżony ksiądz Ryszard M., były szef salezjańskiej fundacji w Lubinie, razem z trzema księżmi, kilku biznesmenami i dyrektorem banku, działając przez trzy lata, (1999-2001) doprowadzili do wyłudzenia i zagarnięcia pożyczek bankowych na kwotę 418 milionów złotych.

Podobnie było z aferą Stella Maris, w której mechanizm działania polegał na tym, że zewnętrzne podmioty podpisywały fikcyjne umowny na usługi konsultingowe, z powiązanym z kurią gdańską wydawnictwem Stella Maris. Dzięki nim w latach 1997-2001 r. doszło do „wyprania” pieniędzy dwudziestu spółek na kwotę ponad 67 mln zł.

Gigantyczne zadłużenie elbląskiej parafii powstało na początku lat 90., kiedy ks. Jan Halberda, jej ówczesny proboszcz i jeden z najbardziej zaufanych ludzi ówczesnego biskupa Andrzeja Śliwińskiego, zaczął pożyczać pieniądze na diecezjalne inwestycje. W sumie ok. 35 mln zł. Wierzycielami są instytucje oraz ponad 50 osób.

Episkopat i księża powinni zdawać sobie sprawę, że dawno minęły czasy, gdy wierni byli „nie czytaty i nie pisaty” i co powiedział duchowny było święte. Nic tak niszcząco nie wpływa na wiernych jak nieprzestrzeganie zasad które głoszą i zły przykład. Jeżeli chcą się cieszyć wśród nich zaufaniem, to swoim zachowaniem nie mogą ich gorszyć. W przypadku gdy to się nie zmieni, w ekspresowym tempie doprowadzą do tego, że Kościół straci większość swoich wyznawców. Film „Kler” jest bolesnym ostrzeżeniem i od kapłanów zależy czy wyciągną wnioski.

Foto:biblioteka mediów