Władza chce zaprzyjaźnienia się przez społeczeństwo z Wielką Płytą, sztandarowym elementem budownictwa w Polsce Ludowej. Ani ja historyk, ani ekspert w tej dziedzinie jednak pewne doświadczenia w tej branży posiadam.

Był styczeń słynnego roku 1980. Nie miałem brązowego pojęcia jak ten rok się skończy. Właśnie skończyłem studia dziennikarskie w Katowicach i na gwałt szukałem mieszkania dla mojej rodziny 2 plus 1.

Nieco podstępem dostałem się więc do redakcji dwutygodnika Budowlani. Wydawca Śląskie Zjednoczenie Budownictwa Mieszkaniowego. Branża ta wtedy przeżywała orgazm przekraczania norm i pracowała w myśl zasady Hop siup dom z kominem przed terminem! Podległe kombinaty licytowały się w miastach regionu o to kto więcej postawi bloków wykonanych właśnie w technologii Wielkiej Płyty.

Pamiętam, kiedy zajechałem na Konferencję Samorządu Robotniczego w sosnowieckim Kombinacie Budownictwa Ogólnego Zagłębie wywołałem niezły popłoch. Na mój widok delegaci zaczęli się chować pod stoły!

A czemu to?

Bo zacząłem im w celu zrobienia zdjęć świecić po oczach halogenem tysiąc wat zamiast zrobić to z odbitego światła od sufitu.

Pisałem także reportaże z cyklu Zdrowa szczęśliwa rodzina budowlana oraz biegałem po chleb do piekarni przy Mikołowskiej dla wszechwładnego sekretarza redakcji Antoniego.

No cóż, nie nadawałem się do jego kapralskich metod. Jeszcze jak się dowiedziałem, że na żadne mieszkanie nie mam szans to w ogóle się pożegnałem z tą redakcja po 5 miesiącach.

Przeniosłem się na progu rewolucji sierpnia 1980 do górniczej gazety w Wodzisławiu, gdzie mi to wymarzone M 3 obiecano.
Oczywiście nici z tego wyszły.

Budowlani przeszli tymczasem do historii po wywiadzie jaki mój kolega redakcyjny Leszek Książę Wierzchowski przeprowadził z Lechem Wałęsą. Wielka Płyta jednak została. Sam w niej mieszkałem potem przez 20 lat na Kokocińcu w Katowicach.

Howk!