Gdy przed laty czytałam książkę Arkadego Fidlera „Dywizjon 303”, byłam pod jej wielkim wrażeniem. Pamiętam, że zastanawiałam się czy kiedyś powstanie film o tym sławnym dywizjonie. Gdy usłyszałam, że powstają o nim filmy produkowane przez Brytyjczyków jak i Polaków bardzo byłam ciekawa wyniku końcowego.

Ponieważ na ekrany jako pierwsza weszła wersja angielska „303. Bitwa o Anglię” to ją obejrzałam.

Generalnie film mi się podobał, podobnie jak mężowi który jest absolwentem szkoły lotniczej w Dęblinie, trochę latał, a całą karierę wojskową spędził na kierowaniu samolotami w pułku myśliwskim. Mimo, że na niektóre rzeczy patrzył emocjonalnie, przez pryzmat swojej wiedzy zawodowej, uważa również że film jest godny obejrzenia.

Według mnie reżyser David Blair dobrał właściwą obsadę do odtwarzania poszczególnych autentycznych postaci. Dzięki ich aktorskiej grze mamy możliwość poznania klimatu tamtego czasu i miejsc. Po raz pierwszy widziałam w zachodnim filmie Polaków pokazanych jako główne i ważne postacie w walce o niepodległość innego kraju. Fabuła jego oparta jest na przeżyciach jednego z asów polskiego lotnictwa podczas II wojny światowej, Jana Zumbacha. Jest on głównym bohaterem w postać którego wcielił się Iwan Rheon. Scenarzyści celnie nakreślili stosunek brytyjskiego dowództwa do polskich żołnierzy, których uważali za nieokrzesaną dzicz do niczego się nie nadającą.

Uważam, że reżyserowi udało się w kilku sekwencjach dobrze naszkicować okrucieństwo Niemców i terror panujący w okupowanej Polsce, oraz dobrze zarysować poszczególne postacie, ich wzajemne relacje i życie prywatne. Byli młodzi chcieli mieć dziewczyny, bawić się, w przyszłości założyć rodziny, a przyszło im walczyć na śmierć i życie. Według mnie twórca obrazu trafnie uchwycił przeżywanie przez głównych bohaterów śmierci swych kolegów i przyjaciół z którymi jeszcze przed chwilą razem startowali na zadanie bojowe.

Pokazanie naszych lotników jako nie potrafiących zachować się na przyjęciu zorganizowanym na ich cześć to jakieś wielkie nieporozumienie. Lotnicy byli elitą Wojska Polskiego i dobre maniery mieli wyniesione z domu. Uważam, że walki powietrzne były zbyt długie i mnie osobiście trochę nużyły, natomiast mężowi się podobały mimo, iż były niedopracowane pod względem technicznym. Nie podobało mi się natomiast zakończenie filmu. Mam kilka zastrzeżeń. Szkoda, że nie została pokazana defilada zwycięstwa i stojący na chodnikach płaczący polscy żołnierze.

Na zakończenie ukazały się plansze z informacjami m.in. dotyczące strąceń niemieckich samolotów oraz o tym, że po wojnie 56 % Brytyjczyków wypowiedziało się za opuszczeniem przez Polaków wysp. Na zasadzie „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”. Polacy mogli się przekonać, że nawet słowa premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla, który wspominając udział Polaków w bitwie o Anglię powiedział: „nigdy w historii ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak dużo tak nielicznym” nic nie znaczą.

Zabrakło mi informacji o tym, iż rząd brytyjski za to, że polski żołnierz bił się za nich i za nich umierał wystawił nam rachunek który zapłaciliśmy złotem, wywiezionym we wrześniu 1939 roku z Warszawy i zdeponowanym w Kanadzie. Policzyli wszystko wyżywienie, umundurowanie, użyczenie lotnisk, samolotów, paliwa itd. Tylko śmierci i ran naszych żołnierzy nikt nie oszacował. To chyba jedyny przypadek w dziejach świata, w którym niosących pomoc musieli zapłacić za to tym których bronili. Jak widać w dalszym ciągu jest to temat tabu, bo po co oglądający film mają poznać „wdzięczność” Anglików.

Teraz czekam na film polski „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” który powstał na podstawie książki Arkadego Fidlera „Dywizjon 303”. Będę mogła porównać je zarówno pod względem warsztatowym, doboru aktorów, ich gry oraz treści prezentowanych na dużym ekranie.

Foto: plakat filmu