Czy Monika Zbrojewska zostanie Barbarą Blidą rządu Ewy Kopacz?
Wiadomość dnia – wiceminister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz, dr hab. Monika Zbrojewska, nie żyje. Okoliczności mogą wskazywać, że popełniła samobójstwo po przyłapaniu jej na jeździe na „podwójnym gazie”.

Monika Zbrojewska, odwołana 23 października z funkcji wiceministra sprawiedliwości, zmarła wczoraj – podał serwis adwokatura.pl, według którego zmarła ona 30 października w wieku 43 lat.
Serwis przypomniał, że adwokatka dr hab. Zbrojewska była sekretarzem Ośrodka Badawczego Adwokatury im. Witolda Bayera. Związana z Uniwersytetem Łódzkim, była ekspertem prawa karnego.
Była absolwentką Wydziału Prawa i Administracji UŁ. W 2001 r. uzyskała stopień naukowy doktora nauk prawnych, w latach 2002-2005 odbyła aplikację prokuratorską. W latach 2003–2008 była ekspertem sejmowych komisji śledczych, w latach 2006-2014 prowadziła praktykę adwokacką.
W 2011 r. rozpoczęła współpracę z Ośrodkiem Badawczym Adwokatury. Była sekretarzem i członkiem Rady Naukowej OBA. Napisała ponad 100 publikacji z zakresu postępowania karnego, prawa karnego skarbowego oraz prawa wykroczeń i postępowania w sprawach o wykroczenia.
Na stanowisko podsekretarza stanu w MS powołano ją 5 listopada 2014 r. Premier Ewa Kopacz odwołała ją 23 października. Stało się to po tym, gdy tego samego dnia zatrzymano ją w Łodzi, gdy prowadziła samochód pod wpływem alkoholu. Minister sprawiedliwości Borys Budka wystąpił po tym o jej dymisję (Czytaj).

monika-zbrojewska-wiceminister-sprawiedliwosci-317097-article

Od razu zwolennicy PO wszczęli kampanię mającą wykreować pierwszą „męczennicę” przegranych przez PO wyborów.
Oto Monika Zbrojewska wedle zwolenników PO została zaszczuta przez PiS.
Zupełnie tak, jakby to osobiście Jarosław Kaczyński jej nalewał do kieliszka.
Analogia do Blidy?
Zapewne. Ale wszystko wskazuje, że jest to próba wzniesienia zasłony dymnej!

Bo tematem, który powinien przykuć uwagę wszystkich, bez względu na to, na kogo głosowali 25 października, jest co innego.

Pułkownik Piotr Wroński, od niedawna emerytowany oficer polskich służb specjalnych pisze:
Samolikwidacja służb specjalnych staje się faktem. Do dymisji podaje się kierownictwo tych instytucji. Plotki głoszą, że wraz z premier Kopacz w geście solidarności. Jeśli to prawda, to, przeciwko czemu ma to być protest? Przeciwko nadchodzącej władzy, wybranej w demokratycznych wyborach? Czy to oznacza przyznanie się, iż służby – wbrew temu, co mówiono głośno – były partyjne i trzeba wraz z partią ewakuować na dobrze upatrzone pozycje?
Przypomina mi to rok 1989, tylko tym razem nie wybrano opozycji i nie dogadano się z nią przy jakimś okrąglutkim stoliku. Może chodzi o to, by ukryć coś przed następcami? Nie ma nas, więc nie ma winnych, o ile jakieś przewinienia w ogóle były, choć ów „protest” można uznać za potwierdzenie.. Może chcą postawić PiS w sytuacji bez wyjścia. „Doprowadzimy wszystko do takiego stanu, że zwycięzcy przestaną mówić o opcji zerowej i poproszą nas o pomoc, bo bez nas nic nie dadzą rady naprawić oraz zapewnić krajowi bezpieczeństwo”. Muszę przyznać, że jest w tym rozumowaniu trochę logiki. Pozostaje mi mieć nadzieję, że PiS nie wystraszy się tym razem i konsekwentnie, planowo i szybko zbuduje nowe służby specjalne, oparte na nowoczesnym systemie, a nie na personaliach, które zapewne stary system pożre. A może chodzi o coś prozaicznego, czyli o kasę?
Następcy też znają pragmatykę i mogą „zrobić numer”. „Honor, Ojczyzna.” – Powiecie, kręcąc głową. Taak. Ja też ciągle słyszałem te słowa w ich ustach, ale powtarzałem w myślach wiersz Słowackiego, obserwując, jak ”zapominają na ustach wyrazu”. Czego, zresztą, można żądać od szefów, którzy kierowali instytucją, biorąc pieniądze z tej, z której ich oddelegowano, bo w niej zarabiali więcej? Czego wymagać od dyrektorów i naczelników, mianowanych nie ze względu na kompetencje, ale dlatego, że mieli okazję uczyć się w tej samej „klasie”, co główni rozgrywający? Czego żądać od kłaniających się bezmyślnie biurokratów, którymi otoczyła się „klasa”, eliminując tych, którzy zadawali pytania lub ośmielali wygłaszać własne zdanie? Zasada „dzień bez kilku postępowań dyscyplinarnych, dniem straconym” stanowi dewizę dzisiejszej ”elity” służb specjalnych. I wszystkie są ściśle tajne, tak by niewygodna osoba nie mogła odwołać się do władz zewnętrznych. Prawdziwego wroga trudno zneutralizować. Trzeba, więc szukać zajęcia wśród własnych oficerów. Żal mi PiS. Pole minowe, zastawione przez administracje państwową będzie trudne do przejścia. O ile to będzie w ogóle możliwe. Dla mnie, to wszystko wygląda tak, jakby kraj przejmowała jakaś obca władza, a „prawdziwy” rząd przygotowywał się do emigracji lub schodził do podziemia. Może przesadzam, ale takie myśli wzmacnia jeszcze jedna wiadomość.
Dzisiejsza GPC podała, iż MSW zaczyna niszczyć dokumenty, w tym dotyczące tragedii smoleńskiej, na podstawie rozporządzenia ministra. Kilka tygodni temu dziennikarze ustalili, iż premier wydała zarządzenie w tej sprawie (opieram się na rzetelnych dziennikarzach i dyskusji telewizyjnej, w której sam uczestniczyłem). Co ciekawe, zarządzenie to opiera się z kolei na innym, przygotowanym na wypadek „W”. Niestety, nie dowiemy się, co zniszczono i dlaczego, ponieważ o tym, czy dany dokument ma zostać „unicestwiony” decyduje szef danej służby na podstawie ściśle tajnych kryteriów. Po prostu, kwalifikuje materiał, jako „nieistotny operacyjnie”. W protokole zaś, ma być podobno jedynie numer, ale bez opisu, czego dany dokument dotyczył. W dodatku, nie mamy też pewności powędrował do niszczarki, czy „wywędrował na miasto”, zasilając czyjeś prywatne zbiory, jako kolejny „hak” na przeciwnika, zabezpieczenia dla właściciela lub jedno i drugie zarazem. W tym miejscu muszę przyznać, że opisując w „Weryfikacji” sytuację w MSW w roku 1989 i na początku 1990, nie sądziłem, iż piszę swoistą instrukcję postępowania w obliczu końca systemu. http://pressmania.pl/?p=21104

1280x720-DWb

Koniec systemu?
Pułkownik Piotr Wroński najwyraźniej przesadza.
Jeśli ma rację, oznacza to tylko tyle, że materiały, mogące demaskować ludzi systemu zostały ukryte przed nową władzą. Podobnie jak materiały obciążające wielu innych, które zamiast stać się przedmiotem dochodzenia prokuratorskiego, zamienione zostały na tzw. haki.

Jeśli ma rację, to czeka nas teraz pokaz zakulisowych rozgrywek, i trwanie układu pomimo tego, że formalnie utracił on władzę. Myślę jednak, że z faktu wycieku podsłuchów najważniejszych osób w państwie (tzw. taśmy prawdy) wynika nieco inna prawda.

Służby nie są monolitem. Przestały nim być jeszcze w stanie wojennym. Nie tylko trudno wykluczyć, ale wręcz trzeba przyjąć za pewnik, że przynajmniej część materiałów mających ulec zniszczeniu, trafi do nowych władz resortu.
O tym dowiemy się pośrednio, obserwując nagłe awanse, nie mające pozornie żadnego uzasadnienia.

Wynik wyborów 25 października nie oznacza bowiem jedynie zwykłej zmiany partii rządzącej, co w państwach demokratycznych stanowi normę. To przede wszystkim szansa na przebudowę kraju tak, by ograniczyć wszelkie patologie związane z władzą. Przynajmniej część funkcjonariuszy jest tym zainteresowana. Bo przecież nie wszyscy byli dopuszczani do koryta. Nie dla wszystkich koryto stanowiło cel sam w sobie.

I, na szczęście, nie dla wszystkich Polska oznacza nienormalność.